Od autora: Dziękuję wszystkim za komentarze.
Rozdział 2
Ściągnięcie detektywa do Yardu okazało się proste. Najwidoczniej miał chwilowy zastój w prywatnych sprawach, bo potraktował wizytę Lestrade'a jak nieoczekiwany prezent od losu. Jeśli jednak ktoś z wydziału wyłamywał się z ogólnego niechętnego nastawienia i uważał, że szukanie pomocy u Holmesa było dobrym pomysłem, po godzinie musiał zmienić zdanie.
Sherlock przeszedł przez biuro jak burza. Gdy zapoznał się z pierwszymi aktami, uznał sprawę za banalną i niemal zrezygnował, a w każdym razie dał wyraz swemu rozczarowaniu w wyjątkowo kąśliwych uwagach, które doprowadziły sierżant Donovan do stanu wrzenia. Ich wzajemna pyskówka trwała ponad kwadrans, a Lestrade i Watson tylko dlatego jej nie przerwali, że jednocześnie Holmes podsumowywał kolejne sprawy. Sally chyba też to dostrzegła, bo zamiast rozkręcać dalej kłótnię, umilkła nagle i ustawiła przed detektywem chwiejny stosik akt. Potem Sherlock tylko wyrzucił za drzwi dwóch innych dochodzeniowców, obraził jeszcze jednego z kolegów Sally, bezceremonialnie zagarnął zajmowane przez niego biurko i rozgonił pół wydziału w poszukiwaniu akt innych, już zakończonych spraw. Wreszcie rozłożył dokumenty na zaanektowanym miejscu i nieoczekiwanie uspokoił się, a w biurze zapanowała trwożliwa cisza. Sherlock przeglądał intensywnie teczki, co chwila odrywając się od wyników analiz, opracowań czy fotografii, by sprawdzać coś w Internecie czy pisać w zawrotnym tempie SMS-y. Wydawał się tak skoncentrowany, że obserwująca go sierżant podejrzewała, iż dostrzegłby pożar dopiero wtedy, gdyby zapaliły się trzymane w ręku papiery, a i to tylko dlatego, że utrudniłoby mu to czytanie. Inne kataklizmy byłyby zapewne zignorowane, jako nieistotne zakłócenia.
Jego przyjaciel i współpracownik, doktor Watson, przeczekał cierpliwie całe zamieszanie, od czasu do czasu tylko blokując dostęp do detektywa co bardziej zdenerwowanym pracownikom Yardu. Kiedy już zapanował względny spokój, lekarz ulokował się obok biurka i leniwie wertował odrzucone przez detektywa teczki, póki nie zjawiła się stażystka z kolejną porcją akt. Wtedy poderwał się i pomógł jej ułożyć je na wolnym krześle, posyłając przy tym dziewczynie porozumiewawczy uśmiech. Odpowiedziała mu uśmiechem i nieznacznym ruchem głowy wskazała na korytarz. Donovan dostrzegła te manewry, ale nie zareagowała. Zdawała sobie sprawę, że słodki wygląd troskliwego misia jest mylący, bo John był w równej mierze lekarzem, co komandosem, ale i tak darzyła tego niewysokiego doktora o wiecznie zafrasowanej minie mimowolną sympatią. Może było tak dlatego, że i na nią działał jego ciepły urok, a może dlatego, że lekarz w obecności Holmesa stanowił ostoję normalności. Wiedziała też, że John bezczelnie wykorzystuje swoje zalety, żołnierskim zwyczajem flirtując, z kim tylko się dało, ale nie interweniowała. Stażystka miała się sama przekonać, że mimo sympatycznego usposobienia doktor ma jasno sprecyzowane priorytety. Z tego, co Donovan wiedziała, żadnej dziewczynie nie udało się go zatrzymać na dłużej. Nawet najlepsza randka szła w niepamięć, jeśli tylko Holmes potrzebował pomocy przyjaciela.
Na razie jednak detektyw siedział zakopany po nos w papierach, szukając czegoś, o czym tylko on sam wiedział, czym jest, a Donovan mogła zająć się czymś innym. Zespół Lestrade'a miał więcej niż jedno dochodzenie na głowie i każda chwila była cenna.
x x x
Greg Lestrade miał sporo siwych włosów. Gdyby ktoś go o nie zapytał, może i dowiedziałby się, że inspektor szpakowatą fryzurę zawdzięcza w równej mierze kłopotom domowym, co i zawodowym. On jeden tylko wiedział, czy więcej siwizny przysporzyła mu żona, nie mogąca się pogodzić z nienormowanym czasem pracy w Scotland Yardzie, czy raczej niesforny przyjaciel, detektyw o trudnym charakterze. Sierżant Donovan, kierując się własnymi doświadczeniami, stawiała po cichu na Holmesa.
Wyglądało na to, że i to konkretne dochodzenie, sprawa Mściciela, jak rzecz jasna ochrzciły ją brukowce, doda siwizny na skroniach Lestrade'a. Artykuły w tabloidach mnożyły się, jakby to była nie wiosna, a pełnia sezonu ogórkowego, przełożeni zaczynali się denerwować, a na domiar złego wydawało się, że również Sherlock Holmes stanął przed tą samą „ścianą", co pracownicy Scotland Yardu. Choć on tego nie nazywał „ścianą". Twierdził tylko, że musi zebrać jeszcze trochę danych i dalej przekopywał akta już zakończonych śledztw.
Taki zastój trwał wprawdzie tylko trzy dni, ale i tak, zdaniem Donovan, było to o co najmniej dwa dni za długo. Lestrade zgadzał się z nią, więc wiadomość o zamordowanej kobiecie powitał zarazem ze złością i z ulgą. Złością, bo okoliczności znalezienia ciała pasowały do poprzednich zbrodni i miał w perspektywie kolejne wyjaśnianie, czemu jeszcze nie schwytano zabójcy, a z ulgą, bo Holmes, na wieść o znalezieniu ciała, dosłownie wyleciał z Yardu, wyjątkowo jadąc na miejsce zbrodni razem z ekipą dochodzeniową. Detektyw był tak zadowolony z kolejnego wydarzenia, że ku zdumieniu inspektora, nawet nie obrażał Andersona.
To nieoczekiwane zawieszenie broni nie trwało jednak długo. Następnego dnia Lestrade, po kolejnej nudnej i bezowocnej naradzie, pojechał do Bart's, gdzie przewieziono ciało ofiary. Holmes miał tam być, sprawdzać wyniki jakichś wymyślonych przez siebie testów, więc inspektor liczył, że detektywowi udało się już czegoś doszukać.
Że sytuacja jest nie w porządku, Greg wiedział już w prowadzącym do laboratorium korytarzu. Mina sierżant Donovan, stojącej przy drzwiach niczym żołnierz na warcie i za wszelką cenę usiłującej zachować spokój, wystarczyła, by się domyślił, co się w środku dzieje.
Sherlock Holmes był wściekły.
- Czym wysmażyłeś sobie te resztki paćki, które udają twoje komórki mózgowe?! – syczał wściekle, z twarzą o cale od twarzy Andersona.
- Nie obrażaj mnie, świrze! – warczał technik.
- Może więc mi wyjaśnisz, jakim sposobem zapomniałeś, jak się obchodzić z próbkami?
- Nie muszę ci się tłumaczyć, psycholu!
Lestrade rozejrzał się szybko, ale w laboratorium oprócz rozwścieczonego detektywa i Andersona była tylko przestraszona Molly Hooper. Poniewczasie inspektor przypomniał sobie, że Watson dzień wcześniej otrzymał pilną wiadomość od siostry i wyjechał. Sytuacja była więc bardziej niż zła. Holmes przesuwał granice swojej zwykłej nieuprzejmości wobec Andersona, technik też sprawiał wrażenie bliskiego wybuchu, a jedyna osoba zdolna ich utemperować była właśnie nieobecna.
Greg musiał zaryzykować.
- Co tu się dzieje, Anderson! – podniósł głos.
- Ten psychol…
- Ten idiota zmarnował próbki! – wszedł mu w słowo detektyw.
- Anderson, to prawda?
Technik zmieszał się wyraźnie. Wyglądało na to, że zarzut Holmesa miał tym razem poważniejsze podstawy, niż zwykłe dogryzanie.
- Myślałem… - zaczął.
- Ty nie masz myśleć, Anderson, ty masz przestrzegać procedur! – Holmes znów przerwał mu w pół słowa.
Anderson podskoczył jak oparzony.
- Jakbym przestrzegał procedur, to by cię tu nie było, świrze! – odpalił.
Sherlock tylko wzniósł ręce, jakby próbując ruchem opanować swoje emocje.
- Och, pięknie! Jakbyś przestrzegał procedur, to moja obecność nie byłaby tu potrzebna – wytknął. – Zniszczyłeś próbki. Zatarłeś dowody. Powiedz mi, Anderson, jedno. To twoja głupota, czy chciałeś chronić tyłek tego typa, co?
- O czym ty…
Holmes nieznacznie zniżył głos.
- Przyznaj się. Czujesz duchowe pokrewieństwo? Masz ochotę tak się zabawić? Może z Donovan, co?
- Nie! – warknął Anderson.
Okręcił się na pięcie i wypadł z pomieszczenia. W drzwiach minął się o włos z sierżant, która odsunęła się gwałtownie, by jej nie dotknął. Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
- Sherlock, o co poszło? – Lestrade zwrócił się do detektywa.
- Anderson… - odezwała się zamiast niego Molly.
- Anderson źle zabezpieczył próbki – przerwał jej Holmes ostro. – Część jest zanieczyszczona, część się rozłożyła i nadają się tylko do utylizacji. A Anderson, w swej bezmiernej głupocie, próbował zrzucić winę na Molly.
Lestrade znał detektywa i wiedział, że nie było możliwości, by przeprosił on za tę awanturę. Inspektor zresztą wcale tego nie oczekiwał. Wiedział, że od czasu dramatycznego finału sprawy Jamesa Moriarty'ego alias Richarda Brooka, Sherlock traktował Molly Hooper tak samo, jak panią Hudson, z mieszaniną poufałości i specyficznej troski. Zniszczenie, nawet nieumyślne, dowodów, i próba obciążenia tym właśnie pani patolog, musiały doprowadzić Holmesa do szału, zwłaszcza, gdy winnym był Anderson. Technik miał szczęście, że nie skończyło się na rękoczynach. Pewien gość na Baker Street, który z całą pewnością nie był włamywaczem, a który ośmielił się uderzyć panią Hudson, nie miał tyle szczęścia. Tylko fakt, że obrażenia powstały na skutek upadku z okna, a człowiek przeżył, pozwolił inspektorowi nie zakwalifikować tego jako umyślnego ciężkiego pobicia. Na wszelki wypadek Greg nie dopytywał się wtedy zbytnio o szczegóły. Zapamiętał jednak sobie to jako informację, do czego Sherlock może być zdolny.
Lestrade wyszedł na korytarz. Anderson zniknął, Sally stała oparta o ścianę koło drzwi, nie pobiegła za nim. Coś w sposobie, w jaki starała się nie patrzyć na inspektora, przypomniało mu, że Donovan przez ostatnich kilka dni wyraźnie unikała Andersona. Osobiste związki między pracownikami nie były pochwalane, ale się zdarzały. Sherlock w swoich uszczypliwościach nie pomijał relacji łączących tę dwójkę, ale Lestrade przymykał na nie oko, póki nie wpływało to na wyniki pracy. Teraz jednak się zastanowił, czy nie było to błędem.
Holmes, po ucieczce technika, zaskakująco szybko się uspokoił. Zostawił Molly całą listę badań do zrobienia i wrócił do Yardu, do dalszej lektury akt. Lestrade obserwował ze swego biura, jak siedzi pośrodku stert dokumentów, wertując i przekładając je z kupki na kupkę. Jeśli nawet coś tam wypatrzył, nie raczył się tym podzielić.
Sygnał telefonu oderwał inspektora od rozważań, ile czasu jeszcze zdoła utrzymać udział Holmesa w śledztwie w tajemnicy przed dziennikarzami. Szef wydziału, przyparty do muru ciągłym nagabywaniem mediów, już poprzedniego dnia chciał zwołać konferencję i oznajmić, że Scotland Yard zaangażował do pomocy słynnego detektywa. Lestrade ledwie mu to wyperswadował.
Sally niemal dopadła telefonu, ale inspektor był szybszy.
- Lestrade, słucham? Co?
Odłożył słuchawkę.
- Jedziemy? – spytała sierżant.
- Tak, jedziemy.
x x x
Wszystkie miejsca zbrodni mają jakąś cechę wspólną. Mogą to być parkingi, apartamenty, mieszkania w blokach, zakamarki hal, ale zawsze jest w nich coś, co zarazem przyciąga i odpycha. Ten zaułek pomiędzy opuszczonymi magazynami niczym się od nich nie różnił, może tylko śmieci mniej cuchnęły, bo większość leżała tu już sporo czasu. Wymoczyły się na deszczu i zeschły, a teraz szeleściły i trzaskały pod nogami kręcących się policjantów.
Technicy klęli na zabezpieczanie dowodów w takim bałaganie, migające światła radiowozów napełniały uliczkę rozbłyskami, samochody podjeżdżały i odjeżdżały na sygnale, gdzieś za policyjnymi taśmami gromadzili się gapie. Lestrade zerkał nerwowo na tlumek, rozważając, ile czasu zostało, zanim się zjawią dziennikarze. Na szczęście Holmes, który na początku kręcił się przy zwłokach, już gdzieś zniknął, zapewne w poszukiwaniu jakiegoś śladu, nie było więc ryzyka, że stanie się medialną sensacją.
Pandemonium powoli przycichało. Wóz koronera zabrał ciało do kostnicy, a technicy zaczęli się pakować, gdy nagły hałas oderwał Grega od obserwacji ulicy. Ktoś krzyknął i był to krótki, boleśnie urwany krzyk, jaki zwykle wyrywa się z gardła komuś, kogo znienacka uderzono. Rozejrzał się dookoła. Złożono już przenośne lampy, promienie światła latarek i poblask reflektorów załamywały się na żółtych kamizelkach policjantów, a pomiędzy stojącymi tu kontenerami, pustymi beczkami i resztkami wiat nie sposób było policzyć, ile jest osób. To nie miało zresztą znaczenia. Ktoś w pobliżu był w poważnych kłopotach i Lestrade ruszył w kierunku, z którego dobiegł krzyk. Kilka innych osób też pospieszyło w tamtą stronę.
W magazynie światła latarek wyłowiły z ciemności dwie sylwetki. Ktoś leżał, ktoś przy nim klęczał.
- Stój! – Greg nie miał pojęcia, czemu tak woła, ale tych dwóch nie miało na sobie policyjnych kamizeli.
Na jego okrzyk klęczący obejrzał się i inspektor zobaczył znajomy profil. Sherlock! Co on tu robił? I kto leżał? Leżący człowiek, mężczyzna, szarpał się słabo w uścisku Holmesa.
Podbiegł do detektywa i zatrzymał się gwałtownie, gdy rozpoznał twarz leżącego mężczyzny.
- Anderson?
Anderson łapał powietrze szeroko otwartymi ustami, bezskutecznie starając się wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Wstrząsały nim drgawki, rozpaczliwie próbował oderwać od siebie ręce detektywa, ale Lestrade dostrzegł już, co Holmes przytrzymuje. Z fałd kurtki technika wystawała rękojeść noża.
- Alex…? – Głos Donovan załamał się, gdy sierżant dostrzegła to samo, co inspektor.
- Dzwoń po pogotowie! – ocknął się Lestrade.
- Już za późno – stwierdził sucho Sherlock.
Było za późno. Jeszcze jedna fala drgawek i technik zwiotczał w uścisku Holmesa. Detektyw położył go na ziemi.
- Sherlock… - zaczął Lestrade, ale sierżant wpadła mu w słowo.
- Ty cholerny świrze! – krzyknęła. – Cofnij się!
- Sally…
- Łapy do góry, morderco! Jesteś aresztowany!
CDN.
