Rozdział betowany przez cudowną Zil!
Harry'ego nie obudził dźwięk tykającego zegara, jak zawsze o poranku. Nie czuł jaśminu wokół, ani włosy Draco nie drażniły jego nosa. I od razu wiedział, że coś jest nie w porządku.
Z trudem uniósł ciężkie powieki, a ból niemal natychmiast w niego uderzył z siłą wściekłego hipogryfa. Jakby czekał tylko na jeden niewielki błąd – jakikolwiek ruch, który mógłby świadczyć choć o częściowej przytomności. Harry dał się zwieść ciszy przed burzą i z mizernym skutkiem próbował usiąść. Nie był pewien, jak długo zajęła mu to ta niezwykle skomplikowana czynność, ale zmęczony organizm domagał się kolejnej dawki snu. Jednak, jak przystało na aurora – zawsze czujnego i zawsze na posterunku, rozejrzał się ciekawie po pomieszczeniu, w którym się znalazł. Nie mógł sobie co prawda kompletnie nic przypomnieć w wczorajszego wieczoru, jednak obecność spodni na tyłku i tylko lekko pomiętej szaty dowodziła, że nie działo się nic, co zapamiętać powinien.
Niemal natychmiast zacisnął dłonie w pięści, wspominając Draco w ramionach Zabiniego, ale nagły ruch wzmógł ból głowy, który powoli doprowadzał go do mdłości. Nie był pewien ile dokładnie wypił, ale w najbliższej przyszłości nie zamierzał tego powtarzać. Nie zgładził go Voldemort, nie dał rady mu Minister Magii, nawet Hermiona na dzień przed OWUTEMami, ale pokona go najzwyklejszy kac! Przeklął w myślach, bojąc się, że ten nadprogramowy dźwięk może skumulować ból i rozsadzić mu czaszkę.
Sięgnął ostrożnie po różdżkę, ale nie znalazłszy jej w wyznaczonym miejscu, spanikował. Spiął się, gotowy do natychmiastowej obrony, nie bacząc na ciemne mroczki przed oczami, które sugerowały mniej wszystkiego. Mniej ruchu, mniej myślenia, mniej siedzenia – mniej życia.
— Długo jesteś aurorem? — spytał dobrze znany głos.
Głowa Harry'ego powędrowała w kierunku, z którego dobiegały dźwięki. Severus Snape siedział spokojnie w fotelu, w rogu salonu i spoglądał na niego kpiąco.
— Zresztą, nie odpowiadaj — mruknął.
Wstał, poprawiając czarną szatę i podszedł do niego tym swoim dziwnym krokiem, który sugerował siłę oraz energię, niezbyt spodziewaną po prawie czterdziestoletnim mężczyźnie, zmęczonym życiem. Podał Harry'emu różdżkę i fiolkę eliksiru, który został natychmiast wypity do dna.
— Dziękuję — odpowiedział grzecznie były Gryfon, rozpoznając miksturę na kaca.
Hermiona za karę nigdy nie nauczyła go, jak się ją warzy. A prosił o to chyba ze dwa lata, o ile się nie mylił. W tym stanie jednak nie był niczego pewny.
— Gdzie jestem? — spytał dużo ciszej, niż to było konieczne.
— U mnie — poinformował go chłodno Snape.
— Co tu robię?
Usta mistrza eliksirów wygięły się w dobrze znany mu uśmieszek.
— Okupujesz moją kanapę.
Logika Snape'a od zawsze działała mu na nerwy, więc ze wszystkich sił starał się jednak nie obrażać gospodarza. Jego mózg powoli powracał do trybu normalnej pracy, dał mu zatem kilka dodatkowych chwil.
— Potter, próbujesz myśleć? — Kolejne pytanie spadło na niego, jak grom z jasnego nieba. Nie wiedział za bardzo, jak odpowiedzieć na coś tak oczywistego, a jednocześnie irytująco ironicznego.
— Staram się — odburknął.
W końcu nie byli już w szkole. Snape nie był jego nauczycielem, a sam przeszedł zbyt wiele, by być dziecinnie opryskliwym.
— Zaczynam doceniać twoją szczerość. — Ostatnie słowo chyba musiało należeć do Snape'a, bo po chwili mężczyzna jakimś cudem znalazł się już w drzwiach, choć Harry mógł przysiąc, że wcale się nie ruszył.
W kilka minut później kubek gorącej kawy wylądował w jego dłoniach, parząc je przez przypadek. Upił łyk, może dwa, ale to już rozbudziło jego szare komórki.
— Dziękuję — westchnął bardziej, niż powiedział.
— Postanowiłem popełnić samobójstwo — oświadczył mu nagle Snape, konwersacyjnym tonem.
Zadławił się z zaskoczenia, wylewając na siebie połowę wrzątku i spojrzał zszokowany na mistrza eliksirów. Mężczyzna patrzył na niego z ewidentną pogardą i rozbawieniem.
— Postanowiłem popełnić samobójstwo — powtórzył grobowym tonem. — Tu już drugi raz dzisiaj, gdy mi dziękujesz. Gdybym wiedział, że trzeba cię upić, przynieść ci eliksir i kawę, być może zrobiłbym to wcześniej — urwał. — A być może nie. — Jednym ruchem różdżki osuszył mokrą szatę Pottera.
— O co ci chodzi? — spytał lekko zirytowany, połykając ponowne dziękuję, które pchało mu się w usta.
— Mnie? O nic. To zwykła ciekawość, można by rzec wręcz gryfońska — zakpił. — Nie jest pan już dzieckiem, więc radziłbym uważać. Gospoda „Pod Świńskim Łbem" to nie miejsce dla naszej znakomitości.
Harry zaperzył się, marszcząc brwi. Zanim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, Snape ciągnął dalej:
— Wiem, że przeżywa pan pewne… perturbacje w związku z Draco — zawahał się. — Jednak dla własnego dobra proszę posłuchać mojej rady. Jeśli kogoś wychowano w wierze, że idealny związek dwojga ludzi powinien opierać się na interesie obu stron, nie sądzę, żeby nagle zmienił swoje nastawienie do świata.
— Myślisz, że to od początku był tylko… interes — spytał załamany Gryfon, nagle tracą resztki sił, których nie nadwątlił alkohol.
Snape skrzywił się i parsknął.
— Nie jestem od myślenia o waszym związku, panie Potter. Jednak uważam, że Draco mógł nie być świadom tego, że nie traktujesz go jako części jakiegoś układu. Nie jest głupi. Ty jesteś sławny, a on bogaty. Tworzycie idealną parę — wypluł. — Mógł nie do końca pojąć o co chodzi w pańskim nagłym zainteresowaniu jego osobą — zakończył tonem nie znoszącym sprzeciwu.
— Czy nie możecie zrozumieć, że nie wszyscy działają według zasady coś za coś? — spytał rozgoryczony.
— Panie Potter, musisz zrozumieć, że nie możesz żądać wyznań miłości, gdy sam nie powiedziałeś ani słowa o uczuciach — sarknął. — Nie od Ślizgona. Puchoni trzęsą portkami, Krukoni podchodzą do związków chłodno, Ślizgoni są skryci. To właśnie Gryfoni zawsze rozgłaszają się na prawo i lewo — poinformował go chłodno.
Harry popatrzył na Snape'a jakby widział go pierwszy raz w życiu. Wychylił do dna kubek z kawą i zamyślił się. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiali z Draco o uczuciach. Był pewien, że słowa nie są potrzebne, tym bardziej, że byli ze sobą od ponad pięciu lat i nie wydawało mu się koniecznym zapewnianie o swojej miłości. Jeśli właśnie coś takiego wbili mu do głowy rodzice, Draco faktycznie mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że jest kochany. Może cierpiał w samotności, myśląc, że to tylko układ, na którym obaj korzystają?
— Myślisz, że mnie kocha? — spytał, nim zdążył powstrzymać niepotrzebne słowa. Nadzieja, która rozbrzmiewała w jego głosie bynajmniej nie rozbawiła Snape'a.
— Chyba jego musisz o to zapytać, panie Potter — wycedził przez zęby Snape. — I trzymaj się z dala od gospody „Pod Świńskim Łbem", Nokturnu i innych podejrzanych miejsc. — Snape wstał i podszedł do jednej z szafek. Wyjął z niej niewielki słoiczek. — A skoro wspomniałeś, że działamy według układów coś za coś. — Popatrzył na niego kpiąco i postawił przed nim okrągły pojemniczek. — Wiedz, że do „Świńskiego Łba" wybrałem się po odczynniki, a skoro Wybraniec postanowił jednak przeszkodzić mi w tym, sam poniesie konsekwencje tego czynu. — Głos Snape'a był mroczny, a postawa mężczyzny napięta, jakby oczekiwał, że Harry zerwie się i spróbuje uciec.
Co zresztą Gryfon próbował zrobić. Mistrz eliksirów jednak machnął tylko różdżką, zrzucając go z powrotem na kanapę.
— Co plotki robią z wyobraźnią — parsknął. — Jesteś dorosły, chyba nie wierzysz we wszystkie szkolne bujdy? — spytał z dobrze wyczuwalną ironią. — Doskonale pamiętam, jak fatalny byłeś w eliksirach, ale nigdy nie wspominano w żadnym przepisie z ludzkim sercem czy wątrobie w przepisie, więc twoja obawa jest idiotyczna — mruknął, odrobinę jednak rozbawiony. — Do eliksiru wieloskokowego potrzebne są włosy — przypomniał. — Do Szkiele-Wzro paznokcie — ciągnął dalej. — Natomiast ja ostatnio eksperymentuję i potrzebuję, panie Potter, — zawiesił głos przedłużając napięcie — nasienia.
Harry czknął, zdając sobie sprawę, że drżą mu ręce. Snape nie zdradzał oznak rozbawienia. Patrzył tylko wyczekująco to na niego, to na słoiczek, stojący na stoliku.
— Żartujesz? — wydukał w końcu Harry.
— A wyglądam, jakbym żartował? — odpowiedział pytaniem mężczyzna.
Gryfon zaczerwienił się, gdy Snape spojrzał na niego kpiąco.
— Chyba wiesz, jak się to robi? — zapytał jeszcze mistrz eliksirów, pogarszając tylko sytuację.
— Gdzie jest łazienka? — mruknął, widząc, że z tym mężczyzną nie wygra.
Pół godziny później Harry stanął przed drzwiami własnego domu, czując się fatalnie. Ostatnie dwanaście godzin było dla niego istnym piekłem. Zdradził go chłopak, choć najprawdopodobniej była to jego wina. Upił się i wylądował w mieszkaniu znienawidzonego profesora, który kazał mu o poranku masturbować się w swojej łazience. Jedynym plusem całej sytuacji było to, że Snape otworzył mu oczy na wiele spraw i teraz zamierzał poważnie porozmawiać z Draco.
