Interludium: Zniszczony, ale nie pokonany
Obserwował, jak światło
znika z jej oczu, jak się zamykają i powoli liczył.
Klątwa,
którą trzymał w gotowości, stanowiła problem. Jeśli
dziewczyna poruszy się, zanim zdoła skierować ją w inną
stronę...
Szybko zmniejszył odległość między nimi,
przycisnął się do niej, oparł jej głowę o ścianę, poluzował
ucisk na gardle i przesunął dłoń na tył jej głowy,
unieruchamiając ją. Dopiero gdy był pewien, że nie ruszy się bez
jego pozwolenia, machnął różdżką, uwalniając żarzącą
się w niej klątwę i zakrył twarz Hermiony swoją.
Krzesło
stojące w pobliżu eksplodowało, kawałki drewna i metalu poleciały
w ich stronę. Większość zatrzymała się na jego ciężkiej
pelerynie, lecz jeden duży kawałek wbił się w jego lewe ramię.
Zignorował ból i odepchnął się od Hermiony, by sprawdzić w jakim dziewczyna jest stanie. Choć palce, leżące na jej karku poczerwieniały, wydawała się nie być zraniona.
Wreszcie pozwolił sobie na normalny oddech i opuścił ją delikatnie na podłogę. Usiadł, opierając się o ścianę. Jej głowę trzymał na udach, a wyraz jego twarzy złagodniał.
- Czekałem na ciebie, panno Granger.
Odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy, przesunął palcem po szczęce. Poznawał ją dotykiem. Czekał na nią, choć nie spodziewał się, że pojawi się w dniu urodzin Pottera. Doszedł do wniosku, że powiąże horkruks z Regulusem Blackiem, a następnie ze skrytką domowego skrzata.
- Mądrze z twojej strony, że przybyłaś sama.
Schował do kieszeni jej różdżkę, zamknął oczy i oparł głowę o ścianę; na jego pelerynie pojawiła się ciepła krew. Mógł zaleczyć swoje ramię – przez lata leczył się już z gorszych ran – to mogło poczekać. Słuchał oddechu młodej kobiety, czekał na jej przebudzenie.
Małym palcem leniwie kreślił numerologiczne symbole na jej czole. Z wolna, jeden za drugim, wreszcie położył dłoń na jej włosach, jakby chciał je odbić w jej umyśle. Zabezpieczenie. Błogosławieństwo.
I, może, groźba.
Początkowo będzie to z pewnością postrzegać w ten sposób.
Gdy kuchnię zaczął ogarniać
mrok, począł mówić.
- W tej chwili jestem
najbezpieczniejszym człowiekiem w czarodziejskiej Anglii. To
zaskakujące. Twój umysł jest odpowiedni do zadania. Zakon
nieczęsto tu przychodzi; kiedy tak się dzieje, ostrzega mnie
specjalny alarm. Zanim on zginął – już umierał, panno Granger –
Dumbledore i Faweks naznaczyli mnie. Kolejne piętno. Niewidoczny
okrąg z łez feniksa wokół mojego serca, który
dopasowuje mnie do tego miejsca, do jego magicznej sygnatury. Działa
jak urok Proteusza. Jeśli zbliża się – do drzwi lub teraz też
dzięki aportacji – członek Zakonu, okrąg wokół mojego
serca rozgrzewa się i wiem, że muszę się deportować.
- Znak,
którego można dotknąć. To w jego stylu.
- On umierał.
Zginął z mojej różdżki, ale nie z mojej woli; on już
umierał, kiedy w zeszłym roku odbierał Pottera od jego mugolskich
krewnych.
Hermiona poruszyła się. Pociągnął ją lekko za
włosy i uspokoiła się.
- Wątpię, by Zakon wiedział lub
chciał się dowiedzieć, gdzie przebywam. Doszli do wniosku, że
jestem „ze" Śmierciożercami, jakby to było jakieś miejsce.
Będziesz musiała zmienić ich sposób myślenia, Hermiono. To
nie będzie łatwe. Nie będzie mnie tam, by ci pomóc.
-
Zakon nawet w przybliżeniu nie jest tak silny jak Śmierciożercy
ani nie będzie, dopóki Potter nie rozwiąże spraw. Obawiam
się... – delikatnie dotknął jej twarzy – ...że to będzie
zależało od ciebie. Jednak pośród Śmierciożerców
jestem bezpieczny. Ironia losu. Za sukces na Wieży, dostąpiłem
honoru ukarania młodego pana Malfoya za jego porażkę. Zawiły
problem. Złożyłem jego matce Niezłomną Przysięgę, że będę
go chronił. Gdybym odmówił przywileju ukarania go, z
pewnością obaj bylibyśmy martwi. Po klątwach Czarnego Pana,
przynajmniej mógłbym kontrolować, może przesunąć,
niektóre uszkodzenia. Zauważ, że nie umarłem; decyzja o
zranieniu była najlepszą ochroną, jaką mogłem mu zapewnić.
Zagryzłem język i prawie udławiłem się własną krwią, gdy bat
w mojej ręce rozcinał idealną skórę tego chłopca.
-
Płynie z tego nauka, Hermiono. Nie; więcej nie będę cię nazywał
panną Granger. Nie proś mnie o to.
- Żyjemy w splątanej sieci
krwi, blizn i ochrony, a ja znajduję się w jej środku, obserwuję
i czekam.
- Czekałem na ciebie, Hermiono. Teraz, na razie,
jesteś bezpieczna, choć w to nie uwierzysz. To będzie...
interesujące doświadczenie – oglądać, co się będzie działo.
Przez chwilę przyglądał się jej miękko, gładząc opuszkiem palca jej dolną wargę.
- Rozdarłem na Wieży moją duszę, Hermiono, ale to nie był pierwszy raz. Ona nie jest nowa. Jestem prawie całkiem zniszczony, ale niepokonany. W tym momencie mogę się uważać za szczęściarza.
Krwawiąc, siedział w ciemnościach i gładził jej włosy.
Powinna już odzyskać przytomność.
Hermiona
Granger była zdecydowanie przytomna.
I wściekła.
I
próbowała domyślić się, dlaczego nie była martwa.
I
dlaczego on bawił się jej włosami.
I co napisał na jej czole.
Jednak, najbardziej ze wszystkiego, była wściekła.
I nigdy
wcześniej nie czuła się tak żywa.
