Scotland Yard wrzał. Nawet na odległość kilometra Sherlock czułby ich emocje. Jak zwykle przemierzał korytarz prowadzący do gabinetu Lestrade'a szybkim, żwawym krokiem. Jedynie John był inny. Zaczerwieniony na twarzy i jakby chowający się.
-John, w tym filmie nie było nic dotyczącego ciebie, jeżeli już musisz to usłyszeć.
- Wiem, Sherlock, wiem. Ale jak zwykle nie popisałeś się znajomością ludzkiej psychiki.
Przechodząc przez kolejne biura Yardu zostawiali po sobie tylko ruch powietrza. I szept wszystkich oczu zwróconych na nich.
- Gdybym miał mówić tylko to co się ludziom spodoba, to...
-Nie byłbyś sobą - dokończył John, gdy weszli do gabinetu Lestrade'a. Jednak inspektora tam nie było.
- Mówienie tego, co ludzie chcą usłyszeć, to niepotrzebny bełkot. Ponieważ zazwyczaj chcą słyszeć kłamstwa, które pasują do ogólnego spojrzenia na rzeczywistość -Sherlock wyjrzał przez okno a potem przechadzał się po gabinecie.
- Zapewne masz racje, ale ciebie nie obchodzą konwenanse, nie próbujesz tez znaleźć dziewczyny, a ja tak. A teraz wszyscy myślą, ze jesteśmy para. Wszyscy myślą, ze jestem gejem !
-Nie obchodzą mnie wszyscy! -Sherlock, miotając się, stanął przed Johnem, zbliżając swoją twarz do jego, jak to zwykle miał w zwyczaju, gdy tłumaczył coś nadzwyczaj ważnego. Nienaturalnie skrócił dystans miedzy nimi: - Interesuje mnie prawda! Interesują mnie tylko prawdziwi my ! - w momencie tego wyznania drzwi gabinetu otworzyły się, a przed nimi stanęła cała ekipa Lestrade'a z Sally Donavan i Andersonem na czele. Po ich minach łatwo można było zorientować się, że nie słyszeli całej rozmowy.
W tym momencie John uświadomił sobie, że od słów 'jestem gejem' obydwoje z Sherlockiem podnieśli tony swoich głosów. 'Co za niefart', pomyślał John. Wiadome bowiem było, że właśnie podsycił plotki, od jakich wrzał cały budynek. Gorzej być nie może. A jednak. Może. Bo zanim Sherlock się odsunął wypowiedział słowa:
-Musisz się zaakceptować takiego jakim jesteś, nie ma innego wyjścia.
To kompletnie zapieczętowało wrażenie kłótni kochanków w związku, w którym jeden z nich jest na tyle okrutny, ze nie chce przyznawać sie do ich miłości. John już formuował zdanie, tak, by nie zabrzmiało jak żałosne 'To nie tak jak myślicie', patrząc na twarze zastygle w wyrazie szoku, kiedy Sherlock, zupełnie innym, zimnym tonem, powiedział:
- Ruszcie sie, sprawa - wszyscy, słysząc głęboki baryton detektywa jakby ożywili się -Mężczyzna, zakneblowany, związany, wrzucony do Tamizy. Anderson, pokaż akta, bo nie rozumiem elementu który miałby być na tyle dla George'a motywujący, by mnie tutaj wezwać.
-Grega, jeżeli już po imieniu, Sherlock - John zakrywając twarz dłońmi wolno odwrócił sie i opadł na kanapę. Ludzie powoli wtoczyli sie do gabinetu. Gdy Sherlock przeglądał akta, wszedł Lestrade.
-Witajcie gołąbeczki. -uśmiechnął się półgębkiem - A raczej pawie -zwrócił się do Sherlocka. Cala ekipa wybuchła śmiechem. Greg rzucił przez cały gabinet czymś czarnym w stronę detektywa, który natychmiast zręcznie uchwycił to w locie. To coś okazało sie skórzanymi rękawiczkami- zostały w moim samochodzie, prawdopodobnie wypadły Ci z kieszeni, gdy przerzucałem Cię przez ramię, a John próbował nie przejmować sie swoją kurtką -słowom tym towarzyszyła nowa salwa śmiechu. John wykrzywił swoje usta w niezgrabnej parodii gestu, który w konwenansach oznacza, że dane słowa mogły go śmieszyć.
Mina Sherlocka pozostała nieprzenikniona
-Tramadol, C16H25NO2. Opioid. Taka dawka, jeszcze dożylna, powaliłaby lub wręcz uśmierciła każdego w tym pokoju -dodał tylko- Sprawa.-jego oczy zaświeciły się: mężczyzna, wrzucony do Tamizy, zakneblowany, związany. Gej-wszyscy rozejrzeli się z pytającym spojrzeniem.
-Wywnioskował to po ubraniach.-odezwał się John. Ludzie spojrzeli na niego z niedowierzaniem - No co, nawet ja to widzę! -pożałował tych słów, gdy spojrzał na uniesione brwi Sally Donavan.
-Nie żyje od 12 godzin, znaleziony na brzegu tylko dlatego, ze obciążenie, w jakie był wyposażony, zostało źle umocowane. -kontynuował Sherlock- W wodzie spędził 10, nie jak podają akta,11 godzin. Anderson, przyucz się. O sprawcy wiemy tylko tyle, że jest albo idiotą i nie przewidział, że cementu nie utrzyma tak delikatny sznurek, albo wyjątkowo się spieszył i improwizował-chwila pauzy. Sherlock zamyślił się. Zaczął przechadzać sie w tą i z powrotem z telefonem w ręku, zapewne coś sprawdzając- pierwszy pomyśl wykluczony -powiedział po chwili. Cały pokój słuchał go w napięciu. Wszyscy śledzili jak balansuje na granicy prawdy, domysłu i faktu - Pokażcie nadgarstek.
Anderson wygrzebał z teczki zdjęcie topielca. Sherlock wcale nie delikatnie wyrwał mu je z rąk.
- Wszystko jasne -przyglądał się osobliwej bransoletce mężczyzny -Ofiara to Andy Jefferson, mężczyzna z pobliskiego 'Gay Night '. Trwają tam prace budowlane, stąd cement i sznurek, którym został obciążony. Pokażcie zdjęcie szyi -otrzymał kolejne zdjęcie, na którym ukazany był tatuaż zaczynający się na szyi, a kończący na obojczyku. Geometryczny kształt i napis. W innym języku - tak, to on. Ten sam tatuaż. -W oczach Sherlocka nie było już tak znajomego zacięcia. Stal sie sztywny, wręcz mechaniczny. Wszyscy zdawali się to zauważyć, gdyż atmosfera natychmiastowo stężała - Ofiara zidentyfikowana, o reszcie poinformuje Cię smsem- słowa rzucone w przestrzeń skierowane były do Lestrade'a.
Sherlock wyszedł, nie wołając za sobą Johna, jak zawsze to robił. W gabinecie zapadła niezręczna cisza, a wszystkie oczy zwróciły sie na niego.
-Co jest?- zapytał Lestrade. Miał minę, która świadczyła o tym, ze zaczął żałować, że wyśmiewał się z Sherlocka.
-Sam chciałbym wiedzieć. -skomentował John i szybkim krokiem wyszedł ze Scotland Yardu, szukając wzrokiem czarnego płaszcza i gustownie zawiązanego szalika.
