Anglia nic nie łapie (ale jako dżentelmen zakłada, że w tym szaleństwie jest metoda)
— Mogę wiedzieć — spytał na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku eleganckim tonem lord Arthur — jakie właściwie są wasze stosunki? — wskazał głową na Feliksa, zajętego właśnie kauteryzowaniem ran związanego Iwana i mruczącego mu przy tym jakieś kojące słodkości do ucha.
— Nie – ach – widać? — wysyczał przez zęby Rosja.
— No nie. Raz ty go katujesz, raz on ciebie, obaj twierdzicie, że troszczycie się o drugą stronę i robicie to dla jej dobra, ewentualnie w samoobronie, a tamta jest niewdzięczna i odrzuca wasz dar, więc próbujecie jej przemówić do rozsądku... metodami fizycznymi.
— Iiiii? — wycharczał Bragiński. — Tyyy mówisz to saaaaaaa-a-a-mo swoim kolonio-om.
— Nie wiem, jak możesz to porównywać, przyjacielu — szepnął łagodnie Łukasiewicz, przykładając płonącą żagiew do ropnego już zranienia na udzie jeńca. — Ja to naprawdę robię dla twojego dobra – walczę o wolność waszą, dopiero potem moją.
Torturowany przewrócił oczami, nie z irytacji, ale w chwilowym omdleniu. Z bólu.
— Ostatnim razem, kiedy daliście im waszą wizję „wolności", mój drogi anarchisto, Rosja wpadł w taką traumę, że od ponad trzystu lat nie może znieść nawet cienia demokracji — zauważył Kirkland z odcieniem uprzejmej ciekawości w głosie.
— To wszystko przez tych Tatarów, zrobili krzywdę mojemu małemu braciszkowi — stwierdził czule Feliks, mierzwiąc włosy skrępowanemu i cucąc go wodą. — Musi dorosnąć do wolności, moim obowiązkiem jest mu w tym pomóc.
— To ja jestem starszy, ty kłamliwy, zdradziecki skurw-ach — Iwan, przeszedłszy do siebie, zagryzł wargi, bo Polska, kompletnie niechcący rzecz jasna, obsypał mu włosy i twarz iskrami. — My się kochamy, oczywiście, bardzo, bardzo mocno — pospieszył wyjaśniać lordowi, korzystając z faktu, iż Łukasiewicz zajął się przechodzącym mimo Torisem, który jął w te pędy zwiewać. — Po prostu nasze cele geopolityczne się różnią. Feluś nie może pojąć, że co jest dobre dla mnie, jest też dobre dla całej Słowiańszczyzny, w tym dla niego.
— Liberum veto — wrzasnął Łukasiewicz, prowadząc Lorinaitisa za ucho. — To jest dobre dla nie tyle Słowiańszczyzny, chociaż dla niej najbardziej, ile świata, co dobre dla wolności i Pierwszej Rzeczplitej – a to to samo, w sumie, Polska jest uosobieniem wolności, Arthurze, chociaż wątpię, byś zrozumiał, ty, który niewolisz...
— Daruj sobie — poprosił Anglia. — Nadal nie łapię. Ja swoim koloniom po prostu łżę w żywe oczy, a wy się zdajecie szczerze wierzy...
— Bo to święta prawda, że mamy rację — przerwali mu obaj Słowianie.
Unisono. Litwa wzniósł spojrzenie ku niebu, głośno westchnąwszy, za co dostał kopniaka od Rosji – najwyraźniej nie dość dobrze skrępowanej. Polska uśmiechnął się pobłażliwie.
— Ach, dzieci... — szepnął, rozrzewniony.
Na wyczucie Kirklanda nic nie wkurzało dwóch pozostałych bardziej niż tego typu wyniosło-czułe traktowanie. Pewnie woleliby, by Łukasiewicz myślał o nich jako o partnerach czy poważnych wrogach – ale lord głęboko wątpił, by do tamtego kiedykolwiek to dotarło.
— Taka relacja — mruknął nagle Toris — jaką ma ta dwójka zostanie nazwana. Za jakieś osiemdziesiąt lat. W trakcie jednego z tych moich wajdelocich okresów widziałem.
— Naprawdę? — Arthur, lubujących się w czarnej magii, wstrzymał oddech. — Jak?
— Foe-yay. Nie pytaj, co to znaczy, wajdelota nie tłumaczy, wajdelota wieszczy. Litwo, ojczyzna moja — zaczął nucić.
Feliks się przyłączył, entuzjastycznie, prawdopodobnie nawet nie zauważając, że prawie wsadza Iwanowi rozżarzony pręt w oko.
