Postacie: Francja, Anglia
Pairing: Francja/Anglia
Rating: w tym rozdziale PG 13
Gatunek: romans, komedia
Opis: AU. Arthur i Francis jako słodka, domowa para walcząca z ich małżeństwem stającym się nagle bez seksu.
W tym rozdziale: Fabuła pełna koniaku, quiche i nawozu.
Zostali sobie przedstawieni przez przyjaciół, podczas jednego z tych bliżej nieokreślonych imprez w barze, wyprawianych w urodziny kogoś, kogo imię tak naprawdę nie było ważne. Francis był dwudziestopięciolatkiem i już miał stałą pracę, która pozwalała mu udekorować jego kawalerkę wystarczająco gustownie by każda randka zaproszona do domu była zachwycona przynajmniej przez pierwsze trzy minuty zanim nie zdała sobie sprawy z prawdziwego celu wizyty. Cieszył się on życiem singla i jego nieskończonymi możliwościami, ale czasem ładne twarz dziewczyn i chłopców zaczęły ścierać się w stereotyp. Lubił mówić, że okazjonalne zgadzanie się na nudę także było częścią jego stylu życia.
Arthur miał 22 lata. Świeżo po jego studiach architektury ogrodu był szczerze rozczarowany dorosłym życiem. Nawet jeśli mniej lub bardziej przezwyciężył swoją licealna fazę na punk przez zaskakująco sumienne studiowanie na uniwersytecie, tęsknił za dreszczykiem i emocjami które oferowały akademickie imprezy. Teraz miał prowadzić życie pełnoprawnego dorosłego i obecnie utknął między pragnieniem zrobienia czegoś produktywnego, a strachem o urzędniczą egzystencję.
Światło nie zabłysło między nimi kiedy zobaczyli się pierwszy raz, ale kiedy zaczęli rozmawiać. Jeśli było coś co Francis kochał bardziej od dobrego wina, to jest to posiadanie dobrego partnera do dyskusji. Już dawno opanował sztukę prowadzenia kulturalnej walki słownej z tym wszystkim: dokuczaniem, podwójnymi znaczeniami i leciutkimi zabarwieniem flirtu ukrytego między wierszami. W tym ciętym młodym mężczyźnie i w jego niewątpliwym wyczuciu sarkazmu w końcu znalazł partnera, który był wart jego umiejętności.
Niedługo ich wspólni znajomi zaczęli ich unikać, ponieważ tak szybko jak ta dwójka zaczynała swoją kolejną słowną bitwę, próby innych rozmów nie miały racji bytu. Żaden z nich nie zauważył jak bardzo cieszy ich to przekomarzanie zanim jakaś litościwa i wyjątkowo hojna dusza nie postawiła między nimi butelki koniaku i uprzejmie kazała znaleźć sobie pokój.
Wypili go pół na pół i po prostu zrobili to.
I nagle: tak jak zawsze wiedzieli w jaki sposób odpowiedzieć na argument drugiego, wiedzieli dokładnie gdzie dotknąć by sprawić by drugi krzyczał. Zniewagi przemieniły się w malinki, a ich niekończąca się walka toczyła się dalej w gorących szeptach naprzeciw rozpalonej skóry.
Krótko mówiąc ich seks był fantastyczny, ponieważ byli oni dla siebie idealnymi przeciwnikami.
Żaden z nich naprawdę nie myślał w tym momencie o związkach, ale jakoś głupio jest chętnie zakwalifikować najlepszą noc w twoim życiu jako jedno nocną przygodę. Więc zrobili to znowu i znowu, i w międzyczasie pojawiło się więcej kłótni, które częściowo stały się rozmową, a potem, Francis potrzebował partnera na wernisaż i słusznie domyślił się, że Arthur wyglądał by raczej gorąco w smokingu.
Teraz, Arthur miał 24 lata, a Francis 27 i minęło już półtora roku od ich pierwszego spotkania. Oboje bardzo dobrze zdawali sobie sprawę z faktu, że przez ostatnie osiem miesięcy byli dziwnie monogamiczni i dzielili więcej niż łóżko, ale żaden z nich nie był chętny nazwać tego poprawnie. Dlatego, może, za prawdziwy początek ich związku może być uznane pewne deszczowe popołudnie, które znalazło ich obu naburmuszonych w kuchni Francisa i czekających aż quiche odpowiednio się zarumieni.
Arthur narzekał ponieważ musiał wrócić do mieszkania, które aktualnie wynajmował w Chinatown, od ekscentrycznego właściciela, którego wiek mógł być umiejscowiony gdzieś między 16, a 52. Mieszkanie było małe i zimne, transport publiczny nigdy nie jeździł planowo i wrócenie od Francisa zajmowało mu prawie dwie godziny.
Jego kawalerka nie była ani mała, ani zimna, ale ostatnio do mieszkania nad nim wprowadziło się małżeństwo z nowo narodzonymi bliźniakami i otrzymał już do skrzynki trzeci list proszący go by uprzejmie sprawił aby jego nocne aktywności były cichsze. Na to właśnie marudził Francis.
I dokładnie w tej chwili nie tylko ich ciała ale również umysły zsynchronizowały się po raz pierwszy, spojrzeli oni na swoje zamyślone twarze i po prostu wiedzieli, że właśnie wpadli na ten sam pomysł.
Dzwonek minutnika wyglądającego jak muchomor przerwał ich telepatię. Arthur wykrzywił usta w uśmieszku, a Francis roześmiał się tym dziwnym, nosowym śmiechem, z którego Arthur zawsze się nabijał ponieważ brzmiał dziewczęco, ale w sekrecie przypominał mu o skowronkach lecących zimą nad zamarzniętą ziemią.
- Nigdy, zabilibyśmy siebie w ciągu miesiąca jeśli zamieszkalibyśmy w jednym domu.
- Wątpię czy przetrwalibyśmy dwa tygodnie bez połamanych kończyn.
Po tym, zadowoleni zwrócili swoją uwagę na quiche i udawali, że nigdy o tym nie myśleli.
Jednakże, opatrzność myślała inaczej i w ciągu miesiąca przyjaciel Francisa z Hiszpanii odziedziczył stary dom na przedmieściach, który musiał sprzedać. Kiedy Arthur zobaczył mały, wychodzący na południe ogród, porośnięty chwastami, ale pełen drzew i krzewów, oddech ugrzęzł mu w gardle, tak samo jak Francisowi kiedy jego palce powędrowały po wyszukanych ozdobach, znajdujących się na półpiętrze przy małych schodach.
Wprowadzili się w ciągu trzech dni.
Pierwszą rzeczą, którą zrobili kiedy odjechała ciężarówka, która przywiozła ich własności, był seks w korytarzu, na podłodze między kartonowymi pudłami. Nagłe uczucie wolności, w ich własnym miejscu, którego mogli używać ile dusza zapragnie, przyprawiło ich o zawroty głowy i znowu byli pijani sobą nawzajem. Rozpakowywanie było przerwane w podobny sposób, niczym przez parę napalonych nastolatków, którzy właśnie odkryli do czego są zdolne ich ciała i zostali zostawieni sami przez nierozważnych rodziców na noc.
Wkrótce, ustatkowali się. Żaden z ich katastroficznych scenariuszy nie spełnił się i powoli opracowywali swoje własne, codzienne rutyny. Arthur zaczął pisać dla magazynów i dlatego miał czas by pielęgnować ich mały ogród. Wypełniony zielenią i dobrze pielęgnowanymi oraz kochanymi roślinami, w ciągu dwóch lat stał się on dumą całej ulicy
Francis dołączał do niego w weekendy i jak na kogoś kto z chęcią zmieniał swój cały strój, kiedy najmniejsza kropelka porannej kawy upadła na jego nieskazitelną koszulę, był zaskakująco chętny by przebrać się w mniej schlebiające ubrania robocze i stary, słomkowy kapelusz chroniący latem jego wrażliwą cerę. Nazywał to popuszczaniem.
Pewna letnia niedziela znalazła ich kucających między krzewami róży, pielących. Wykonywali oni jedyną czynność w ogrodzie, w której można zaufać Francisowi biorąc pod uwagę jego minimalną wiedzę przyrodniczą. Przypadkowe rozmazanie brudu na lewym policzku Arthura jakoś przemieniło się w gorzką walkę w jak-wiele-błota-mogę-wetrzeć-w-twoją-twarz. Zabawa szybko się skończyła, ponieważ ziemia była sucha i szybko odkryli, że najwyraźniej brakuje amunicji.
A potem spoceni i zdyszani siedzieli tyłem do siebie, ponieważ Francis narzekał, że to całe kucanie zabije jego plecy i potrzebuje się o coś oprzeć. Po tym jak przestali się śmiać – walki kończone śmiechem, wciąż były dla nich nowym i przyjemnym doświadczeniem – po prostu oddychali w swojej wygodnej ciszy, czując kręgosłup drugiego na swoich plecach.
I wtedy Arthur powiedział:
- Myślisz, że powinniśmy się pobrać?
Nigdy nie wyjaśnił, czy to było dobrze przemyślane pytanie i tylko czekał na właściwą okazję, czy to była przypadkowa myśl, którą zapragnął wymówić.
Francis nie zapytał.
Ale zaśmiał się swoim przypominającym skowronka śmiechem i powiedział, że tak, z pewnością powinni.
Później, Francis dokuczałby mu i nazywał to romantycznymi oświadczynami: otoczeni przez róże w letni dzień. A Arthur kłapnąłby, że koszula przyklejająca się się przez pot do karku i śmierdzenie jak nawóz z pewnością nie są tym jak rozumie koncepcję romantyczności, i że w oświadczyny zazwyczaj wlicza się klękanie na jedno kolano, i obrączki i podobne „rzeczy" jak to nazywał.
Obrączki pojawiły się, jednakże później. Jedna zrobiona z białego złota znalazła się na palcu serdecznym Francisa, a druga, identyczna na cienkim łańcuszku wiszącym na szyi Arthura, tak, że mógł bawić się w błocie nie narażając symbolu ich przysięgi.
Sam ślub był mały, ale szykowny, to pierwsze było warunkiem Arthura, a drugie Francisa. Uczestniczyli w nim starannie dobrani najbliżsi przyjaciele i członkowie rodziny, którzy mieli wystarczająco szerokie poglądy. Arthur napisał sonet. Francis płakał kiedy go przeczytał.
Arthur płakał po ich pomyślnie skonsumowanej nocy poślubnej, kiedy stres i endorfiny po stosunku opuściły go sprawiając, że czuł się najbardziej podatny na zranienie w całym jego życiu.
Jego mąż trzymał go blisko aż do świtu.
* quiche - rodzaj wypieku w formie placka
