Kominek, bałagan i kraciasta pościel czyli osobliwości 22/1B

W umówionym miejscu znajduję się minutę przed czasem. Korzystając z tej wolnej chwili oceniam wzrokiem nawet przyjemnie prezentującą się kamieniczkę starego budownictwa. Okolica jest niczego sobie. Zaraz przed drzwiami przystanek tramwajowy, kawałek dalej autobusowy. Sporo drzew i żywopłotów. Malowniczo. Chodnikami spacerują ludzie w znacznej przewadze starszego pokolenia dzierżąc w rękach smycz z ukochanym pupilkiem oraz zakupy spożywcze. Osiedle pomimo bliskiego sąsiedztwa centrum sprawa wrażenie spokojnego, pozbawionego kiboli i pijanych zagranicznych studentów krążących na obrzeżach miasta w okolicach akademika oraz żuli i typowych Ferdków Kiepskich jak w przypadku okolic naszego wydziału. Zaczyna mi się tu podobać.

Nie jest mi jednak dane długo podziwiać mosiężne cyfry układające się w numer 22/1 zakończony drukowaną literą B oraz przekrzywioną kołatkę wykonaną z tego samego stopu. Nie zdążył jeszcze odjechać mój uber (luksus na jaki jeszcze nie przez długi czas będzie mnie stać, pora obczaić miejscowy rozkład tramwajów) kiedy za plecami wyczuwam czyjąś obecność. Odwracam się w stronę mojego potencjalnie przyszłego współlokatora odnotowując w swoim organizmie mimowolny napływ adrenaliny. Chwilę zajmuje mi uświadomienie sobie, że jestem zaskoczony i zbulwersowany lecz nie w taki sposób, w jaki działali na mnie mieszkańcy akademika.

Najwidoczniej Seweryn Cholmiecki jest człowiekiem skrupulatnym. Mój, jak wszystko na razie wskazuje przyszły współlokator okazuje się człowiekiem nie dość, że sumiennym to jeszcze punktualnym. Nie mogę powiedzieć, że stanowi to dla mnie duże zaskoczenie. Ten brunet o stanowczym spojrzeniu bohatera Dumy i Uprzedzenia, którego imienia nie pamiętam od pierwszej chwili rozsiewa aurę niezwykłości. Na chwilę obecną nie jestem w stanie stwierdzić czy ta cecha działa w moich oczach na jego korzyść czy jest raczej powodem do zastanowienia czy ten człowiek może być jeszcze bardziej nieszablonowy. I tak obawiam się, że już po jednym dniu wzbudza on we mnie zbyt duże... zainteresowanie? Cholera. Nie mogę uwierzyć, że zabrzmiało to tak kiczowato.

Faktem jednak pozostaje, że całą dzisiejszą noc spędziłem nad rozważaniem w jak bardzo głębokiej dupie znajdę się dzisiejszego dnia i nad szacowaniem własnego stosunku do tej sytuacji oraz konsekwencji wczorajszej decyzji.

No dobra. Chociaż wolę się do tego nie przyznawać, prawda jest taka, że dzisiejszej nocy byłem po prostu zbyt pobudzony żeby zasnąć. W wyjątkowo rzadko spotykanej ciszy i ciemności akademickiego pokoju wspominałem moją rozmowę z Sewerynem Cholmieckim i nie mogłem pozbyć się uczucia, że stoję na progu czegoś nowego. Całe moje dzieciństwo byłem uczony porządku a potem od jedenastego roku życia wpajano mi jeszcze większy porządek w kolejnych szkołach z internatem, w której jakakolwiek niesubordynacja była surowo karana przez opiekunów pragnących zadowolić rodziców swoich podopiecznych, którzy mają dużo na kontach ale mało w sercach. Kiedy w końcu zdecydowałem co naprawdę chcę robić w życiu, karma pocałowała mnie w tyłek i jak na razie nie odwdzięczyła się żadną satysfakcją a jedynie problemami i wątpliwościami. Wczoraj po raz pierwszy poczułem się jakby miało się wydarzyć coś dobrego a w najgorszym razie przynajmniej innego. Moje życie przestało lecieć na autopilocie lub to po prostu to ja w końcu odważyłem się na znaczniejszą zmianę i zdawało mi się jakby to był dopiero początek. Po raz pierwszy w życiu czuję lekki dreszczyk oczekiwania i niepewności. Po raz pierwszy chce mi się… cokolwiek.

Dość, wystarczy pompatycznych wynurzeń. Czas na autentyczne fakty. Najprawdopodobniej nie świadczy o mnie dobrze, że jestem w nieokreślony dla mnie sposób podekscytowany mieszkaniem z najbardziej dziwacznym rówieśnikiem jakiego dotychczas spotkałem. Chociaż dla mnie nie jest on dziwaczny. Wiem, że na innych sprawia takie wrażenie. Nie rozumiem dlaczego ale to dostrzegam. Mnie Seweryn wydaje się po prostu inny. Z mojej perspektywy zaś inny nie oznacza gorszy. Nie dało się zaprzeczyć, że właśnie to przekonało mnie do dzisiejszych oględzin. Brunet jest najdziwniejszym rówieśnikiem jakiego spotkałem. Jest totalnym przeciwieństwem typowego studenta z tym swoim schludnym wyglądem, wyniosłą postawą i skupionym spojrzeniem. No i ta jego sztuczka z rozczytywaniem ludzi jak telewizyjny wróżbita. Tyle, że lepiej ubrany i dziesięć razy skuteczniejszy. Sam się sobie dziwię. Nie lubię aroganckich ludzi. Choć w sumie tu leżał pies pogrzebany. Nie mogę powiedzieć, że go lubię. On mnie po prostu interesuje. Nie dziwię się, że nie mógł znaleźć nikogo do podziału czynszu. Taki ktoś musi skrywać jakieś ostre odchyły. Gdyby okazał się psychopatycznym seryjnym mordercą to zawsze mogę się wyprowadzić, nie?

Ach tam, yolo. Choć to akurat niezbyt bliskie mi słowo. Również dlatego nie pasowałem do rozrywkowego akademickiego towarzystwa, wyjeżdżającego spontanicznie na miasto o drugiej w nocy. Jak już mówiłem, gorzej być nie może. Najwidoczniej jestem jego wart skoro tu stoję. Sam nie jestem przykładem umiejętności społecznych. Swoją wrogą postawą odstraszam każdego rówieśnika. Nie potrafię zdzierżyć ich dziecinności i nieodpowiedzialnego zachowania. Ich beztroska i głupota działała mi na nerwy. Zawsze lepiej dogadywałem się ze starszymi, wśród których znajduje się większość moich znajomych. Jedynym wyjątkiem jest Michał.

Tak więc obydwoje znajdujemy się w materialnym dołku, ja przez swój podeszły wiek emocjonalny, Cholmiecki przez dobrze dopasowaną markową koszulę… Czyż nie brzmi to jak idealna para współlokatorów?

No nic, zobaczmy co z tego wyjdzie. Bardziej się już chyba w życiu nie rozczaruję. I tak już po ptakach bo czując, że nie wytrzymam już ani dnia dłużej w akademiku przyjechałem na Brzozową spakowany... Cholmiecki miał jednak rację, decyzja została podjęta już wczoraj.

Odwracam się tymczasem w stronę tego dziwnego faceta stojącego na chodniku w swoim klasycznym płaszczu z nonszalancką miną jakby czekał na otwarcie galerii sztuki a nie oczekiwał na nowego współlokatora. Nie że się tym przejmuję… Jednak jego stoicka i pewna siebie postawa robi wrażenie. Nie potrafię określić czy pozytywne czy negatywne. Po prostu je robi.

– Witam. Seweryn Cholmiecki. - chłopak przedstawia mi się uprzejmie, jakby wcale dzień wcześniej nie uczynił tego w dość imponujący sposób rzucając swoje dane identyfikacyjne na odchodnym zza postawionego kołnierza płaszcza niczym jakąś zwycięską ripostę. Co w sumie nią było zważając na to, że wczoraj streścił mi niemal cały życiorys myląc się zaledwie w kilku kwestiach.

– Krzysztof Łodyński. - odwzajemniam uścisk wyciągniętej dłoni o długich, szczupłych palcach. Jest krótki i rzeczowy. Stanowczy. Nie przypomina tych miękkich przywitań, kiedy nie wiadomo czy ktoś podaje ci rękę czy na wpół śniętą rybę. Jeśli moje na szczęście nie ukończone doświadczenie w wojsku czegoś mnie nauczyło to właśnie doceniać stanowcze uściski.

Puszczamy swoje dłonie i dzięki bogu akurat w momencie, kiedy zacząłem się martwić, że już będę musiał zacząć jakąś niezobowiązującą rozmowę o dzisiejszej pogodzie drzwi otwiera nam niska, starsza dama drobnej budowy.

– Sewerynek. – mówi na nasz widok przeciągając głoski w sposób dający do zrozumienia, że kocha chłopaka jak własnego syna oraz że ów syn stanowczo zbyt rzadko ją odwiedza. – Tak się cieszę, że w końcu będę mogła mieć na ciebie oko.

Gospodyni szybko łapie Cholmieckiego jakby ten miał jej uciec gdyby wiedział co kobieta zamierza, pociągając go w dół, bardzo sprytnie wykorzystując schody, jako przewagę nad wzrostem bruneta. – Teraz może chociaż trochę przypilnuję żebyś zaczął jeść. To co sobie przyrządzasz nie można nawet posądzać o bycie jedzeniem. – mówi ściskając go niedźwiedzim chwytem. Chłopak wygląda na zakłopotanego poklepując niezręcznie jej ramię. – I może twój przyjaciel wprowadzi tu trochę porządku. – kontynuuje gospodyni najwyraźniej zachwycona naszą obecnością. – Podejdź tu Krzysiu, tak się cieszę, że Sewerynek będzie miał przyjaciela.

– Zabrzmiało to jakbym nie miał przyjaciół oraz ich potrzebował, Pani Halino. – zauważa z przekąsem Sherlock.

– Bo tak jest. – odpowiada kobieta bez ogródek łapiąc z kolei mnie w swój niedźwiedzi uścisk. Cholmiecki tylko cicho parska. Ja z kolei czuję się jakbym dostał paraliżu zdumiony jej serdecznością i zdrobnieniem, którego użyła choć jestem tylko całkiem obcym najemcą, którego widzi pierwszy raz w życiu. Drobne dłonie tej niewielkiej kobiety w okolicach pięćdziesiątki trzymają mnie za ramiona w miejscu zaskakująco stanowczo jakbym również miał zamiar uciec tak jak Cholmiecki.

– Sewerynek opowiadał mi o tobie, Krzysiu. Mam nadzieję, że był dla ciebie miły.

Nasza najemczyni, która jak rozumiem ma na imię Halina, ciągnie mnie dół (tak, nawet pomimo mojego niskiego wzrostu, o którym nie przepadam sobie przypominać) ściskając serdecznie. W sumie to nie jest tak źle, lecz mimo wszystko jak na tak wątłą kobietę jej uścisk nie jest wcale słaby.

– Oczywiście. – zapewniam lekko naginając prawdę. Nie wiem czy pozbawione jakichkolwiek zahamowań i przemilczeń przesondowanie większości mojego życiorysu jest ze strony Cholmieckiego niezbyt uprzejmym wywyższaniem się czy po prostu standardowym sposobem na przełamanie pierwszych lodów. Coś mi jednak mówi, że raczej tym drugim. Chyba że tak naprawdę jestem skrytomasochistą i mój brak obiekcji wobec jego zachowania jest objawem chorobowym.

Pani Halinka patrzy na nas jeszcze przez chwilę rozradowanym spojrzeniem jakby już planowała jakie ciasteczka nam upiec. Zaprasza nas do środka wręczając mi klucze do naszego nowego mieszkania. Cholmiecki wprowadził się wcześniej więc dostał już od gospodyni swój komplet. Najwidoczniej stał przed drzwiami czekając na mnie, zapewne wracając dopiero z jakiś swoich tajemniczych miejsc pobytu. Po głowie wciąż obijają mi się słowa Michasia na temat kontrowersji tego człowieka. Bóg jeden wie co on robi w wolnym czasie i w co ja się właśnie pakuję.

– Czujcie się jak u siebie w domu. – mówi gospodyni prowadząc nas po schodach na górę. – Ale starajcie się utrzymywać porządek, nie jestem przecież waszą gosposią. – przestrzega poważnym tonem. – Mamy 21 wiek i na szczęście w końcu kobiety nie muszą wyręczać mężczyzn w obowiązkach domowych. Ja wam tylko wynajmuję piętro.

Ups, muszę uważać jak się do niej zwracam. Chyba po prostu Pani Halinko będzie najbezpieczniejsze.

Na górze znajduje się duży salon przechodzący zaraz obok schodów, którymi weszliśmy w jasną kuchnię o całkowicie zadowalającym metrażu. Pomieszczenie jest przyjemnie umeblowane. Po obu stronach kominka oraz z lewej strony stołu stojącego między dwoma dużymi oknami znajdują się regały zapełnione książkami. Wow, mieszkanie studenckie z kominkiem? Domyślam się, że jego obsługa nie jest pewnie zbyt praktyczna i może skutkować wiecznym kurzem oraz wahaniami temperatury jednak przytłumiony blask płonącego ognia dodawał salonowi mnóstwo uroku i przytulności. Naprzeciwko nie tak już nowego telewizora stoi wąska sofa i niski stolik. Tapeta jest ciepłego czekoladowego koloru w białe, kwieciste wzory. Przed kominkiem naprzeciwko siebie stoją dwa, wyglądające na bardzo wygodne, fotele. Wszystko wygląda niezaprzeczalnie zachęcająco lecz w oczy rzuca mi się niestety malutki szkopuł. Każdy z wymienionych mebli znajduje się aktualnie w stanie bardzo odległym od porządku. Fotele zawalone są kartonami i ubraniami, stoły papierami i książkami zaś podłoga kartonami z oficjalnymi etykietami i niewiadomą zawartością. Nie wspominając już o kuchni, w której stół i blat obstawione są szkłem laboratoryjnym oraz ubrudzone dziwnymi substancjami. Aż boję się zobaczyć łazienkę, która znajduje się zapewne w korytarzyku, do którego prowadzi przejście po drugiej stronie kuchni.

Nie mówię nic, wracam tylko spojrzeniem z kuchni do salonu i zatrzymuję wzrok na swoim nowym współlokatorze niepewny jak zareagować na ten dualistyczny charakter wystroju.

– Bardzo tu ładnie… - zaczynam właśnie mówić gdy Cholmiecki jakby dopiero uświadamia sobie przyczynę mojej niezręczności i wyskakuje nagle do przodu łapiąc w smukłe dłonie naręcze papierzysk i części garderoby.

– Właśnie się wprowadziłem, mam tu jeszcze mały nieporządek, już to ogarniam, przecież nie będziesz miał gdzie rozstawić swoich rzeczy. – wyrzuca z siebie z szybkością karabinu.

– Nie, spokojnie, jakoś się pomieścimy. Tylko czy… to w kuchni, to tak zawsze? Ehm, lubisz gotować? – pytam bardziej zawstydzony jego wstydem niż swoim własnym.

– Rzadko gotuję. – zaprzecza zbierając walające się rzeczy na coraz bardziej piętrzącą się górę w jego ramionach po czym wpada jak burza do pomieszczenia w owym korytarzyku po drugiej stronie kuchni po chwili wychodząc z niego już z pustymi rękami. – Zwykle przegryzam coś na szybko. - wyjaśnia zwięźle.

– I dlatego wyglądasz jak wyglądasz. – komentuje pani Halinka tonem zmartwionej cioci. – Taki bałagan Sewerynku, mogłeś trochę ogarnąć przed przyjściem Krzysia.

– Miałem mało czasu. Musiałem dokończyć eksperyment. – burknął pod nosem brunet.

– Nie szkodzi. – zapewniam szybko, wciąż czując się niekomfortowo z własną ciekawością i postanawiam nie pytać już więcej o przeznaczenie tajemniczych naczyń znajdujących się w kuchni. Wtedy dociera do mnie ostatnie słowo i patrzę na Cholmieckiego zdziwiony.

– Eks…

– Praca badawcza. Na uczelnię. – wyjaśnia szybko.

Spoglądam na niego sceptycznie kątem oka. Nie mogę zwalczyć dziwnego uczucia, że to tylko półprawda. Chłopak tymczasem łapie kolejne naręcze swoich zróżnicowanych szpargałów i wrzuca je do najwidoczniej swojego pokoju w dosyć bezceremonialny sposób jakby przerzucał węgiel z jednej sterty na drugą. Jeśli w korytarzyku znajduje się sypialnia Cholmieckiego to ciekawe gdzie znajduje się mój pokój…

– Piętro wyżej jest jeszcze jedna sypialnia w razie potrzeby, Krzysiu. Czynsz jest niezmienny niezależnie od tego, czy będziesz chciał jej używać, czy nie. – mówi gospodyni beztrosko, odpowiadając na moje nieme pytanie.

– Oczywiście, że będę jej używał. – odpieram szybko nie mając pojęcia co kobieta ma na myśli.

Przecież głównym atutem tego mieszkania są dwa pokoje, prywatne cztery ściany, których nie muszę z nikim dzielić. Gdyby mi na tym tak mocno nie zależało wynająłbym z kimś wspólny pokój. Czym by się to jednak różniło od mojego akademika? Wciąż nie miałbym się gdzie wynieść żeby nie musieć patrzeć na współlokatora oraz jego ewentualnych gości. Tutaj wynajmuję na spółkę mieszkanie do cholery.

– Oczywiście. – kobieta zgadza się ze mną zbyt uprzejmie jakby odpowiadała trzylatkowi, który nie rozumie jakiegoś „dorosłego" prawa. – Rozgośćcie się.

Cholmiecki wciąż buszuje jak chmura burzowa wśród swoich rzeczy rozrzuconych po wszystkich powierzchniach, nie tylko tych płaskich. Rozglądam się z rezygnacją po moich nowych czterech ścianach rozdarty pomiędzy ulgą a niepokojem. Z jednej strony ten wysoki brunet uwijający się jak w ukropie zawstydzony swoim nieporządkiem budzi we mnie pozytywne uczucia, samo pomieszczenie z całym wspomnianym nieporządkiem również przywodzi mi na myśl słabo przeze mnie znaną swojskość. Z drugiej jednak strony coś mi tu śmierdzi i niepokoi mnie do czego doprowadzą dalsze odkrycia apartamentu w urokliwej kamienicy na Brzozowej oraz zamieszkujących ją ludzi. Na razie jednak postanawiam schować ten niewyjaśniony niepokój do szufladki „rozpatrzyć w wolnej chwili, ewentualnie nigdy oraz ogarnąć paranoiczne postrzeganie bliźnich" i bez słowa zabieram się za rozpakowywanie moich rzeczy.

Nie mam ich wiele. Większość mojego dobytku stanowią książki i skromna garderoba. Od podstawówki jestem przyzwyczajony do mieszkania w internacie. W trakcie roku spędzonego w wojskowych koszarach uczelnia zapewniała całe zaopatrzenie a po zrezygnowaniu z niej od razu przeniosłem się tutaj, nie wracając do domu na wakacje aby oszczędzić ojcu tej przyjemności wyrażenia swojego głębokiego rozczarowania moją wizją swojej przyszłości. Ojciec nie akceptuje dla mnie innej ścieżki kariery niż polecona mi przez niego akademia wojskowa przez co wciąż nie pogodził się z faktem, że porzuciłem elitarną uczelnię wojskową na koszt jakiejś cywilnej medycyny. Nie mieszkając więc nigdzie dłużej niż przez okres ośmiu miesięcy jestem wolny od zbędnego bagażu materialnego w przeciwieństwie do tego mentalnego. Po rozpoczęciu studiów medycznych kiedy wkroczyłem w samodzielne życie, to znaczy, nikt nie mówi mi już co mam robić i o której wstawać, moje dobra powiększyły się o kubek, garnek, patelnię, dwa talerze i komplet sztućców. Niewiele potrzeba mi do życia. Tak wiem, brzmi to dosyć… smutno. Cóż mogę powiedzieć? Między innymi dlatego jestem uważany za aspołecznego dziwaka. Wszystko zasługa mojego ojca, który za cel mojego wychowania postawił sobie uczynienie ze mnie prawdziwego, samowystarczalnego mężczyzny, który zostanie zdyscyplinowanym żołnierzem, odnoszącym sukcesy w imię międzynarodowych układów gospodarczych w jakimś nieszczęsnym kraju, który na ironicznej loterii przeznaczenia dostał największy utarg czarnego gówna używanego do napędzania samochodów, krzywdząc i przeganiając mieszkańców tłumacząc się pomocą humanitarną dla "zacofanej" lokalnej ludności.

Pani Halinka jeszcze raz nakazując Cholmieckiemu utrzymywanie porządku od kiedy zamieszkał z nim współlokator to znaczy ja, a mnie oferując swoją pomoc o każdej porze dnia i nocy wróciła do siebie na parter. Zostawiając Seweryna sam na sam z ogarnianiem chaosu w salonie wracam na schody kierując się ze swoimi torbami do wolnego pokoju piętro wyżej.

Pomieszczenie jest o wiele większe niż studenckie klitki, w których dotychczas pomieszkiwałem. Jeszcze więcej przestrzeni dodaje pokojowi fakt, że należy on wyłącznie do mnie i nie muszę go dzielić z żadnym fanatykiem imprez i napojów wyskokowych. Zmiana lokum nie jest dla mnie niczym nowym lecz po raz pierwszy w życiu z prawdziwym zapałem zabieram się za rozpakowanie swojego skromnego dobytku.

Godzinę później rozglądam się po moim nowym spersonalizowanym pokoju. Na lewo od drzwi stoją meble z jasnego drewna. Komoda bez problemu mieści całą moją garderobę. Obok niej regał na książki, który pokochałem od początku zastawiony jest teraz moją skromną biblioteczką medycznych lektur i segregatorami z notatkami. Strasznie cieszę się na możliwość powiększenia kolekcji, którą dawały mi wolne półki. Naprzeciw dwóch znajdujących się w pokoju okien stoi biurko z dosyć wiekową lampą i przysuniętym drewnianym krzesłem z materiałowym obiciem rodem z PRL-u. Pokochałem je od pierwszego kopa. Na blacie biurka ustawiłem prawdopodobnie jedyną cenną rzecz jaką posiadam. Laptopa z rocznym przebiegiem, na którego musiałem zarobić sam pozbawiony pomocy rodziców rozczarowanych moimi uniwersyteckimi zachciankami. Obok leży mój studencki skoroszyt obklejony co dwie strony kolorowymi zakładkami. Już czułem jak estetyka i zorganizowanie tej przestrzeni dodaje mi zapału do nauki. Po przeciwległej ścianie znajduje się łóżko ze stolikiem nocnym i szafa odzieżowa. Pościel w ciemną kratę od pani Halinki jest miękka i pachnie kwiatowym płynem do płukania tkanin. Na wierzchu położyłem jedynie moją niewielką poduszkę w powłoczce w renifery stanowiącą moje całe nocne wyposażenie. Niegdyś posiadałem również koc lecz został on potraktowany wymiocinami przez mojego ostatniego współlokatora z akademika więc wyrzuciłem go nie próbując nawet przywrócić go do porządku. Ogromnie się cieszę, że łóżko w tym pokoju posiada pełen komplet pościeli wraz z pachnącymi poszewkami.

W szafie odzieżowej wylądowały trzy wieszaki - dwa z moją kurtką i garniturem oraz jeden wolny, na którym zwykle suszył się mój mundur. Do dzisiejszego dnia, ponad rok po zdaniu go wraz z końcem mojej krótkiej, wojskowej kariery nie dorobiłem się niczego co mógłbym powiesić w jego miejsce. Po zrezygnowaniu ze służby wojskowej i opuszczeniu koszar zakwaterowanie w akademiku, z którego trzeba było się przenosić co kilka miesięcy wciąż nie sprzyjało magazynowaniu dóbr materialnych.

Beżowa tapeta w jakieś kwieciste wzorki nadaje pomieszczeniu ciepłą pastelową aurę. Nad biurkiem i łóżkiem wiszą miłe dla oka pejzaże przedstawiające wiosenną naturę i jakieś wiejskie dworki rodem z Pana Tadeusza. Jeden z nich przewiesiłem w miejsce zwisającego z drewnianego kwietnika chabazia nieznanego dla mnie gatunku. Nie znam się na tyle na botanice by rozróżniać doniczkowe kwiatki. Jakiś fikus? Nie ważne. W każdym razie przestawiłem całkiem ładnie wyglądającego chabazia na parapet pod krótką białą firankę a wygospodarowany fragment ściany nad biurkiem postanowiłem przeznaczyć na wymarzoną od dawna tablicę korkową. Zawsze marzyłem o małej przestrzeni do wieszania notatek i organizacji nauki jednak przepisy w internatach i akademiku były jasne w kwestii obklejania ścian lub wieszania na nich nie znajdujących się w wyposażeniu pokoju akcesoriów.

Zmieniam miejsce zamieszkania od kiedy skończyłem podstawówkę i można powiedzieć, że nie mam w zwyczaju zadomawiać się nigdzie na dłużej ale ten pokój pokochałem od początku. Pewnie spowodowała to wiedza, że jest tylko mój, że nie muszę go dzielić z żadnym imprezującym do rana studencikiem, który zaczadza pomieszczenie dymem z nielegalnych bylin, zastawia biurko puszkami po piwie i nie sypia w swoim jednoosobowym z założenia łóżku sam. Poza tym od dawna nie miałem tak przytulnego pokoju. Spoglądam na fikusa rozpościerającego w bezruchu liście na okiennym parapecie. Miła odmiana od mojego dotychczasowego dnia. Czy naprawdę od teraz moje życie może tak wyglądać? Mogę pozwolić sobie na posiadanie czegoś co nie zmienia się w zbędny balast podczas wyprowadzki? Westchnąłem z głębi jestestwa siadając na kraciastej pościeli. Tak, podoba mi się tutaj bardziej niż bardzo.

– Krzysztof? – moje ukontentowane przemyślenia przerywa delikatne pukanie w futrynę.

Spoglądam na mojego nowego współlokatora stojącego w drzwiach z niepewnym uśmiechem na ustach. Cholmiecki wchodzi nieśmiało (on tak potrafi?) na moje nowe salony i rozgląda się ze skupieniem.

– Posprzątałem salon, możesz już zanieść tam swoje rzeczy. – informuje skanując ukradkiem poziom dokonanych przeze mnie zmian.

– W sumie nie potrzebuję nic tam zanosić. Wszystko już rozpakowałem. – mówię machnąwszy ręką po kwadracie i schylając się by wsunąć pustą walizkę pod łóżko. Wyrównuję minimalnie wzburzoną pościel i przenoszę wzrok na milczącego współlokatora.

– Krótko ci to zajęło. – stwierdza zdawkowo.

– Jestem minimalistą. Nie potrzeba mi wiele. - powiedziałem prawie zgodnie z prawdą.

Chłopak otworzył już usta żeby coś powiedzieć, zapewne o moim trudnym dzieciństwie, które sądząc po jego wcześniejszym popisie bez problemu potrafiłby wyczytać ze stanu mojego notatnika czy ułożenia poduszek na pościeli lecz na szczęście przeszkodziła mu w tym niska blondynka w postaci mojej przyjaciółki wyłaniająca się zza pleców chłopaka. A raczej zza jego barku. Koleś serio ma problem ze wzrostem. Jak ja mu cholera zazdroszczę...

– Cześć, sorka za najście, szukam Krzysia…. - mówi zerkając z dołu na chłopaka lecz już po chwili zauważa mnie wewnątrz pokoju i jej twarz rozpromienia się w radosnym uśmiechu.

Cholmiecki patrzy na nią zdziwiony jakby zaszła go od tyłu co najmniej królowa angielska. Chociaż nie jestem pewien czy to zaliczałoby się do rzeczy, które mogłyby go zaskoczyć. Facet jest tak niestandardowy, że w jego przypadku bardziej prawdopodobne wydają się przeciwieństwa reakcji normalnych ludzi.

– Sewerynie, to moja przyjaciółka Maria. – wskazuję brunetowi drobną blondynkę, która z zadartą głową pożera go ciekawym spojrzeniem. Cholmiecki nieznacznie przysuwa się do framugi wyglądając na zmieszanego. Nie mam stu procentowej pewności bo jeszcze nie miałem okazji się przekonać czy tego nonszalanckiego eleganta cokolwiek było w stanie zmieszać. – Marysiu, to Seweryn, mój współlokator.

– Miło mi poznać. – Maryś uśmiecha się do niego złowieszczo (to znaczy bardzo słodko ja jednak zbyt dobrze znam tą dziewczynę żeby wiedzieć, że w jej ładnej główce kreuje się właśnie jakiś szatański plan. Biedny chłopak. Kiedy już ktoś pojawi się na liście Marysi to tak szybko z niej nie znika).

– Mnie również. – Seweryn natychmiast odzyskuje swoją nonszalancję kłaniając się Marysi dżentelmeńsko.

Przez wydającą się wiecznością sekundę Seweryn znosi cholernie z siebie zadowolone spojrzenie Marysi zanim szarpnął się gwałtownie w stronę wyjścia.

– Zostawię was samych. Muszę wyjąć eksperyment z lodówki. – mówi patrząc na mnie przelotnie po czym znika szybko wymijając w drzwiach blondynkę wciąż pożerającą go wzrokiem.

– Udało ci się go speszyć. - mówię patrząc z udawanym niesmakiem na przyjaciółkę. – Nie wiedziałem, że to potrafi.

– Opowiadałeś mi o aroganckim dupku ale ten słodziak tutaj przypomina bardziej zagubionego szczeniaka. - odpowiada nawet w najmniejszym stopniu nie zmieszana swoim postępkiem. – Uch, stęskniłam się za tobą! – mówi rzucając mi się na szyję i podduszając już jako druga osoba dzisiejszego dnia. – Stanowczo za rzadko się widujemy! Mam nadzieję, że od teraz będziesz miał na mnie więcej czasu. Te akademiki były praktycznie na końcu miasta.

– Bez przesady, 25 minut tramwajem. – tłumaczę na przekór dziewczynie. Osobiście też uważam, że pomimo wątpliwych warunków mieszkalnych leżą stanowczo zbyt daleko od centrum, co wcale nie przekładało się w wysokości miesięcznych opłat jak można by się spodziewać.

Znam Marysię od podstawówki i również z jej powodu zdecydowałem się na to miasto składając papiery na medycynę. Mało kto rozumie mnie tak jak ona, i znosi mnie nieprzerwanie od podstawówki pomimo mojego surowego wychowania i niechęci do rówieśników oraz coraz to kolejnych życiowych dramatów. Niestety dotychczas nie widywałem się z nią zbyt często, spędziwszy liceum w internacie a akademickie warunki niezbyt temu sprzyjały a kiedy spotykaliśmy się w szpitalu podczas praktyk zwykle poganiały nas nasze zajęcia. Nie mieliśmy więc okazji do pogadania przy kawie jak ludzie od ponad roku. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia ale ciągła nauka i terminy skutecznie zabierały mój cały wolny czas. Resztę skutecznie zatruwali mi inni studenci. Cieszę się, że dzięki przeprowadzce mogę również zorganizować w końcu trochę czasu na spotkanie z nią.

– Trochę tu inaczej od twojego normalnego dnia. – zauważa obejmując spojrzeniem ciepłe wnętrze i wyrywając mnie z przemyśleń.

– Tak, dzięki bogu. W końcu czuję się jakbym zaczynał gdzieś należeć. Trochę mnie to przeraża. – mówię maskując swój dyskomfort śmiechem.

– W końcu. – stwierdza z mocą w głosie. – Zasługujesz na normalny dom.

– Po prostu nie jestem do tego przyzwyczajony. Ciągle wydaje mi się, że wszechświat tylko czeka żeby coś zaraz odwalić i powiedzieć mi "a nie mówiłem?" śmiejąc się przy tym jak psychopata. – wyjaśniam bardziej gorzkim tonem niż zamierzałem.

– Kochanie. – Maryś spogląda na mnie łagodnie. - Masz prawo mieć swoje miejsce. - mówi podchodząc bliżej i ściskając pocieszająco moje dłonie.

– To dla mnie nowe. – uśmiecham się przepraszająco. – Ale wiesz, że szybko się uczę. - zapewniam.

– Już ja tego dopilnuję. – obiecuje moja przyjaciółka z szatańskim uśmieszkiem.

Przyrzekam na wszystkie świętości. Ta dziewczyna to wcielenie Belzebuba. I nikt o tym nie wie. Słodka niska blondynka studiująca pielęgniarstwo. Nie ma się czego obawiać prawda? Wcale nie!

– Ach. Ten Seweryn. – wzdycha rzucając się na moje kraciaste łóżko. – To intrygujący człowiek.

– Widzę, że wpadł ci w oko. – mówię chcąc ją trochę sprowokować.

– Nie w takim sensie jak myślisz. Interesuje mnie w innym kontekście. – odpowiada ze spokojem opierając się mojej prowokacji z tym swoim wszystkowiedzącym uśmieszkiem na ustach. – Przytulnie się tu urządziłeś. Ale chyba wiem jak zamierzasz spędzić dzisiejszy wieczór i czuję się w obowiązku ci w tym przeszkodzić. – zmienia temat mierząc wymownie wzrokiem notatki leżące na moim nowym, nieprzetestowanym jeszcze biurku.

– Chodź, molu książkowy. – ciągnie mnie za rękę do wyjścia widząc moje tęskne spojrzenie uciekające w kierunku mebla. – Nie pozwolę ci przeprukwić całego weekendu. Obiecałeś mi kawę ale jak zwykle sama muszę się o nią postarać. Idziemy zwiedzić okolicę! – zarządza entuzjastycznie zbiegając z energią na dół.

– Jak to sama. – obruszyłem się. – Zaprosiłem cię na kawę i uwaga, mam kawę. Wiem, że tak się tylko mówi ale nie zapraszałbym cię tu na nią gdybym jej nie miał. – unoszę się niby obrażony.

– Krzysiu, przenosisz się w końcu do mojego miasta i proponujesz mi kawę w swoim nowym mieszkaniu. – pyta bardziej twierdzącym niż pytającym tonem przepełnionym sceptycyzmem jakby naprawdę nie wierzyła, że rozpatrywałem tą opcję na poważnie. – Nie zrozum mnie źle, mieszkanie jest naprawdę przytulne i też się cieszę, że masz taki uroczy pokój ale będzie jeszcze okazja się nim znudzić. Teraz ruszamy na miasto! – zarządza ciągnąc mnie znów na schody. – Pokażę ci wszystkie prawilne kawiarnie, w których warto się pokazać. Na Starym Rynku otworzyli teraz taką hipsterską, mają w ofercie roślinne mleka i wegańskie ciasta…

Maryś opowiada dalej prowadząc mnie na zewnątrz. Na dole rzucamy Pani Halince szybkie do widzenia i wyruszamy na podbój miejskich kawiarni. Do poniedziałku jeszcze sporo czasu, myślę, że teraz posiadając własną przestrzeń do nauki bez przeszkód ogarnę zagadnienia na początek tygodnia, nie martwiąc się, że studenciaki urządzą sobie imprezę na korytarzu przed drzwiami do mojego pokoju. Równie dobrze mogę nadrobić trochę straconego z nią czasu oraz ogarnąć się w rozkładzie miasta. Przyda mi się szybkie szkolenie z tutejszej komunikacji miejskiej. Dotychczas poruszałem się jedynie na linii uczelnia-szpital-akademik.

Zaciągam się głęboko miejskim powietrzem czując typową dla niego mieszankę spalin i kurzu oraz wybijający się spomiędzy nich, ciężki do uchwycenia w mieście zapach nadchodzącej powoli wiosny. Spoglądam przelotnie w późno-lutowe niebo, którego szarość stopniowo zaczyna przepuszczać pierwsze promienie słońca i pozwalam poprowadzić się przyjaciółce w kierunku miasta, które, jak wszystko zapowiada, po ponad roku w końcu staje się moim domem.