Oto i drugi rozdział mojego ff You Can Dance. Proszę Was o szczere opinie.
ROZDZIAŁ DRUGI
To koniec
BPOV:
Nareszcie wsiadałam do samolotu. Ta cała odprawa... koszmar. Przypadło mi miejsce obok jakiejś wysokiej, opalonej brunetki i dziewczyny z kruczoczarnymi, krótkimi włosami wyglądającej jak chochlik. Siedziała po mojej prawej stronie, nachylała się nad przejściem i rozmawiała z jakimś poważnie wyglądającym blondynem. Cały czas coś paplała, z pewnością
cierpiała na nadmiar energii. Ah, boję się żebym sobie czegoś nie zrobiła. Z moim brakiem koordynacji… w prawdzie znika w tańcu ale poza nim jest widoczny, aż za bardzo. Jeśli ktoś widział mnie tylko na scenie na pewno nie ma pojęcia, że jestem niezdarą. Osoby, które znam z poza zajęć tanecznych dziwią się jakim cudem tańczę…
- Cześć! Jestem Chelsea Nox. - przedstawiła się brunetka siedząca przy oknie.
- Isabella Swan, będę się cieszyć jak będziesz mówić mi Bella.
- Hej! Ja jestem Alice Brandon. - wtrąciła ta druga.
- Bella. Miło mi.
- Mi też. - nachyliła się i pocałowała mnie w policzek. - Czuję, że będziemy dobrymi przyjaciółkami. To - wskazała na blondyna, z którym wcześniej rozmawiała - jest Jasper Whitlock.
- Cześć. - wtrącił Jasper.
- Ja jestem Bella, a to Chelsea. - kiwnęłam głową w stronę sąsiadki.
- Jestem z Forks, Jazz z Port Angeles, a wy? - spytała Alice.
- Ja z Nowego Jarku. - powiedziała Chelsea - A ty Bella?
- Forks. Ale przez dziesięć lat mieszkałam w Phoenix.
- Dlaczego się przeprowadziłaś?
- Tu się urodziłam. Po rozwodzie moich rodziców wyjechałam z mamą do Phoenix. Znowu wyszła za mąż, a ja wróciłam do taty.
- Aha. Do której szkoły chodzisz?
- Do trzeciej klasy LO, a ty Alice?
- W pierwszej i drugiej klasie chodziłam do liceum w Port Angeles, ale w tym roku się przeprowadziłam i rodzice przepisali mnie do szkoły w Forks.
- Super! Nie widziałam cię nigdy.
- Bo dopiero pójdę po raz pierwszy. To cudownie, że będziemy chodzić do szjkoły razem! Chciała bym mieć jakieś lekcje z tobą!- krzyknęła z zadowoleniem. Wstała i zaczęła skakać po samolocie. - Takie zachowanie jest w ogóle dopuszczalne?
- Okej Alice usiądź! - posłuchała. Usiadła, a zaraz po tym rzuciła mi się na szyję.
- Nie wiesz jak ja się cieszę!
- Oj Alice! Ja też się cieszę! - od razu ją polubiłam.
- Bello, nie sądzisz, że Jasper jest cudowny? - szepnęła.
- Wiesz, nigdy nie pociągali mnie blond faceci, ale jest niczego sobie, i najwyraźniej wpadłaś mu w oko. - Jazz prawie ślinił się na jej widok.
- Głupstwa gadasz.
- Coś ty! Mówię prawdę!
- Myślisz, że powinnam do niego wystartować?
- Jasne!
- Okej. - najwyraźniej się ucieszyła, uśmiechnęła się jakimś uśmiechem, który mówił „wiem coś, czego ty nie wiesz" - Tobie też Bello znajdziemy chłopaka.
- Proszę, Alice nie baw się w swatkę!
- Dobra, ale i tak ci kogoś znajdę. - poddałam się, nie chcę kłócić się z
nią, bo i tak przegram, a że jestem już zajęta powiem jej później. Niech się dziecko cieszy.
Spojrzałam w lewo, Chelsea śpi. Było późno wszyscy spali. Oprócz mnie i Alice oczywiście, przy niej nie da się zasnąć. Zresztą i tak nie jestem śpiąca.
- Co tańczysz? - odezwała się nagle.
- Hip hop i popping. Wcześniej trenowałam balet. Ale głównie Hip hop. A ty?
- Ja preferuję taniec towarzyski - salsa, rumba, tango. Czasem też jumpstyle.
- Cieszysz się z YCD?
- Cieszę ale boje się Hip hopu.
- To nie jest takie trudne. Mogę ci pomóc, ale ty musisz pomóc mi w rumbie. - zaśmiałam się rumba była moją piętą achillesową.
- Dzięki! Jasne, że ci pomogę.
Ziewnęłam i odpłynęłam w objęcia morfeusza. Rano obudził mnie głos w głośnikach powiadamiający o lądowaniu i podniecony pisk Alice.
- Bella wstawaj! Lądujemy! Jesteśmy już w Los Angeles.
- Okej, okej już wstaje. Cześć Chelss!
- Dzień dobry Bello. Jak się spało?
- Wspaniale. - zabrzmiało to trochę sarkastycznie, Alice wzruszyła rękami. Samolot wreszcie wylądował i wszyscy wyszliśmy na halę przylotów. Przywitała nas Kinga Rusin i zaprowadziła do autobusu.
- Bella, usiądź ze mną. - zaproponowała Alice.
- Dzięki Alice.
- Dziś zaczynam operację zdobyć Jaspera .
- W takim razie powodzenia, ale on i tak jest już zdobyty. – uśmiechnęłam się przebiegle.
- Nie gadaj głupot!
- Nie znasz mnie. Ja nigdy nie gadam głupot. - w sumie powiedziałam prawdę. Przez resztę drogi Alice paplała o tym jaki to Jazz jest wspaniały, piękny itd. Już dawno przestałam jej słuchać. Dojechaliśmy. Nareszcie. Zanim wzięłyśmy wszystkie szpargały i wyszłyśmy z autobusu kilka osób już dostało pokoje. Miałam nadzieję, że będę z Alice i Chelss,
przynajmniej ta druga tyle nie mówi. Ale ta już dawno została przydzielona do jakichś dziewczyn.
- Alice Brandon, Rosalie - cudownie! Z Alice też nie będę - Hale i Isabella Swan, pokój 520! A jednak! Dziewczyna o imieniu Rosalie była wysoką blondynką, aż zdziwiłam się, iż nie jest modelką tylko tancerką a może modelką też jest? Rosalie... eee . Nie usłyszałam jej nazwiska. Cudownie Bello!
EPOV:
Stałem obok Mika i Taylora czekając na przydział zastanawiając się czy nie przyjdzie mi czasem dzielenie pokoju z jakimiś lamusami pokroju Erica.
- Edward, co ty w ogóle tańczysz? - ile razy mam odpowiadać Taylerowi na to pytanie? Nie, zaraz on pytał pierwszy raz.
- Przede wszystkim Hip hop.
- Alice Brandon, Rosalie Hale i Isabella Swan, pokój 520! – moje serce odmówiło współpracy żeby zaraz zacząć bić pięć razy szybciej. Isabella Swan? Moja Bella?! Tutaj?! Nie to złe pytanie, przecież ona była boginią tańca, oto raczej kur** mogłem zapytać sam siebie. Co ja tu robię? TU, z moją najlepszą przyjaciółką. W jednej edycji. Zrobiłem krok w jej stronę. Ale co jeśli ona mnie nie pamięta? Przecież nie odzywała się od 7 lat. Po jej przeprowadzce utrzymywaliśmy jeszcze ze sobą kontakt, ale kiedy jednego poj******* razu chciałem do niej zadzwonić coś mówiło mi, że nie ma takiego numeru. Od tego czasu dzwonię tam codziennie z nadzieją, że może kiedyś usłyszę jej cudowny głos. Od kiedy pojawiła się z Renee w Phoenix staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. To jej mogłem o wszystkim powiedzieć. Zawsze kręciło się koło mnie stado dziewczyn, które mogłem zmieniać jak rękawiczki, ale mnie interesowała tylko moja Bella, ta z kolei była jednym jedynym wyjątkiem, który za mną nie ganiał. Co mi w tym przypadku cholernie nie odpowiadało. Jako chłopiec byłem strasznie wstydliwy. W Belli zakochałem się już gdy miałem siedem albo osiem lat, ale zyskałem odwagę by jej to wyznać już gdy skończyłem 10. Nie, nie zyskałem odwagi, po prostu już dłużej nie mogłem bez niej żyć. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj poszedłem wyznać jej miłość, czego nie zrobiłem. Okazało się, że ona miała dla mnie ważniejszą wiadomość
- Edwardzie, wyjeżdżam do taty do Forks - powiedziała, rzuciła mi się na szyję i zaczęła płakać. Ja razem z nią. Wtedy obiecaliśmy sobie, że nieważne co się stanie i tak nigdy o sobie nie zapomnimy (co ona prawdopodobnie już dawno zrobiła), a gdy skończymy liceum wyjedziemy do Akademii Tańca do Londynu, ciekawy jestem czy ona też tam będzie.
Postanowiłem sobie, że nieważne co się stanie i tak tam pojadę. Koło Belli też kręcił się niezły sznureczek adoratorów. W Phoenix przynajmniej miałem wgląd w to z kim się spotyka i mogłem jej pilnować, a w Forks co? Figa z makiem! Zaraz jak tylko dostanę klucz muszę zdzwonić do Lauren - mojej dziewczyny. Nigdy jej nie kochałem, ale nie
mogłem jakoś z tym skończyć, bo jak to Edward Cullen bez dziewczyny? Co by inni na to powiedzieli? Lauren była najpopularniejsza w szkole, traktowałem ją raczej jak trofeum niż ukochaną. Chodząc cały czas kłamałem, że ją kocham. Hola! Powiedziałem to tylko raz, kiedy zostałem przez nią zmuszony... Zawsze kochałem Bells, a teraz kiedy wróciła, już nie dam rady dalej okłamywać Lauren.
- Edward! - z rozmyślań wyrwał mnie głos Mika - Coś ty taki zamyślony? My z Taylorem dostaliśmy już pokoje. Jak coś to 206. Trzymaj się stary!
- Nara!
- Edward Cullen - nareszcie ja, ciekawe z jakimi lamusami będę. – Jasper Whitlock i Emmett McCarty - pokój 561!
Po podpisach na liście wywnioskowałem, że Jasper jest blondynem a Emmett ciemnowłosy i bardo umięśniony, przypominający niedźwiedzia. Nareszcie znaleźliśmy nasz pokój, wyglądało na to, że moi współlokatorzy już się znali.
- Jestem Emmett, a to Jasper. - podał mi rękę niedźwiedź grizzly.
- Edward.
Wszyscy zabraliśmy się do rozpakowywania. Emmett i Jasper rozmawiali o czymś, ja byłem zbyt pochłonięty wspominaniem lat spędzony z Bellą. Dopiero moje imię wyrwało mnie z zamyślenia.
- Sorry, nie dosłyszałem pytania.
- Wpadła ci w oko jakaś laska? Kojarzysz Alice? Panna spodobała się naszemu Jasperowi.
- Nie, nie kojarzę, która to? - Całe szczęście pytanie Emmetta było tak zadane, że na pierwszy jego człon nie musiałem odpowiadać.
- Niska, z czarnymi nastroszonymi włosami. Podobna do chochlika i wszędzie jej pełno.
- Emo ona wcale nie wygląda jak chochlik! - zbuntował się Jazz i rzucił poduszką we współlokatora.
- Dalej nie wiem która to.
- Nie odpowiedziałeś na wcześniejsze pytanie Edwardzie. - a jednak mieszkanie z nimi, a w szczególności z Emmettem będzie zabawne, ale i trudne. Miałem się im teraz niby zwierzać?
- Jeszcze nie miałem czasu się rozglądnąć.
- To niby o kim cały czas tak zawzięcie myślisz?
- O tobie, Emmettcie, i o...
- Co?! Edward jesteś gejem? - zrobił minę jakby się naprawdę przestraszył.
- Tak, i mam zamiar rzucić się na ciebie jak tylko Jasper wyjdzie z pokoju. Albo nie zrobię to teraz. –zrobiłem kilka kroków w jego stronę, aby go przestraszyć.
- Boże! Jazz ratuj mnie! - ale ten widocznie nie miał zamiaru go posłuchać leżał na podłodze i skręcał się ze śmiechu.
- Emo, daj spokój. Nie znasz się na żartach? Żartowałem tylko! Czego ty widocznie nie zauważyłeś, bo Jazz od razu się zorientował. - zaczął śmiać się jeszcze głośniej, a ja przyłączyłem się do niego. Po chwili zawtórował nam Emmett.
- A teraz was przepraszam muszę zadzwonić do mojej dziewczyny. - oznajmiłem, kiedy już nam przeszło. Poszedłem do parku znajdującego się obok hotelu aby spokojnie porozmawiać z Lauren. Odebrała po dwóch sygnałach.
- Cześć kotku! Już na miejscu?
- Cześć Lauren. Tak już dolecieliśmy.
- I jak podoba ci się? Ludzie mili?
- Tak wszystko jest jak najbardziej wporzo. Musimy pogadać.
- To super! - pisnęła do słuchawki. - coś ty taki poważny?
- Bo musimy poważnie pogadać.
- O czym kochanie?
- O nas. - słyszałem w telefonie cichy jęk. - Przepraszam, ze tak przez telefon, ale nie wytrzymam do powrotu.
- Nie rozumiem. - zbytnio mądra to ona nie jest
- Lauren, to koniec. Już nic do ciebie nie czuję, nie chcę cię oszukiwać.
- Jak to nie kochasz mnie już? - chyba zaczęła płakać.
- Prawdę mówiąc nigdy cię nie kochałem. - jak zacząłem mówić to powiem lepiej już wszystko.
- Dlaczego TERAZ to mówisz? - wrzeszczała.
- Bo nie chciałem cię zranić.
- Za późno!
- Teraz to wiem.
- Jak można zerwać z kimś kogo się kochało przez ponad rok? Nawet jeśli to było tylko udawane!
- Wolałaś chodzić z kimś kto cię nie kocha? - zapytałem spokojnie.
- Nie powinieneś nigdy mnie oszukiwać! Teraz te swoje dobre intencje wsadź w dupę!
- Lauren, nie chciałem cię zranić. Naprawdę sądziłem, że cię kocham. Teraz wiem, że jednak nie!
- Teraz wiesz? Dziwne! Jak można się zakochać w kimś w jeden dzień?!
- Lauren ja...
- Bujaj się! przerwała mi i rzuciła słuchawką.
- ... ją kocham od zawsze! - szepnąłem ale i tak mnie nie słyszała.
