+Rozdział Drugi: Nietypowi ludzie i ich nietypowe problemy.+

Wiktor Allium nie był człowiekiem sukcesu. Jego życie można streścić w dwóch słowach: pasmo porażek. Dziesięć lat temu przybył do Japonii, złakniony przygód, bogactwa i orientalnej egzotyki. Nie doświadczył niczego z powyższych, jakby Los uparł się, by go gnębić. Dziesięć lat tułał się po kraju, na własnej skórze doświadczając wrogości tubylców do obcokrajowców, zjawiska, o którym świat miał dopiero usłyszeć. Ponadto był świadkiem przemian, jakie zaszły pod panowaniem Amanto, rozwoju technologicznego przy jednoczesnym braku zmian w sferach społecznych.

Dwa miesiące temu był zdecydowany opuścić Japonię i wrócić do Europy, którą ledwo co pamiętał, a która nabrała w jego marzeniach kształtu utopii. Nie dane mu było jednak postawić stopy na pokładzie statku. Został porwany przez zgraję dziwnie wyglądających Amanto; przypominali mu widzianych na obrazach szlachciców rodem ze Średniowiecza. Wyglądali niemal jak ludzie. Różnica polegała na drobnym szczególe – technicznie rzecz biorąc, byli żywymi trupami, których rasa ludzka określała mianem wampirów. Ze swoimi ziemskimi odpowiednikami łączyło ich niemal wszystko: musieli żywić się krwią, nie lubili słońca, żywili głęboką awersję do czosnku oraz krzyży. Dwa miesiące były jakby wymazane z pamięci Wiktora. Pewnej nocy obudził się z letargu i ze zdumieniem stwierdził, iż oto znajduje się sam w opuszczonej posiadłości na obrzeżach Edo. Wszystkie jego rzeczy zniknęły, zostały tylko ubrania w iście transylwańskim guście oraz tuzin parasolek, w tym jedna różowa w króliczki. Sam Wiktor czuł się zmieniony; nie odczuwał pragnienia, głodu, doskonale widział w nocy, słońce powodowało u niego wysypkę i zmienił tryb życia na nocy. Kwestii pożywiania się wolał nie roztrząsać, wystarczy, że wywoływała w nim obrzydzenie. Od zawsze Wiktor Allium przypominał chodzącego trupa; należał do tych ludzi, których Natura pokarała ziemistą cerą, przeraźliwą, anorektyczką wręcz chudością oraz wydłużonym wzrostem nieproporcjonalnym do wagi. Teraz wszystkie te cechy zostały spotęgowane. Widząc swoje odbicie w lustrze, Wiktor przeklinał Los.

Mniej więcej taką historię, okraszoną dodatkowymi szlochami, łamaniem głosu oraz biadoleniem, usłyszały cztery osoby plus niecodziennych rozmiarów biały pies, które pewnego wieczoru siedziały przed przywiązanym do krzesła Wiktorem w siedzibie Yorozuya Gin-chan. Po niefortunnym zdarzeniu z udziałem zupy czosnkowej, mężczyzna wrócił do normalnego, wymizerowanego stanu. Shinpachi wraz z Kagurą ściągnęli z niego ciężki płaszcz przesiąknięty zapachem czosnku. Sa-chan zaofiarowała się przywiązać nieszczęśnika; jedno trzeba było jej przyznać – zawsze i wszędzie potrafiła znaleźć odpowiednią do wiązania linę. Gintoki wolał nie wnikać w ten temat, zaniepokojony podejrzanymi spojrzeniami, jakie kunoichi rzucała mu zza swoich czerwonych okularów.

Po godzinie Wiktor obudził się; potrząsnął głową, kilka mini grzanek w kształcie serduszek spadło na podłogę. Skrzywił nos, czując nikły zapach czosnku.

-Śpiąca królewna się obudziła? –Gintoki podniósł wzrok znad czytanego Jumpa. Kagura odkleiła się od telewizora, Shinpachi wyjrzał z kuchni, Sa-chan zamknęła i odstawiła trzymany przed Gintokim magazyn. –Teraz nam wszystko dokładnie opowiesz, szanowny panie kliencie. Ze szczegółami, proszę.

I tak wyszła na jaw historia Wiktora, która powodowała tylko dodatkowe komplikacje zamiast wyjaśnić całą sprawę.

-Dlatego wydaje mi się –mamrotał Wiktor –że jestem wampirem. Albo chociaż trochę wampirem.

-Chociaż trochę wampirem? –powtórzyła kunoichi z prychnięciem pełnym pogardy. –Nie można być „trochę wampirem", tak samo, jak nie można być trochę stalkerem. Ale z drugiej strony, można być trochę S i trochę M, ponieważ….

-Tak, tak, rozumiemy twój tok rozumowania, Sa-chan-san… -przerwał jej Shinpachi, przeczuwając, że jej wywód w pewnym momencie stałby się niebezpieczny dla zdrowia psychicznego obecnych.

-Jak dla mnie, jest pan nawet bardzo wampirem –rzekł Gintoki. –Niedawna przemiana całkowicie to dowodzi.

-Och… -Wiktor zrobił minę, jakby zaraz miał się popłakać. –T… To nigdy mi się nie przytrafiło… Może dlatego, że instynktownie unikałem czosnku.

-Czego dokładnie pan od nas chciał? –Spytał Gintoki. –Jeżeli mieliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście jest pan wampirem, to uważam sprawę za zakończoną i możemy teraz pomówić o zapłacie.

-Hmm… To jest tylko część zadania. Jeżeli odpowiedź okazała się twierdząca, muszę prosić, byście sprawdzili, czy nie da się czegoś zrobić, aby odwrócić ten… proces przemiany.

Nawet Sadaharu posłał mu litościwe spojrzenie.

-Słuchaj pan, panie Allium…

Gintoki wstał, podszedł do związanego nieszczęśnika i położył mu dłoń na ramieniu. Wzdrygnął się lekko czując zimną skórę pod materiałem czarnej koszuli.

-Widziałem już setki filmów o wampirach i niestety muszę pana poinformować, że w żadnym z nich nie było nic o wampirach, które na powrót stały się ludźmi. A, zaraz! –doznał nagłego olśnienia. –W jednym był wątek o przemianie w człowieka, ale ten film to szmira, więc radzę dać sobie spokój. Tym bardziej, że sama metoda przemiany byłaby kłopotliwa do zaaranżowania.

Depresja widoczna na twarzy Wiktora pogłębiła się jeszcze bardziej.

-Dlatego też, zamiast martwić się o niemożliwość powrotu do poprzedniego stanu, niech pan się zajmie przystosowaniem do nowej roli społecznej –kontynuował Gintoki głosem mentora. –W życiu każdego z nas nadchodzi moment zmiany. Pańska była nieco drastyczna, to prawda… Ale nie jest najgorzej! Wilkołaki mają zupełnie przekichane, a pan musi jedynie unikać czosnku, krzyży i prowadzić nocne życie. Zupełnie, jak nowoczesny nastolatek!

-Jako nastolatek byłem wyrzutkiem społecznym. Dziewczyny się ze mnie naśmiewały. Chłopcy prześladowali. Nawet staruszki żyjące z ośmioma kotami uważały, że jestem żałosny.

Wszelkie pozostałości dobrego nastroju ulotniły się wraz z resztkami zapachu czosnku wylatując przez otwarte okno. Gintoki stracił zapał do kolejnej przemowy. Shinpachi nagle zaczął rozumieć ich klienta aż za dobrze i powoli sam skłaniał się ku depresji. Sa-chan w myślach wywnioskowała, że pan Allium niestety nie jest jednym z jej M-braci, więc nie będzie miała o czym z nim rozmawiać; tym samym straciła zainteresowanie i uznała za nudnego.

-Ale z ciebie żałosny dziad-aru –podsumowała Kagura z wrodzoną delikatnością.

-Kaguraaa! –Gintoki uderzył ją w głowę. –Co ci mówiłem, głupi dzieciaku? Nigdy nie bądź niemiła dla klienta, który nie zapłacił! Możesz wygłaszać komentarze po tym, jak zapłaci. Ale nie wcześniej!

-Panie Allium, czy nie ma w pana życiu niczego dobrego? –Zapytał Shinpachi, walcząc z własnym depresyjnym nastrojem. –Musi być coś, co pan dobrze wspomina…

Wiktor zastanowił się; nie było łatwo wyłowić jednej dobrej myśli z oceanu pełnego porażek, rozczarowań i smutków.

Nagle jego twarz rozjaśniła się w świetle cudownego objawienia. Nie zrobiło to większej różnicy, i tak wyglądał niczym ostatnie nieszczęście, ale coś jakby zamigotało w jego udręczonych oczach.

-K… Katerina… -powiedział głosem pełnym nabożnej czci.

Imię, bez wątpienia damskie, zwróciło uwagę wszystkich zgromadzonych. Nawet Sadaharu przerwał drzemkę, w którą zapadł po minucie słuchania nudnego głosu przybysza.

-Katerina opiekowała się mną, kiedy te bestie mnie porwały… -szeptał Wiktor w natchnieniu. –Nie pamiętam zbyt wiele z tego okresu, ale wiem, że ona jako jedyna okazała mi dobroć i współczucie. Opatrywała rany… Dotrzymywała towarzystwa… Przynosiła szaszłyki ze szczurów i myszy…

Ostatnie zdanie zostało skomentowane zgodnym „FUUUUUUU..!".

-Zaraz –wtrąciła Sa-chan. –Był pan karmiony szaszłykami z gryzoni, pewnie surowymi na dodatek…

-Surowymi –potwierdził Wiktor.

Rozległo się kolejne „FUUUUUU..!", tym razem zabarwione wyższym poziomem obrzydzenia.

-I mimo to nie był pan pewny, czy jest wampirem..? –Dokończyła Sa-chan, zielonkawa na twarzy. –Żywił się pan krwią zwierząt i nadal miał pan wątpliwości?

-Cóż, jako obcokrajowiec nie znam zwyczajów waszego kraju. Skoro jada się tu surowe ryby i te małe różowe robaczki…

-Ryby, ale nie szczury! –Fuknął Gintoki. –A krewetki to nie są żadne robaczki!

Wiktor wzruszył ramionami.

-Jeśli chodzi o dobre rzeczy w moim życiu, to nie było ich zbyt wiele. Jedno wiem na pewno – Katerina była jak światło w ciemności. Pomocna dłoń dla tonącego. Woda dla spragnionego. Cukierek…

-Tak, tak, rozumiemy porównania –wtrącił Shinpachi, nie chcąc, by klient znowu się rozkręcił. Jak znać życie, skończyłoby się na jeszcze głębszej depresji. –Czy dobrze rozumiem, że Katerina była jedną z porywaczy? Czyli wampirem?

-Och, technicznie rzecz biorąc tak… -wyjąkał Wiktor. –Ale była zupełnie inna, niż reszta! Ona ma serce! Miłosierne, pełne litości dla potrzebującego…

-Czyli wystarczy, że znajdziemy pańską Katerinę, a będzie pan szczęśliwym człowiekiem? –Dociekał Gintoki.

Na końcu języka miał „a zapłaci nam pan i da wreszcie spokój?", na szczęście w porę się powstrzymał.

-Tak! Będę wam dozgonnie wdzięczny! To znaczy… gdybym już nie był martwy, to byłbym dozgonnie wdzięczny, czyli…

-Umowa stoi!

Gintoki zaczął mocować się z krępującymi Wiktora sznurami.

-Znajdziemy pańską kobitę, ona weźmie pana pod skrzydła, pan nas sowicie wynagrodzi i wszyscy będą szczęśliwi! –Szarpał coraz mocniej, sznury nie puściły ani o milimetr. –Ej, stalkerko, coś ty tu porobiła? Tego się nie da rozwiązać!

-Oczywiście, że nie, Gin-san –powiedziała niewinnie kunoichi, z wcale nie niewinnym uśmieszkiem na ustach. –To nie są więzy do rozwiązywania.

-Pachi, weź nóż z kuchni i rozwiąż pana –rzekł srebrnowłosy samurai, profilaktycznie oddalając się od wciąż uśmiechniętej Sarutobi. –I, jak już będziesz w kuchni, przynieś mi mleko truskawkowe. I jakieś ciastko, jak się znajdzie.

-Nie jestem twoją służącą, Gin-san –wycedził chłopak. –Chcesz jeść, to sam sobie przynieś.

Gintoki westchnął.

-Ej, stalker, mleko truskawkowe i ciastko, byle szybko!

-Oczywiście, Gin-san! –Sa-chan w podskokach pobiegła do kuchni.

Shinpachi podążył za nią, litościwie nie komentując dziwnych relacji międzyludzkich, jakie mógł obserwować.

Kiedy już Wiktor został rozwiązany, a Gintoki dostał swoją przekąskę, przystąpili do omawiania planu.

-Po pierwsze-aru, ja bym wywiesiła plakaty ZNALEZIONO WAMPIRA z twoim zdjęciem, Wektor! –ogłosiła Kagura przyjmując pozę „przywódca przemawia do ciemnego ludu". –Twoja dzioucha cię zobaczy-aru i przybiegnie w podskokach, a my nie będziemy musieli nic robić!

Dostała za to po głowie.

-Nie będziemy wywieszać żadnych plakatów –ofuknął ją Gintoki. –Jak można ogłaszać, że znaleźliśmy wampira? Chcesz, żeby Malder i Skali złożyli nam wizytę? Zaraz z nas wszystkich zrobiliby wampiry i pozamykali w klatkach, wcześniej szprycując prochami i robiąc bolesne testy z użyciem piły mechanicznej!

-Oglądasz za dużo telewizji, Gin-san –skomentował Shinpachi.

-Proponuję… –zaczęła Sa-chan.

-Nie –ukrócił dyskusję Gintoki.

-Ale dlaczego nie chcesz nawet posłuchać mojego planu?

-Czy twój „plan" zawiera w sobie jakiekolwiek elementy typu kajdanki, pejcze i skórzane wdzianka?

-Em… Cóż… -policzki kunoichi zaróżowiły się nieznacznie.

-Właśnie dlatego. Jakieś inne propozycje?

-Możemy po prostu wyjść w miasto, popytać różnych ludzi, zebrać informacje, a dopiero potem decydować, czy poszukiwania pani Kateriny w ogóle mają sens –rzekł Shinpachi.

Wszyscy popatrzyli na niego z jawnym zdziwieniem, graniczącym wręcz z podziwem.

-To jedyne logiczne rozwiązanie, a autorce kończą się pomysły, więc ktoś musiał w końcu je zaproponować, żeby przyspieszyć akcję tego fanfika –wyjaśnił z kwaśnym uśmiechem.

Reszta odetchnęła z ulgą; już się bali, że Shinpachi doznał nagłej jasności umysłu i od teraz zacznie mówić same mądre rzeczy. A tak, nadal pozostał starym, dobrym Shinjim… SHINPACHIM.

-Może nam pan opisać Katerinę? –zapytała Ayame. –Wygląd, cechy charakterystyczne, gdzie ostatnio ją pan widział?

-Katerina jest piękna… -rozmarzył się Wiktor. –Jej oczy niczym…

-Gadaj prawdę, dziadek –przerwała mu Kagura złowieszczym tonem, nadal nadąsana z powodu odrzucenia jej znakomitego pomysłu. –Nie mamy czasu-aru na sentymentalne bzdety.

Tym razem nikt jej nie ofuknął; wszyscy myśleli dokładnie to samo.

-Ekhm… -Wiktor odchrząknął; spróbował wyłowić z pamięci niezmieniony przez jego wizję obraz kobiety z krwi i kości. –Katerina ma około 160 cm wzrostu, jest dość… dobrze obdarzona przez Matkę Naturę…

-Bardziej czy mniej, niż stalker? –Spytał bezceremonialnie Gintoki, wskazując na Sarutobi, która zaczerwieniła się jak piwonia.

-Emmm… Mniej… -wyjąkał Wiktor, niespodziewanie lekko różowawy na policzkach, co było zapewne rumieńcem wampirycznie bladej skóry.

-Okej, mów dalej.

-Ma czarne włosy, długie, do pasa, ciemne oczy, karminowe usta… -Wiktor wyraźnie się rozmarzył. Uszczypnięcie w ramię zaserwowane prze Kagurę pozwoliło mu wrócić do rzeczywistości. –Ubiera się w czarne suknie. A jeśli chodzi o cechy charakterystyczne, to na pewno rozpoznacie ją po wymowie.

-A konkretniej? –Spytał Shinpachi. –Mówi gwarą?

-Nie, nie… To coś bardziej… Arystokratycznego, jak sądzę.

-Arystokratycznego..?

-Zamiast „r" mówi „h", a zamiast „w" – „v". I czasami dodaje „h" tam, gdzie jest najmniej spodziewane.

Nawet Sadaharu nic z tego nie zrozumiał.

-Państwo pozwolą, że zademonstruję –Wiktor odchrząknął. –Ah, czyż jhest to Yohozuya Gin-chan? Vitam vas, moi dhodzy państvo!

O, tak. Tego typu cechę rozpoznają bez trudu.

-Czyli ustalone –Gintoki wstał. –Rozdzielimy się w pary, każda dostanie rejon do… -zauważył błysk w oku kunoichi, więc szybko się poprawił: –Rozdzielimy się i będziemy chodzić POJEDYNCZO.

Rozległ się jęk zawodu.

Podzielono rejony miasta, do których każdy ma się udać. Wiadomym było, że nie zdążą obejść całego Edo w jedną noc, ale przynajmniej mogli już zacząć poszukiwania. Wiktor miał zostać na miejscu, czy też, jak to określiła Kagura, w „bazie wypadowej".

Ekipa rozeszła się, a w przypadku Kagury – pogalopowała na monstrualnym psie, każdy w swoją stronę.

-Dobry wieczór, Otose-san –Shinpachi skłonił się stojącej przed drzwiami baru kobiecie.

-Dobry wieczór –zaciągnęła się papierosem. –Coś dzisiaj wesoło tam u was na górze, dlaczego się rozchodzicie?

-Mamy zadanie do wykonania –odparł, próbując w samym sobie obudzić zapał. –Dość… niecodziennej natury.

-Życzę powodzenia –powiedziała, wydmuchując chmurę szarego dymu, upodobniając się do smoczych na straży jaskini.

Shinpachi skłonił się lekko i odszedł w swoją stronę.

Po chwili drzwi rozsunęły się, Catherine stanęła przy swojej pracodawczyni.

-Otose-san –powiedziała, jak zwykle dziwnie akcentując wyrazy. –Zostało jeszcze z dziesięć tych głupich plakatów. Przykleić je na zewnątrz?

-Przestań, tylko by klientów odstraszały. Te wewnątrz zupełnie wystarczą –Otose zaciągnęła się ponownie. –Schowaj na zapleczu, w zimie będą w sam raz na podpałkę.

-Ta jess, szefowo –Catherine zniknęła we wnętrzu baru.

Wchodząc do środka można było zauważyć kilka plakatów powieszonych na ścianach. Otose nie zwykła zamieniać swojego lokalu w centrum informacji publicznej i zazwyczaj nie wieszała żadnych ogłoszeń, lecz tym razem do stosu plakatów dołączono kopertę z całkiem solidną zapłatą. Dlatego też Otose uznała, że może zrobić wyjątek na kilka plakatów. Przypominały takie, które zazwyczaj ogłaszają poszukiwania zaginionych kotków lub piesków, z tą drobną różnicą, iż wydrukowane na nich zdjęcie z całą pewnością nie przedstawiało domowego zwierzątka. Widniał na nim portret mężczyzny, którego można by podejrzewać o bycie nieszczęśliwymi zwłokami, taki zmarnowany widok sobą przedstawiał. Napis głosił ZAGINIONY: HRABIA WIKTOR ALLIUM/ PILNIE POSZUKIWANY/ SOWITA NAGRODA DLA ZNALAZCY. Pod spodem znajdował się telefon oraz podpis KATERINA NOX.

Czasami tak się zdarza, że to czego najbardziej szukamy jest tuż pod naszym nosem. A my wciąż tego nie zauważamy, ślepi na rzeczy oczywiste.

CDN…