Ulice Londynu były prawie całkowicie puste. Czasami można było zobaczyć samochód lub przechodnia, który kryjąc się w cieniu, umykał prędko w swoją stronę. Sherlock i John połowę drogi na Charing Cross Road zostali zmuszeni przebyć pieszo, ponieważ nie złapali żadnej taksówki i jedynym sposobem była podróż metrem lub autobusem. Po chwili szukania, udało im się trafić do „Dziurawego Kotła". Pub wyglądał całkowicie normalnie i nie wzbudzał podejrzeń. Sherlock jako pierwszy wszedł do środka i rozejrzał się po pomieszczeniu. W środku siedziało kilka osób, które zakończyły rozmowę w momencie pojawienia się gości. Za barem stał starszy mężczyzna, który przecierał szklanki i łypał czujnie na wchodzących.
- Co tutaj robimy? – odezwał się John do Sherlocka, gdy usiedli przy jednym ze stolików.
- Badamy sprawę. Na górze są chyba pokoje do wynajęcia. Co powiesz na noc w pubie? – Sherlock spojrzał na schody i uśmiechnął się do przyjaciela.
- Nie podoba mi się tutaj… Spójrz tylko na ludzi siedzących w tamtym kącie. Co chwilę rzucają nam nerwowe spojrzenia i dziwnie wyglądają. Może… - John urwał, słysząc szybkie kroki nad głową. Po chwili, po schodach zbiegł chłopiec.
- Mamo! Mamo! Popatrz! Patrz! – Podbiegł do stolika w kącie i zaczął kręcić się, chcąc pokazać jak wygląda. – Pasuje idealnie! Mamo! W końcu wrócę do Hogwartu! – Ponownie zaczął się kręcić. Sherlock obiegł wzrokiem czarną szatę, którą miał na sobie chłopiec i podniósł w zdziwieniu brwi. W tym samym czasie matka złapała dziecko i zabrała je szybko do góry. Za nią ruszył mężczyzna, a reszta towarzystwa wymknęła się szybko z pubu.
- Teraz musimy tu zostać. Ta sprawa zaczyna mi się wyjątkowo podobać. – Uśmiechnął się do Johna i wstał od stolika. – Zamówię coś dla nas i zapytam o nocleg. – Zostawił skołowanego przyjaciela przy stoliku i podszedł do lady. Mężczyzna mierzył go wzrokiem i nie kwapił się, by zareagować na klienta.
- Co można u państwa zamówić? Chętnie bym się czegoś napił. – Sherlock uśmiechnął się szeroko i wyłożył banknot 50 funtowy. Barman łypnął na niego, szybkim ruchem schował pieniądze do kasy i zaczął nalewać piwa do kufli.
- Bardzo panu dziękuję. Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Razem z przyjacielem jesteśmy zmęczeni, jest już późno, a sam pan wie, że strach o tej godzinie podróżować po Londynie. Znajdzie się może pokój na jedną noc?
- Za rogiem jest hotel. – Głos barmana był wyjątkowo ostry i nieprzyjemny.
- Zapłacę… - Sherlock wyjął kolejne banknoty i położył na ladzie. Mężczyzna złapał je zwinnie.
- Zobaczę, co da się zrobić. – Powiedział i ruszył w stronę schodów.
- I co? Dlaczego tak długo z nim rozmawiałeś? Dowiedziałeś się czegoś? – John patrzył zniecierpliwiony na Sherlocka.
- Zostajemy tutaj na noc. – Holmes wypił łyk piwa. – Spróbuj! Jest przepyszne!
- Widzę, że humor cię nie opuszcza… Nie uważasz, że dzieje się tu coś dziwnego?
- Oczywiście! Właśnie dlatego tu jesteśmy. – Sherlock był już w połowie kufla. – Wyjątkowo dobre, takiego jeszcze nigdy nie piłem.
- To może chociaż wytłumacz mi, co się tutaj dzieje. Kim są ludzie, których tu widzieliśmy i co ten dzieciak miał na sobie?
- Czarna szata z ładnym emblematem koloru żółtego. Nie jestem pewien, ale chyba był na nim borsuk. Mogłem się pomylić z takiej odległości. Prawdopodobnie, był to mundurek szkolny. Hogwart… Pierwszy raz słyszę tą nazwę. Musimy dowiedzieć się, gdzie jest ta szkoła. W nocy spróbuję trochę tu poszperać i może czegoś się dowiem. O! Nasz gospodarz chyba chce nam pokazać pokój. Idziesz? – Sherlock dopił piwo i poszedł szybko w stronę barmana. Watson spojrzał na swój nie ruszony kufel i ruszył za przyjacielem.
Pokój był mały, ale porządny. Stały w nim dwa oddzielne łóżka, dwa małe stoliki nocne, biurko i szafa. Okno wychodziło na Charing Cross Road. Sherlock i John położyli się i czekali na odpowiedni moment by wyjść i sprawdzić pub. John po dłuższej chwili przysnął i cicho chrapał. Sherlock był tak podniecony wizją nierozwiązanej sprawy, że nie był w stanie zmrużyć oka, więc czatował i rozmyślał próbując znaleźć w głowie, jakiekolwiek przydatne informacje. Nagle usłyszał trzask uchylanych drzwi. Leżał cicho i czekał aż postać podejdzie bliżej. Trzymał rękę pod poduszką, gdzie leżała jego broń. Usłyszał szept i nagle zrobił się wyjątkowo senny.
Mężczyzna wyszedł z pokoju wynajętego przez niespodziewanych gości i schował długi, zwężający się ku górze, patyk do kieszeni. Pod drzwiami czekała na niego kobieta, która złapała go za ramię i pociągnęła w stronę schodów.
- Co z nimi zrobimy? – Spytała ściskając rękaw barmana.
- Śpią. Jutro rano się stąd wyniosą.
- Ale jak…? Pozwolimy spać tutaj zwykłym ludziom? Tak po prostu?! Zwariowałeś! Ministerstwo…
- Siedź cicho kobieto! – Przerwał jej. – Nie ma żadnego ministerstwa. Nie widzisz, co się dzieje? Taka sprawa, jak ta, jest kompletnie nieznacząca. Niech śpią, w końcu zapłacili.
Pierwszy obudził się John, który czuł się wyjątkowo wypoczęty. Wstał i klepnął w ramię Sherlocka.
- Wstawaj. Zbieramy się na Baker Street.
- Co? – Zerwał się i usiadł na łóżku. – Usnąłem? Jak? To niemożliwe… Piwo! Dosypali nam coś do piwa!
- Sherlock… O czym ty znowu mówisz?
- Miałem w nocy przeczesać pub i zebrać potrzebne informacje. Pewnie to przewidzieli i nas uśpili.
- Tyle, że ja piwa nie wypiłem. Twoja teoria się sypie… - John spojrzał zmęczonym wzrokiem na Sherlocka.
- Nie. Ty byś i tak zasnął. Teraz mam dowód na to, że coś się… - Przerwał i zaczął nasłuchiwać. – Słyszysz? Idziemy John. – Zerwał się z łóżka, złapał płaszcz i wybiegł z pokoju.
- Znowu to samo… Nic nie wytłumaczy, tylko wybiega sobie i liczy na to, że czytam w jego myślach. Cholera, nawet butów nie założył! – John zabrał buty Sherlocka i pobiegł za nim. Dogonił go jeszcze przy schodach. – Nakładaj te cholerne buty i mógłbyś czasem poczekać na mnie.
- John! Zawracasz mi głowę butami, a tracimy czas! Szybciej. – Zbiegł po schodach, minął zdziwionego barmana i wybiegł przed pub w samych skarpetkach, rozpiętej koszuli i nieuczesanych włosach. John biegł za nim z butami w ręku, przepraszając mijanego gospodarza pubu.
- Nakładaj buty i zapinaj koszulę! – Rzucił Sherlockowi buty pod nogi i sam zajął się zapinaniem jego koszuli.
- Nie widzisz, że ta sprawa jest ważniejsza niż ubiór? – Krzywiąc się założył szybko buty i narzucił płaszcz.
- Nie mam zamiaru zajmować się tobą, gdy znowu będziesz umierał na 40 stopniową gorączkę. No, teraz dobrze. Możesz mi wyjaśnić, gdzie tak biegniemy? – John otaksował spojrzeniem Sherlocka i poprawił mu szalik.
- Śledzimy tego dzieciaka z wczoraj. Czuję, że zaprowadzi nas w ważne miejsce. Mamy mało czasu zanim znikną nam z oczu. Chodź, szybciej. – Nie spoglądając na Johna ruszył biegiem przed siebie. Watson tylko ciężko westchnął i pobiegł za nim.
