2. Łazienki i zaklęcia
beta: Zilidya
"Tom?"
"Harry?"
"Właśnie pokonałem rorogona węgierskiego!"
"Po co miałbyś walczyć z rorogonem węgierskim?"
"Racja. Zapomniałem ci powiedzieć, że w tym roku odbywa się Turniej Trójmagiczny."
"Turniej Trójmagiczny?"
"Tak, jestem czwartym z reprezentantów. Po tym, jak Czara Ognia wyrzuciła moje nazwisko, zostałem zmuszony do uczestnictwa w Turnieju. Pierwszym zadaniem było zdobycie złotego jaja..."
"Czekaj, pisz wolniej, ilu jest reprezentantów?"
''Czterech, ja, Fleur, Krum i Cedric."
Ręka Harry'ego mimowolnie zadrżała.
"Ten Cedric... No cóż, zostawimy to na później. W każdym razie, czy wrzuciłeś nazwisko do Czary?"
"Nie, profesor Moody twierdzi, że ktoś rzucił złożony urok na czarę i dlatego jestem czwartym reprezentantem."
"Czyli komuś musiało bardzo zależeć na tym byś to właśnie ty wziął udział w Turnieju?"
"Ch...Chyba tak, a co?"
"Harry, posłuchaj mnie, twoje życie jest w niebezpieczeństwie, ktoś... bardzo... zdesperowany chce zrobić ci krzywdę."
"Zazwyczaj tym kimś byłeś ty."
"Zazwyczaj."
"Czemu miałbyś mnie chronić?"
"Obiecałem ci to."
"Załóżmy, że i wierzę, jaki będzie twój następny krok?"
"Kim jest Cedric?"
"Kimś szczególnym... Szczególnym dla mnie."
"Czy ten ktoś wie o tym, jak bardzo jest... szczególny... dla ciebie?"
"Nie i lepiej żeby tak zostało."
"Harry Poterze, rumienisz się."
"Wcale nie!"
"Tak."
"Nie."
"No dobra przecież i tak nie mogę tego zobaczyć."
"No właśnie."
"Więc lubisz go?"
"Tak."
"Pociąga cię?"
"Tom, co to za pytania?"
"Odpowiedz."
"T.. tak."
"Chciałbyś go dotykać."
"Tak."
"Chciałbyś go zobaczyć."
"Tak, ale nie wiem, co to ma..."
"Zamknij oczy."
Harry zacisnął powieki i po chwili zobaczył rozjaśnioną uśmiechem twarz Cedrica. Jego wypielęgnowane dłonie i te szare, smutne oczy skupione na nim. Widział ręce Puchona błądzące po jego ciele. Po chwili jego nozdrza wypełnił lekki zapach, który zawsze otaczał Puchona: cynamon, mięta, jaśmin. Wyraźny, ale nieprzytłaczający. Poczuł, jak jedna z jego własnych dłoni zaciska się na spowitym w luźny materiał pidżamy członku. Nigdy nie dotykał się w ten sposób, to było ekscytujące i całkowicie nie do przyjęcia. Chciał to przerwać, ale z jego ust dobył się pełen zmysłowości jęk. Kilka pociągnięć później nie myślał już o niczym. Wbił pięty w materac i opadł nań zalewany strużkami własnej spermy, wciąż na nowo przeżywając swój pierwszy orgazm. Harry wytarł ręce w ręcznik leżący na krześle i spojrzał na kartkę z dziennika. Zaważył jak jego własna sperma wsiąka wewnątrz papieru.
"Podobało ci się to?"
Zastanawiał się przez chwilę, co ma odpisać, w zasadzie właśnie spuścił się, siedząc przy własnym biurku w dormitorium, które przez tyle lat było jego domem. Najgorszą rzeczą było to, że doszedł na Lorda Voldemorta.
"Chyba tak."
"Cieszę się... smakujesz całkiem nieźle."
Harry zarumienił się wściekle i napisał pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.
"Jak to zrobiłeś?"
"Harry, wczoraj pisząc do mnie, stworzyłeś między naszymi umysłami pewnego rodzaju połączenie."
"Wiedziałem, że trzeba cię zniszczyć."
Wzrok chłopaka powędrował w stronę kufra gdzie spoczywał kieł bazyliszka, szczelinie owinięty w jeden ze starych swetrów po Dudleyu. Już chciał skończyć to raz na zawsze, ale coś go powstrzymało. Na kartce na nowo wykwitły czerwone litery.
"Harry obiecuję, że możemy w pełni to kontrolować, opętałem pannę Weasley, ponieważ chciałem to zrobić."
"To niby ma mnie uspokoić?"
"Tak, ponieważ ty jesteś dla mnie cenniejszy."
"Cenniejszy niż dziennik?"
"Tak."
"Cenniejszy niż wybicie mugoli i władza nad światem?"
"Po dłuższym zastanowieniu... Tak."
"No, dobrze. Czy ty też?... no wiesz..."
"Lubię chłopców?"
"Mhm."
"Tak."
"Ja chyba też..."
"To by było niedopowiedzenie."
"Po tym, co się stało... chyba masz rację."
"Nie mam już siły. Dobranoc, Tommy."
"Dobranoc, Harry."
Ostatnie listopadowe dni zlały się w wspomnieniach Harry'ego niczym niewyraźna plama, wielokrotnie później zastanawiał się, jak udało mu się pogodzić nocne rozmowy z Tomem z nawałem nauki. Polubił go. Co prawda pisanie z nim było dość absorbującym czas zajęciem, ale nie mógł sobie tego odmówić. Tom bywał czasem wkurzający, ale ich sesje "robótek ręcznych" były coraz bardziej spektakularne. Jedyne, co go w tym wszystkim niepokoiło, to intencje Riddle'a.
Również nadchodzące wielkimi krokami drugie zadanie przysparzało mu zmartwień. Nie wiedział, jak je rozwiązać bez ogłuszenia wszystkich we wieży. Od czasu do czasu po prostu siedział z brodą opartą na pokrywie jaja, jak gdyby już samo to mogło podsunąć mu rozwiązanie.
W końcu, gdy do Balu pozostały już tylko cztery dni jego uwagę na nowo zwrócił Cedric. Chłopak kręcił się zdecydowanie zbyt blisko korytarza z portretem Grubej Damy. Za każdym razem, gdy się spotykali zmieszany Diggory obrzucał go niepewnym wzrokiem i odchodził bez słowa wyjaśnienia. Zaczynało mu to powoli działać na nerwy, jak gdyby był głodny, mając tuż obok siebie wielkie, czerwone jabłko.
Wreszcie, gdy Harry wracał z biblioteki obładowany materiałami do referatu z transmutacji, czyjeś silne ramię wciągnęło go do schowka na miotły, drugą ręką zasłaniając mu usta. Już miał różdżkę w ręce, nagle jednak owionął go zapach porywacza. Cynamon, mięta i jaśmin.
Odwrócił się upuszczając książki, oto właśnie stał twarzą w twarz z Cedricem Diggorym.
— Hej — szepnął Puchon.
— Hej.
Harry starał się nie wyglądać na poruszonego, ale zdradziecki rumieniec już pokrył jego policzki. Właśnie rozmawiał z człowiekiem, o którym śnił w najbardziej nieprzyzwoity sposób.
— Mam nadzieję, że cię nie przestraszyłem?
— Nie tak łatwo mnie przestraszyć.
Cedric zachichotał.
— Nie wątpię, wolałem tylko byś swoim krzykiem nie zwabił tu całej szkoły.
Zapadła krępująca cisza, którą obaj przerwali w tym samym momencie.
— Dzięki za informację o smokach.
— Czego chciałeś?
— Ty pierwszy.
— Po prostu nie chciałem byś nie wiedział, z czym masz się zmierzyć, twoja kolej.
— Wiem jak otworzyć jajo, trzeba to zrobić pod wodą.
— Pod wodą?
Cedric skinął głową.
— To śpiew trytonów, wierz mi musisz to usłyszeć.
— Ale my we wieży mamy tylko prysznice...
— Spotkamy się pod posągiem Sygryda Walecznego za dwadzieścia minut. Znam pewne miejsce, w którym możemy się wykąpać.
— My... wykąpać?
— Tak, my.
Dziesięć minut zajęło Harry'emu zabranie jaja i kilka nieudanych prób ułożenia włosów. W końcu stwierdził, że nic na to nie poradzi i, okrywając się szczelnie peleryną niewidką, ruszył na piąte piętro. Szczęśliwym trafem wyminął i Irytka i Filcha, nawet przejście przez lochy nie sprawiło mu trudności. Stanął w niszy za posągiem Sygryda Walecznego i czekał. Czas dłużył mu się niemiłosiernie, w chwili, gdy chciał już odejść, usłyszał ciche kroki. Cedric nadszedł, po czym oparł się o przeciwległą ścianę, wyraźnie na coś czekając. Po kilku minutach Harry poruszył się nieznacznie, jednocześnie uderzając ramieniem w ścianę. Jęknął cicho.
— Harry?
Potter chciał już wyjść, gdy zdał sobie sprawę, że ma na sobie pelerynę niewidkę. Ściągnął ją szybko i schował w niszy za posągiem i ominąwszy go stanął przed Cedricem. Ten uśmiechnął się ciepło.
— Co ty tam robiłeś?
— Nic ciekawego, po prostu chyba znowu się zgubiłem.
— Nie martw się, mi też ciągle się to zdarza.
— Tak, te sekretne przejścia...
Popatrzyli na siebie, coś ciężkiego spadło na ziemię w oddali. Nie zastanawiając się, Cedric chwycił rękę Harry'ego i pobiegli wzdłuż korytarza. Mijali posągi i obrazy, których mieszkańcy obudzeni odgłosami ich butów, uderzających o kamienną posadzkę, w łatwy do przewidzenia sposób wyrażali swoje niezadowolenie. Po chwili stanęli przed posągiem Borysa Bezmyślnego.
Cedric wymruczał hasło:
— Sosnowa świeżość.
Drzwi otworzyły się z cichym chrzęstem i Potter zobaczył ogromną łazienkę. Komnatę wielkości jednej czwartej Wielkiej Sali wypełniała śnieżnobiała wanna z setkami kranów, z których każdy ozdobiony był innym klejnotem. Przy jej brzegu leżały puchate białe ręczniki, na które, jak wyjaśnił później Cedric, rzucono zaklęcie rozgrzewające. Jedną ze ścian zdobił witraż z syreną, ta pomachała do nich ogonem i znikła.
Diggory szybko pozbył się ubrania i stał już przed Harrym jedynie w bokserkach. Nie było dla niego zbyt wielkim zaskoczeniem, że Puchon wygląda niesamowicie. Harry'emu zaschło w ustach, gdy zobaczył szczupłe, lekko umięśnione ciało starszego chłopaka. W końcu Cedric tak jak on był szukającym, a quidditch pozwalał zachować mu dobrą sylwetkę. Serce Gryfona o mało nie wyrwało się z piersi, gdy jego wzrok spoczął na linii ciemnych włosów, znikających pod bokserkami Cedrica.
Ten ostatni zaśmiał się cicho.
— Twoja kolej, Harry.
Chłopak zarumienił się wściekle i zaczął się rozbierać. Szło mu to nie najlepiej tak, jak gdyby jego ręce nagle straciły zdolność koordynacji. Wiedział, że nigdy nie był tak bardzo twardy. Zsunął z siebie spodnie i stanął przed Cedricem w samej bieliźnie. Puchon uśmiechnął się lustrując go wzrokiem. Szczególnie długo zatrzymując się na wyraźnie rysującej się erekcji Gryfona.
Harry zauważył w jego oczach błysk zadowolenia, jak gdyby chłopak znalazł to, czego szukał. Uśmiechnął się do niego i po chwili znaleźli się w ogromnej wannie pełnej różnego rodzaju magicznych płynów do kąpieli. Cedricowi najbardziej podobały się te, które tworzyły małe wiry o zapachu wanilii przyjemnie obmywające ciało. Z kolei Harry wybrał te pachnące miętą, które przy zetknięciu z wodą zamieniały się w mgłę o różnych kształtach.
— Harry?
— Tak?
— Możemy zaczynać?
— Mhm.
Gryfon podniósł stojące na brzegu wanny złote jajo i wziąwszy duży haust powietrza zanurzył się pod wodą. Tam otworzył jajo i jego uszu dobiegła niezwykła muzyka. Jak gdyby jeden głos w jednej chwili stawał się rozśpiewanym chórem, tylko po to by na powrót się zjednoczyć. Piosenka rozbrzmiewała i cichła wzbijając się w potężne crescendo:
Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad wodą nie śpiewamy, taki już nasz los,
A kiedy będziesz szukał, zaśpiewamy tak:
To my mamy to, czego tobie tak brak..
Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,
Której nie wydłużymy choćby o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to czego szukasz nigdy już nie wróci.
Harry wynurzył sie z wody parskając i kaszląc, podczas ostatnia zwrotka wciąż brzmiała mu w uszach:
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to czego szukasz nigdy już nie wróci.
Myślał jeszcze, co to może znaczyć, gdy nieoczekiwanie Cedric roześmiał się i przytulił go. Gryfon zdrętwiał jak gdyby cała jego krew zamieniła się w lód. Nagle przestał kaszleć. Po prostu stał tam i patrzył na niego przerażony.
— Harry?
Gryfon odwrócił się powoli rozglądając się za ubraniami.
— Nie teraz...
— Harry... ja chcę ci coś powiedzieć... ja wiem, zawsze wiedziałem, że nie mogę... kochać kobiet w ten... sposób. Wiem, że ty też...nie żeby... w każdym razie chyba zakochuję się w tobie.. i nie wiem, jakim cudem dałem rad...
Harry nachylił się ku niemu i z zaskoczenia pocałował go w usta. Oszołomiła go jego własna śmiałość. Ten moment nieuwagi wykorzystał Cedric, wpijając się w jego usta. Ich języki zapoznawały się ze sobą na nowo, leniwie ocierając się o siebie. Bezradne dłonie Harry'ego zacisnęły się na ramionach starszego chłopaka. Jasne było, że to Puchon przejął inicjatywę. Przycisnął Gryfona do siebie wznawiając pocałunki. Jedna z jego nóg ocierała się o krocze Harry'ego, podczas gdy obie jego ręce oparte były na ściance wanny. Oczy chłopaka były szkliste, jego twarz wyrażała czystą rozkosz. Gryfon mógł jedynie jęczeć bezradnie pomiędzy kolejnymi pocałunkami.
— Cedric... ummm taaak — jęknął, gdy starszy chłopak ugryzł małżowinę jego ucha. Cedric wytaczał pocałunkami powolną drogę w dół. Jego ciało płonęło, a racjonalizm był ostatnią rzeczą o jakiej mógł teraz myśleć.
Rozdzielili się, by zaczerpnąć oddechu i ochłonąć. Rumieniec oblał szyję Harry'ego, gdy dotarło do niego co robili i co mieli zamiar zrobić. Tak bardzo tego chciał, tego... wszystkiego.
Puchon uśmiechnął się w jego mokre włosy.
— Musimy przystopować. Chciałbym byś powiedział mi, co możemy robić, a na co mamy jeszcze czas.
— Ja... chcę cię całować, chcę byś był przy mnie... chcę byś był... no wiesz... ze mną.
Gryfon nie mogąc inaczej wyrazić tego, co chciał powiedzieć, przytulił się do chłopaka, prawie łamiąc mu żebra.
— Rozumiem — wymruczał Cedric, gładząc go po mokrych włosach. — Jesteś słodki.
— Wcale nie.
— Tak.
— Nie.
— Tak.
— No dobra.
— Wiesz już z kim pójdziesz na Bal?
— N... nie, a co?
— Jeśli chciałbyś... wiesz... mógłbym pójść z tobą...
— Chcę.
Cedric uśmiechnął się przyciągając go do siebie, pochylił się nieco patrząc mu w oczy.
— Czy to oznacza, że jesteśmy razem?
— Mhm.
— Czyli wkrótce musimy iść do McGonagall. Wiesz, że niedługo będziemy na ustach całej szkoły?
— Tak, ale chciałbym by Ron i Hermiona dowiedzieli się o tym ode mnie.
— Wydaje mi się, że ta nowina zatrzęsie całym światem czarodziejskim.
— Takie są konsekwencje bycia chłopakiem Chłopca-Który-Przeżył, nikt cię nie ostrzegał?
— Myślę, że podęjmę to ryzyko.
Zaśmiali się.
Wyszli z wanny, po czym, doprowadziwszy się do porządku, opuścili łazienkę prefektów.
Z pewnych powodów Harry nie chciał by na razie Cedrick wiedział o pelerynie, więc celowo wybrał dłuższą drogę. W międzyczasie ustalili, że do czasu Balu najlepiej będzie utrzymywać wszystko w tajemnicy. Wymyślili system znaków tak, by mogli się ze sobą porozumiewać z obu stron Wielkiej Sali. I tak na przykład zasłonięcie dłonią ust miałoby znaczyć "chcę cię pocałować'', przeczesywanie włosów palcami "wyjdźmy stąd", a pogładzenie palcem nosa "myślę o tobie". Ogólnie znaków było kilkanaście, więc przez całą drogę próbowali je sobie przyswoić.
Wreszcie stanęli przed portretem Grubej Damy. Kobieta spowita w obszerną, różową suknię chrapała w najlepsze. Nigdzie ani śladu Filcha i Pani Norris.
Przytulili się do siebie i Cedric, pochylając się nad nim lekko, pocałował go w czoło. Harry mruknął coś niezadowolony, dopiero drugi, porządny pocałunek go zadowolił.
— Chcesz wejść?
Cedric spojrzał na niego otępiałym wzrokiem, a na jego ustach błąkał się niewyraźny uśmiech.
— Zapraszasz mnie do swojego dormitorium? — zapytał z niedowierzeniem. W jego ustach to brzmiało tak... kusząco.
— Mmm nie, ale myślałem... że może chciałbyś zobaczyć nasz pokój wspólny?
— Chciałbym.
Harry chrząknął i powiedział mocnym, zdecydowanym głosem:
— Orioni canes.
Obraz uchylił się ukazując Rona i Hermionę siedzących na dwóch fotelach z różdżkami skierowanymi w ich stronę. Harry zrozumiał w ułamku sekundy co się zaraz stanie.
— Drętwota.
Czerwony promień z różdżki Rona pomknął w ich stronę, Harry wyrwał się z ramion Cedrica i zasłonił go własnym ciałem.
— Harry!
Pisk Hermiony był ostatnim co usłyszał, a potem była już tylko ciemność.
Obudził się kilka minut później, widząc nad sobą zatroskane twarze Cedrica, Hermiony i Rona. Jego przyjaciele mieli łzy w oczach, a jego chłopak, no cóż...
Wyglądał na zdrowo przerażonego. Jego wargi drżały, a oczy błyskały złowieszczo.
Harry próbował wstać, ale kilka par rąk z powrotem przytrzymało go na miejscu. Zorientował się po chwili że siedzi na fotelu z różdżką Puchona wycelowaną w swoje serce.
— Co mi się stało?
— Twoi przyjaciele właśnie cię ogłuszyli.
— To nieprawda! — krzyknął Ron. — To znaczy...
— Po prostu nie było cię na kolacji, więc pomyśleliśmy, że poczekamy tu na ciebie... — zaczęła Gryfonka
— W końcu minęła północ i Hermiona powiedziała, że coś ci się stało i, no wiesz, zaraz pomyślałem, że to w związku z tym Turniejem... W każdym razie doszliśmy do wniosku, że ktoś cię porwał i, że ten ktoś będzie chciał przyjść do Wieży... Po twoje rzeczy. Przepraszam kumplu, nie chciałem... to tylko taki... odruch.
— W porządku, Ron.
— Nie, nic nie jest w porządku! Jego zaklęcie rzuciło tobą o ścianę.
— On tego nie chciał, proszę Ced.
Chłopak rozpromienił się i spojrzał na Cedrica. W jednej chwili wyraz jego twarzy zmienił się z radosnej wdzięczności w z trudem skrywaną niechęć.
— Ale co on tu robi? — zapytał Ron. — I dlaczego tak go nazywasz?
— On jest tu ze mną.
Dwójka Gryfonów spojrzała po sobie, po chwili oboje na nowo skupili sie na Harrym.
— Jak to... z tobą?
— Tak jak ty jesteś tutaj z Hermioną.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem, odwracając twarz. Ron patrzył na swoje stopy, nie mając odwagi podnieść wzroku. To była ich tajemnica, skąd Harry... skąd ktokolwiek...
— Chcieliśmy ci powiedzieć ,Harry. Naprawdę, ale...
Chłopak położył jej rękę na ramieniu, uśmiechając się ciepło.
— Wiem, że chcieliście. Cedric jest moim...? — Spojrzał na Puchona, oczekując jakiegokolwiek wsparcia, ale ten patrzył na niego z zaciekawieniem, —... Chłopakiem?
Hermiona westchnęła głęboko, szepcząc coś, co zabrzmiało jak "wiedziałam". Z kolei Ron patrzył to na Harry'ego, to na Cedrica, nie mogąc nic z tego zrozumieć. Przetrawiał to przez chwilę, dopóki Gryfonka nie wzięła go za ramię, ciągnąc w stronę schodów do dormitoriów. Próbował się opierać, ale w końcu ruszyli.
Doszedł ich jej uspokajający głos:
— Chodź Ron, Harry'emu nic już nie grozi.
Poczekali nim ucichną ostatnie kroki na schodach. Zapadła cisza, mosiężny zegar na kominku wybił właśnie trzecią.
Zostali sami.
Cedric usiadł na jednym z foteli chwytając dłoń Harry'ego. Wyraz jego twarzy, w świetle dogasających brewion w kominku, wydawał się dziwnie surowy.
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Ja... ja chciałem cię uratować.
— Rzucając się pod klątwę? A co jeśli była by to Klątwa Uśmiercająca?!
— Zrobiłbym to samo, wiesz o tym.
— Jesteś niezwykłym człowiekiem, Harry.
Pogładził jego dłoń swoją ręką.
— Dziękuję... chyba. Powiesz mi, dlaczego trzymałeś różdżkę na mojej piersi, kiedy się obudziłem?
Puchon uśmiechnął się roztrzepując włosy swojego chłopaka.
— W zasadzie, rzuciłem Enervate, ono niweluje działanie Drętwoty.
— Dobrze, że to Ron nie próbował...
— Myślę, że jemu samemu przydało by się teraz małe Enervate.
Harry z trudem zdołał zdusić natrętny chichot.
— Musisz mi coś obiecać Harry.
Coś w tonie głosu Puchona kazało mu przestać się uśmiechać.
— Co?
— Nie ratuj wszystkich dookoła, pozwól bym choć raz to ja ciebie uratował.
— No... postaram się.
Siedzieli tak jeszcze przez chwilę do czasu, gdy Harry nie zaczął zasypiać Cedricowi na rękach. Na początku jego głowa przechylała się na bok za każdym razem, gdy przestawali mówić. W chwili, gdy już miała dotknąć oparcia fotela, Harry otwierał oczy i rozmowa zaczynała się na nowo. Wreszcie Harry zasnął w ramionach Cedrica z głową w zagłębieniu jego szyi.
Puchon podniósł się i zaniósł swojego chłopaka do dormitorium, na schodach o mało nie zderzył się z Hermioną.
Dziewczyna skinęła mu głową i ruszyli dalej każdy w swoją stronę. Na górze Cedric rozebrał Harry'ego i wsunął go pod kołdrę.
— Dobranoc, Harry...
Pocałował go w czoło i ruszył do komnat prefektów naczelnych.
A sny Harry'ego pełne były Cedrica.
