Rozdział II.

Ron idzie w moją stronę. Uśmiecha się. Podbiegam, ale w ostatnim momencie zauważam nóż w jego dłoni. Nie udaje mi się zatrzymać na czas. Stal przechodzi przez mój brzuch, wywołując okropny ból. Łapię się w miejscu rany, która zaczyna krwawić. Brudzi ręce i skapuje na ziemię, na którą się osuwam. Patrzę na przyjaciela, który nade mną góruje. Jego oczy są czerwone. Jak to się stało? Kiedy? Nie mam czasu, żeby się nad tym zastanowić, bo jego twarz zaczyna się zmieniać. Po kilku sekundach widzę Voldemorta, który stoi i śmieje się ze mnie…

Budzę się i podrywam z łóżka . Przez moment jestem zdezorientowany, ale w końcu uświadamiam sobie, gdzie się znajduję i co tu robię. Igrzyska. Snape. Voldemort. A to był tylko koszmar, jeden z wielu. Powoli podchodzę do okna i spoglądam przez nie. Widzę Zakazany Las, a za nim różowo–pomarańczowy horyzont. Trwa lato. O tej porze roku się urodziłem. Zamykam oczy. Pamiętam, jak przyszli uczcić moje piętnaste urodziny...

Chodź, Potter, Czarny Pan ma dla ciebie prezent z okazji twoich urodzin. – Rosier uśmiecha się krzywo i ciągnie mnie za ramię. Już od dawna zrezygnowali ze związywania. Zauważyli, że nie jestem w stanie biec tak szybko jak na początku. Dodatkowo oni mają różdżki, ja nie.

Już po kilku minutach jesteśmy w naszej, jak to określa Voldemort, sali. Popychają mnie na kolana i pozostaję w takiej pozycji, dopóki Tom nie podchodzi do mnie i nie podnosi mojej głowy.

Wszystkiego najgorszego w dniu urodzin, Harry – mówi. Spluwam mu w twarz. Często witam się z nim w taki sposób; pluję, krzyczę, uderzam na ślepo w różne strony. Wtedy uśmiecha się krzywo i każe Śmierciożercom przytrzymać mnie, kiedy sam rzuca zaklęcia. Tego dnia pada na takie, które powoduje wysypkę na całym ciele. Cholernie swędzącą wysypkę. Trzymają mnie za ręce, więc zaczynam wyginać nogi, żeby tylko móc się podrapać. Nic mi to nie daje. Męczę się przez kilkanaście minut, aż puszczają mnie. Wolność. Drapię się tak mocno, że w niektórych miejscach zaczyna krwawić. Zdrapuję skórę, otwierając stare i tworząc nowe rany. Pod paznokciami pozostaje tylko naskórek i krew. Wiem, że nie pozwolą mi się nawet umyć po tym wszystkim. Od momentu, w którym trafiłem do lochów i rozpoczęły się tortury, śmierdzę potem, krwią, kałem i moczem. To obrzydliwe. Gdy przynoszą mi wodę do picia, czasami rezygnuję z zaspokojenia pragnienia i zmywam brud z suchych, opuchniętych warg i twarzy. Dopiero po chwili Voldemort cofa klątwę. Wyczerpany upadam na zimną posadzkę. Przeczuwam, że to nie wszystko.

Mam dla ciebie jeszcze jeden prezent, Harry Potterze. W końcu to szczególny dzień. – Wiedziałem. Podnoszą mnie i sadzają pod ścianą. To dziwne. Czyżby chodziło o coś innego niż następne zaklęcie? Patrzę przed siebie, a przez drzwi wchodzi następna para Śmierciożerców z...

REMUS! – krzyczę. Mam schrypnięty głos, ale obecność mojego przyjaciela tutaj jest tak niespodziewana, że udaje mi się zrobić to bardzo głośno. Zaczynam drżeć i czołgam się w ich stronę. – Voldemort! Odpieprz się od niego! Zostaw go! Remus! Uciekaj! – krzyczę pierwsze słowa, które przychodzą mi na myśl. Nie, nie chcę, żeby tu był. Niech go zostawią, proszę, proszę, proszę. Sadzają mnie ponownie pod ścianą i rzucają zaklęcia, które nie pozwalają mi się podnieść z miejsca.

Przez najbliższe pół godziny torturują go. Słyszę jego jęki, wrzaski i ciche łkanie. Ja sam płaczę. Łzy mieszają się z zakrzepła zakrzepłą już krwią.

Harry. – Słyszę głos Voldemorta nad sobą. Spoglądam w górę, ale przez mokre od łez oczy widzę tylko niewyraźny kontur jego postaci. Nie słyszałem, gdy podchodził. W mojej głowie wciąż odbija się pełen bólu głos Remusa. Kręcę głową. Niech on odejdzie, niech nas zostawi w spokoju... Jednak on nie ma takiego zamiaru. Kuca obok mnie i łapie mnie za prawą dłoń, do której wkłada różdżkę. Patrzę zszokowany, nie będąc w stanie zrobić żadnego ruchu. Co on chce zrobić? Kładzie swoją dłoń na moją i trzyma mocno. Szarpię nią, ale nie mam tyle siły, ile on.

Pożegnaj się z przyjacielem, Harry – szepcze mi do ucha. On chyba nie ma zamiaru... Zaczynam jeszcze bardziej płakać, mocząc szatę czarnoksiężnika. Ruch różdżki i...

Avada Kedavra! – Głośny krzyk rozchodzi się po komnacie, a zielony błysk, ten zielony błysk z moich koszmarów, rozjaśnia pokój. Przez moją dłoń przechodzi silny prąd magii. Czyżby pochodziła ona od Voldemorta? Nigdy nie wyczuwałem w sobie takich pokładów mocy, więc ona musi należeć do niego.

Nie mam siły się ruszyć. Voldemort odchodzi, ale prawie tego nie zauważam. Zabiłem. Zabiłem żywego człowieka. Nie obchodzi mnie, że to on mnie do tego zmusił. To JA trzymałem różdżkę. JA czułem tę magię, która zabiła przyjaciela mojego ojca. Ciągle mam przed oczyma zielony błysk i te przerażone oczy Remusa. Widziałem w nich szok, strach i... zgodę? Och, Remusie, dlaczego zgodziłeś się, abym cię zabił? Z moich oczu płyną następne łzy, a ja powoli zwracam głowę w stronę Śmierciożerców.

To jednak nie koniec. Zachłystuję się powietrzem, gdy wprowadzają kolejne trzy osoby. Osoby, które wychowywały mnie przez tyle lat. Zadbały o to, abym miał dach nad głową. Starały się, choć nieporadnie, abym dobrze się rozwijał. Nigdy nie byłem dla nich nikim więcej niż kimś, kto zajmuje się wszystkim w domu; sprząta, gotuje, robi zakupy, pielęgnuje ogród. Nienawidziłem ich. To Hogwart był moim prawdziwym domem, tam czułem się, jakbym do czegoś przynależał. Tam miałem prawdziwych przyjaciół, to w tym miejscu po raz pierwszy zrozumiałem, co znaczy prawdziwa rodzina. Gdy patrzę na ich twarze, które zawsze wykrzywione były w grymasie zniesmaczenia, czuję, że im się należy. Druga część mnie mówi mi jednak, że gdyby mnie nie przygarnęli tamtej nocy, nie wiadomo, czy nie skończyłbym w domu dziecka lub podobnym miejscu.W momencie, gdy zauważam ich w tym pomieszczeniu, dociera do mnie, że spotka ich ten sam los co Remusa. Otwieram szeroko oczy. Mam nadzieję, że nie będę musiał ich... zabić. Nie chcę. Nie byłbym w stanie. Moja rodzina spogląda na mnie przerażona, wuj Vernon otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden głos. Śmierciożercy zadbali o to. Gdy rzucają ich na ziemię, cofają zaklęcie wyciszające, a rzucają inne. Torturujące, sprawiające ból.

Kolejne dwie godziny są jeszcze gorsze niż ten czas, gdy torturowali Remusa. Moje wrzaski nie zagłuszają tych trzech jęków i krzyków wydobywających się z ich ust. I trzy głośne odgłosy upadających ciał. W tym czasie zastanawiałem się nad tym, czy Bóg, w którego wierzyła ciocia Petunia, naprawdę istnieje. Jeśli tak, to dlaczego jest tak okrutny? Pozwala na to, aby ludziom działa się taka krzywda? Żeby nastolatek zmuszony był do zabicia swojego przyjaciela i patrzenia na tortury rodziny?

Otrząsam się z tych strasznych wspomnień i oddalam się od okna. Siadam na łóżku, plecami do ściany i podkurczam nogi. Nigdy nie zapomnę tych urodzin. Stałem się mordercą. Czy to znaczy, że jestem zły? Ale ja przecież nie chcę zapanować nad światem jak Voldemort. Nie chcę więcej zabijać. Spoglądam na ścianę naprzeciwko mnie i przez chwilę myślę nad dzisiejszym koszmarem, ale szybko dochodzę do wniosku, że zamartwianie się tym nie ma sensu. Wiele razy śniły mi się zabójstwa gorsze od tego. Byłem zabijany przez Voldemorta, Dumbledore'a i innych bliskich, którzy uważali mnie za winnego.

Wiem, że miną jeszcze przynajmniej dwie godziny, nim ktokolwiek wstanie. Albo i nie? Może Śmierciożercy już od rana knują przeciwko reszcie świata? Ciekaw jestem, co robi Voldemort. Nie wyobrażam sobie, aby taki morderczy gad mógł spać, więc pewnie wymyśla coraz to brutalniejsze zasady Igrzysk.

Ktoś puka do drzwi. Spinam się i spoglądam w tamtym kierunku. Powoli wstaję z łóżka i podchodzę do nich. Nie powinienem otwierać, ale jeśli to Snape chce mi coś przekazać? Nie wiem, jakie są plany na dzisiejszy dzień. Oddycham głęboko.

- Kto tam? - krzyczę. Cisza. Rozglądam się po pokoju i podnoszę jakąś książkę, która leży na komodzie. Nic wielkiego, ale może uda mi się trafić tego kogoś, zanim coś mi zrobi. Nie jestem w najlepszej kondycji, ale zawsze jest jakaś nadzieja, że mi się powiedzie. Wracam do drzwi i łapiąc za klamkę, otwieram je. Kompletnie nie spodziewałem się osoby znajdującej się za nimi. Stoi tam z tacą, o wiele chudsza niż wcześniej. Jej oczy wyrażają przerażenie, ale i radość. Zszokowany przepuszczam ją do pokoju, a ona stawia śniadanie na biurku i odwraca się w moją stronę. Zamykam drzwi i podchodzę do niej.

- Pani Weasley! - Przytulam ją, a jej ramiona obejmują mnie w matczynym uścisku. Tak bardzo za tym tęskniłem. Ona jedyna potrafiła sprawić samym uściskiem, że czułem się kochany i potrzebny. Czuję łzy na swoim ramieniu, ale nie przeszkadza mi to. Ja także mam ochotę płakać, ale staram się, aby łzy nie popłynęły. Muszę jej pokazać, że jakoś się trzymam, że mnie nie złamali. Każdy mój ruch jest obserwowany i jestem zmuszony do uważania na to, co robię. - Pani... och... - Zdaję sobie sprawę, że kobieta nie jest w stanie mi odpowiedzieć. - Widziała się pani z Ronem? - Kręci głową. Wzdycham głęboko. To musi być okropne uczucie, będąc ze swoim synem, prawdopodobnie jedynym żyjącym członkiem rodziny, pod jednym dachem i nie móc się z nim zobaczyć, porozmawiać. Po chwili kobieta zalewa się łzami, a ja nie wiem, co powinienem zrobić. Przytulam ją niezgrabnie. Na korytarzu słyszę hałaś i pani Weasley szybko poprawia się, uśmiecha i wychodzi z pokoju. Nie pozostaje mi nic innego, niż zasiąść do posiłku.

Pierwszy kęs. Przymykam oczy i rozkoszuję się tym wspaniałym smakiem. Zwykły tost jest lepszy niż te wszystkie posiłki w Hogwarcie. Co z człowiekiem może zrobić głód? Z każdym następnym kawałkiem czuję dziwne uczucie w żołądku, ale staram się je zignorować. Nie jest to tak dobre jak posiłki w szkole, ale na ten moment wystarczająco, abym jadł bez grymaszenia i w szybkim tempie.

Kiedy kończę posiłek, wstaję powoli i podchodzę do komody, wyciągając z niej świeże ubranie. Idę do łazienki i nagle czuję w brzuchu niemiłe uczucie. Wbiegam do pomieszczenia i klękam przed toaletą, gdzie opróżniam cały żołądek. Nie spodziewałem się tego. Przysięgam sobie, że jeśli następnym razem dostanę jakiś posiłek, będę jadł ostrożniej i wolniej. W końcu wstaję, szybko szczotkuję zęby i zbieram ubrania rozrzucone na ziemi. Wchodzę pod prysznic, gdzie myję się dokładnie. Jeśli mam możliwość, to będę z niego korzystać jak najczęściej. Pół godziny później wychodzę, a w pokoju zastaję Snape'a, który siedzi na pościelonym już łóżku. Skrzaty musiały się tym zająć, bo na biurku nie widzę już brudnych talerzy. Przez moment czuję się bardziej samotny niż wcześniej. Dlaczego pani Weasley nie przyszła?

– Potter? – odzywa się Snape. Spoglądam na niego. – Idziemy.

Zdziwiony patrzę, jak mężczyzna wychodzi z pokoju i zostawia otwarte drzwi. Marszczę brwi, ale ruszam za nim. Może dowiem się czegoś więcej. Nie chcę od razu przedstawiać mu planu ucieczki, bo nadal nie jestem pewny, czy mogę mu zaufać. Zamykam drzwi, zamek klika cicho. Odwracam się zaskoczony do Snape'a, przypominając sobie o czymś.

– Jak pan tu wszedł? Przecież trzeba zasyczeć.

– Potter, jestem twoim mentorem. Mogę wejść do twojej komnaty w każdej chwili.

No tak, coś w tym jest. Jednak jestem wzburzony, że Snape może naruszyć moją prywatność w każdym momencie. Ale czego się spodziewałem? Powinienem być wdzięczny Bogu, że mogę przynajmniej spać w łóżku, a nie na zimnej posadzce w lochach. Idziemy przez długi korytarz, skręcamy w lewo, prawo, prawo i lewo. Nie wiem, jak Snape może się tu nie zgubić. Ja bym stracił orientację na prostym korytarzu. W końcu dochodzimy do jakiś drzwi, które otwiera Snape. Wchodzimy do pomieszczenia, a moim oczom ukazuje się duża, przestronna sala. Naprzeciwko wejścia znajduje się lustro zajmujące całą ścianę. Całe pomieszczenie ma białe ściany, a podłoga jest wykonana z drewna. Pod sufitem wiszą lampy z kloszami. Jestem zaskoczony. Nie rozumiem, po co tu przyszliśmy. Co mamy tu robić? Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej o Igrzyskach, a tymczasem nie mam pojęcia, dlaczego znajdujemy się w takiej dużej sali. Widzę, jak mój mentor kieruje się w stronę krzeseł obok okna i zajmuje miejsce. Idę za nim, ale wybieram parapet, który jest równie wygodny. Opieram się o ściankę i podkurczam nogi. Snape gromi mnie wzrokiem, ale nic nie mówi. Przez kilka minut milczymy, każdy pogrążony w swoich myślach. W końcu zbieram w sobie całą gryfońską odwagę i pytam:

– Kiedy odbędą się te Igrzyska? – Muszę wiedzieć, ile mam czasu na obmyślenie planu ucieczki.

– Za trzy tygodnie, Potter. – Pada odpowiedź. Marszczę brwi. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to długo, ale pewnie w końcu wyjdzie na to, że nie zdążę. – W tym czasie będą prowadzone treningi przez różnych Śmierciożerców, które mają was przygotować do Igrzysk.

Wstrzymuję oddech. Przygotowania? Będą nas uczyć Czarnej Magii? Zabijania? Torturowania? Wszystkiego, co przyda się w tych okropnych Igrzyskach? Spoglądam za okno, gdzie las łagodnie wieje na wietrze, a ptaki wyfruwają z koron drzew, by rozpocząć nowy dzień. Zazdroszczę im tej swobody. Pomimo nowych warunków do życia, czuję się przytłoczony i zamknięty w małej klatce. Dochodzę do wniosku, że tak jest łatwiej niż w Hogwarcie. Wtedy Dumbledore wisiał nade mną i chciał, abym grał rolę Złotego Chłopca. I chociaż nigdy mu się nie postawiłem, to wiele razy dawałem do zrozumienia, że nie podoba mi się to.

– Kiedy dostaniemy z powrotem różdżki? – pytam. Snape posyła mi takie spojrzenie, pod którym rumienię się i jeszcze bardziej kulę w sobie, o ile to możliwe. Nie rozumiem, co takiego powiedziałem, że wygląda, jakby miał zamiar mnie zabić?

– Potter, jesteś większym idiotą, niż myślałem. Czy naprawdę sądziłeś, że dostaniesz z powrotem różdżkę? – Śmieje się głucho i chrapliwie. – Potter, Igrzyska odbędą się bez magii. Będziecie musieli zdać się na swoje własne umiejętności lub ich brak. – Posyła mi krzywe spojrzenie. – Czarny Pan nie chce ryzykować. Poza tym uważai, że więcej będzie się działo, gdy nie będziecie używać magii. Nie patrz tak na mnie. On to robi, aby pokazać światu swoją władzę i mieć z tego rozrywkę!

Wstrzymuję oddech i patrzę tępo na Snape'a. Naprawdę nie będziemy mieć różdżek? Bez magii nawet nie mam co myśleć o ucieczce. Kręcę głową i przełykam ślinę. Jak mogłem sobie pomyśleć, że oddadzą nam różdżki? Przecież to absurdalne. Oczywiście, że wiele osób próbowałoby coś im zrobić. Naprawdę jestem idiotą.

– Potter, Czarny Pan... – zaczyna Snape, ale przerywam mu gwałtownie, zdenerwowany.

– PRZESTAŃ TAK MÓWIĆ! – krzyczę. Jestem zły, zdekoncentrowany. Muszę się na kimś wyładować. – To VOLDEMORT! To imię nie gryzie! Jesteś jego psem! Oddanym i wiernym! Chcecie mnie zabić! Nic mi nie pomożesz w tych Igrzyskach! Gdzie ty byłeś przez ten czas, kiedy ja siedziałem w lochach?! Nie zjawiłeś się ani razu, żeby choć przekazać mi krótką informację o tym, że spróbujesz mnie wyciągnąć! Zrobiłeś to? Spróbowałeś?! Nie!

Snape wstaje. Coś mi się wydaje, że tym razem przesadziłem. Nie jest tak spokojny jak wczoraj, gdy krzyczałem na niego po tym, jak zirytował mnie. Podchodzi do mnie, a na jego twarzy widać, że jest bliski wybuchu.

– Potter – warczy. – A jak myślisz, kto robił te eliksiry, dzięki którym nie zdechliście? Kto przez ten cały czas grał przed Czarnym Panem – ostatnie dwa wyrazy dokładnie zaakcentował – i starał się dowiedzieć jak najwięcej o tych Igrzyskach? Myślisz, że jesteś biednym dzieckiem, Potter? Możesz przeklinać Dumbledore'a, który wciągnął cię w tę wojnę o wiele za szybko, ale na pewno nie mnie! A jeśli przyszedłbym do ciebie, to co by to dało? Nie uwierzyłbyś mi. Nie wierzyłeś, dopóki nie zobaczyłeś wspomnień Albusa.

Milknę i zeskakuję z parapetu, by rozpocząć wędrówkę po całej sali. W mojej głowie panuje istny chaos. Znów zawiodę tych ludzi, którzy są tu ze mną. Gdyby tu była Hermiona... Potrząsam głową, żeby nie przypominać sobie o brutalnej śmierci mojej przyjaciółki. Czuję wzrok Snape'a na sobie. Nie mam zamiaru go przepraszać za ten wybuch. Chodzenie w kółko staje się męczące, więc w końcu odwracam się w jego stronę.

– Chcę iść do swojego pokoju – oświadczam, a on kiwa głową i wstaje.

– Później tu wrócimy, mam ci jeszcze kilka rzeczy do przekazania. – Chyba nie tylko ja potrzebuję trochę odpoczynku. Kierujemy się do drzwi, a później przemierzamy swój korytarz. Nagle naprzeciwko nas pojawia się Malfoy i blady Ron. Ciekaw jestem, czy wie coś więcej o Igrzyskach niż ja. Uśmiechamy się delikatnie do siebie i Snape to chyba zauważa, bo zwraca się do Malfoy'a:

– Lucjuszu, myślę, że Potter i Weasley powinni chwilę porozmawiać. – Uśmiecha się ironicznie.

– Pół godziny i ani minuty dłużej – mówi Lucjusz lodowato do Rona, który szybko kiwa głową. Co się z nim stało?! Wiedziałem, że nie będzie miał lekko, ale żeby po zaledwie jednej nocy tak się zmienił? Otwieram szeroko oczy, oniemmiały, a Snape otwiera dla nas drzwi. Wchodzę z Ronem do tego samego pomieszczenia, w którym wczoraj oglądałem wspomnienia. Nic się nie zmieniło, prócz biblioteki, która chowa w sobie Myślodsiewnię. Ron siada na kanapie, a ja zajmuję miejsce w fotelu naprzeciwko niego. Nawet ogień trzaska w kominku jak wczoraj. Przyglądam się swojemu przyjacielowi, który nerwowym ruchem obgryza paznokcie. Skąd u niego ten nawyk?

– Ron? Co on ci zrobił? – szepczę. Weasley tylko podnosi głowę, patrzy mi w oczy i dopiero po dłuższej chwili odzywa się:

– Nic, stary. Co niby miało się stać? – Te słowa brzmią sztucznie. Jakby na siłę starał się być taki, jak wcześniej. Naprawdę nie wiem, co mogło się między nimi stać.

– Ron, przecież widzę. Proszę, powiedz mi, jesteśmy przyjaciółmi – nalegam.

– Zawsze musisz wszystko wiedzieć? – burczy pod nosem. – Cholera, Harry, powiedziałbym, gdyby coś się stało.

Przyglądam się mu przez chwilę w milczeniu. Widzę, że nie ma zamiaru mi o tym opowiedzieć. Może jak będę powoli z nim rozmawiał, dowiem się czegoś więcej. Zmieniam temat.

– Ron? Słyszałeś, że nie będziemy używać magii? – Ron bladnie i potakuje. Opuszcza głowę, a mój wzrok kieruje się ku kikutowi wystającemu z jego nowej koszuli. W czasie bitwy stracił lewą rękę aż po łokieć. Nie wiem, w którym momencie zaatakował go jeden z tych cholernych wilkołaków. Przez cały czas zmagałem się z Voldemortem. Gdy nas złapali, zobaczyłem tylko zmasakrowany kawał mięsa, który bezwładnie zwisał z boku jego ciała, plamiąc posadzkę krwią. Ten widok obrzydził młodszych tak bardzo, że co poniektórzy zwymiotowali. Nie zapomnę miny Rosiera, gdy któraś uczennica pobrudziła mu szatę. Myślałem, że jeszcze chwila i coś jej zrobi. Na szczęście, a może nieszczęście, w tamtym momencie wszedł Voldemort. – Boję się, Ron. Nie chcę nikogo zabijać. – Przed oczami staje mi twarz Remusa. Otrząsam się i mówię dalej: – Ma wygrać jedna osoba. Czyli albo zostaniemy zabici, albo będziemy musieli siebie nawzajem zabić. Nie jestem mordercą – mówię stanowczo, chociaż w głowie złośliwy głosik mówi: Jesteś. Zamykam na chwilę oczy i oddycham głęboko.

– Tak, stary – przytakuje cicho Ron. Zapada cisza. Przez długi czas milczymy, nie wiedząc co powiedzieć. Patrzę bezradnie, jak mój przyjaciel dalej nerwowo bawi się palcami, spogląda w kominek i przymyka oczy. Och, Ron, co oni ci zrobili?

– Ty też masz za oknem widok na Zakazany Las? - pytam go, ale on tylko kręci głową. Szukam jakiegoś ciekawego tematu do rozmowy. Przez następne kilka minut opowiadam mu, czego się wczoraj dowiedziałem. Uzyskuję jakąkolwiek reakcję na swoje słowa dopiero wtedy, gdy opowiadam mu o tym, jak Snape mówił o mojej matce. Nie mówię mu o swoich przypuszczeniach. Prowadzę monolog, chociaż to zawsze była działka Rona - on nadawał o Quidditchu, a ja nawet nie miałem czasu, żeby coś wtrącić. Gdy kończę opowiadać o tym, jaki mi się trafił pokój, zapada milczenie. Jedno z tych, które ciąży, a cisza wokół jest prawie namacalna. W końcu słyszymy ciche pukanie do drzwi. Ron wstaje i wychodzi pierwszy, a ja za nim. Jednak nie mam czasu, żeby się pożegnać, bo widzę tylko jego plecy. Wzdycham ciężko i zauważam, że obok mnie stoi Snape i wyraźnie czegoś oczekuje. Nie mam siły na rozmowę z nim, więc tylko kieruję się w stronę swojego pokoju, aby zaznać trochę spokoju.