A/N.: Wcześniej zapomniałam dodać, że fikowy Sorata posługuje się – za oficjalnym tłumaczeniem JPFu – czymś w rodzaju gwary poznańskiej.
Reviewy są miłością, ale to już wiemy, prawda?
- Mosz jakieś plany na sobotę?
Kurogane uniósł głowę znad ekranu laptopa i rzucił Soracie pytające spojrzenia. Nie było sensu się wykręcać, sobotnie plany Kurogane zostały ustalone w chwili, gdy padło powyższe pytanie.
- Fai zapraszo nos na późny obiad. Albo wczesno kolację. On stawia.
No tak, kolejna sposobność do darmowego nażarcia się. To się zaczęło robić podejrzanie. Może blondas to jakiś sekciarz. Może planuje ich utuczyć, a potem złożyć w ofierze na jakiejś kanibalistycznej uczcie.
- A co to za okazja…? – Spytał ostrożnie Kurogane, pełen najgorszych przeczuć.
- Jego urodziny.
- …No chyba sobie jaja robisz.
- Wisz, on też miewa urodziny. Roz do roku.
Kurogane potrząsnął głową. Wdać się w rozmowę z tym durniem, to jak strzelić sobie w stopę.
- Nie o tym mówię. Problem tkwi w tym, że dziś jest czwartek. Właściwie to czwartek wieczór.
- Ano, mamy dwa dni, żeby się przygotować! – Przyznał jowialnie Sorata. – Poedział, że nie musimy się jakoś specjalnie wykosztowywać na prezynt!
Kurogane zezwolił sobie na małe westchnienie ulgi. No, chociaż tyle dobrze. Zrobią zrzutkę i kupią durne- dumnemu solenizantowi flachę, czy jakiś… ładny krawat. Osakijczyk chyba orientował się w tym, co konkretnie lubi dostawać na specjalne okazje jego specjalny kuzynowujek.
- Jednocześnie podkreślił, że bydzie mu bardzo miło, jeśli każdy z nos da mu coś od siebie – podjął Sorata. – Tu cytat: „Niech Kuro-pon się postara". Ręcnorobota wchodzi w grę, tej.
Kuro-pon został Kuro-ponem dobrych kilka tygodni temu. I nadal bezskutecznie walczył z tą twórczą inwencją Faia.
Tym razem darował sobie odpowiedni komentarz, zbyt mocno zaszokowany rewelacjami urodzinowymi.
- …Jaja sobie robisz… – Powtórzył niedowierzająco.
- Jo tylko przekazuję wytycne. Zara mu napisze wiadomość, że zgoda jest. Poedział też, że przyjedzie po nos. Autem. Nie pić we własne urodziny, pojmujesz to? Tej, szósta ci łodpowiada?
- Łodpowiada… – wymamrotał Kurogane, spoglądając w Nicość.
Ostatkiem silnej woli Kurogane nie zadzwonił do Faia i nie obsmarował go z góry na dół o to, że tak się nie robi, że nie zaprasza się na ostatnią chwilę i w ogóle co on sobie wyobraża.
Ograniczył się tylko do jednej, krótkiej wiadomości, która brzmiała:
„Dlaczego nie uprzedziłeś nas wcześniej?"
Blondas odpisał:
„Wyleciało mi z głowy, tehee~"
Taak. Taki zapracowany, że kompletnie zapomniał, uhum.
Niemniej jednak to miłe, że pokusił się o takie zaproszenie. Zwłaszcza, że było to zaproszenie w ich stałym, sprawdzonym trzyosobowym gronie.
Chwila… Z drugiej strony, Fai jakiś przyjaciół posiadać musiał. Przyjaciół starszych, bardziej światowych i lepiej ubranych niż taki Sorata i Kurogane. Tym przyjaciołom wyprawi pewnie osobne przyjęcie w inny dzień. Kurogane nie było szczególnie przykro z tego powodu. Ba, na miejscu Faia też pewnie wolałby trzymać dwóch nieszczególnie rozgarniętych studentów z dala od swoich wykształconych, światowych przyjaciół.
Chyba że nie miał nikogo, kogo mógłby…
Nie no, litości, jeszcze chwila i zacznie współczuć Faiowi z powodu domniemanego deficytu znajomych! Też coś!
A skoro już o nierozgarnięciu mowa, Kurogane wracał właśnie z wielkich, urodzinowych zakupów. I prawdę powiedziawszy nie był jakoś wybitnie z tych zakupów zadowolony.
Owszem, poznał głupiego gaijina na tyle, żeby znać jego małe obsesje, zainteresowania i inne drobne preferencje , ale... no przecież nie kupi mu gadżetu z anime, czy pluszowej kozy!
…nie żeby w odruchu desperacji Kurogane nie szukał takiej kozy. Jak na złość asortyment wszystkich sklepów z zabawkami, które odwiedził przewidywał tylko małe, pluszowe baranki i inne alpaki…
Bądźmy szczerzy: Kurogane prezentów kupować nie potrafił, w dodatku dysponował ograniczonym budżetem (wygrzebał jakieś zaskórniaki, żeby nie polegać na pieniądzach rodziców – akurat w tym wypadku wydało mu się to jakoś nie na miejscu).
Innymi słowy, byłoby znacznie prościej, gdyby zakupy pozostawiono Soracie i tyle.
A chrzanić to! Grunt, że Kurogane ostatecznie sobie poradził. Zupełnie sam. A czy Fai będzie zadowolony z prezentów… to też chrzanić. Gdyby powiadomił ich chociaż tydzień przed spotkaniem, cała ta sytuacja pewnie wyglądałaby inaczej.
Tak, czy inaczej, miał dla Faia notes. Ładny, niebieski (Fai nosił sporo błękitu, więc raczej lubił ten kolor) notes w przyjemnej w dotyku oprawie. Notes był w porządku, prezent neutralny, z rodzaju tych, które przydają się każdemu (no, może z wyjątkiem analfabetów). W teorii notes miał być jedynym upominkiem, na notesie Wielkie Zakupy miały się zakończyć.
A jednak stało się inaczej. Kurogane wracał do domu, a w ręce ciążyła mu torba z notesem i tym drugim prezentem, który cichym pobrzękiwaniem zaznaczał swą stałą obecność i wywoływał niejasne wyrzuty sumienia.
Fai lubił koty, okej? Mógł gadać o tych swoich bez przerwy, gdyby tylko mu na to pozwolić. Bardzo możliwe, że lubił też Rzeczy z Kotami, choć Kurogane nie miał okazji oglądać wystroju jego mieszkania.
…oby lubił Rzeczy z Kotami.
Tak jest, Kurogane kupił blondasowi Rzecz z Kotem. A właściwie koci breloczek. Kupił go spontanicznie, bo na pierwszy rzut oka breloczek wyglądał na coś stworzone specjalnie z myślą o przygłupich gaijinach.
A teraz żałował tego zakupu. Kotek był ceramiczny, mały i krągły, unosił łapkę i mrużył oczy, a u szyi podzwaniał mu ten przeklęty dzwoneczek. Kotek był słodki. Zbyt słodki i taki… zbyt miły jak na prezent dla dorosłego mężczyzny od innego, nieco mniej dorosłego faceta.
Czy powinien go zwrócić, żeby nie budzić pewnych… podejrzeń?
Sorata na pewno będzie łypał nieufnie. Faiowi kotek się spodoba, a następnie wyśmieje Kurogane za sam pomysł. Ewentualnie w odwrotnej kolejności – najpierw wyśmieje, a potem będzie zachwycony.
Aaach, to też chrzanić! Nie będzie się umartwiał z powodu głupiego kota! Musi sobie znaleźć jakieś dodatkowe, płatne zajęcie, bo wygląda na to, że od naddatku wolnego czasu (oraz nadmiaru pewnego wujka) zaczyna stopniowo głupieć.
Było tak, jak zapowiedział Sorata – o równej szóstej Fai podjechał po nich samochodem. Czyli że tym razem do weganizmu dodatkowo dochodziła abstynencja. Czemu nie, co kto lubi.
Wkrótce wyjaśniło się, dlaczego blondas zadecydował akurat w ten wieczór zabrać samochód. A dlatego, że dał swoim gościom wolną rękę w wyborze lokalu. Byleby tylko lokal miał przyzwoitą lokalizację i żeby nie musieli jechać do niego przez pół nocy.
O consensus było trudno.
Kurogane uparcie mamrotał z tylnego siedzenia o knajpce z ninjutsu jako motywem przewodnim (i był zgodnie przez resztę ignorowany), Sorata ogłupiał kompletnie, rozdarty pomiędzy trzema miejscówami, o których tylko słyszał i które koniecznie musiał odwiedzić.
Ostatecznie to Fai – u którego w międzyczasie cierpliwość i wyrozumiałość doszczętnie się ulotniły – zadecydował, gdzie będą świętować.
Udało mu się wyszukać restaurację z motywem oceanicznym.
„Idziemy tam. Bardzo lubię plażę" – z tak miażdżącą argumentacją ciężko było dyskutować.
No proszę i rzeczywiście, knajpa oceaniczna, jak się patrzy. Były sieci na ścianach, i muszelki, i boje tu i tam, a nawet spore akwarium ze słonowodną fauną. Tyle że miejsca wolnego nie było, więc byli zmuszeni usadzić zadki przy kontuarze baru.
Fai, jako gość honorowy, zasiadł po środku.
Prezentom towarzyszył wybuch radości tak wielkiej, że tym razem to Osakijczyk był zmuszony gderliwie przypomnieć, że „my tu momy inny krąg kulturowy, i nie cmokamy się publicznie i bez okazji". Fai, ściskając w ramionach spore opakowanie puzzli („Tej, fajne są, przyznaj! Nie bede jadł przez miesionc, ale warto było je kupić!") odparł, że okazja jak najbardziej jest, a poza tym „blondyni mają swoje głupiogaijinowskie przywileje". Kurogane natomiast został tylko – ku swej uldze i rozczarowaniu – wyściskany. I rzecz jasna wyśmiany z powodu uroczego kotka.
Już nad słusznych rozmiarów miską smażonego ryżu z krewetkami młody mężczyzna zezwolił sobie na szereg wolnych spostrzeżeń.
Raz, że prawdopodobnie były to najlepsze krewetki, jakie w życiu jadł. Dwa, że muszą mieć tu całkiem mocne piwa, bo już zaczęło mu szumieć w głowie. Dalej – czy to, że właśnie je krewetki i szumi mu w głowie oznacza, że będzie musiał zaprosić Faia na własne urodziny, których nie miał w zwyczaju wyprawiać? O kurde, chyba tak… Ale to nic. Towarzystwo Faia, jakkolwiek męczące i upierdliwe by ono nie było, bywało też i zaskakująco miłe. W zasadzie cała przyjaźń z Faiem była osobliwie… naturalna. Zwyczajna. Jak z przyjacielem z dzieciństwa, albo kimś tego pokroju.
Tak, ta teoria ze starym przyjacielem pasowała, bo zdawałoby się, że Fai czerpie energię życiową głównie z zawstydzania i doprowadzania Kurogane do skrajnego poirytowania.
A żeby uprawiać ten swoisty performance z pogranicza ni to tortur, ni flirtu blondas nie potrzebował ani kropelki alkoholu. O czym Kurogane miał przyjemność dowiadywać się właśnie tu i teraz.
- Lepi uważaj, bo cię pogryzie – zauważył krytycznie Sorata. – A może być wściekły…
- Nah, nie zrobi tego, jest na to zbyt miły – odparował Fai, na zmianę tarmosząc, to znów uklepując fryzurę Kurogane. – Nie mam racji, marcepanku? – Podobnie jak wariacje imienne, te cukiernicze również były na porządku dziennym.
- Nie jestem miły – zaoponował ze znużeniem marcepanek.
- Szczonku, miewasz ty czasem jakie przebłyski mechanizmów samozachowawczych, czy nie bardzo? Mom na myśli to, że nikt nie potrafi tak jeździć po Kurogane, jak sam Kurogane.
- Czekaj, czekaj, Sora, bo jeszcze chwila, a potraktuję to jako wyzwanie! – parsknął Fai.
Nieszczęsny wyrób cukierniczy na powrót zajął się jedzeniem. Niech to będzie sprawdzian jego silnej woli oraz cierpliwości. O, albo trening przed tym, co czeka go po zakończeniu studiów. Albo i wcześniej. Wszak z upierdliwym petentem można mieć do czynienia w każdym niemal zawodzie.
Po kilku kolejkach później, uwagę Osakijczyka przykuły dwie (prawdopodobnie) licealistki zajmujące stolik na prawo. A właściwie: zauważył, że od jakiegoś czasu licealistki skupiły uwagę właśnie na szanownym towarzystwie przy barze. Właśnie na nich!
Kurogane nie raczył nawet zerknąć w tamtą stronę. Rzecz oczywista, że to nikt inny, tylko głupol zwracał na siebie uwagę swoim jasnym łbem, zaraźliwym śmiechem i ogólnie pojętą aurą. Nic nowego, nie ma się czym ekscytować.
- Oho, ta w kucyku cię rozpoznała. Zara podejdzie, zobaczysz – mruknął konspiracyjnie Sorata, nachylając się w stronę Faia.
- Nie sądzę. – Blondyn dyskretnie spojrzał przez ramię. – Coraz rzadziej i rzadziej mi się to zdarza.
- Znaczy, twój czas przeminoł?
- Na to wygląda. – Fai uśmiechnął się niepewnie..
- O co chodzi? – Zainteresował się nagle Kurogane
Jak na złość zjawił się barman, który podjął przerwaną wcześniej rozmowę z Faiem i Soratą na temat zalet piw ciemnych i jasnych. Kurogane odpowiedzi na pytanie nie uzyskał.
Ma rozumieć, że te Artykuły Raz na Jakiś Czas Pisane do Kolorowych Gazetek przyniosły Faiowi – krótką, ale znaczną – sławę? Jakoś trudno w to uwierzyć…
Cóż, do tematu już nie wrócili, gdyż wkrótce po licealistkach ślad zaginął, a ich stolik zajęła rodzina z małym dzieckiem.
Sorata wysnuł głośne przypuszczenie, że dziewczyny wystraszył Kurogane. Lub też, że cała ich trójka okazała się zbyt przystojna dla nieśmiałych, dziewiczych serc. Jedno z dwóch, choć ta pierwsza teoria zdawała się być Osakijczykowi bardziej prawdopodobna.
A wychodząc od tematu licealistek i ogólnie rozumianej atrakcyjności, rozmowa gładko zeszła na te bardziej osobiste preferencje.
- Ja to bym… Ja to bym chcioł jakąś klasyczno pienkność! – Rozwodził się już nieco wcięty Sorata. – No wicie, kogoś w typie urody podobnym do tego, co to wszem i wobec prezentuje Kuro, tyle że, noo… mniej zacięcia, więcej dźwięku. Znaczy się, wdzięku. Klasa i te sprawy.
- Aww, czyż to nie urocze? – Rozczulił się rzewnie blondas, entuzjastycznie dźgając wiadomy (nie swój) policzek. – Zostałeś nazwany klasyczną pięknością, pierniczku. W pewnym sensie.
- Nie nazywaj mnie tak.
- No już dobrze, Kuro-sama, więcej nie będę. – Fai cofnął rękę, ale w jego oczach nadal iskrzyły rozbrykane iskierki. – A jeśli już o tym mowa… Jak jest u ciebie? – Spytał mrużąc oczy i oparł podbródek na zwiniętej dłoni. – Kto jest bardziej w twoim typie? Też jakieś mniej lub bardziej klasyczne piękności? Urocze dziewczyny, czy może sympatyczni chłopcy?
Kurogane z nabożną czcią odłożył nieomal opróżnioną szklankę piwa i wreszcie raczył spojrzeć na swego rozmówcę.
Pytanie wymagało dłuższego przemyślenia, dłuższej analizy i jeszcze szerszej odpowiedzi. Bo prawdę powiedziawszy Kurogane jakoś nigdy nie przykładał uwagi do tego typu spraw. To znaczy… potrafił odróżnić co i kto mu się podoba, a co i kto nie. Zdawał sobie sprawę, że Tomoyo ma wspaniałe włosy i w ogóle cała jest dość urocza (jeśli nie próbuje tych swoich stałych, podejrzanych sztuczek), a durny Osakijczyk ma ładny, bezpretensjonalny uśmiech, którym przy sprzyjających okolicznościach mógłby skraść komuś serce. Ale… W większości były to spostrzeżenia natury, hm, estetycznej. Albo, jak już, biorące się z sympatii. Nie wiązały się z nimi potrzeby duchowe (stricte romantyczne), czy te… erhm, czysto biologiczne.
Gdzieś tam głęboko w swej zwichrzonej mentalności zdawał sobie mętnie sprawę, że inni ludzie potrafią zakochać się na zabój w kimś kogo ledwo znają, że fantazjują o nieznajomych, których mijają na ulicy, natomiast on sam jest… nieco inny.
Mógłby odpowiedzieć Faiowi, że w gruncie rzeczy nie jest pewny, kto jest w jego typie. I że chyba sympatyczni chłopcy podobają mu się tak samo jak urocze dziewczyny.
A może nawet bardziej niż dziewczyny. Z dużą dozą prawdopodobieństwa bardziej. Bo jeden taki sympatyczny, mądry i cholernie wdzięczny chłopiec – nie, poprawka, już nie chłopiec – siedział tuż obokKurogane i pomimo całej swej nieskończonej upierdliwości miał najpiękniejsze oczy, uśmiech i wszystko inne w całym Układzie Słonecznym. Co najmniej w Układzie Słonecznym!
Tak. Fai był w jego typie. Z całą pewnością.
Postanowił spontanicznie zaanonsować to nagłe spostrzeżenie, więc odrzekł:
- Tak.
Blondyn trwał przez sekundkę do cna zdumiony, nim parsknął histerycznym śmiechem. Chyba spodziewał się bardziej doprecyzowanej odpowiedzi.
Do wybuchów gorączkowego chichotu Kurogane też już zdołał się przyzwyczaić. Podobnie Fai zareagował, gdy dowiedział się na kogo współlokator Soraty się szkoli. Najwyraźniej Faiowa wyobraźnia miała problem z ogarnięciem wizji przyszłości, w której to Kurogane z własnej woli miałby pomagać obcym ludziom. A gdy już trochę się uspokoił, zapytał, czy w przyszłości będzie miał u Kurogane zniżki na masaż. Zniżki i masaże, uhm, oczywiście. A jeszcze później już zupełnie spokojnie i z autentycznym zainteresowaniem wypytywał go o szczegóły studiów i o to, dlaczego padło akurat na fizjoterapię.
Cóż, takie już było życie z gaijinem – nieustanna wybuchowa mieszanka idiotycznych żartów i wcale a wcale niegłupich rozmów.
Dla każdego coś miłego.
Powiedzmy.
Wkrótce obsługa plażowej restauracji wzięła się za dyskretne sprzątanie. Niezawodny znak, że lokal będzie zamykany.
Bez zastanowienia zarządzono urodzinowe przenosiny. Znów to Fai wybrał najbliższy w okolicy klub, wprowadził towarzystwo do środka, zamówił drinki, i zasadniczo miał wszystko na oku i pod kontrolą.
Ponownie wylądowali przy samym barze.
Sorata prędko wyrwał się spod Faiowych skrzydeł. Wychyliwszy shota, wystrzelił na zapełniony parkiet i stamtąd szczerzył zęby do pozostałej dwójki.
Kurogane zazdrościł mu tych niespożytych zapasów energii. Kiedy Osakijczyk giął się w dzikim pląsie, jego kolega rozważał, czy to postępujące znużenie, czy mówiąc bardziej po ludzku, smutna zamuła to wynik całotygodniowego niedosypiania, zbyt dużej ilości alkoholu, czy samej przytłaczającej atmosfery klubu. Ygh, i ta muzyka! Zbyt głośna muzyka, która nie zezwala na normalną rozmowę.
Drgnął, kiedy ktoś chwycił go delikatnie za łokieć.
- Wszystko w porządku?! – Krzyknął mu Fai wprost do ucha.
- Tak! – Odparł bez zastanowienia. – Po prostu rzadko bywam w tego typu miejscach!
No tak, głupol ani na chwilę nie wychodzi z roli opiekuna. Ach, ta rodzicielka troska…
I jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń, blondas wyciągnął z kieszeni chusteczkę, uśmiechnął się przepraszająco i starł coś z brody Kurogane.
…przez cały ten czas miał na twarzy jakieś pozostałości po smażonym ryżu. Po prostu świetnie. Dodatkowo zamiast potencjalnego partnera dorobił się potencjalnej zastępczej mamy.
- Znów mnie zaskoczyłeś, Kuro-tan! – Fai schował chusteczkę i ponownie nachylił się w jego stronę.
Kurogane postanowił twardo nie myśleć, nie zwracać uwagi na to, jak niewielka przestrzeń dzieli twarz Faia od jego własnej twarzy.
- Hę!? Czym?
Bez wysiłku mógłby go teraz pocałować. W policzek na przykład. To na pewno zadziałałoby otrzeźwiająco. Orzeźwiająco też.
Hm. Jak na razie niemyślenie nie szło Kurogane zbyt dobrze.
- Kotkiem! – Odkrzyknął blondas z szerokim uśmiechem. – Jest cudny, ale nigdy w życiu nie zgadłbym, że sprawisz mi na prezent coś takiego!
- Cieszę się, że ci się podoba… – Burknął na tyle cicho, że głupol nie mógł tego usłyszeć.
- Czuję, że w przyszłości jeszcze nie raz mnie zaskoczysz! – Dźgający palec powrócił. Tym razem wwiercił się w brzuch Kurogane. – Mam rację?!
Kurogane odruchowo wzruszył ramionami.
Ech. Mógłby go zaskoczyć nawet tu i teraz. Zaprosić na randkę, albo coś w tym rodzaju. Szczerze wątpił, czy blondas życzyłby sobie podobnych rewelacji akurat w swoje urodziny, więc postanowił zatrzymać tę propozycję dla siebie.
Może będą ku niej lepsze okazje. Może. Jakoś. Kiedyś.
- Popilnujesz mi drinka, Kuroro? – Fai wskazał na szklankę toniku, a następnie skinął na tańczących ludzi. – Czy idziesz ze mną?
Pytany najpierw zmierzył długim spojrzeniem zatłoczony parkiet, lecz kiedy napotkał wzrokiem roześmiane oczy Faia, też mimowolnie się uśmiechnął.
- Idę z tobą.
Kolejny tydzień minął jak z bicza strzelił. Gwoli ścisłości dodać należy, że nie cały tydzień, ale zdecydowana większość.
Jak w każde czwartkowe popołudnie Kurogane wracał z uczelni metrem. Miał zamiar wstąpić na małe zakupy, a potem iść prosto do domu, gdzie przy odrobinie szczęścia nie będzie musiał robić nic aż do wieczora. Innymi słowy, reszta dnia i wieczór zapowiadały się normalnie i nudno.
Gdyby nie to, że przypadek (bądź przeznaczenie) chciał, że kiedy wyłączał odtwarzacz i ściągał słuchawki z zamiarem wygrzebania z plecaka komiksu do poczytania, jego uszom dobiegły strzępki rozmowy siedzących nieopodal nastolatków.
Rozmawiali chyba o znanym im wszystkim idolu, który wystąpił gościnne w jakimś teledysku, czy może reklamie…
Mniejsza o to. Ważne, że sama rozmowa zainicjowała wspomnienie, które uderzyło w Kurogane niemal z fizyczną siłą.
Jak mógł o tym zapomnieć…? I to na całe lata…?
A pewnie, że mógł! W końcu kto pamięta wszystkie swoje ważkie i mniej ważkie zdarzenia z wczesnego dzieciństwa?
W tym wypadku nie tylko samo przeżycie, doznanie było ważne. Równie ważny był cały ówczesny wycinek życia Kurogane.
Kurogane miał lat kilka i już wkrótce, za trzy tygodnie miał iść do przedszkola. Podskórnie czuł, że przedszkole będzie… początkiem czegoś naprawdę wielkiego. Jak na razie ta perspektywa tylko go cieszyła.
Ale póki co, Kurogane jak co dzień obudził się bardzo wcześnie, prześlizgnął się cicho obok wciąż śpiących rodziców i klapnął przed telewizorem. Jak każde dziecko nie lubił spać, za to lubił kreskówki. Dzień musiał być szczególny, prawdopodobnie świąteczny, bo jak na złość jego ulubionych i sprawdzonych kanałach kreskówek nie puszczano. Przeskakując z kanału na kanał zapuścił się na nieznany teren, jakim były stacje obcojęzyczne. Z Europy, czy jakichś innych Stanów, Kurogane za bardzo nie odróżniał.
I tam natrafił na Reklamę. Nie potrafił przywołać we wspomnień, czego konkretnie była to reklama. Gumy do żucia, wody mineralnej, czy nowego batonika.
Nieważne.
Ważne było, kto w niej występował. Był dorosły, to na pewno. Choć dla kogoś w wieku Kurogane „dorosły" oznaczało przedział mniej więcej pomiędzy czternastym a czterdziestym rokiem życia (dalej, rzecz jasna, zaczynała się starość). Ważne, że ten ktoś, pomimo dziwnie jasnych włosów i oczu, był absolutnie wspaniały. Uśmiechał się ciepło i serdecznie, i biła od niego łuna… hum, łuna szczęścia, życzliwości i jakiejś takiej naturalności, która sprawiała, że sam Kurogane czuł się równie uradowany, co zaambarasowany.
Reklama prędko się skończyła, pozostawiając raczej mało skomplikowane wnętrze małego Kurogane w stanie kompletnego nieporządku.
Przez następne tygodnie korzystał z każdej sposobności, by poskakać po stacjach w poszukiwaniu Tej Reklamy. Pilnie ukrywał ten fakt przed rodzicami, irracjonalnie przeświadczony, że robi coś niewłaściwego, zawstydzającego, o czym nikt inny poza samym Kurogane wiedzieć nie powinien.
Wspomnienie było prawdziwe, co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Ale!
To wcale nie musiał być ten kretyn, tłumaczył sobie teraz, tępo wpatrzony we własne buty. Ba, to na pewno nie był on! Po prostu zbyt często o nim myślę i wszystko zaczyna mi się mieszać…
To spostrzeżenie jeszcze bardziej skonfundowało Kurogane i pozbawiło go resztek spokoju ducha.
W ostatniej chwili posłyszał zawiadomienie o stacji, na której zwykł wysiadać.
Zakupy muszą poczekać, pomyślał idąc prędko chodnikiem. Byleby jak najszybciej dotrzeć do mieszkania. I do laptopa.
Z takimi sensacjami najlepiej oswajać się w domowych pieleszach.
Bo tym razem Kurogane zdecydował się sięgnąć po środek ostateczny – Ciocię Wikipedię.
