Był rok 1948. Trwała wojna. Nie ta wielka, ogólnoświatowa, lecz mniejsza, choć równie zażarta. Walczono o wolność, o spokój, o rodzinę. John Galt, młody Irlandczyk o pryszczatej twarzy i zadziornym uśmiechu, uwielbiał chodzić z karabinem na ramieniu. Czuł wtedy, że ma przy sobie przedmiot, który pozwoli mu zmienić świat. John uważał, że nie ma większego honoru, niż bycie członkiem IRA, że nie ma wspanialszego człowieka, niż Michael Collins. Był przekonany, że na brudnych ulicach Dublinu, w zakopconych barach pośród starszych, zarośniętych gąb znajduje się prawdziwe szczęście. I właśnie wtedy John musiał opuścić broń. Załzawione oczy jego dziewczyny, Mojry, słowa „jestem w ciąży", rozmyły wszystkie jego marzenia o chwale. Na nic zdało się tłumaczenie rodzicom, że jego koledzy też mają dzieci i nadal mogą bić się za kraj. Bo przecież oni bili się dla nikogo innego, tylko dla tych właśnie dzieci. Jednakże John przez swoje poświęcenie sprawie żył z dnia na dzień, pomieszkując tu i ówdzie, jedząc i oddychając tylko na rozkaz. Teraz to wszystko musiało się skończyć, szesnastolatek musiał wziąć ślub, poszukać pracy, stać się porządnym obywatelem. I wtedy wszystko mu obrzydło, karabin stał się tylko gorzkim wspomnieniem porażki, Mojra jakimś cholernym Lucyferem zesłanym mu na głowę. Jeden z jego przyjaciół podszepnął mu wtedy – „wyjedź z kraju, słyszałem, że jest praca dla takich, jak ty, na Islandii. Zabierz swoją panią i dziecko i zacznij od nowa". John nie wahał się długo – uznał, że w Irlandii, kiedy odebrano mu prawo do walki, nic go nie trzymało. Zarobi pieniądze, uwolni się od rodziców i wtedy, jeśli rewolucja wciąż będzie trwać, zasiądzie obok Collinsa jako szanowany człowiek i stanie w pierwszym rzędzie żołnierzy. Co prawda cała sprawa z pracą trochę śmierdziała, bo kogokolwiek pytał o szczegóły, odpowiadał wymijająco, albo „słyszał plotki, że…", jednak dla Johna to nie stanowiło żadnej przeszkody.
Nawet nie wspominając Mojrze, powiedział swemu przyjacielowi, że jest zainteresowany tą robotą. Ten tylko skinął porozumiewawczo i zaprowadził go do hangaru na wybrzeżu, gdzie podobno miała odbywać się rozmowa kwalifikacyjna. John poczuł ucisk w dołku. „Rozmowa kwalifikacyjna", to brzmiało bardzo poważnie. Co właściwie jego osoba miała do zaoferowania, by zainteresować pracodawcę? Cały czas zastanawiał się też, czemu firma organizująca wyjazdy aż do Islandii ma biuro w hangarze w dzielnicy portowej. Tak czy siak, w duchu podjął już decyzję i był zdeterminowany, by pewnie stawić czoła nieznanemu wyzwaniu. Pewnym krokiem wszedł do wyglądającego podejrzanie miejsca.
Hangar przepełniony był wszelakiej wielkości skrzyniami. Sięgające pod sufit kraty z zaopatrzeniem tworzyły niesamowite wrażenie labiryntu. Na zdaje się jedynym wolnym skrawku podłogi znajdował się stół, a za nim dwóch jegomości. Siedzieli na drewnianych stołkach, jeden sprawdzał coś w grubej księdze ewidencyjnej, a drugi ze znudzeniem bawił się w pchełki dwoma kapslami po wodzie sodowej. Miłośnik pchełek, cherlawy Azjata w wielkich okularach, obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem.
- Rozbieraj się pan. – zadyrygował, poprawiając denka od słoików, które ktoś dał mu zamiast okularów.
- Co…? – John poczuł, że cała pewność siebie ucieka z niego jak powietrze z przebitego balonu.
- Na rozmowę kwalifikacyjną pan przyszedłeś, tak? To się pan rozbieraj.
- Dlaczego? – John spanikowany patrzył to na Azjatę, to na księgowego. Ten ostatni w ogóle nie zwracał na niego uwagi, pogrążony w jakiś obliczeniach.
- Muszę badanie zrobić! Co, masz pan krzywe kolana, że tak się boisz rozebrać? Potrzebne mi badanie jest, rozumiesz pan?!
- Aaa… - John pomyślał, że chyba zrobił wielką gafę, nie wiedząc, że rozmowy kwalifikacyjne zaczyna się od badania lekarskiego. Nie sprzeczając się więcej, zrobił, jak polecił Azjata. Tymczasem ten zniknął na chwilę między kontenerami.
- Jak się pan nazywasz?! – krzyknął spomiędzy pakunków.
- John Galt, psze pana.
- G…g.-g-ga… o, jest – okularnik wyłonił się z kąta z teką lekarską. – 32' rocznik, Dublin, ulica Sommersby?
- Dokładnie… - John zaczął czuć się nieswojo stojąc jak go Bozia stworzyła w mrocznym magazynie, odpowiadając na pytania obcego człowieka.
Azjata podszedł do niego bliżej i zmierzył wzrokiem, przerzucając karty akt. Poświecił mu malutką latareczką w oczy, kazał pokazać język, szarpnął za włosy, sprawdzając czy nie ma wszy i przejechał zimnym paluchem po kręgosłupie. „Jeszcze pieczątka świadcząca o jakości mięsa i jedziemy na targ" przyszło Johnowi na myśl. – Doobra, się wszystko zgadza. Ubieraj się. Chyba, że chcesz badanie prostaty.
- Nii, dziękuję…. – John uśmiechnął się nerwowo i szybko zaczął nakładać z powrotem ubrania. Tymczasem Azjata usiadł na swym stołku, dalej grzebiąc w jego aktach.
- Masz pan żonę, tak? W ciąży, tak?
- Tak, czworty miesiąc.
- Słuchaj no pan. My nie prowadzimy ośrodka protekcyjnego dla młodych matek. Jeśli żona też chce jechać, musi przyjść na rozmowę.
- Przekażę… - chłopak zmrużył oczy z niezadowolenia. Nie podobało mu się takie bezduszne podejście do jego pani i dziecka. Pojął, że dla okularnika ludzie to tylko narzędzia, a swoją pracę pełni w roli inspektora jakości. – Jeszcze jedno, psze pana. Skąd ma pan moje dane? – John głowił się nad tym od dłuższej chwili i nijak nie potrafił sobie wytłumaczyć, skąd przypadkowa firma miałaby teczkę z jego personaliami. No i właściwie co jest jeszcze w tych danych?
- Mój drogi. – Drugi z siedzących przy stole w końcu oderwał się od notatek. Był to starszawy mężczyzna o siwych włosach oraz wąsach. Ciemne, nieprzeniknione oczy przewierciły go stalowym spojrzeniem. Na dźwięk głębokiego tembru jego głosu Johnowi ciarki przeszły po plecach. – To nie ty trafiłeś od nas, tylko my trafiliśmy na ciebie. Jesteś młody, zdolny, pełen pasji i nie boisz się pobrudzić sobie rąk. Zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. Takich, jak ty szukamy. Jednak zanim zaczniesz się cieszyć, zadaj sobie pytanie, czy naprawdę jesteś na to gotowy. Niewiele mogę ci powiedzieć, ale musisz być świadom, że jeśli powiesz nam „tak", twoje obecne życie się skończy. Zaczniesz zupełnie nowy rozdział i jeśli dobrze dobierzesz karty, to może być najlepsza decyzja jaką kiedykolwiek podjąłeś. Jednak byle błąd skończy się tragicznie. Czy rozumiesz, czego wymagamy?
- Tak. – Odzyskawszy rezon odparł John. Czuł silny ucisk w żołądku, jak wtedy, kiedy dopiero co wchodził do hangaru. Nie chciał dać tego po sobie poznać rozmówcy, ale uwielbiał tajemnice. A ta tajemnica wydawała mu się potężnego kalibru intrygą i nie mógł się doczekać, by przyjrzeć się jej z bliska… stać się jej częścią.
Teraz był częścią tej tajemnicy. Nawet, można by rzec, jedną z głównych zmiennych. Zmiennych równania, które nigdy nie będzie miało jasnego wyniku. Czy teraz, po prawie dziesięciu latach Atlas podszedłby do młodego Johna, zaczął nim potrząsać, krzycząc żeby siedział na tyłku, a nie uganiał się za marzeniami o wielkiej przygodzie? To, co wtedy roiło się w jego głowie jako „intryga" nie umywało się do kabały, w którą został wkręcony. Czy jednak zrezygnowałby z Rapture, gdyby mógł? Wyjrzał przez bulaj i dostrzegł ławicę małych, iluminujących od światła bijącego z miejskich neonów rybek. Podwodne miasto powoli budziło się ze snu, woda zaczęła przybierać szmaragdowozielony kolor. Jeśli każdy tak piękny widok zabiera rok z jego podłego życia, to z radością sczeźnie na dnie.
