Część druga
4
W poniedziałek rano uśmiech nadal nie schodzi mi z twarzy, ale powoli zaczynam zadawać sobie pytanie, co będzie dalej. Euforia opada, pojawia się za to lekkie uczucie niepokoju. Mam wrażenie, że czegoś mi mało. Emo węszy okazję i nadbiega świńskim truchtem, przypominając mi, żebym się nie nakręcał, bo to tylko wygłup, po którym wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy.
Klasa wita mnie piskiem i brawami. Czyli nadal mają fazę, zwłaszcza dziewczyny, wiem już więc, na czym stoję, mogę zachowywać się w miarę normalnie. Karolina pyta, czy potrzebujemy organizatora wesela, Polka krzyczy, że myślała o nas, gdy robiła to wczoraj z Łukaszem, Magda się drze, że mam być jej wdzięczny, bo gdyby nie jej pocałunek z Karoliną, nie odkryłbym swojego przeznaczenia. Nie mówię jej, jak blisko dziesiątki trafiła. Śmieję się razem z nimi, ale cały czas nie przestaję zerkać na drzwi i czekać na niego.
Aleks nie przychodzi na łacinę.
Zjawia się dopiero na drugiej lekcji, zaraz po dzwonku. Serce wali mi jak oszalałe, ale dzielnie udaję, że jestem zupełnie wyluzowany. Przez pół historii nie dzieje się nic. Stopniowo tracę humor i zaczynam godzić się z tym, że trudno, było i się zmyło. Mam przynajmniej miłe wspomnienie i nikt się nie domyśla, że łączyłem z tym jakieś większe nadzieje. Twarz zachowana, przed nikim się nie ośmieszę. Poddaję się już rutynie zajęć, kiedy nagle Aleks odwraca się, patrzy na mnie, składa usta jak do pocałunku i wysyła mi go delikatnym pyknięciem warg.
Śmieję się i odpowiadam tym samym. Aleks deklaruje się wyraźniej i wystawia koniuszek języka. Robi mi się gorąco, przestaję zwracać uwagę na to, że cała klasa obserwuje nas jak aktorów na scenie i bez najmniejszych oporów powolutku oblizuję górną wargę, nie spuszczając przy tym z niego wzroku. Dwie ławki przede mną Karolina wydaje stłumiony pisk.
Aleks odwraca się z powrotem do tablicy, a ja mam przed oczami różową mgłę. Więc jednak! Będzie jakiś ciąg dalszy! Opuszczam głowę nisko nad zeszytem, żeby choć trochę ukryć głupawy banan na mojej twarzy. Kątem oka dostrzegam ruch w jego ławce. Aleks wstaje, wyłuskuje komórkę z kieszeni i rusza do drzwi na końcu sali. Gdy mnie mija, wyciąga rękę w bok i przesuwa palcami po mojej dłoni i dalej w górę, przez całe odsłonięte przedramię. Dreszcz omal nie zwala mnie z krzesła. Gubię oddech wraz z bananem. Przymykam oczy i muszę szybko zacisnąć wargi, żeby nie kwiknąć jak Karolina.
Życie jest piękne.
5
Wtorek jest identycznym pasmem szczęścia. Mam wrażenie, że pod moimi stopami znalazł się początek wygiętej pod niebo tęczy, a ja wskakuję na nią radośnie i pędzę przed siebie. Aleks bez przerwy krąży koło mnie, dba o nieustanny kontakt fizyczny. Ciągle mnie dotyka, wszystko niby przypadkiem. Przysiada się do mnie na większości lekcji. Muska przelotnie moje ramię. Chucha w kark, gdy odwraca się do kogoś. Pociera palcami wierzch mojej dłoni, gdy podaje mi długopis. Przesuwa kolanem po mojej nodze pod ławką. Nasze włosy mieszają się ze sobą, gdy nachylamy się nad jednym skryptem. Jestem w stanie trwałego, skrajnego podniecenia. Asekuracyjnie wykładam bluzę na spodnie, a na jednej z przerw muszę zamknąć się na trochę w kiblu.
Ludzie śmieją się do nas — do nas! Nie z nas! — a ich doping jest jak wiatr w plecy. Emo nieustannie próbuje się wcinać swoim Tak, ale… Jego głos nie ma żadnych szans przebicia, grzęźnie w cukrowej wacie, ciasno spowijającej mój mózg.
Homofobia może gdzieś tam istnieje, ale nie tutaj. Uznaję ją za miejską legendę, która mnie wcale, ale to wcale nie dotyczy.
6
W środę na treningu po raz pierwszy nie mam nic przeciwko temu, że mistrz przydziela mi go do pary.
Zaczynamy walkę. Nie dorównuję Aleksowi technicznie, śle mnie na matę raz, drugi, trzeci. Przestaję się uśmiechać, gdy przy ostatnim upadku ostro rąbię potylicą o materac. Zapominam o romantycznych uniesieniach. Lubomirski nagle robi się neutralny, jest zwykłym przeciwnikiem judo, dobrym jak każdy inny, i muszę spróbować go pokonać.
Wstaję i rozpędzam się bez ostrzeżenia, walę go głową w pierś. Przewraca się, koziołkujemy, moja keikoga rozłazi się na boki i krępuje mi ruchy, ląduję pod nim. Bierze mnie oburącz za barki, pociąga do góry i przesuwa w bok. I znów trzepie o matę. Kładzie się na mnie, zakleszcza w chwycie. Pod głową mam jego prawe ramię, szamoczę się, automatycznie zakładam stopami klamrę, usiłuję wydostać się spod jego kontroli. Lewą ręką łapie mnie za kolano, a potem sunie nią w górę po udzie, zaciska tuż pod pachwiną. Kurtka rozchyla mu się na piersi. Napiera ma mnie, czuję jego nagą skórę na mojej. Zawisa nade mną, niebezpiecznie blisko, dyszy mi prosto w twarz.
Mój umysł w jednej chwili interferuje z niedawną fantazją i robi sam siebie w konia, wpada we własną pułapkę. Aleks leży na mnie całym ciężarem, jego ciało jest w ciągłym ruchu. Sztywnieję w mgnieniu oka. Patrzę na jego wykrzywione z napięcia rysy, czuję, jak się o mnie ociera, przywiera do mnie dolną połową ciała. Coś twardego uderza o moje wyprężone podbrzusze, przesuwa się po nim, to chyba jego biodro, nie jestem pewien w tym wariackim podnieceniu. Świszczę oddechem przez zaciśnięte zęby, zwieram stopy silniej, gdy próbuje rozerwać klamrę i wepchnąć mi kolano między nogi. Tarcie i ciepło jego ciała doprowadzają mnie do szaleństwa, przestaję nad sobą panować, wiem, że już tego nie zawrócę, jeszcze trzy sekundy, dwie, mocno zamykam oczy i już, stało się. Chwytam powietrze otwartymi ustami, mięknę, rozluźniam się. Aleks z łatwością rozbija moje splecione stopy i nagle nieruchomieje.
Doganiam rzeczywistość. Czas spowalnia. Patrzymy sobie w oczy w totalnym napięciu. Wiem, że zbliżyliśmy się właśnie do jakiejś granicy, za którą trzeba odkryć karty. Balansujemy na jej linii, w zasadzie już ją przekroczyliśmy, nie mam tylko pojęcia, czy pod moimi stopami nadal odnajdę twardy grunt, czy zacznę osuwać się ze skraju przepaści w dół.
Oczy Aleksa nie zmieniają wyrazu, ale jego wargi zaczynają drgać, jedna unosi się w tak dobrze znanym mi drwiącym grymasie i nagle wiem, że jest bardzo, bardzo źle. Podciąga się na wyprostowanych rękach, patrzy w dół na mój brzuch, gapi się trochę i nagle wybucha krótkim, zimnym śmiechem. Odpycham go mocno, zrywam się na nogi i wybiegam z sali. Goni mnie jego głos. Zimny tak samo jak śmiech, szyderczy. Zaciskam zęby, zaciskam oczy i uszy. Nie chcę przyjąć do świadomości tego, co właśnie usłyszałem.
— Ja pierdolę…!
Co to było? Co się w ogóle stało? Po jaką cholerę ten świat kręci się dalej?
Wpadam do szatni. O mało nie wyrywam drzwiczek szafki z zawiasów, pędem zbieram ciuchy, nawet się nie ubieram, zwijam je tylko w kłąb, wpycham do torby i gnam po schodach w dół. Przez ułamek sekundy nasuwa mi się na myśl podobna ucieczka sprzed niecałych dwóch tygodni, ale przy tym, co teraz czuję, tamto było łagodną pieszczotą motylich skrzydełek. Zatrzymuję się dopiero, gdy schody się kończą. Jestem chyba na poziomie podziemnym, wszędzie pełno rur, słychać szmer i sapanie jakiejś ukrytej infrastruktury. Chowam się za załomem muru i wciągam na siebie rzeczy, ręce trzęsą mi się tak, że do każdego manewru muszę podchodzić dwukrotnie. Ze wstrętem zrywam z siebie bokserki z mokrą plamą na z przodu i ciskam je na dno torby. Cały czas nie opuszcza mnie żrący jak kwas ból za mostkiem, którego nie umiem stłumić ani nazwać. Dopiero po dłuższej chwili orientuję się, że to nic innego jak niewyobrażalnie wielki, niemieszczący się na żadnej skali, palący wstyd pomyłki.
O Aleksie nie próbuję nawet myśleć, wymazuję go z tymczasowej świadomości. Jego nie ma i nigdy nie było, wymyśliłem go sobie, nic takiego się nie stało, grunt to stąd wyjść, dotrzeć do domu, zamknąć się w pokoju i zignorować istnienie świata.
Jacek. Muszę się upewnić, że gdy tylko wyjdę przed klub, on będzie czekał na mnie na zewnątrz z pracującym silnikiem i otwartymi drzwiczkami. Odnajduję komórkę.
— Możesz po mnie przyjechać, dobrze? — Intonacją wyraźnie daję mu do zrozumienia, że to nie jest prośba ani nawet pytanie.
— Jestem na drugim końcu miasta, mogę być najwcześniej za godzinę — chrzęści telefon głosem Jacka na fali jakiejś obłędnej elektronicznej sieczki.
— Na drugim końcu miasta? W takim razie co, za dziesięć minut? — odpowiadam, starając się zapanować nad gęsią skórką. Za nic w świecie nie mogę ryzykować, że natknę się tu jeszcze na niego, na faceta, którego nie ma, nie było i nigdy nie będzie.
— Według planu miałem być za godzinę.
Tracę żałosne resztki opanowania.
— Dobrze wiem, jaki jest plan dnia i ja pierdolę ten twój plan dnia, bo ja znam plan dnia na pamięć, rozumiesz? — syczę. — Ty masz tutaj być i masz na mnie czekać, bo na mnie się czeka i ze mną się jest, kurwa, i mnie się pilnuje cały czas, rozumiesz? — Mój podniesiony głos odbija się od ścian, poprzecinanych izolowanymi na srebrno rurami. — Ze mną się jest, i ze mną się jest, kurwa, cały czas, rozumiesz? Dobra, sam tego chciałeś, wracam do domu taksówką. Ta-ksów-ką!
Ostatnie słowo wrzeszczę na całe gardło, a potem przerywam połączenie i z całej siły ciskam telefon do torby. Biegiem pokonuję dwa zakręty schodów, dopadam drzwi i wylatuję na zewnątrz.
Taksówkę łapię dwa skrzyżowania dalej, omal pod nią nie wpadam. Świat jest bardzo niewyraźny w ciemności późnego popołudnia, dodatkowo rozmytej mętną przesłoną łez.
XXX
Wbrew temu, co chciałem zrobić od razu po powrocie do domu, wybieram salon, a nie mój pokój. Włączam monitor telewizora, zakładam słuchawki na uszy, odpalam grę, ustawiam fonię na maksa i zabieram się za rozpierdalanie sukinsynów.
Robię to przez ponad godzinę, nie myśląc w ogóle o niczym. Emo szaleje, ale nawet ono nie odnajduje właściwych słów. Nie stać go nawet na banalne „A nie mówiłem?".
Nadia przynosi mi kolację, ale na mój widok nie wchodzi nawet do pokoju. Zostawia tacę na krześle obok drzwi i wraca do kuchni. Gram dalej.
Koło dziesiątej idę do siebie i sprawdzam fejsa.
Świat rozsypuje się na kawałki, a każdy z nich wali mi się na łeb jak cegła, grzebie mnie pod sobą, usypuje mi zimny, bezlitosny nagrobek.
Lubomirski zostawił ślad na moim profilu.
OMG! To judo przejdzie do historii!
Klikam w komentarze i ciemnieje mi przed oczami.
Masakra kurwa masakra!
Sex przed ślubem? LOL
Spermojudo! Buahahaha
Alex sprało się? ^^
O kurwa! Spermomiot o_o
Na samym dole najgorsze, jego dialog z Lipińską, który dzieje się właściwie na moich oczach.
Pola Lipińska: znaczy co węża sprężył i rozprężył? :O
Alex Lubomirski: w najczystszym stylu klasycznym
Pola Lipińska: WFT?…
Alex Lubomirski: estne volumen in toga an solum tibi libet me videre?… a raczej judoga nie toga hahahaha
Pola Lipińska: że co?
Ręce trzęsą mi się tak, że nie trafiam w touchpada, gdy chcę odświeżyć stronę.
Alex Lubomirski: Ty się lepiej do łaciny przyłóż bo będziesz nocniki na salach opróżniać a nie machać stetoskopem :O
Pola Lipińska: a on ci czym zamachał? LOL
Alex Lubomirski: ale dyskretnie, pod togą
Pola Lipińska: Alex przyda się na maturę TOGA do młodości hihihihi
Dotąd myślałem, że nie ma nic gorszego niż ten ohydny wstyd, który zeżarł mnie już prawie od środka. Dopiero teraz dociera do mnie, że to tylko początek gehenny.
On cały czas, od samiuteńkiego początku, robił mnie w jajo.
Podrywam się od biurka i zaczynam krążyć po pokoju jak czarna pantera Rilkego po klatce, tylko znacznie mniej skoordynowanie. Zaciskam w powietrzu kurczące się dziko pięści w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym rozerwać na strzępy. Wskakuję na łóżko, chwytam poduszkę, zaczynam walić nią o materac i wrzeszczeć jak opętany.
Jeszcze w życiu nie byłem na takim wkurwohaju. Tracę równowagę, przewracam się na kołdrę, drę ją paznokciami, miotam się na wszystkie strony i nie przestaję wyć w przyciśniętą do twarzy pościel.
Co ja im zrobiłem? Co ja im takiego, kurwa, zrobiłem?
Pierdolone stado baranów, ślepo podążające za swoim jebanym przywódcą, bezmyślnie beczące w takt jego słów. Nikt z nich nawet nie zastanowi się nad tym, co robi. Do tej pory ich to nie raziło? Klaskali w rączki, rozdawali serduszka i uśmieszki, póki szef uważał, że to zabawne? Lipińskiej i Zimmer mógłbym przegryźć gardło, durne pizdy, jazgoczące razem z nim na czele całej nagonki.
Czuję, że szybko, ale to bardzo szybko, potrzebna mi pomoc albo przynajmniej jej namiastka. Uspokajam się trochę, udaje mi się usiąść. Wstaję, nogi ledwo mnie utrzymują, mdli mnie i jest mi słabo. Podchodzę do biurka, zabieram notebooka i wracam do łóżka. Zamykam fejsa i wystukuję w wyszukiwarkę słowa kluczowe „gej niezrozumienie ból", a potem nurkuję w odmęt trafień.
Najpierw przerzucam strony gejowskie. Nie znajduję niczego, o czym bym już nie wiedział: świat wokół nas jest jedną wielką, zakłamaną gnojówką, fanatycznie tępiącą inność, z której wyrwać się możesz, mniej lub bardziej skutecznie, po osiągnięciu niezależności. Niezależności od szkoły, od rodziców, od środowiska. Fajnie, super, dostosuję się. Kiedyś. Fakt boleśnie prawdziwy, ale nijak przekładalny na moją sytuację w roli szybkiej opaski uciskowej, zanim się wykrwawię do końca.
Potem cały potop pseudopsychologicznej zgnilizny o alienacji. Najróżniejszej maści, począwszy od egzaltowanych gimnazjalistek aż po domorosłych ekspertów od ludzkiej duszy. Bełkot, od którego robi mi się jeszcze bardziej niedobrze.
Gdzieś pomiędzy trafieniami wyrzuca mi filmik. Jakaś laska robi sobie kuku żyletką. Jej przedramię, pokazane na zbliżeniu, jest pokryte siatką starszych i młodszych sznytów. Na ten widok moja klatka piersiowa faluje w suchym odruchu wymiotnym. Laska wycina sobie następny wzorek w kształcie podobnym do mojego ulubionego klocka w Tetris. Pod filmem jakieś mroczne teksty, coś o otwartych ranach i zamkniętym świecie, głośnym krwawieniu i cichym życiu. Uuuuch, ta to dopiero musi mieć emo, moje przy tym to pikuś-amator. Nie, to nie moje klimaty, nie moja bajka. Potrzebuję konkretów i szybkiego wsparcia, a nie zbryzganych krwią poetyckich przenośni o beznadziei tego świata. Od tego mam własny, skromniutki histeryczny głosik albo chociażby Hamleta. Szybko klikam w krzyżyk w prawym górnym rogu strony i odruchowo wracam na fejsa. Robię to z przyzwyczajenia, bez najmniejszego udziału świadomości, podczas sesji w sieci zawsze wchodzę tam co kilkanaście minut. Ilość komentarzy odbiera mi oddech, jest ich dwa razy tyle co po filmie ze studniówki. Gwałtownie odpycham notebooka.
Czuję ostry skurcz w brzuchu, mdłości uznają, że koniec podchodów. Kulę się w pół i rzygam na kołdrę, wypluwam z siebie przeżarte wstydem i upokorzeniem wnętrzności, skręcam się tak długo, aż wypływa ze mnie ostatnia kropelka żółci. Potem leżę i spazmatycznie łapię powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba.
Jakieś sto lat później udaje mi się wstać. Osłabionymi rękami zbieram zasyfioną pościel z łóżka, składam raz, drugi i wystawiam za drzwi. Niech Nadia się o to martwi, w końcu za coś jej płacą.
Zwalam się na nagi materac i trzęsę przez dłuższy czas z zimna i wyczerpania. Znajduję na fotelu koc, ale nawet pod nim nie udaje mi się rozgrzać. Przez resztę nocy boli mnie brzuch, pod powiekami wciąż mam jego drwiącą minę, a w uszach zimny śmiech.
Następnego dnia, w czwartek, nie idę do szkoły.
7
Całe rano siedzę w pokoju, otępiały i pusty w środku jak po wielkim płaczu. Nie myślę o niczym i o nikim. Koło południa robię się odrobinę głodny i idę na dół poszukać Nadii. Patrzy na mnie dziwnie i pyta niespokojnie, czy nadal jestem bardzo chory, ale gdy ją zapewniam, że nie puszczę jej pawia na świeżo wypucowaną podłogę, daje mi talerz lekkiego rosołku.
Matka i ojciec zjawiają się prawie synchronicznie wczesnym popołudniem. Siedzę właśnie w salonie i znów spuszczam łomot kanibalowi z F.E.A.R. 3. Przez moje odrętwienie przebija się coś na kształt zdziwienia, co, oni w domu o tej porze? Zaraz jednak na powrót zapadam w letarg i wracam do gry. To tylko kalendarz ich zdublował, nie są w domu wcześnie, tylko po prostu bardzo późno. Ojciec od razu znika u siebie, matka wchodzi do salonu i zwala się na krzesło przy stole, a potem pada płasko twarzą na blat. Patrzę na nią z obojętną ciekawością. Nieźle, prawie headdesk jej z tego wyszedł.
— Co ty tu robisz o tej godzinie, Dominik? — pyta słabym, płaskim ze zmęczenia głosem. — Jaki my w ogóle mamy dzień? Blady jesteś.
— Czwartek. Źle się czuję. Nie byłem w szkole.
— Pamiętaj, że w maju matura — odpowiada bezbarwnie odruchową formułką. — Czwartek. Ach, czwartek. Wieczorem mamy bilety na Orfeusza. Dominik, będą tam bardzo ważni dla ojca ludzie. — O, ten tekst też znam. — Ubierz się jak człowiek. Idę się położyć, a ty może poczuj się lepiej do siódmej, tak?
XXX
Ważnych dla ojca ludzi spotykamy podczas antraktu. Znam ich już. Gość z ministerstwa, ojciec od wieków czai się na jakieś lepsze stanowisko w jego resorcie. Jego żona, apodyktyczna i rozgęgana. Córeczka-laleczka, baletnica, piękna i utalentowana, coś w stylu wczesnej Bachledy-Curuś klasy be. Jak zwykle w kółko na mnie zerka, uśmiecha się. Wyraźnie jej się podobam. Pewnie też przypominam jej jakiegoś głównego bohatera mangi, którego potajemnie wielbi. Oficjalnie się przecież nie przyzna, to nie pasuje do kulturalnych wyżyn, jakie każą jej reprezentować starzy. Kiedyś się nawet zastanawiałem, czy nie bzyknąć tej Weroniki z własnej inicjatywy, ojciec wszedłby może dzięki temu w jakieś łaski, ale prędko się rozmyśliłem. Zaraz byłby cyrk jak z Julką w zeszłym roku: analizy moich słów i zachowań, łzy, telefony, esemesy, dramaty w trzech aktach, a mnie ostatnio od dramatów mdłości porywają.
A, właśnie. Wsłuchuję się w siebie i stwierdzam, że mam całkiem niezły humor. Pewnie jakaś reakcja obronna na wczorajszy szok. Kątem ucha słyszę, że cała piątka przechodzi właśnie do szarży na temat niebezpiecznie bliski moich myśli.
— No, Dominik, może byście kiedyś gdzieś tak sami poszli? — pyta ważny-dla-ojca-człowiek, robiąc bardzo sugestywną minę. Wiedziałem. Wiedziałem, że Weronika wyraziła przed swoim tatusiem chęć posiadania mnie na własność, tak jak zapewne zamawia sobie prezenty świąteczne, a tatuś próbuje teraz dyskretnie spełnić życzenie córeczki. Ogarnia mnie pusta głupawka. Emo, nażarte po wczorajszym do syta jak nigdy, mruga do mnie porozumiewawczo: Zabawimy się, Dominik? Odchrząkuję.
— Tylko że ja nie przepadam za dziewczynami, bo jestem gejem. — Gapią się na mnie przez sekundę, a potem zaczynają się śmiać z niedowierzaniem. Dobrze, uściślę więc. — Wolę chłopców.
Ojciec uruchamia swoją błyskotliwość.
— Prawie dałem się nabrać.
Matka podchwytuje przynętę i znów wybucha sztucznym śmiechem, nadając coś o mojej skłonności do niewybrednych żartów. Nie wierzą mi? Dobra, zaraz im tu zrobię niezapomniany coming out. Oglądam się za siebie i patrzę na antyczne popiersie pięknego młodzieńca, które zdobi niszę korytarza. Jak znalazł. Niech żyje miłość w stylu klasycznym i starożytny luzik w nastawieniu do homoseksualizmu. Takiego przedstawienia, jakie im tu zaraz odstawię, mury tego teatru jeszcze na żywo nie oglądały i pewnie już nie obejrzą. Robię trzy kroki w tył, uśmiecham się i wczepiam ustami w zimne wargi posągu. Z pełnym, namiętnym zaangażowaniem obrabiam marmur językiem, wkładam w to mnóstwo serca, jakby kamienny adonis był moim jedynym, prawdziwym kochankiem.
Sztuczny śmiech matki zmienia się w histeryczny, ojciec próbuje ratować sytuację powtarzając w kółko „śmieszne, bardzo śmieszne", ale jego głos słabnie ze słowa na słowo. Duszę się z wewnętrznego śmiechu i przez chwilę żałuję, że to tylko popiersie, a nie cała rzeźba w skali jeden do jednego. Najlepsze byłoby coś w rodzaju Dawida. Przyssałbym się wtedy do zupełnie innego elementu anatomii niż usta. Tak żeby nie mieli już najmniejszych wątpliwości.
Matka zalewa bardzo ważnych ludzi potokiem w naprędce skleconych przeprosin, z których wyłapuję, że rezygnujemy z ostatniego aktu. W międzyczasie ojciec odciąga mnie od mojego cudownego partnera, który z pewnością nie ma konta na facebooku. W drodze do szatni śmieję się tak, że ledwo trzymam się na nogach.
XXX
W samochodzie matka nie przestaje jazgotać.
— Co to było, Dominik? Prowokacja jakaś? Moda jakaś na to gejostwo, co to jest? W dupie ci się przewróciło, Dominik, za dużo masz i za dużo ci wolno, wszystko, wszyściuteńko od nas dostałeś i już nie wiesz, czego chcieć, nie jesteś żadnym gejem!
Skręcam się ze śmiechu na tylnym siedzeniu, głupawka trwa w najlepsze.
— Nawet jeśli — wtrąca się ojciec spokojnie — to zachowaj to dla siebie. Ludziom nie mówi się takich rzeczy. Można to przecież jakoś ukryć. Ja nie chcę o tym wiedzieć, a minister już na pewno nie.
Kwiczę ze śmiechu. Matkę wkurw nagły bierze i sięga po Środek Wychowawczy Numer Jeden. Wydziera się na mnie, ale wydziera tak, że ojciec omal nie wjeżdża na chodnik.
— Jutro marsz do szkoły! Nie obchodzi mnie, że to ostatni dzień przed feriami! Skoro masz siłę na takie wygłupy, to dasz sobie radę z pójściem na lekcje!
Jej krzyk sprowadza mnie na ziemię. Szkoła. Milknę, poważnieję i czuję, jak z każdą sekundą wraca do mnie rzeczywistość. Nie jest jednak aż tak czarna jak wczoraj. Coś migocze na samym jej dnie. Słowa ojca zasiały we mnie jakieś ziarno, jakąś nieuchwytną na razie myśl. Skupiam się i próbuję ją sobie przybliżyć.
Zachować dla siebie? Ukryć? Nie afiszować się ze swoją orientacją? Otoczyć się pozorami? Schować prawdę pod płaszczykiem zgrywy?
Kiełkuje we mnie nadzieja. Nadzieja, nawet jeśli jest jej bardzo niewiele, umie zdziałać cuda. Potrafi nawet sprawić, że zmartwychwstaniesz ze swojego wirtualnego grobu.
Co, jeśli zachowanie Aleksa ma drugie dno? Że jest z nim dokładnie tak samo jak z moim marmurowym pocałunkiem? Prawda o sobie podana tak, że nikt nie bierze jej na poważnie?
Nadzieja rośnie. Ma już całkiem solidną łodyżkę i nabrzmiewa na wierzchołku pączkiem wstępnej radości.
Jasne, że nie zrobi żadnego dementi na szerszą skalę. Szybko sprawdzam telefon. Nic, żadnego esemesa. Ale na pewno wysłał mi już jakąś wiadomość albo mejla. Przecież nie mogłem się mylić. Nie po tym, jak się zachowywał. Nie po tym pocałunku. Ledwo dojeżdżamy do domu, pędzę na górę, żeby wyprzedzić goniący za mną na złamanie karku duet zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego.
Jestem tak podjarany rosnącą jak chwast nadzieją, że bez zastanowienia otwieram fejsa.
Jest! Jest coś od niego na moim profilu!
FIGHT! DD
Zanim mózg zdąży wypluć zwrotną informację, że ten wpis nie ma nic, ale to nic wspólnego z moim entuzjazmem, ręka sama klika w załączony filmik. Po trzech sekundach robi mi się słabo.
Gra cieni dwóch rąk, przerobionych na pacynki. Lekcja judo w kolejnej odsłonie, tym razem w roli głównej palce w rozczochranych peruczkach. Ja i on. Zajęte dokładnie tym samym, o czym marzyłem, ale w wydaniu tak upokarzającym, że świat na nowo usuwa mi się spod stóp. Jęki i postękiwania odtworzone w przyspieszonym tempie, jak na głupich kreskówkach. To, czym jestem, kim jestem, wyśmiane bez litości. Pokazane z szyderstwem odmawiającym mi prawa istnienia. Przez niego. Poświęcił czas, żeby zrobić ten filmik i wbić ostatni gwóźdź do mojej trumny. Nie marnując nawet sekundy na myśl, co mi tym wyrządza. Nikt inny, ale właśnie on.
Wyję. Robi mi się gorąco, wpadam w szał. Zrywam z siebie koszulę, ciskam ją na ziemię, oderwany guzik omal nie trafia mnie w oko. Zaczynam miotać się po pokoju. Znowu, znowu to samo, drugiej takiej nocy nie zniosę. Wczoraj był to tylko wstyd, rozczarowanie i poniżenie. „Tylko", które mnie prawie zabiło. Dziś dochodzi jeszcze zamordowana nadzieja, nadzieja skupiona wokół niego. Nie wiem, czy cokolwiek bolało mnie kiedyś bardziej.
Co za cholerny, cholerny skurwysyn. Mógłbym go zabić gołymi rękami. Rozerwać na strzępy, zadusić, zamęczyć na śmierć…
Mógłbym go zabić. Galopujące myśli zatrzymują się i przyglądają w skupieniu, jak mój umysł powolutku zmienia modalność mógłbym z impulsywnego i gorącego „miałbym na to ochotę" na spokojne i chłodne „mam środki, by to zrobić".
Tej nocy również mało śpię. Wpatruję się w ciemność szeroko otwartymi oczami i snuję plan. Plan, który ustala piątek, ostatni dzień przed feriami, jako jednocześnie ostatni dzień życia Aleksandra Lubomirskiego.
8
Rano mam cienie pod oczami.
Wymykam się z pokoju przed szóstą i dobieram do skrytki. Pistolet leży w jej wnętrzu, nabity jak zawsze, wydaje mi się, że to niezbyt zgodne z przepisami. Błogosławię paranoję ojca, który ciągle widzi się w roli ofiary jakiegoś zamachu. Najlepszy dowód, że zarządzanie finansami na pewnym szczeblu niekoniecznie wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa i dobrze spełnianego obowiązku.
Emo chce poświętować wyjście w parze ze spluwą i żąda odpowiedniej oprawy graficznej. Sunę czarną kredką po dolnej powiece i dopieszczam grzywkę. Zakładam kurtkę w czerwono-czarną kratę, wciskam pistolet do kieszeni i muzykę na uszy. Wychodzę do Jacka. Jestem zupełnie, ale to zupełnie spokojny.
XXX
Nie słyszę chichotów i komentarzy. Ciągle mam w uszach słuchawki. Nie przejmuję się też tym, co widzę, gdy ich mijam, patrząc im prosto w twarz. Zaciśnięte usta, powstrzymujące bulgoczący śmiech. Drwiące miny, usiłujące przybrać wyraz fałszywej neutralności. Odpychające, zakłamane, złe.
Nikt mnie nie pozdrawia.
Nie uciekam wzrokiem, patrzę im w oczy śmiało i otwarcie. Nic mi nie mogą zrobić, stoję ponad nimi, jestem silniejszy. Ciężar w mojej kieszeni ciągle mi przypomina, że mam sprzymierzeńca.
Na Lubomirskiego natykam się na korytarzu przed klasą. Rozmawia z Leszczyńskim, gapi się na mnie chwilę i zaraz odwraca głowę, jakby zamiast mnie widział tylko zagęszczone kolorami powietrze. Ciesz się, chłoptaś, z każdej minuty, która ci jeszcze została. Możesz nawet nie uważać dziś na lekcjach. I tak nie dożyjesz matury, nie dożyjesz nawet powrotu do domu na obiadek u mamusi.
Nie wiem do końca, kiedy to zrobię. Na razie czekam na właściwy moment. Jądro mojego gniewu wciąż otoczone jest płaszczem zimnego spokoju. Dopóki się nie roztopi, Lubomirski jest bezpieczny. Ale czas pracuje na jego niekorzyść.
Nie obchodzi mnie, co stanie się ze mną po wszystkim. Po wszystkim nie będzie w ogóle czegoś takiego jak „potem".
Dawno wyjąłem słuchawki z uszu, ale na dźwięki otoczenia wciąż nakłada się szum, głosy zmieniających się nauczycieli odzywają się w nim dudniącym echem. Może to mój niezwyczajny spokój, a może tylko banalne niewyspanie. Nie wiem. Klasa udaje, że mnie nie ma. Patrzę im w oczy, a oni w bok lub przeze mnie. Jakbym był przezroczysty. Może naprawdę już nie istnieję. Zabili mnie w sieci, a skoro tam już nie żyję, to i tutaj jestem dla nich martwy.
Na jednej z lekcji Lubomirski zerka na mnie przez ramię. Łapię jego wzrok i potrząsam wolno głową, wkładam w ten gest całe potępienie, na jakie mnie stać, całe moje niedowierzanie, jak mógł być tak okrutny. Czuję wlepione we mnie spojrzenie Karoliny, obserwującej naszą niemą komunikację. Poczekaj, ty jędzo, może dla ciebie też będę miał dziś coś specjalnego. Lubomirski nie wytrzymuje, ucieka oczami, frajer i tchórz. Odwraca się ode mnie. I nagle z jego zaciśniętej pięści wyskakuje w górę palec wskazujący. Palec jest tak wymowny, że nie potrzebuje peruczki. Karolina dusi się ze śmiechu.
Śmiejcie się, póki jeszcze możecie. Nie jestem sam. Mam taki backup, od którego mózgi wam się rozbryzną na ścianie.
Na długiej przerwie wychodzę przed szkołę. Nie wyjmuję rąk z kieszeni kurtki, wciąż pieszczą spoczywający na jej dnie słodki ciężar. Wciągam głęboko zimne i wilgotne powietrze, powoli przemierzam kawałek ulicy przed wejściem, tam i z powrotem, tam i z powrotem.
W którejś chwili ich zauważam, schodzą niespiesznie po schodach, przystają na chodniku. Leszczyński, Pietrukaniec, Tumialis i Lubomirski. Nie zbliżam się do nich, skracam rundkę o kilka metrów i robię w tył zwrot. Dogania mnie drwiący krzyk Pietrukańca.
— Dziś bierzesz Aleksa na makijaż?
Zbiorowy ryk śmiechu. Ostry, bezlitosny. Tak już będzie zawsze, dzień w dzień, jeśli zaraz czegoś nie zrobię. Zaciskam zęby i dłoń na pistolecie. Odwracam się, podchodzę. Na Pietrukańca nie zwracam uwagi. Patrzę prosto na Lubomirskiego.
— Ty skurwielu — mówię spokojnie. — Ty żałosna świnio. A ja cię naprawdę… — urywam. Lubomirski gapi się na mnie bez słowa, poważnieje, oczy mu się rozszerzają.
Teraz, Dominik, to idealny moment, to chwila, na którą czekałeś. Dalej, wyciągaj żelazo, odbezpiecz i rozwal mu ten pieprzony łeb. Ściskam mocniej pistolet i powoli zaczynam wysuwać go z kieszeni. I nagle wiem, że nie dam rady. Nie mogę. Teraz, gdy cały jego ciężar spoczywa w mojej dłoni, niepodtrzymywany przez pomocną kurtkę, wiem, że go nie udźwignę.
Tym razem to ja przegrywam. Nie wytrzymuję coraz poważniejszego, zdziwionego wzroku Aleksa. Wymijam ich i wbiegam po schodach, lecę korytarzem, wpadam do klasy, łapię torbę i uciekam ze szkoły tylnym wyjściem. W uszach wciąż dzwonią mi moje własne słowa, którymi definitywnie spaliłem za sobą ostatni most: zachowanie twarzy. Ja mu tam, przed tymi schodami, praktycznie wyznałem miłość.
To już koniec.
XXX
W taksówce gryzę paznokcie i gapię się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Coś się we mnie kłębi, coś straszniejszego niż wszystko do tej pory, jak skręcający się i nabierający rozpędu huragan, ale sam nie wiem jeszcze, czym objawi się w pierwszej kolejności.
Wbiegam do domu, ignoruję zdziwiony okrzyk Nadii. Po drodze wyszarpuję pistolet z kurtki, teraz już niepotrzebny, zdradziecki balast, i ciskam go z furią o podłogę. Ląduje na niej z łomotem, odbija się kilka razy od parkietu i zatrzymuje na środku salonu, kręcąc się wokół własnej osi jak dziecięcy bączek. Nie chcę go widzieć ani dotykać, jest jak symbol mojej ostatecznej porażki.
Zamykam się w pokoju, pozbywam torby i kurtki, wczepiam rozcapierzone palce we włosy i zaczynam wyć. Znów, znów, znów. Trzeci dzień pod rząd ten sam obłęd, to już nie fatalna seria, nie, w domu będzie tak samo jak w szkole, to już zostanie, już zawsze będzie tylko bolało.
Miałem swoją szansę. Mogłem to zmienić, zdmuchnąć go z tego świata. Firana ze mnie, nie facet. Nienawidzę swojej słabości, swojej inności, tego, że przez nią cierpię. Nienawidzę samego siebie.
Rzucam się na notebooka, otwieram folder z muzyką. Muszę się ogłuszyć, trzeba mi czegoś z krzykiem głośniejszym od moich myśli. Klikam na oślep, łzy deformują ostrość widzenia, trafiam w coś, co zostawiam, Billy Talent, może być. Przesuwam skalę fonii na maksa, zaciskam powieki i rozpoczynam walkę z huraganem.
Zakłamany, pierdolony świat, rządzący się samymi pozorami. Pozornie kochający mnie rodzice, którzy nigdy nie mają dla mnie czasu. Pozornie dbają o moje dobro, ale wciskają mi do głowy, żebym sam się otoczył pozorami i zachował prawdę o sobie tylko dla siebie i gryzł się z tym całe życie. Pozornie tolerancyjne, bezmózgie stado w szkole, któremu podoba się tylko gej light, najlepiej w wydaniu wirtualnego obrazka w stylu wygłupu na studniówce, żeby mieli się czym podjarać, bo takiego prawdziwego, z krwi i kości, w dodatku tuż pod własnym nosem, już nie zaakceptują, bo jest im zbyt dosłowny. Pozorny raj, jaki stworzył mi na niecałe pięć dni Lubomirski, zanim nie wykopał mnie stamtąd do piekła rzeczywistości. A ja zdążyłem zachłysnąć się kłamliwym szczęściem i zapomnieć, że można żyć tak jak przedtem. Krzyczę.
Nigdzie wyjścia, same ślepe, zakratowane korytarze.
W głowie mi się kręci, skurcz znów wiąże jelita na supeł. Emo pracuje na wysokich obrotach, manipuluje mną jak Lars von Trier widzem w Dancer in the Dark. Poddaję mu się bezsilnie, niech decyduje i myśli za mnie, skoro sam jestem zbyt słaby nawet na to, żeby zmierzyć się z samym sobą.
This Suffering, muzyka dudni mi pod czaszką, nakłada się na szalejący w niej ból. Przegrałem z nimi wszystkimi, przegrałem z ohydą ich zachowania, moja siła, w którą dziś tak bardzo wierzyłem, też okazała się tylko pozorem. Wyję bez zahamowań na całe gardło, rozmazuję łzy po twarzy, szarpię się za włosy, you'll never close my eyes and watch me die, Nadia wali w drzwi i coś woła, wyję dalej, Nothing to Lose, zawrót głowy omal nie posyła mnie na podłogę, z bólu nic nie widzę, jestem jak ślepe szczenię, obijam się o ściany, dokąd ja mam wracać, jaka matura, jaka szkoła, jakie życie, potykam się o poduszkę, nie wiem nawet, jak się znalazła pod moimi nogami, emo wrzeszczy głosem Kowalewicza, wciskam pięści do uszu, there's nothing to lose when no one knows your name, ta piosenka jest o mnie, to przecież ja, a wtedy przychodzi nagłe olśnienie i wraz z nim raptowny spokój.
Jakie to proste.
Zatrzymuję się na środku pokoju. Przeceniłem własne siły zakładając, że będzie to ostatni dzień jego życia. Na to, by zakończyć dziś moje, mam ich teraz aż nadto.
Kiedyś w Krakowie kupiłem sobie piękną lampkę w stylu Tiffany'ego. Zobaczyłem ją na wystawie jakiegoś sklepiku na Kazimierzu i zakochałem się od pierwszego wejrzenia w jej witrażowym abażurze. Żadna inna na świecie nie ma aż tak subtelnego wzoru. Podwijam wysoko rękawy. Chodź tu, skarbie, pomóż mi. There's nothing to gain and I just died today, potwierdza ostatecznym wrzaskiem Billy Talent.
Zatrzaskuję notebooka.
Podnoszę lampkę za podstawę i walę nią o szafkę przy łóżku. Szkło rozpryskuje się na wszystkie strony, zasypuje stosik leżących obok książek. Wybieram solidny, gruby odłamek, a kawałek oprawki, który tkwi jeszcze w jego brzegu, służy mi za uchwyt.
Lektury kształcą. Wiem, jak trzeba to zrobić, żeby było nie do odratowania. Trzeba ciąć wzdłuż, od łokcia po nadgarstek, a potem przekreślić na krzyż na przegubie dłoni. Przykładam szkło do wnętrza lewego przedramienia, wbijam głęboko i ciągnę w dół. Przeraźliwy ból zapiera dech w piersi i paraliżuje myśli, ale to inny ból, lepszy od tego w głowie. Zaciskam zęby. Serce wali mi nierówno, oczy łzawią jak oszalałe, jestem mokry od potu. Na moment pojawia się wspomnienie tamtej laski z netu i jej żyletki. Teraz już ją rozumiem, rozcinanie stawiającego opór mięsa pozwala na chwilę zapomnieć o wszystkim innym. Teraz druga strona. Pokonuję protest broniącego się ciała i przekładam szkło do rozharatanej ręki. Dygocze mi jak oszalała, ból zaczyna paraliżować już nie tylko myśli, ale i mięśnie. Palce mi się trzęsą i drętwieją, ale udaje się, dociągam odłamek do końca, prawie gotowe, najgorsze za mną, teraz już tylko dać w poprzek i wszystko. Krew leci ze mnie jak ze świniaka, zapaskudziłem już cały dywan i podłogę, zachlapałem ścianę, Nadia będzie miała co robić. Szybciej, bo zaczyna mi być słabo, wiem, że jeśli stracę przytomność, to już nigdy jej nie odzyskam, a jeszcze przecież nie skończyłem. Znów przekładam szkło do prawej ręki i robię poziomą krechę na lewym nadgarstku. Przed oczami zaczynają wirować mi czarne plamy, w uszach mam gęstą watę. Tracę równowagę i lecę, walę głową o regał. Słyszę jeszcze spadające książki i płyty i dziwię się resztką świadomości, Jejku, tak szybko poszło?A potem ciemność pochłania cały ten pierdolony świat.
Koniec części drugiej
