Rozdział II
Wydawało mu się ,że ta chwila będzie trwać . Nie zapomniał ich ostatniego spotkania. Chwila przed bitwą nagle stanęła mu przed oczami. Kłótnia,wrzask ,trzaśniecie drzwiami. Potem cisza. Nie przerywana przez nikogo . Napięta atmosfera jest nie do wytrzymania. Voldemort poczuł ,że ten moment ucieknie,tak jak wiele innych:marzeń,wspomnień,snów. Snów o lepszej przyszłości .O gromadce wnuków wokół niego i Silme. Starości bez zmartwień i problemów .Otarł kolejną łzę. Nie pierwszą i nie ostatnią tego wieczoru. Kolejna popłynęła na myśl o ich ostatnim spotkaniu. Nie pierwszej ,ale ostatniej kłótni. Ona miała poczucie, że to już jej koniec. Teraz wiedział ,dlaczego tak dziwnie zachowywała się przez ostatnie kilka tygodni przed smiercią. Szkoda ,że tak późno się o tym dowiedział. Teraz już za późno. Nie może tego naprawić.
Voldemort wiedział,co ma zrobić. Załatwił wszystko. Zostało tylko jedno...
-Glizdogonie!-wysoki głos odbił się echem po dużym pomieszczeniu. W okamgnieniu przed krzesłem rzeźbionym na kształt tronu pojawił się gruby,niski mężczyzna przypominający szczura,którym przez ostatnie ponad dziesięć lat był.
-T-tak ,Panie?Wzywałeś mnie?
-Tak,przekaż pozostałym , że spotykamy się za pół godziny pod Hogwartem. Rozegramy ostateczną bitwę.
Zielony promień leciał w jego stronę. jednak się tym nie przejmował. W końcu może ją spotka i jednak będą szczęśliwi?Uśmiechnął się. W tym momencie Avada Kedavra utrwaliła ten mały przebłysk człowieczeństwa Lorda ę.Potwora.I zagubionego wśród własnych uczuć i emocji człowieka.
Wszędzie biel. Grunt pod nogami ,drzewa ,krzewy. Nawet niebo. Wszystko białe. Jedna rzecz wyróżniała się na tym jednolitym i monotonnym tle. Czarna,wysoka postać. Gdy Voldemort odzyskał mowę,którą utracił z powodu zaskoczenia, od razu zapytał:
-Kim jesteś?
-Ja jestem śmiercią. Powiem od razu o co mi chodzi , bo się spieszę. Spełnię jedno twoje życzenie. To taki swoisty wybór. Co chcesz osiągnąć albo to czego naprawdę pragniesz. Twoja sprawa .Czekam pół minuty.
-Jaka jest twoja cena?
-Żadna.
-Pragnę cofnąć się do czasów ,gdy Silmarilien została moją przyjaciółką.-ledwo to wypowiedział,a ogarnęła go ciemność.
Bożu!Znowu biel. Tym razem jakaś inna Skrzydło Szpitalne?
-Jak to go nie zauważyłeś?!Idioto,był od ciebie w odległości może trzech kroków.-Abraxas Malfoy?
-Nie drzyj ryja!Przecież słyszę.-Orion Black?
-Jesteś jakiś niedorobiony czy co?-Tak to na pewno Abraxas.
-Sam jesteś niedorobiony.-a To Orion.
-Zamknijcie się. Obaj jesteście debilami. A teraz cicho,chyba się budzi-tylko jedna osoba ,oprócz niego, miała jakikolwiek wpływ na tych dwóch. I tylko jedna mówiła do niego ,,Tom".Teraz,po tylu latach usłyszeć ten głos. Najukochańszy i najpiękniejszy na świecie.
-Witaj,Silme.
