Od Autorki: Ja żyję~! Hahaha, naprawdę, moje tempo wrzucania nowych rozdziałów jest zastraszające, część was pewnie nawet nie zdążyła mrugnąć, ale mniejsza o to. Mówiąc poważnie, następny rozdział postaram się wrzucić o wiele wcześniej, żeby nie było wątpliwości. No, do wakacji powinien być... 3
Dedykuję ten rozdział PrinceOfCanon. Niech szampon truskawkowy i chodaki zawsze będą z tobą~!
Błagam, płaszczę się, robię oczy Kota ze Shreka i proszę o KOMENTARZ.
ROZDZIAŁ I:
"Gdyby istniały sklepy z wynalazkami używanymi, cały świat roiłby się od nieporozumień
Ale używana bielizna w kwiatki nie jest taka zła."
Życie ma to do siebie, że lubi sprowadzać różne niespodzianki i wielokrotnie rujnować światopoglądy. Na przykład: Co byś zrobił, gdybyś całe życie pielęgnował w sobie przekonanie, że Główny Bohater zawsze jest wyjątkowym, odznaczającym się pozytywnie młodzieńcem bądź mężczyzną (ewentualnie wspaniałą dziewczyną/kobietą, ale nie utrudniajmy opisu), który przyciąga do siebie ludzi swoją charyzmą, ogromną werwą w działaniu, inteligentnym dowcipem lub, w ostateczności, sześciopakiem na brzuchu, a tu nagle jakiś bobas przedstawia ci wystraszone samym swoim bytem chuchro z oczami pełnymi łez i cielęcym spojrzeniem? Popłakałbyś się? Zdenerwował? Współczuł chłopakowi? Może zwyczajnie zdębiał ze zdziwienia? Cóż. Yorozuya uznała to zjawisko za zabawne.
- O Boże, czy to TO?! – skomentowała Kagura wskazując na speszonego Tsunę i dusząc się ze śmiechu. Obok niej stał Gintoki, również wskazujący na chłopaka i zalewający się łzami.
- Gdzie wy go kupiliście, na przecenach w lumpeksie?! Zdradzę wam coś: OSZUKALI WAS – dorzucił zgryźliwie, szturchając pokładającą się Kagurę łokciem.
- Ginciu, nie obrażaj dobrych sklepów! Musieli znaleźć w lesie i przyprowadzić, dlatego takie to wiotkie!
- Nie przesadzajcie, jestem pewien, że pozory mylą… - Shinpachi również chichotał po cichu, ale nie był aż tak okrutny jak jego przyjaciele. – Może wyjątkowość pana Sawady polega na czymś innym…
- Tak, zdecydowanie, zgadzam się – przytaknął Gin, dodatkowo kiwając głową. – No bo – CZY TE OCZY MOGĄ KŁAMAĆ?!
Tym razem cała trójka wybuchła śmiechem, jeszcze bardziej pesząc dostatecznie już nieszczęśliwego Tsunę.
- Reborn, dlaczego mnie to zawsze spotyka? – spytał żałosnym głosem swojego korepetytora. – I DLACZEGO TEŻ SIĘ ŚMIEJESZ?!
Reborn opanował chichot, aczkolwiek jego twarz wciąż wyrażała rozbawienie.
- Po pierwsze, jesteś Beznadziejnym Tsuną, dlatego. Po drugie, już dawno nie usłyszałem tylu zabawnych rzeczy w ciągu jednego dnia – wytłumaczył bobas z pełną powagą, jeszcze bardziej dołując swojego ucznia. – Poza tym, musisz się nauczyć radzić sobie z takimi przytykami. To będzie dobry trening.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, prawdopodobnie nawet Reborn padłby w tej chwili martwy.
- Ej, idioci, jeśli zadzieracie z Dziesiątym, to zadzieracie ze mną, jasne?! – jak zawsze oddany Gokudera postanowił wystąpić w obronie swojego szefa. W tym celu wyciągnął z… skądś kilka lasek dynamitu, wyraźnie grożąc Najemnikom użyciem ich. Gintoki, zelektryzowany groźbą podpalenia, błyskawicznie uspokoił się i podniósł ręce w geście poddania.
- Chłopcze, czy te zabawki s-są p-p-prawdziwe..? – zapytał drżącym głosem, wskazując ostrożnie na materiały wybuchowe w rękach Gokudery. Chłopak rzucił mu tylko oburzone spojrzenie, po czym w mgnieniu oka znalazł się na klęczkach tuż przed Prawdopodobnym Głównym Bohaterem.
- Dziesiąty, jak dobrze, że jesteś cały! Tak się o ciebie martwiłem! Na pewno nic ci nie jest? – mówił z twarzą pełną troski i rozświetlonymi oczami, niczym zakochana nastolatka.
- Ginciu, czy ten wariat nie ma czasem jakiegoś rozdwojenia jaźni..? – spytała szeptem Kagura, ciągnąc samuraja za rękaw.
- Nie, Kagurciu, to coś o wiele poważniejszego – stwierdził z pełnym przekonaniem Gin. – To Syndrom Fana. Będzie idealizował swojego idola, jak wielka ciota i nieudacznik by z niego nie była. Z moich obserwacji wynika, że to beznadziejny przypadek. Teraz czekam tylko, aż się na tę ciamajdę rzuci i przytuli Uściskiem Łamiącym Kości. Ale mniejsza o to – zakończył swój wywód, po czym, drapiąc się w tył głowy, usiadł przy swoim biurku ze Switchowym laptopem.
- DOBRA, LUDU! – oświadczył wyjątkowo żywym tonem. – Gincio ma co do was wątpliwości, ale wujek Szmoogiel na pewno pomoże mi je rozwiać! Zobaczmy… Tsu-na-yo-shi…
Odgłos wciskania przycisków na klawiaturze komputera i Ginowe mruczenie pod nosem były obecnie jedynymi dźwiękami wypełniającymi pomieszczenie. Po chwili rozległo się krótkie „O, znalazłem!" i ponowna seria pomruków. Samuraj pogrążył się w lekturze odnalezionego artykułu razem z Shinpachim i Kagurą, którzy sami też chcieli wszystko sprawdzić. Cała trójka co pewien czas zerkała na podenerwowanego Tsunę i przytakiwała. W pewnym momencie spojrzeli na rudą dziewczynę, która nadal podniecała się Shinsengumi ze swoją ciemnowłosą koleżanką, następnie wymienili ze sobą rozbawione spojrzenia i przenieśli wzrok na Tsunę, poruszając przy tym sugestywnie brwiami, co jeszcze bardziej speszyło chłopaka. Na szczęście dla niego, Yorozuya była zbyt zainteresowana dalszą częścią tekstu, żeby rozwodzić się nad jego życiem uczuciowym jakoś szczegółowiej. Zawsze mogą to wykorzystać do szantażu w przyszłości.
Wtem Gintokiego poraziło. Nie dosłownie oczywiście, wszelka elektronika w tym domu była w końcu zabezpieczona zgodnie z zasadami BHP (wszystkie zniszczone kable zaklejono taśmą klejącą bądź gumą do żucia, czasami zastępowaną plasteliną), ale w przenośni wciąż było to możliwe. Krótko mówiąc – szczenna mu opadła i jakoś nie potrafiła wrócić na swoje miejsce, gdy samuraj patrzył z czystym szokiem w oczach na zdezorientowanego Tsunę.
- Z jakiej paki to się stało? Jesteś jakimś cholernym szczęściarzem? Przekupiłeś autora?
- Autorkę – poprawił Gina Shinpachi, który też zapoznał się już z powalającą wiadomością, ale przyjął ją wyjątkowo spokojnie. Kagura po prostu usiadła pod biurkiem, podwinęła nogi pod brodę i mamrotała coś o braku sprawiedliwości na świecie.
- Więc, dałeś w łapę autorce? – kontynuował przerażony Gintoki. – Użyłeś mikrofalówki i naprawiłeś przeszłość? Jesteś adoptowany i nikt ci o tym nie powiedział?
Tsuna nie był w stanie zdobyć się na żadną konkretną odpowiedź poza standardowym „E…?" i zdezorientowaną miną, co tylko podsyciło płomień oburzenia Gintokiego i spółki.
- Ja pierniczę, co za ignorant! – bulwersował się samuraj. – Jak ja mu zaraz..!
Mężczyzna przerwał zakasywanie rękawów oraz szykującą się szarżę na wspomnianego ignoranta, w zamian siadając z powrotem przed komputerem i z ogromnym zapałem klikając dalej. Jednakże z każdą otwartą stroną jego zniesmaczenie zdawało się coraz bardziej pogłębiać. W końcu wstał, szybkim ruchem chwycił laptopa i chciał uderzyć nim o biurko, jednak jego podopiecznym udało się go zatrzymać.
- Gin, rozumiemy twoją frustrację, ale nie wyładowuj jej na bezbronnym sprzęcie elektronicznym! Nie dorobimy się drugiego choćby w połowie tak dobrego komputera nawet przez kolejne dziesięć lat!
- Właśnie, musimy mieć pieniądze na moje wodorostożelki! – Kagura wtrąciła ten bardzo istotny fakt do argumentacji Shinpachiego.
- A gówno mnie to wszystko obchodzi! – wrzasnął rozeźlony Gintoki, wskazując oskarżycielskim palcem na Tsunę, który natychmiast odskoczył parę centymetrów. – Ty NIE MOŻESZ być głównym bohaterem! Główny bohater MUSI być sierotą albo stać się sierotą! Już Konodera albo Yamomachi by się lepiej nadawali! Ale rozumiem, rozumiem… - mężczyzna zdawał się nieco uspokoić. Oparł się o biurko, schylił głowę, po czym kontynuował:
- W końcu każdy członek głównego składu musi grać jakąś rolę…. Yamakuchi i Ryota bawią się w sportowców, tak jak nasz poczciwy Jimmy, Yokodera udaje Przystojnego Przyjaciela Głównego Bohatera Z Dramatyczną Przeszłością, bo przecież coś trzeba robić… Mamy Mrocznego Bisha Stojącego Zawsze Z Boku, bandę dzieciaków, z czego jeden jakimś cudem robi za Mistrza, haha, zabawne… Hahaha… Dama Zazwyczaj W Opresji też na miejscu, ma nawet dublerki… Ale jakim cudem ciotowaty gościu nadający się tylko i wyłącznie do tsukkomi dostał rolę Głównego Bohatera, to ja nie wiem…
Wtem fragment podwieszanego sufitu spadł na ziemię, a za nim wyłoniła się fioletowowłosa kunoichi, która natychmiast podjęła próbę ataku na odsłoniętą szyję Gintokiego. Jednak samuraj okazał się szybszy – krótkim, wyćwiczonym wręcz, ruchem obrócił się, chwycił kobietę za oba nadgarstki, po czym przerzucił ją w powietrzu i spuścił na ziemię. Na dokończenie dzieła oparł swoją stopę na jej pośladku, w geście absolutnego zwycięstwa. Sacchan, bo któż inny atakowałby Gina w jego własnym domu, była przeszczęśliwa mimo swojej porażki.
- A~ach, jednak tylko ty potrafisz mnie tak cudownie sponiewierać, kotku… – mamrotała pod nosem z wyjątkowo lubieżnym wyrazem twarzy. Jej mimika spoważniała dopiero, gdy Sarutobi przypomniała sobie o czymś istotnym. Poprawiła okulary, po czym zwróciła się do Vongolii:
- Mam do was bardzo ważną sprawę – oświadczyła.
- Twoja obecna pozycja zdecydowanie nie pasuje do tego poważnego wyrazu twarzy – skomentował Reborn, stając tuż przed oczami kunoichi. Kobieta wydała się nieco zaskoczona obecnością tak intrygującej postaci, więc na chwilę straciła wątek i próbowała przetrawić to, co od niego usłyszała. W tym czasie Gintoki zdecydowanym ruchem kopnął ją w biodro, a następnie sięgnął po chusteczkę, żeby przetrzeć swój but po kontakcie z groteskową kreaturą. Sacchan jęknęła z zadowoleniem, przetoczyła się na plecy i pomruczała coś do siebie o uroku bycia M, po czym po raz kolejny przypomniała sobie o celu swojego przybycia i błyskawicznie stanęła na równe nogi.
- Hej, wy! – wyraźnie skierowała swoje słowa do dziewcząt, które powoli powracały do świata rzeczywistego. Kobieta spoważniała jeszcze bardziej, czekając, aż skupi na sobie uwagę uczennic. Kiedy w końcu wszystkie sześć oczu patrzyło na nią, wrzasnęła, jak głośno potrafiła:
- A TERAZ GADAĆ MI, KTÓRA PODWALAŁA SIĘ DO MOJEGO FACETA?!
- HAHI?! – wystraszona brunetka mogła tylko pisnąć, gdy morderczy kunai znalazł się tuż przy jej szyi. Pozostałe dwie dziewczyny w przerażeniu odskoczyły na bok. Obecni w pomieszczeniu chłopcy już chcieli rzucić się na tę niezrównoważoną emocjonalnie świruskę, gdy przejście zagrodził im Gintoki. Trzepnął dłonią głowę Sarutobi, której wyraz twarzy nagle zmienił się ze zwiastującego mord na głęboko uszczęśliwiony, i powiedział:
- Uspokój się, ty śmierdząca fasolą kretynko. Może i Gincio jest naczelnym zboczeńcem, sadystą i ma różne swoje dziwne fetysze, ale do pedofila mi daleko. …czternastoletnia kosmitka mieszkająca w mojej szafie nie ma nic do tego! – poprawił się szybko, gdy zobaczył błękitne ślepia Kagury wpatrujące się w niego uważnie. Następnie delikatnie chwycił Sacchan za podbródek i zbliżył jej twarz do swojej, mówiąc łagodnym głosem:
- Dlatego nie masz się o co martwić, bo ten oto Gintoki Sakata będzie zawsze wierny tylko tej jedynej…
- Gin, skarbie…
- A teraz…
- A teraz..?!
- WON Z MOJEGO DOMU!
Gintoki zamaszystym kopniakiem posłał swoją rozmówczynię w stronę okna. Niestety, pech to pech – tym razem okno było zamknięte, a samuraj mógł tylko splunąć zniesmaczony (Shinpachi posprząta później). Ostatecznie biedna, nie biedna masochistka doznała dodatkowej przyjemności z wyrżnięcia brodą o szybę domu swego obiektu prześ… Swego obiektu westchnień.
- Jeftem ftanie się załoszyć, że cylko cwoje okna są cak pfaskie i twarde… - sepleniła twarzą do okna, brudząc je przy okazji krwią. Nagle odlepiła się od niego i upadła na podłogę, wciąż będąc w swej własnej, masochistycznej ekstazie.
- A zakładaj się z kim chcesz i o co chcesz, obchodzi mnie to jak wczorajsze pranie, które, nawiasem mówiąc, KTOŚ zapomniał powiesić... – w tym miejscy łypnął groźnie na Kagurę, która skuliła się lekko, i ciągnął dalej. – Ana Kestsuno zawsze pozostanie tą jedyną, a ty nic na to nie poradzisz! Ha! HAHAHAHAHA!
- Przemoc słowna też nie jest taka zła… - pomyślała Sacchan, podnosząc się ostrożnie z podłogi. Nagle poczuła, jak ktoś ciągnie ją delikatnie za szalik. Spojrzała w dół i zobaczyła Reborna, który wyraźnie prosił, żeby się do niego nachyliła. Niechętnie i z lekkim obrzydzeniem wykonała prośbę bobasa oraz wysłuchała kilku słów, które chciał jej wyszeptać. Wtedy jej wyraz twarzy zmienił się i w ułamku sekundy znalazła się ponownie przy dziewczętach, trzymając zaskoczoną brunetkę za dłonie i patrząc w jej brązowe oczy z dużym zapałem.
- Wybacz mi moje karygodne zachowanie, koleżanko! – oświadczyła.
- Hahi..? Gdzie pani idzie z Haru? – biedna dziewczyna nie była pewna, co się dzieje, gdy Sacchan prowadziła ją na drugi koniec pokoju, a gęba się jej nie zamykała. Najwyraźniej Reborn przekazał kobiecie, że Haru również próbuje swych sił w roli stalkera, ale nie jest w swej sztuce tak wyrafinowana, jak Sarutobi, więc poprosił ją o kilka rad dla dziewczyny. Przy okazji mogła przeprosić za swoje poprzednie nastawienie.
- Pamiętaj, żeby zawsze zaspokajać jego zachcianki! – prawiła. – Jeśli chcesz go poderwać, musisz mu udowodnić, że to on jest najważniejszy! Rób mu desery lodowe z natto, segreguj jego Jumpy, żeby łatwiej było się mu w nich połapać. Składaj skarpetki. Kupuj prezenty. Pilnuj, żeby w łazience zawsze był papier! A kiedy chce cię kopnąć, to ustaw się tak, żeby obrażenia były największe! Chociaż… - Sacchan spojrzała ukradkiem na wciąż skołowanego Tsunę i szybko zmierzyła go wzrokiem. – Ten przypadek może być beznadziejny. Nie wygląda mi na sadystę. Cholera jasna, nie mam doświadczenia z ofiarami losu… Na twoim miejscu spróbowałabym uprowadzenia. Wzięłabym kilka mocnych sznurów, przeszła szybki kurs u jakiegoś marynarza, a potem przyszła w nocy i…
- I została wyrzucona przez jego ochroniarza, który od dziecka szkolił się na bezludnej wyspie u boku ojca i starszej siostry na spadkobiercę stylu Kyotouryuu – przerwał jej Gintoki, zarzucając sobie kobietę na ramię i kierując się w stronę okna.
- Och, kochanie, gdzie mnie niesiesz? Wiesz, że zawsze będę ci uległa, ale nie zdążyłam jeszcze zdradzić Haruś technik podsłuchu i tajników ukrywania się w niedostępnych miejscach… Chwila, nieeee, nie otwieraj okna…! Ginciu!
- I oby ktoś rozerwał cię na strzępy! – rzucił na pożegnanie samuraj, autentycznie mając nadzieję, że przejedzie ją samochód albo rozszarpie jakiś pies czy dzika rasa Amanto. Zamknął okno, przeciągnął się i powiedział Vongolii, aby zapomnieli o wszystkim tym, co przed chwilą widzieli. Następnie Gintoki z powrotem usiadł przed laptopem i zaczął za znudzoną miną przeglądać kolejne strony. Tsuna już chciał zapytać, co tak właściwie powinni teraz ze sobą zrobić, gdy Gintoki nagle wskazał paluchem na Yamamoto:
- Ty jesteś baseballistą – ni to stwierdził, ni to zapytał. Chłopak tylko zaśmiał się i przytaknął. Gintoki, trochę podbudowany swoją zdolnością do wyciągania informacji z Wikipedii, w dalszej kolejności zwrócił się do Ryoheia.
- A tyś jest bokser, niczym Ippo oddany swej pasji.
Chłopak potwierdził z dużym przejęciem, jakby go przesłuchiwali - pewnie zmyliła go dziwna składnia Gintokiego. Gokudera tylko oparł dłoń na czole i udawał, że cała ta dziwna sytuacja wcale a wcale go nie irytuje.
- A teraz wytłumaczcie mi, o co chodzi z krowim dzieciakiem i dlaczego Sadaharu próbuje go zjeść.
Kiedy wszyscy obecni w pomieszczeniu zrozumieli, co tak właściwie Gintoki próbował im przekazać, było już za późno – gdy spojrzeli na legowisko wielkiego, białego psa, Lambo akurat wlatywał do szeroko rozwartej paszczy Sadaharu. Po tej prostej, kilkusekundowej akcji, zwierzak kłapnął zębami i oblizał się ze smakiem.
Mieszkanie zamarło. Wszyscy wpatrywali się osłupieni w gigantyczną białą kulę, która dla odmiany nie wiedziała, czym przykuła ich uwagę. Sadaharu patrzył swoimi błękitnymi ślepiami i za pewne zastanawiał się, co im nagle odbiło, że porzucili swoje niezrozumiałe dla niego ludzkie sprawy i poświęcili mu chwilkę czasu. Albo myślałby nad tym, gdyby nie był jedynie bezmyślną, aczkolwiek estetycznie wyglądającą maskotką.
- Ej, nie pozwalaj sobie tylko dlatego, że bawisz się w narrację! Myślisz, że jak możesz nas zmusić do robienia dziwnych rzeczy, to możesz wszystko?! Jak to się powtórzy, to znajdę cię, a potem zostawię w takim stanie, jak stare majtki Gińcia, które tkwiły w pralce przez pół roku!
…myślałby nad tym, gdyby sam był człowiekiem. Cóż, na razie skupiał się bardziej na niepokojących ruchach w jego żołądku i żałosnym wyciu, które wydawała z siebie jego ofiara. Chyba właśnie te krzyki pomogły ludziom otrząsnąć się z ich dziwnego letargu. Wnioskując po ich poruszeniu, najwyraźniej coś bardzo ich zaniepokoiło i niezbyt potrafili sobie z tym poradzić. Kilka nieznanych mu osób darło się na niego, inni darli się na siebie, facetowi, który go wyprowadzał i karmił chyba było wszystko jedno, a jego kochana Kagurcia próbowała wszystkich uspokoić. Ale jego obiad coraz zawzięciej szamoczący się w żołądku powoli go irytował. Zaczęło mu się robić nawet trochę niedobrze.
Wtem rozległ się wybuch. Sadaharu padł oszołomiony, z jego pyska wydobywała się stróżka dymu. Parę razy kaszlnął, po czym w końcu wypluł równie nieprzytomnego i zdecydowanie mocniej poturbowanego Lambo.
- Tylko Głupia Krowa mogła użyć granatu na tak małej przestrzeni – stwierdził Gokudera, podnosząc lekko przypalonego chłopca za nogę. W niewyjaśnionych okolicznościach Kagura nagle znalazła się tuż obok nich, wykonała idealny wręcz kop z półobrotu i posłała niemal umarłego Lambo na sąsiednią ścianę. Był tak akt zemsty za Sadaharu, który teraz popiskiwał sobie żałośnie i został zniechęcony do cielęciny na najbliższe kilka miesięcy.
Natomiast Lambo standardowo rozpłakał się.
- Lambo mocno boli? I-Pin podmucha! – zaoferowało się dziecko w chińskim kostiumie. Podeszło do małej krówki i zaczęło dmuchać na jego zadrapaną dłoń. Chłopczyk wciąż po cichutku pociągał nosem, ale powoli się uspokajał.
- Ależ ona jest cudownie ubrana! – Kagura wzięła I-Pin na ręce, patrząc na nią roziskrzonymi oczami, kompletnie ignorując na nowo rozryczanego chłopczyka. Na szczęście Haru była na posterunku i szybko przytuliła do siebie Lambo, jednocześnie posyłając kosmitce oburzone spojrzenie.
- Wspaniała! Przeurocza! – Kagura komentowała dalej, wykonując pełne gracji obroty z dziewczynką uniesioną do góry. Nagle zatrzymała się, przytuliła I-Pin mocno do siebie i spojrzała zdeterminowanym wzrokiem na Gintokiego, który w międzyczasie zdążył na nowo rozłożyć się na kanapie.
- Ginciu, ja chcę taką siostrzyczkę! JA CHCĘ! TERAZ! ZAŁATW MI!
Samuraj łaskawie uniósł się do pozycji siedzącej i obdarzył dziewczynę pełnym politowania spojrzeniem.
- Och, Kagurciu, ja naprawdę bardzo chętnie, ale może innym razem.
- Ale ja CHCĘ – powtórzyła się, wtulając I-Pin w swój policzek.
- Kiedy indziej. Albo lepiej nigdy. Gincio nie ma czasu na niańczenie dzieciątek.
- Kiedy zobacz, jakie to urocze!
Gintoki uniósł wzrok znad odnalezionego wcześniej Jumpa i zobaczył miniaturową Chinkę kilka centymetrów od swojej twarzy. Z jakiegoś powodu bardzo mocno marszczyła brwi w wyjątkowo głębokim skupieniu, przez co jej buźka wyglądała raczej odpychająco.
- Błękitna owca! – krzyknęła nagle, wskazując paluszkiem prosto na Gintokiego. Twarz mężczyzny zaszła mrokiem, po czym gwałtownie wstał, odebrał dziewczynkę Kagurze, posadził na kanapie obok siebie, a następnie dodał „Niczego nie słyszeliście", po czym zaczął rozmasowywać sobie czoło.
Chłopak, który cały ten czas stał w korytarzu i wydawał się nie mieć nic wspólnego ze wszystkim, co dotychczas działo się w siedzibie Yorozuyi, uśmiechnął się delikatnie, co nie uszło uwadze Kagury. Zaczęła się mu przyglądać. Lustrowała go od góry do dołu, próbując skojarzyć z kimś znajomym. Nagle doznała objawienia, co zasygnalizowała lekkim stuknięciem pięścią w otwartą dłoń.
- Co, już ci znudziła zabawa w starszą siostrę? – zaczepił Gintoki, jednocześnie odwracając głowę w stronę korytarza. Również zauważył tajemniczego bruneta, który znowu olał otoczenie i tylko emanował własną aurą wielkości.
- O, całkiem zapomnieliśmy o panu Hibarim – stwierdził Shinpachi, poprawiając okulary.
- Okularniku, to ty żyjesz? Już myślałem, że zniknąłeś w jakichś tajemniczych okolicznościach i nigdy więcej nie będziemy musieli słuchać twoich kiepskich żartów.
- JAK OKRUTNIE! Skąd ci to przyszło do głowy?!
- Miałeś tylko dwie kwestie w tym rozdziale. To znaczy, ze Autorka chce, żebyś zginął – poinformowała go Kagura.
- Mniejsza o to… - młodzieniec jeszcze raz podsunął nerwowo okulary. – Mieliśmy mówić o panu Hibarim.
- Właśnie! – przypomniał sobie Gin, jednakże nie raczył podziękować przyjacielowi za tę drobną przysługę. – Kolo wygląda jak Hijikata-kun, tylko młodszy o parę kilo, co nie?
- Spóźniłeś się, wpadłam na to pierwsza przed chwilą~! – oznajmiła Kagura, pokazując język swojemu opiekunowi.
- A ja pierwszy powiedziałem, bleee~! – Gintoki odwdzięczył się tym samym, dodatkowo odciągając dolną powiekę. Miał szczęście, że dziewczyna tego nie zauważyła, bo po raz kolejny zostałby dziś przygwożdżony do podłogi.
- Ginciu, Ginciu, a co to tam jest? – spytała, wskazując na metalowe rury z uchwytem oparte o ścianę tuż obok Hibariego. – Ginciu, czy to kule? To kule prawda? Ginciu, on jest na coś chory, tak? I musi chodzić z kulami, prawda? Ale chyba są za krótkie. Ginciu, czy kupili je w tym samym lumpie, co Główną Ciotę?
Vongola kompletnie zamarła. Kilka osób głośno przełknęło ślinę lub szczękało zębami. Tsuna cały dostał dreszczy. Lambo przestał płakać. Nawet Reborn wydawał się jakiś zaniepokojony.
- Ej, co się stało? – zainteresował się Gintoki, powoli podnosząc się z kanapy. Nagle poczuł silne uderzenie w tył głowy, w skutek czego padł półprzytomny na mebel i jedynie słyszał dźwięk uderzenia, z towarzyszącym mu okrzykiem bólu. Następnie jakiś głęboki głos powiedział: „Wychodzę. Nienawidzę tłumów", po czym w pokoju nastała cisza.
Rozmasowując bolące miejsce, podniósł się powoli z kanapy i zauważył Vongolę oddychającą z ulgą. Gdy spojrzał w bok, ukazała mu się wąska, czerwona szrama po uderzeniu rury, przechodząca przez całą twarz Shinpachiego. Kagura natomiast stała obok i powstrzymywała śmiech.
Z całego tego opisu można wywnioskować, iż Hibari, rozeźlony co najmniej nieuprzejmymi komentarzami Kagury, ruszył na dziewczynę, skracając sobie drogę przez kanapę i przy okazji kopiąc Gintokiego. Jednakże Kagurze udało się uniknąć wszystkich ataków chłopaka, robiąc jej słynne salta, dopóki jedna z tonf (tonfy, tonfy, żadne kule! Wygooglować sobie!) nie uderzyła mniej zwinnego okularnika. Hibari, najwyraźniej zadowolony i z tego, postanowił opuścić to pomieszczenie, całe wypełnione irytującymi roślinożercami, i zwiedzić miasto. Albo przynajmniej zdrzemnąć się na którymś dachu.
Ale mało tego! Gdy tylko Gin chciał dołączyć do chichoczącej Kagury, usłyszał coś jakby uderzenie w gong. Spojrzał w dół i zobaczył uczepioną jego nogi I-Pin z serduszkami zamiast oczu i małą stróżką śliny cieknącą z lekko otwartych ust. Kiedy gong zabił jeszcze raz, zmniejszyła się liczba znaczków na czole małej Chinki. Pokazywała teraz siedem.
- A, Bomba Pinzu! – Tsuna chwycił się za głowę, piszcząc wniebogłosy. Ryohei i Yamamoto w tym momencie rzucili się na dziewczynkę i próbowali odczepić ją od nogi Gintokiego. Sam mężczyzna jakoś się tym faktem nie przejął.
- Co? Bomba Pizdu? Nie wiem, co się dzieje i nie wiem, czy mi się to podoba – oświadczył po prostu, stojąc ze skrzyżowany rękoma, w żaden sposób nie ułatwiając nastolatką oswobodzenia jego łydki.
- Nieważne! Ona zaraz wybuchnie! – wrzasnął przerażony Tsuna, gdy na czole dziewczynki pozostało już pięć znaczków.
- Będzie BUM! – dodał rozchichotany Lambo, siedząc na podłodze i pokazując paluchem na Gokuderę, który również dołączył do odklejania I-Pin. Nagle cała trójka upadła na podłogę, dziewczynka w rękach Yamamoto.
Jeszcze tylko dwa.
Gokudera szybko stanął na nogi, doskoczył do najbliższego okna i otworzył je, krzycząc na całe gardło: „HOME-RUN!". Nagle twarz Yamamoto znacznie spoważniała. Chłopak ustawił się w pozie profesjonalnego miotacza, zakręcił całą ręką kilka kółek, po czym wyrzucił I-Pin przez okno. Po kilku sekundach absolutnej ciszy, rozległ się wybuch, który automatycznie posłał wszystkich na ziemię w obawie o własne zdrowie. Oby przechodnie mieli tyle samo szczęścia.
- Haha, starych nawyków chyba jednak nie da się pozbyć – stwierdził rozbawiony baseballista, drapiąc się w tył głowy.
- Yamamoto, tego akurat nie zmieniaj, proszę – powiedział Tsuna prawie przez łzy, zbliżając się do Yamamoto na klęczkach ze splecionymi dłońmi. Chłopak zaśmiał się jeszcze raz, po czym pomógł przyjacielowi wstać.
Tymczasem Gintoki, Kagura i Shinpachi debatowali w kuckach za kanapą.
- Ej, co jest z nimi nie tak? – zastanawiał się srebrnowłosy samuraj. – To banda maniaków, świrów, broni biologicznych i dziwnych niemowlaków pod wodzą ofiary losu! Gincio zgłasza sprzeciw! Nie zgodzę się, żeby nas wygryźli!
- Jeśli chodzi o bycie ofiarą losu, to wygryźć cię może tylko pan Hasegawa, Gin – stwierdził stanowczo Shinpachi, po czym szybko dodał:
- Ale mniejsza o to. Najbardziej zastanawia mnie, jakim cudem znaleźli się w naszym świecie i to akurat w szafie Kagury. Prędzej spodziewałbym się ich pojawienia w Terminalu albo okolicach, ale żeby tak po prostu wypaść komuś z szafy? To trochę niedorzeczne.
- Przestań wreszcie myśleć logicznie, durny okularniku – przerwała mu Kagura, dłubiąc jednocześnie w nosie. – To oczywiste, że Autorka z jakichś idiotycznych powodów chciała zobaczyć nasze spotkanie, a moją szafę pewnie uważa za gustowną – dodała z poważną miną, przytakując samej sobie. Rozmówcy popatrzyli na nią z lekką pobłażliwością w oczach.
- Obraziła się za to, że nigdy ich nie sparodiowaliśmy i teraz będzie nas katowała ich obecnością! – kontynuował Gintoki konspiracyjnym tonem. – Nasłała na nas Vongolę, a potem zacznie kolejno, jedno po drugim, zastępować nas przesłodzonymi gimnazjalistami z ciotowatymi głosami, aż w końcu całe Edo stanie się jedną wielką gimbazą z Nią jako dyrektorką! A my zostaniemy zakuci w dyby i wrzuceni do więzienia, gdzie wygłodzone kurczaki na smyczach trzymanych przez brzydkie niemowlaki będą szczypały nas po stopach! NIE, JA NIE CHCĘ TAK SKOŃCZYĆ! – mężczyzna ostatecznie się załamał i zaczął opowiadać jakieś głupoty, których i tak nikt nie słuchał.
- Ale trzeba przyznać, że nieźli z nich kretyni. Może nie są aż tak genialni, jak my, ale nawet trzymają poziom. Szacun – rzuciła Kagura z zamyśloną twarzą.
- Tia – przytaknął Shinpachi. – Brakuje im chyba tylko szalonego naukowca, czy kogoś w tym guście. Mieliby komplet.
W tym momencie drzwi do mieszkania zostały gwałtownie rozsunięte, a nowoprzybyły staruszek niedużego wzrostu bezceremonialnie wmaszerował do środka w swoich osmalonych buciorach.
- Ej, dzieciaki! Mam tu takiego wichajstra, co wczoraj wynalazłem i jakiś szczur przez przypadek go dzisiaj nadepnął, a ja właściwie nie wiem, co on takiego robi, więc gdybyście z łaski swojej mogli nacisnąć guzik jeszcze raz i sprawdzić… O, goście – mężczyzna zatrzymał się na środku pokoju, a Vongola wlepiała w niego niepewne spojrzenia.
- To ja może już pójdę i udam, że mnie nie było….
- STÓJ, TY DURNY MECHANIKU, ALBO ZADAM CI ZARAZ 10 000 LAT BÓLU MOIM JEZIOREM TOYA! -wydarł się Gintoki, stając na równe nogi i wymierzając swój drewniany mieczyk prosto w nowego gościa. Staruszek obrócił głowę i spojrzał na mężczyznę przez swoje gogle.
- Kiedy ja już wszystko wiem. Sprawy nie ma, pieniędzy też, mogę iść do domu?
- Panie Gengai! – wykrzyknął Shinpachi błagalnym tonem. Staruszek popatrzył na nastoletnich członków Yorozuyi robiących do niego wielkie oczy, po czym westchnął.
- Niech no usiądę – powiedział i już po chwili odpoczywał sobie na sofie, wszyscy pozostali zgromadzeni wokół niego. Westchnął po raz kolejny, po czym wyjął coś z kieszeni spodni. Był to mały, prostokątny pilot z jednym, ale za to pokaźnych rozmiarów guzikiem umieszczonym na środku.
- To mój nowy wynalazek – oświadczył Gengai, prezentując swe dzieło.
- Dlaczego niebieskie kwiatki na żółtym tle? Guziki Ostatecznego Zniszczenia i Niedoli zazwyczaj są czerwone, wiesz? – Gintoki wysunął swe wątpliwości bez zawahania.
- Nie chciało mi się lecieć do sklepu po więcej czerwonej gumy. Cały P.R.Z.Y.C.I.S.K. stworzyłem z resztek mechanizmów, które zostały mi po moich robotach. Obudowa guzika jest ze starego materiału, z którego zrobiłem też bieliznę dla Tamy.
- Nie dziwię się, że Tama jest taka sztywna, skoro nosi gumowe gacie… - mruknął do siebie samuraj, ale nagle coś mu się przypomniało.
- Czekaj no! P.R.Z.Y.C.I.S.K.? Tak ten szmelc nazwałeś?
- Ej, bez przezwisk! P.R.Z.Y.C.I.S.K. to tylko skrót od pełnej nazwy.
- Która brzmi…? – Shinpachi zaczynał się niecierpliwić.
W odpowiedzi na to pytanie, Gengai pokazał dolną obudowę pilota, do której przyczepiona była karteczka z czerwonego papieru samoprzylepnego z wypisaną ręcznie nazwą:
P.R.Z.Y.C.I.S.K.:
Przestarzałe
Resztki
Złomu
Ymytujące
Coś
Interesującego
Są
Kiczowate
Wszyscy zainteresowani wpatrywali się w świstek papieru badawczym spojrzeniem. Szczególnie analizowali czwarty wyraz, z którym wyraźnie było coś nie tak. Nie, żeby ktokolwiek kwapił się o tym powiedzieć, nie…
- „Ymytujące"? Przeż to się nie trzyma kupy!
Dobra, Shinpachi jak zwykle był chętny do naprawiania absurdu całego świata.
- Też coś mi tu śmierdzi – dodał Gintoki, wpatrując się w rozpiskę. – Zebrało ci się na Klan Na Drzewie, co? Numerze 1, czy to ty? Zrobili ci pranie mózgu, ale sposób nazewnictwa został, tak? DLACZEGO JESTEŚ MNIEJ ŁYSY NIŻ W DZIECIŃSTWIE?!
- NIE O TO, CHOLERA, CHODZI! – wydarł się Shinpachi, wskazując paluchem dokładnie na literkę Y. – NIE MA TAKIEGO SŁOWA, JAK „YMYTUJĄCY"! TO POGWAŁCENIE PRAW JĘZYKOWYCH!
- O jeny, ktoś znowu ma okres… - załamała się zdegustowana Kagura. – Kogo obchodzą prawa językowe? Staruszek pochodzi z tego pokolenia, gdzie kreatywność była pielęgnowana, a nie duszona przez sztywne formułki i wymagania!
- Właśnie, Pachi. A potem będziesz płakał, że nie trafiłeś w słowa kluczowe i zabrakło ci pół procenta do zdania! Będę się wtedy śmiał i pokazywał na ciebie palcem, Prześladowco Słowotwórstwa.
Shinpachi z powagą podciągnął okulary.
- Myślcie sobie, co chcecie. Nie wszyscy kaleczą język tak jak wy – oświadczył i zabrał zdezorientowanemu Gengaiowi P.R.Z.Y.C.I.S.K., aby poprawić napis. Wyjął z kieszeni marker, otworzył go zębami, zamknięcie wypluł na ziemię i zaczął się zastanawiać.
- Problem polega na tym, że nie kojarzę żadnego sensownego wyrazu na Y…
- Ja wiem, ja wiem! Yeti! – wykrzyknęła Kagura, wyrywając przyjacielowi zarówno pisak, jak i pilot.
- To nie ma sensu jeszcze bardziej! – wydarł się Shinpachi i zabrał nastolatce oba przedmioty.
- A kogo to obchodzi?! Moja kreatywność jest ponad ludzkie pojmowanie! W końcu jestem kosmitką! – dziewczyna chwyciła tym razem tylko wynalazek, marker wytrącając z rąk okularnika. Teraz oboje co i rusz wyrywali sobie P.R.Z.Y.C.I.S.K., zapierając się coraz bardziej. Gintoki i Gengai próbowali interweniować, żeby czasem sam obiekt ich kłótni nie został rozerwany na pół.
Nagle P.R.Z.Y.C.I.S.K. został wybity w powietrze przez kopnięcie Reborna. Dziewczyny i Tsuna pisnęli, niektórzy chwycili się za głowy, ale wszyscy zgodnie śledzili tor lotu wynalazku, dopóki ten nie wylądował dokładnie na kolanach Lambo, który w międzyczasie zdążył uciąć sobie drzemkę na fotelu. Kiedy poczuł lekkie uderzenie, otworzył oczy, które od razu zaświeciły mu się na widok wielkiego przycisku, który wręcz krzyczał, aby go wdusić.
- Lambo naciśnie kolorowy guziczek! – oznajmił wesoło chłopczyk, zupełnie ignorując wszechobecne głosy błagające go o zostawienie urządzenia.
W oddali rozległ się huk.
Spis nawiązań:
* Użyłeś mikrofalówki i naprawiłeś przeszłość? - motyw przewodni serii Steins;Gate. Podróże w czasie za pomocą mikrofalówki zawsze spoko.
* I została wyrzucona przez jego ochroniarza, który od dziecka szkolił się na bezludnej wyspie u boku ojca i starszej siostry na spadkobiercę stylu Kyotouryuu. - chodzi oczywiście o głównego bohatera anime Katanagatari. "I oby ktoś rozerwał cię na strzępy!" - sparafrazowane powiedzonko tejże postaci.
* A tyś jest bokser, niczym Ippo oddany swej pasji. - Gintoki porównuje Ryoheia do głównego bohatero serii sportowej Hajime no Ippo.
* ZADAM CI ZARAZ 10 000 LAT BÓLU MOIM JEZIOREM TOYA! - bardzo charakterystyczna "technika" pochodząca z serii Naruto.
* Sposób, w jaki Gengai nazwał swój nowy wynalazek, bardzo przypomina nazewnictwo w Klanie Na Drzewie, o czy Gintoki nie omieszkał wspomnieć.
