NÓŻ

Obudziło mnie jakieś zamieszanie. Ledwo zdążyłam usiąść na łóżku, drzwi trzasnęły i do pokoju wpadł Chris. Rozejrzał się jakimś dziwnym wzrokiem.

- Gdzie on jest?! – wrzasnął. – Gdzie jest Damien?!

- Nie wiem. – Szybko założyłam na nogi adidasy. – Co się stało?

Wybiegłam za mężczyzną, który zbiegł na dół. Minęłam Sarę i Dereka.

- Keira zniknęła! – krzyknął, zaglądając do kuchni.

- Jak to zniknęła? – Moje serce zadrżało.

- Zniknęła!

- Uspokój się, Chris – powiedziała Alex.

- Nie uspokajaj mnie, kurwa! – Mężczyzna wycelował w nią palcem. – Nawet nie próbuj!

- Postaram się – syknęła moja przyjaciółka; salon wypełnił się prawie wszystkimi domownikami.

- Damien wyszedł z psami – wyjaśniła Diane. – Zaraz wróci.

Zrobiłam krok w stronę Chrisa. Mężczyzna jednak spojrzał na mnie rozwścieczony.

- Kita! – zawołała Diane, kiedy husky wbiegł do środka. Za nim pojawiła się Hanami i Damien.

Chris jak burza wypadł na taras.

- Damien Connor, a niech cię cholera! – wrzasnął, stając twarzą w twarz z mężczyzną.

- Co się stało?

- Ja się ciebie pytam! Keira zniknęła!

- Zniknęła? – Damien wyglądał na zdziwionego i poruszonego.

Chris jednak chyba powoli tracił cierpliwość. Nagle wyjął z kieszeni kurtki nóż i wbił go w drewnianą ścianę domu.

- Co to jest?! – wrzasnął, wpatrując się w Damiena.

- Nóż myśliwski – odparł zapytany spokojnie.

Wtedy Chris chwycił go za kurtkę i przycisnął do ściany obok wbitego ostrza. Zacisnął pięści na sfatygowanym materiale pod szyją młodszego-starszego Connora. Sarah zakryła usta dłonią, a moje palce podświadomie zacisnęły się na ramieniu Landa. Nie zwrócił jednak na to uwagi.

- To nóż Grega Pullmana – wysyczał. – Możesz mi powiedzieć, co robił wbity w apaszkę Keiry?!

- Nie wiem.

To chyba była zła odpowiedź, bo Chris uderzył Damiena w szczękę.

- Mów, Connor! – wrzasnął.

- Chris – zaczął Eddie, robiąc krok w jego stronę. Nagle Chris wyjął pistolet.

- Nie zbliżać się! – krzyknął, mierząc do nas.

- Oszalałeś?! – Alex nagle wysunęła się do przodu. – Odłóż broń!

Mężczyzna zawahał się, ale nie posłuchał kobiety. Znowu wbił oczy w twarz Damiena. Cofnęłam rękę. Jeśli Damien miał zaczął mówić, to chyba Land miał na to dobry sposób.

- Erica! – ofuknął mnie John. – Zrób coś!

Nie zareagowałam.

- Zabiłem Orlando Bradleya – powiedział nagle Damien. – I prawie setkę innych ludzi.

Wszystkie spojrzenia wbiły się w jego beznamiętną twarz.

- Nie pierdol, Damien! – krzyknął Chris, ale jego głos nieznacznie zadrżał. – Mów!

- Zabiłem syna Eddiego i osiemdziesiąt trzy osoby.

Chris puścił go i odsunął się o krok.

- O czym ty mówisz?... – Usłyszałam za sobą głos Eddiego.

Damien musnął palcami litery ERI. Niewiele myśląc, odepchnęłam Chrisa, a Derek szybko zabrał mu broń. Ujęłam twarz Connora w dłonie.

- Spójrz na mnie! – krzyknęłam.

- Zabiłem... – zaczął.

- Spójrz na mnie, Damien!

Tym razem mnie posłuchał. Jego oczy były zupełnie puste. Prawdziwe. Chyba nie kłamał. Drgnęłam.

- Nie zabiłeś! – powiedziałam szybko, żeby uspokoić samą siebie. – Nie zabiłeś, prawda?!

Milczał.

- Damien. – Pogładziłam jego twarz. Czułam pod palcami ostry zarost.

- Nie możemy być razem. Jestem złym człowiekiem...

Nie pozwoliłam mu dodać nic więcej, bo zamknęłam mu usta pocałunkiem. Jego wargi były twarde i bardzo niechętne, ale nie zwracałam na to uwagi. Całowałam go jak mogłam najmocniej, a kiedy wreszcie zabrakło mi powietrza w płucach, cofnęłam się i spojrzałam mu prosto w oczy. Pustka zniknęła. Była miłość. Jak zawsze.

- Nie zabiłeś, prawda? – wyszeptałam.

- Nie zabiłem – przyznał.

- Kto zabił? – zapytałam.

- Zmiennokształtny z moją twarzą. Wyglądał tak, jak ja. Myśleli, że to ja. – Jego głos załamał się. – Zabił tylu ludzi. Zabił Orlando. I prawie Johna. Ale to nie byłem ja!

- Nie byłeś, Damien. To nie byłeś ty – zapewniłam go szybko. – Kim jest Greg Pullman?

- Pamiętasz, co robiliśmy ze zdrajcami? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Z mordercami? Gwałcicielami? Nie budowaliśmy więzień, nie zabijaliśmy zbrodniarzy. Od zabijania ludzi były maszyny.

- Wypędzaliśmy ich na „ziemię niczyją", za miasto – wyszeptałam.

- Eddie ich zebrał.

- Kogo zebrał Eddie? – zapytałam szybko, żeby nadal mówił.

- Ich. Grega i resztę. Wytrenował ich. Wyszkolił. Jane też.

Drgnęłam.

- Dlaczego ich wyszkolił? – zapytał nagle Chris.

- Jaką Jane? – zapytałam powoli.

- Jane Meyer, córkę Fishera – odparł Damien tak, jakby nie słyszał pytania Chrisa, jakbym była tylko ja.

Nie mogłam wydusić z siebie słowa.

- Sypiałem z nią. Z Jane. Przepraszam.

- To mi akurat nie powie wiele o tym, czy jest niebezpieczna czy nie.

- Jest bardzo niebezpieczna.

- Jane była córką tego skurwysyna? – wysyczał Chris.

- Dlaczego ich wyszkolił? – powtórzyłam pytanie Landa.

- Żeby się zemścić. I teraz jest tutaj. Uważa... uważa, że gdyby nie my, Connorowie, nie byłoby SKYNETu. Nie byłoby wojny. Zwariował, jak zginął Orlando.

- Boże – wyszeptała Diane gdzieś za moimi plecami.

- Dlaczego Greg porwał Keirę? – zapytałam.

- Chce Chrisa.

Land przeklął siarczyście.

- Dlaczego chce Chrisa?

- To Chris go wydał. Greg zasztyletował dwójkę żołnierzy ze swojego oddziału, bo nie wykonali jego rozkazu. Zabić drugiego człowieka to największa zbrodnia w naszym świecie. I Chris wiedział o Gregu. Znał zabitych. Pullman został wyłączony z Ruchu Oporu i wywieziony za miasto. Wypędzony.

- Ale wrócił – dokończył Chris. – I tym razem go zabiję. Jeśli skrzywdzi Keirę, zabiję skurwysyna!

- Greg jest niebezpieczny – dodał Damien.

- Gdzie może być?

- Nie mam pojęcia. Nie wiem. – Damien mówił prawdę. – Nie wiedziałem, że przeszli. Że są tutaj.

- Nie wiedziałeś. – Cofnęłam dłonie. Mężczyzna oparł się plecami o ścianę i zsunął się na płytki tarasu. Ukrył twarz w ramionach. Odwróciłam się do niego plecami, patrząc na Chrisa.

- Na pewno się odezwie – zapewniłam go. – Poczekajmy na telefon.

- Jeśli zrobi coś Keirze, zabiję go!

- Zabijesz – zapewniłam go szybko. – A teraz się uspokój. Gdzie Gabriel?

- Pojechał do San Diego, do szkoły. Wczoraj. Powiedział, że trafił na ślad Johna Henry'ego.

- Dlaczego nie skontaktował się ze mną?

- Bo tutaj nie ma cholernego zasięgu! – wybuchł. – Jadę do LA. Tam poczekam na telefon.

- Nigdzie nie jedziesz. – Rozłożyłam ostrzegawczo rękę. – Zostaniesz z nami. Nie rób głupot.

- Chodź, wariacie, zrobię ci kawę. – Alex pociągnęła Chrisa za rękaw.

- Lepiej idź – syknęłam. Spojrzał na moją mechaniczną kończynę i bez słowa poszedł do domu.

- Jeśli zrobi... – zaczął.

- Wiemy! – krzyknęłam. – Nie skrzywdzi jej, jasne?! Uspokój się!

Uklękłam przy Damienie. Po chwili zostaliśmy sami na tarasie. Słyszałam jednak prowadzone rozmowy.

- Damien – wyszeptałam. Niewiele myśląc, pocałowałam go w czubek głowy. Nie poruszył się. – Poznałam Jane.

- Co? – Podniósł na mnie oczy. Miał rozszerzone źrenice.

- Wczoraj na strzelnicy.

- Nic ci nie zrobiła?! – krzyknął nagle, chwytając mnie za ramiona i potrząsając mną.

- Nic, przestań.

- Przedstawiła się prawdziwym imieniem – zaczął, ale nie patrzył na mnie. – Wiedziała, że ci o niej nie powiem. Zna mnie lepiej niż ja siebie! Mogła zrobić ci krzywdę. Mogła cię zabić.

- Nic mi nie jest! – zapewniłam go szybko.

- Sypiałem z nią. Było mi z nią dobrze. – Mówił szybko, jakby te słowa paliły go w gardło. – Nie było ciebie. Była ona. Ze mną. Kochałem się z nią wiele razy od tamtej nocy poza miastem. Wiele razy. Była zła, kiedy szeptałem przez sen twoje imię. Była zła. Wściekła. – Mówił coraz szybciej. – Nie wiedziałem. Kazała mi o tobie zapomnieć. Nie chciałem. Potem...

- Wystarczy, Damien. – Objęłam go mocno. – Nic już nie mów. Proszę.

Zaczęłam kołysać go w ramionach. Jego ręce znalazły się na moich plecach. Płakał, ale żadne z nas nie widziało w tym nic złego.

- Przepraszam – wyszeptał.

- Ja też przepraszam.

Nastawiłam czajnik.

- Chyba nawet porządny kop w dupę nie pomoże mu się uspokoić – mruknęła Alex, patrząc na krążącego po salonie Chrisa. Raz po raz zerkał na nasze komórki leżące na stole, a więc tam gdzie był najlepszy zasięg. Żadna jednak jeszcze nie zadzwoniła.

- Damien zasnął. – Sarah weszła do kuchni. – Zaraz po tym, jak Eddie dał mu jakiś zastrzyk.

- Dobrze – powiedziałam cicho. Zdenerwowanie Chrisa udzieliło się nam wszystkim. Baliśmy się o Keirę. Moje dłonie ledwo mogły utrzymać kubek.

- Nie mogę uwierzyć, że zdradziłem. – Usłyszałam nagle. Eddie wszedł do kuchni.

- Nie zdradziłeś – zapewniłam go, marząc, żeby ktoś zapewnił mnie, że wszystko będzie w porządku.

- Ale tamten... stracił Diane i Orlando. Nawet... nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Sarah poklepała go po ramieniu.

- Wszystko będzie dobrze – powiedziała.

- Dziękuję – rzuciłam, siląc się na uśmiech.

Spojrzałam na Chrisa. Wreszcie usiadł na kanapie ze wzrokiem wbitym w telefony. Między nim a Damienem była bardzo silna więź. Przyjaźnili się.

Poszłam do salonu i usiadłam obok mężczyzny.

- Czego chcesz? – syknął. Podałam mu kubek herbaty.

- Jak się poznaliście? Ty i Damien?

- U Keiry. Damien przychodził do niej i razem pracowaliśmy nad Gabe'em na rozkaz Connora. To było zanim zamieszkałem na Cmentarzysku na stałe. Nie przedstawił się z imienia na początku, ale potem musiał, bo czy tego chciał, czy nie, stałem się członkiem „rodziny". A potem zaczął mnie wypytywać o ciebie.

- Dałeś mu mój kolczyk, prawda?

- Tak. Dałem. Często wyjmował go spod koszulki i przyglądał się mu z uśmiechem.

- Co się stało z kolczykiem?

- Jane go zabrała. Tak uważa Damien.

- Jaka ona była? Jest?...

Uśmiechnął się gorzko.

- Lecieli na nią wszyscy. Gdybym nie miał Keiry, pewnie też wziąłbym udział w tym wyścigu szczurów. Ale Damien trzymał się z boku i chyba dlatego wybrała właśnie jego. Naraził się wszystkim Wilkom.

- Wilkom?

- Tak, obaj byliśmy Wilkami. Służyliśmy pod generałem George'em Wallace'em.

- John pozwolił Damienowi walczyć?

- Connor przestał mieć na niego haka – ciebie, więc Damien wreszcie się zbuntował.

Podsunęłam kolana pod brodę. Chris zaczął skubać postrzępiony brzeg kurtki.

- Było ciężko – zaczął, ale wtedy zadzwonił telefon. Jego.

Odebrał szybko, wstając błyskawicznym ruchem.

- Greg!? – wrzasnął do słuchawki.

- Nie, to ja, Gabe. – Usłyszałam.

- Niech cię cholera!

- Domyślam się, że Keiry jeszcze nie ma.

- Nie ma. Dlatego muszę się rozłączyć, zaraz może zadzwonić... Gdzie jesteś?

- W Waszyngtonie.

- Co tam robisz, do jasnej cholery!?

- Tropię Johna Henry'ego.

- Wracaj.

- Wracam. – Rozłączył się.

Chris odłożył na stół komórkę, siadając. Wtedy zadzwoniła znowu.

- Gabe? – Odebrał ze wściekłością.

- Nie, Land. Zła odpowiedź. – Chris znieruchomiał.

- Greg.

- Tak, bingo, kolego.

- Gdzie Keira?!

- Ze mną. Śliczniutka ta twoja dziewczyna. Taka miękka, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

- Jeśli tkniesz ją chociaż małym palcem...

- Wyluzuj. Nie jest w moich typie, wolę chudsze. To jak się umawiamy, co, Land?

- Słucham ciebie.

- Och, to świetnie. Spotkajmy się w LA. Wilson Street 89. Przy dokach. Szukaj czerwonej ciężarówki.

- Kiedy?

- Chyba jak najszybciej, co? Aha i lepiej bądź sam. Od razu kapnę się, jak podstawisz tego płynnego i dziewczynka straci głowę. Szkoda byłoby takich ślicznych włosków, co, Land? Nie życzę sobie też nikogo z twojego oddziału, jasne? Żadnego Connora. I bez Williams. Ją zaklepał sobie Michael.

- Michael Cullen?

- Taa, ten sam.

- Kto jeszcze jest z tobą?

- Teraz nikt, ale sporo nas tutaj. Twój oddział powinien uważać. Czekam. – Rozłączył się.

Wstałam.

- Jadę sam – powiedział szybko.

- Odwiozę cię do miasta, a potem będę trzymała się z daleka – obiecałam szybko. – Nie chcę, żebyś prowadził w tym stanie.

- Ale potem trzymasz się z daleka?

- Z daleka.

Usiadłam za kierownicą czarnego hummera.

- Uważajcie na siebie – powiedziała Sarah, która wyszła z Alex i Johnem na podjazd.

Kiwnęłam głową.

Przez całą drogę Chris sprawdzał pistolety. Miał ich osiem. Wiedziałam, że świetnie radził sobie z bronią palną, ale sama jej ilość była teraz złym pomysłem. Nie odezwałam się jednak. Wysadziłam go przy skrzyżowaniu. Do nadbrzeża miał tylko kilometr. Ostatecznie wziął cztery guny.

- Dzwoń – rzuciłam jeszcze, odjeżdżając. Wybrałam numer Gabe'a.

Odebrał niemal od razu.

- Chris poszedł na spotkanie z Gregiem – powiedziałam.

- Już jadę.

- Masz jeszcze kawał drogi przez sobą.

- I sto osiemdziesiąt na liczniku.

- A ile wozów policyjnych?

- Oprócz tego, którym jadę? Na razie zero.

- Zwolnij, Gabe. Chris to załatwi. Co z Johnem Henrym?

- Pozbył się mojego chipa. Znalazłem go w śmieciach.

- Uważaj na siebie.

- Ja nie muszę, jestem niezniszczalny. Chrisa łatwo zranić.

- Wcale nie tak łatwo.

- Rozumiesz, co mam na myśli? Jest człowiekiem. Tak, jak ty.

- Wiem. Dlatego będzie bardzo ostrożny, ratując Keirę.

- Tak. Na razie. Słyszę radiowóz. Chyba faktycznie zwolnię. – Rozłączył się.

Zostawiłam auto na parkingu. Otworzyłam laptopa i podłączyłam się do komputera.