Mój dziewiąty i ostatni fanfik na akcję „Aby do wiosny!" na Forum Mirriel (na forum znajduje się w osobnym temacie, jako sequel „Prawa Camelotu", tutaj jak widać jest opublikowany jako jego druga część), który powstał na podstawie prompta będącego okładką do tego tekstu. Po trochu jest to też odpowiedź na mój pierwszy prompt w akcji (prosiłam o magic reveal), ale nie z myślą o nim go pisałam. Po prostu... tak wyszło. I ciągle się zastanawiam, na ile prawdopodobna jest taka reakcja Artura. Ale cóż, to też tak wyszło ;).

PRAWO CAMELOTU 2

Merlin szybkim tempem przemierzał puste korytarze zamku, którego ściany odbijały echem odgłos jego energicznych kroków. Wszyscy spali, poza nim, strażnikami na blankach i pewnie Gajuszem, który czekał na skutki działań młodego czarodzieja. Merlin szedł zmienić ten stan rzeczy: zamierzał obudzić Artura, swojego pana, króla Camelotu. Nie obchodziło go, że jest środek nocy, bo to, o czym szedł porozmawiać, nie mogło czekać. Nie obchodziło go, że Artur nie będzie zadowolony z pobudki, a jeszcze mniej z tematu rozmowy. Nie obchodziło go nic, poza człowiekiem, który czekał w lochach na wykonanie wyroku śmierci, choć na to nie zasłużył. I właśnie o tym człowieku, pechowym czarodzieju złapanym przez nadgorliwego łowcę nagród, Merlin myślał po drodze do komnat króla. Myślenie o nim dawało mu odwagę. Gdyby myślał o tym, co chce powiedzieć Arturowi, całkiem możliwe, że zawróciłby i uciekł. Nie uważał się za tchórza, nie był tchórzem, ale tej jednej rzeczy bał się całe życie. Nikomu nigdy nie zdradził swojej tajemnicy, zawsze albo ktoś dowiadywał się przypadkiem, albo po prostu wiedział sam z siebie, jak druidzi. Gdyby nie Gajusz, Merlin nie zdobyłby się wyjawienie jej tej nocy, ani najprawdopodobniej nigdy. Dlatego nie chciał myśleć o tym, co zamierzał zrobić. Wolał myśleć o czymś, co stłumiłoby ten strach chociaż trochę.

Drzwi do komnat Artura otworzył jak zwykle bez pukania. Zresztą bezsensem byłoby pukać, skoro król spał, w co Merlin wcale nie wątpił. Poza tym pukanie mogłoby zwrócić czyjąś uwagę albo obudzić kogoś innego, a tego czarodziej zdecydowanie nie chciał. Wolał porozmawiać ze swoim panem bez świadków, przynajmniej dopóki nie wyłuszczy mu wszystkiego, co zamierzał powiedzieć. Z tego samego powodu dokładnie zamknął za sobą drzwi, żeby jakiś zbłąkany lunatyk przez przypadek nie zobaczył albo nie usłyszał czegoś, czego nie powinien.

W sypialni króla było o wiele ciemniej niż na korytarzu, gdzie mrok rozjaśniał nieco blask księżyca. Artur lubił sobie pospać, a światło mu w tym przeszkadzało, dlatego wieczorem Merlin szczelnie zasuwał kotary, które zasłaniały okna aż do pobudki. Teraz, w środku nocy, z zasuniętymi kotarami, komnata była ciemna, choć oko wykol. Merlin nie chciał wykłuć sobie oka, ani tym bardziej obu oczu, postarał się więc o to, żeby w tej nieprzeniknionej czerni móc widzieć. Jedno zaklęcie i na jego dłoni tańczył niewielki płomień, dzięki któremu czarodziej mógł się rozejrzeć po pomieszczeniu. Widział teraz zarys królewskiego łoża, stołu, krzeseł, szafy i obramowania kominka. Podszedł do łóżka i w świetle płomyka spojrzał na śpiącego Artura. Wyglądał tak spokojnie... a Merlin miał mu ten spokój zburzyć. Westchnął. No trudno, nie jego wina. Gdyby nie idiotyczne prawo Camelotu to wszystko nie byłoby konieczne. Przeniósł ognik z dłoni na świecę stojącą na skrzyni przy wezgłowiu, po czym nachylił się nad królem.

- Arturze - szepnął i potrząsnął ramieniem swego pana.

- Jeszcze nie... - wymamrotał na to król próbując zagrzebać się głębiej w pościeli.

- Już tak - nie zgodził się Merlin. - Wstawaj. Musimy porozmawiać.

Nie widział twarzy Artura, który był odwrócony w drugą stronę, ale z łatwością zgadł, kiedy jego pan otworzył oczy. Brzmiało to tak:

- Oszalałeś? Przecież jest jeszcze ciemno! - i zostało wykrzyczane pełnym oburzenia tonem.

- To nie ja oszalałem, to ty jesteś szalony, wy wszyscy jesteście szaleni. - Miał wrażenie, że się powtarza, że już kiedyś coś podobnego mówił, w dodatku tej samej osobie. - Dokładnie o tym musimy porozmawiać.

- To nie może zaczekać do rana?

- Nie. Rano masz coś innego do zrobienia, zapomniałeś już?

I właśnie o to, co miał rano do zrobienia władca Camelotu, chodziło Merlinowi. A konkretnie chodziło mu o to, żeby król tego nie zrobił.

- Racja - mruknął markotnie Artur. - Egzekucja.

- Właśnie, egzekucja. Egzekucja niewinnego człowieka, który niczym sobie nie zasłużył na śmierć.

- Jak to sobie nie zasłużył - rozzłościł się król. - Przecież jest czarodziejem! Został przyłapany na czarach, a podczas procesu sam się przyznał do używania magii!

- Ciszej, Arturze, bo obudzisz wszystkich w zamku.

- To mnie nie denerwuj!

- Postaram się, ale nie jestem pewny, czy mi się uda - westchnął Merlin. - W zasadzie jestem przekonany, że nie.

- Już ci się nie udało - wytknął król. - To zresztą nic nowego.

- Tylko że tym razem nie chcę się z tobą kłócić, a spokojnie i poważnie porozmawiać. Tak, to zupełnie coś innego - odpowiedział na pełne zwątpienia spojrzenie swojego pana.

- No to rozmawiajmy. A potem może pozwolisz mi jeszcze trochę pospać.

- Jeśli wciąż będziesz miał na to ochotę... - Merlin przypuszczał, że po tej rozmowie Artur będzie miał ochotę na wszystko, tylko nie na sen. Westchnął i wrócił do tematu: - Ten człowiek nie powinien umrzeć. Nie zrobił nic złego.

- Jest czarodziejem - odpowiedział Artur, jakby to wystarczyło. I według niego pewnie tak było.

- Nie zrobił nikomu krzywdy - Merlin nie odpuszczał.

- Ale może zrobić. Jest czarodziejem. Magia korumpuje - upierał się Artur.

Gdyby to nie była kwestia życia i śmierci, ta rozmowa mogłaby nawet być zabawna, pomyślał służący króla.

- Nawet nie wiesz, co to znaczy - stwierdził na głos.

- Wiem. To znaczy, że magia jest zła. To znaczy, że czarodzieje są źli. Wszyscy czarodzieje, bez względu na to, czy komuś zrobili krzywdę, czy nie! - oznajmił Artur.

- Ach tak?

- Tak!

- Czyli ja też jestem zły? - Merlin był już potężnie wkurzony na swojego pana, jak nigdy wcześniej. Może to i dobrze, bo pewnie inaczej nie zdobyłby się na wyjawienie swojej tajemnicy. Mimo wszystko.

- Co? - Artur mrugał oczami patrząc na służącego jakby go widział pierwszy raz w życiu.

- Władam magią, więc rozumiem, że też jestem zły? - wyjaśnił młody czarodziej lekko ironicznym tonem. Tylko dzięki temu potrafił powstrzymać drżenie głosu i nie dać poznać, jak mocno bije mu serce. Słowem: jak strasznie się boi.

- Co? - powtórzył oszołomiony król.

- Oprzytomniej, Arturze! - Zirytowany Merlin miał ochotę dosłownie potrząsnąć rozmówcą.

Na swoje szczęście Artur zdecydował się go usłuchać. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie, kiedy powiedział:

- Udowodnij.

- Co mam ci udowodnić? - Merlin w głębi duszy przyznał, że celowo nie zrozumiał polecenia króla. Czy raczej udał, że go nie zrozumiał. Nie potrafił się powstrzymać, żeby nie odwlec tej chwili możliwie jak najbardziej. Tej chwili, w której wszystko mogło okazać się stracone.

Artur jednak widocznie nie czuł takiej potrzeby.

- Udowodnij, że władasz magią - wyjaśnił bez ociągania.

Merlin przygryzł dolną wargę, podsunął królowi pod nos otwartą dłoń, a potem szepnął jedno słowo. Na jego wskazującym palcu znikąd pojawił się motyl i Artur raczej nie miał już wątpliwości. Choć może jednak miał.

- Jak to zrobiłeś?

Merlin przewrócił oczami, ale król tego nie widział, bo cały czas wpatrywał się w owada, jakby nigdy wcześniej nie widział takiego zjawiska.

- Czary - odparł. - A co myślałeś?

- Chyba nic nie myślałem - przyznał Artur. - Chyba w ogóle nie myślałem, kiedy kazałem ci to udowodnić. - Przeniósł wreszcie wzrok na służącego... na czarodzieja. - Chyba nie wiem, co myśleć.

- Przykro mi - powiedział szczerze Merlin.

- Z jakiego powodu?

- Że postawiłem cię w takiej sytuacji. Nie chciałem... ale nie widziałem innego wyjścia.

Król pokiwał głową ze zrozumieniem. Długą chwilę nie odzywał się, aż w końcu lekko zaniepokojony czarodziej powiedział:

- Myślałem, że będziesz wściekły.

- Może jeszcze nie do końca się obudziłem. Albo może wcale się nie obudziłem i to wszystko tylko mi się śni - Artur snuł przypuszczenia w zamyśleniu. - Złoszczenie się we śnie jest dość idiotyczne, nie uważasz?

Merlin uważał, ale nie odezwał się, tylko patrzył na króla bez słowa i sam nie wiedział, co właściwie czuje.

- A może rzuciłeś na mnie jakiś czar, żebym był spokojny i nie zabił cię na miejscu - ciągnął Artur nadal tym samym tonem. - Rzuciłeś?

- Nie. - Merlin był tego prawie pewny. - Nie znam żadnego takiego czaru. Zresztą nawet gdybym znał, to nie rzuciłbym go na ciebie. Na tobie nie używam mojej magii. Używam jej tylko dla ciebie.

- Wiem, Merlinie. Myślisz, że po tylu latach spędzonych w twoim towarzystwie mógłbym mieć co do tego jakiekolwiek wątpliwości?

Czarodziej patrzył na swojego pana bez słowa. Król westchnął.

- Rozumiem. Tak właśnie myślisz.

Merlin oblizał wargi.

- Miałem nadzieję... ale jednocześnie bałem się ją mieć - wyznał. - Cieszę się, że się spełniła.

Artur uśmiechnął się krzywo i zamknął oczy.

- Poczekaj do rana, jak się obudzę. Jeszcze wszystko może się zmienić - powiedział z przekąsem.

Merlin w to nie wierzył, był praktycznie pewny, że król tylko się z nim droczy. Na wszelki wypadek upewnił się jednak przed wyjściem:

- A egzekucja?

- Odroczę ją. Potem pomyślę, porozmawiamy, zbadam tą sprawę... niekoniecznie w tej kolejności... i może odwołam egzekucję. Zamienię ją na karę więzienia albo coś. Zobaczymy rano.

Merlin, co dziwne, był raczej spokojny o los skazanego czarodzieja. O swój również. To było... bardzo wyzwalające uczucie.

Przy drzwiach królewskiej komnaty zatrzymał się, kiedy usłyszał za plecami:

- Merlinie?

- Tak, Arturze?

- Dlaczego motyl?

Czarodziej spojrzał na owada, który nadal siedział na jego palcu.

- Nie wiem. Chyba po prostu chciałem wreszcie poczuć się wolny. I tak mi się... skojarzyło.

- Co z nim zrobisz? - zainteresował się król.

- Wypuszczę go na wolność. - Uśmiechnął się i wyszedł z lekkim sercem.