John zszedł do kuchni po 9. W salonie na kanapie spał Sherlock a na nim zadowolona Rose. Doktor czasami się bał, że detektyw zapomni, że śpi z dzieckiem i wstając gwałtownie, uszkodzi mu córkę, co w sumie prawie zdarzyło się parę razy, ale nadzwyczajny refleks Holmesa jak zwykle uratował sytuację a Jon mógł tylko sobie pofukać pod nosem, bo jego córce wybitnie się to podobało.

Starając się nie patrzeć na sherlockowe eksperymenty zabrał się za robienie herbaty i śniadania. Holmes jak zwykle nie umył butelki po mleku, na co John tylko westchnął przeciągle. Jako genialny detektyw nie miał czasu na tak prozaiczne czynności jak zmywanie. A może to John nie miał już siły na nic? Nawet na warczenie na współlokatora. Który był geniuszem nawet w usypianiu dzieci! To go wkurzało nawet bardziej niż powinno. W końcu to była jego córka, a wolała szalonego Holmesa z zapędami samobójczymi, byłego ćpuna i alkoholika. Dzięki Johnowi genialny Holmes młodszy nadal żył i wyglądał jak człowiek. I zabrał mu córkę. Nie tak dosłownie, ale mimo wszystko… Gdyby Mary zginęła inaczej, może byłoby łatwiej. Gdyby. Ile razy przerabiał ten scenariusz? Zbyt wiele razy. Zacisnął mocno powieki, starając się pozbierać. Poczuł na swoim karku zimne, długie palce. Sherlock. Nawet nie usłyszał, kiedy zjawił się za nim.

- Nie myśl – powiedział stanowczo czarnowłosy, uciskając odpowiednie miejsca na karku i ramionach Johna, żeby się rozluźnił. Watson był jedną z niewielu osób, które lubił dotykać i pozwalał się dotykać. Jeśli chodziło o Rose, to było to dużo łatwiejsze. Znał ją od zawsze, a od kiedy zamieszkała z nim, wiedział o niej totalnie wszystko i mógł mieć wpływ na to czego dotyka i z czym się styka. Podobnie było z Johnem.

- Żebym był jeszcze nudniejszy!? – zirytował się doktor. Nacisk palców Sherlocka uwalniał go od bólu w odcinku szyjnym kręgosłupa i było to cholernie przyjemne. Ale po drugiej strony barykady stały Rose i Mary.

- Nigdy nie byłeś nudny. Powinieneś się ogolić i podciąć włosy, lepiej ci w krótszych – powiedział beznamiętnie, zabierając palce. John odczuł dziwną pustkę, ale ból minął.

- Mary zginęła za ciebie! Nawet moja córka woli ciebie bardziej ode mnie! Jestem widać najgorszy z możliwych! – John wybuchł a Sherlock po prostu patrzył na niego tym swoim zwyczajowym, spokojnym, chłodnym i oceniającym wzrokiem.

- Mhm – mruknął po chwili i bez większych ceregieli zaczął sprzątać swój eksperyment z gałkami ocznymi. Na stole zapiszczała Rose, obudzona krzykami Watsona. Mężczyzna spojrzał na Holmesa, ale ten udawał, że jest głuchy i ślepy, nawet na chwilę nie przestając sprzątać po sobie. Było to rzadkością, ale od kiedy na Bakery Street 221 B pojawiło się dziecko, Sherlock ograniczył swoje eksperymenty do rejonu kuchni i nie wliczał w ich skład rzeczy Rose. John i bez tego był znerwicowany a Sherlockowi średnio podobało się dziabanie go strzykawką ze środkami uspokajającymi, oczywiście prosto z apteczki. Obiecał, że skoro będą mieć dziecko, to jak John sobie życzy, nie będzie w domu ŻADNYCH substancji psychotropowych poza tymi w ich WSPÓLNEJ apteczce.

- Sherlock! Ja do ciebie mówię! – ryknął John a Rose się rozpłakała.

- Twoja wina – mruknął Holmes i ulotnił się z kuchni. A John jęknął jedynie cicho, biorąc dziecko na ręce. Był beznadziejny. Jako mąż, ojciec i współlokator.

Holmes przejrzał swoje koszule i zdecydował się na fioletową. Wciąż parował po kąpieli, która odbywała się w akompaniamencie płaczu Rose. John zupełnie się rozwlekł przez śmierć Mary, co odbijało się na córce. Sherlock może i był mistrzem w usypianiu dziecka, ale to dlatego, że był mistrzem dedukcji, nawet jeśli chodziło o dziecięce potrzeby. Tak więc chcąc czy nie chcąc był dla małej i matką i ojcem, bo John ledwo sam umiał sobie poradzić ze sobą a co dopiero z córką.

Zszedł na dół akurat wtedy, kiedy John karmił mają, bujając ją uspokajająco.

- Nie trząś nią tak. Nie lubi tego – mruknął, siadając przy stole i nie odrywając wzroku i palców od telefonu. – Gdzie moje herbata?

John warknął cicho i trzasnął kubkiem o stół z sherlockową herbatą. Czarnowłosy postanowił tego nie komentować i po prostu napił się gorącego napoju. Watson robił najlepszą herbatę, jaką kiedykolwiek pił, dlatego zawsze go o nią męczył. Ale tego doktor nie musiał wiedzieć. Tak samo jak tego, że kolor oczu Rose jest identyczny jak Holmesa. Nie, nie był on kochankiem Mary, nie czuł pociągu do kobiet. Po prostu zwykły zbieg okoliczności czy genów, jak kto woli. Może dlatego ludzie czasami brali go za jego córkę, kiedy Johna nie było obok. Zdarzało się to bardzo rzadko i bez wiedzy doktora, bo ten chyba by umarł na zawał… Albo wylew… Chociaż z drugiej strony było to niemożliwe, bo z tego co Sherlock widział, tylko jego psychika była chora, nie ciało.

Dwa rozpięte guziki. Tyle zdążył zarejestrować John, zanim Sherlock go zdenerwował. I ta jego cholerna, fioletowa koszula. Holmes nosił wiele koszul, ale ta wybitnie mu pasowała. Watson już dawno przestał się przejmować, że patrzy na Sherlocka inaczej niż powinien. A może zawsze patrzył? Może nigdy nie przestał? Od ich pierwszego posiłku u Angela.. Potem zaczął randkować jak szalony… Ale nadal tkwił u boku Sherlocka. Aż do Mary. Jak się okazało, z Mary też nie było wszystko w porządku i nawet Sherlock nie mógł tego od razu odgadnąć. Och, gdyby to zrobił… To co John? Co byś teraz miał? Spojrzał na córkę. Nie było by jej na świecie. On zaznałby mniej cierpienia. A Sherlock… Hm… To już była inna historia.

- Gapisz się – zauważył Holmes, pisząc właśnie z Lestradem.

- Myślę.

- Marszczysz się.

John odwrócił się do niego ostentacyjnie plecami, wciąż podrzucając małą.

- Dziecko to nie shaker do drinków – mruknął znad gazety, analizując Johna.

Przygarbione plecy, świadectwo nieprzespanych nocy i spadku pewności siebie. Rozdrażnienie świadczące o początkach depresji oraz powracających koszmarów. Codziennie inna piżama, jak zwykle przepocona z powodu częstych przebudzeń i niemożności zaśnięcia. Coraz więcej siwych włosów ze zmartwienia. I coraz więcej zmarszczek. Dlatego Sherlock kazał mu nie myśleć. Chciał, żeby John dłużej wyglądał młodo. Po co? Bo to było wygodniejsze dla spraw. Albo jedyny na świecie konsultant chciał tak myśleć. I nie było nikogo, kto by zaprzeczył jego tokowi rozumowania.

John zawarczał głucho, po czym posadził Rose na stole, a mała poraczkowała do Holmesa i zaczęła mu ewidentnie przeszkadzać w czytaniu.

- Pomyślałem nad opiekunką – odezwał się doktor, zmieniając temat. Ostatnio był coraz bardziej drażliwy jeśli chodziło o Sherlocka. I sam jeszcze do końca nie wiedział dlaczego.

- Daj ogłoszenie gdzieś… - Holmes uśmiechnął się kącikiem ust. Już widział te tłumy ludzi, które prześwietla z dziką pasją. W końcu nie było nowej sprawy od Lestrada i detektyw zaczął się nudzić. Jeśli po otwarciu oczu nie miał nic ciekawego do roboty, zaczynał się nudzić. Ostatnio nawet John, za którym regularnie wodził wzrokiem, stał się tak drażliwy, że samo patrzenie doprowadzało do rozstroju nerwowego. Gorzej niż Molly na gwiazdkę, wyglądająca jak bombka. Według Sherlocka bombki powinny wisieć na choince a nie służyć jako podpowiedź stylistyczna dla kobiet. Już wolał, jak szwendała się w kitlu, przynajmniej nie raziła jego oczu swoim bezguściem. Poza tym, nigdy nie był nią zainteresowany, więc cóż… Irene była inna. Nie, Ta Kobieta. Jedyna kobieta, do której miał słabość. Czy ją kochał? Sam nie wiedział, to było zbyt skomplikowane. Wiedział natomiast, że Irene nigdy by się z nim nie związała na zawsze. Był jej fascynacją, zakochała się w jego inteligencji. A jemu to schlebiało. Uratował ją. Była niesamowita. Ale był ktoś znacznie mu bliższy, ktoś kto nigdy by go nie opuścił. John.

- Już dałem… Czekam aż ktoś się zgłosi – mruknął John.

- Pomogę ci. Wiem, kogo Rose zaakceptuje – odparł Sherlock, patrząc jak mała ślini róg gazety. Kiedyś by go to drażniło. Teraz natomiast było to dla niego naturalne.

- Ty wiesz wszystko! – warknął Watson. Holmes spojrzał na niego uważnie. John nie był wściekły, jedynie zły, więc nic mu nie groziło. Jak John się wkurzał tak na poważnie, brzmiał jak rozwścieczony nosorożec. Bawiło to Holmesa do chwili, kiedy dostał od niego w twarz. Od tamtej pory po prostu usuwał mu się z drogi i pozwalał szarżować na oślep, byle tylko to nie on był poszkodowany. Tym razem jednak był bezpieczny na swoim krześle.

- Nie. Po prostu ludzie to idioci – skwitował, nie spuszczając wzroku z Watsona. Mężczyzna tylko prychnął i ruszył do drzwi, co jasno znaczyło, że musi się przewietrzyć. Holmes nie zamierzał komentować, że jest w dresach. Jak ochłonie to wróci. I na pewno będzie bardziej rozmowniejszy.