Harry pracował nad tym ponad tydzień. Nie był zbyt dobry w pisaniu, więc ślęczał nocami i na wszystkich przerwach nad tym pomiętym strzępkiem pergaminu, który miał być wybawieniem dla jego najlepszego przyjaciela. Niestety plotki nie ucichły, a Ron nie mógł swobodnie wyjść nawet do biblioteki, by nie słyszeć za sobą przytłumionych chichotów. Jak można było się spodziewać — Gryfon nie znosił tego najlepiej, ku zdumieniu Harry'ego, który twierdził, że Weasley i tak ma wiele szczęścia, bo przynajmniej nikt nie próbował go dotknąć lub zaprosić do siebie. To akuratnie było dużą zasługą Malfoya, notorycznie warczącego na każdego, kto choćby na centymetr zbliżyłby się do rudzielca. Ślizgon wziął sobie chyba za punkt honoru bronić swojego chłopaka — jak nazywali Rona inni domownicy Slytherinu. Dom Lwa nie ustosunkował się do panujących plotek i dziwnej notki, ale patrzył podejrzliwym wzrokiem na rudzielca i ten nie wiedział, czy to z powodu orientacji, czy po prostu Malfoya, który stale opowiadał o coraz to nowych szczegółach łączącej ich relacji.
Bardzo interesującej relacji. I dogłębnej.
Zbyt dogłębnej jak na wrażliwy żołądek Rona.
Harry nie wierzył własnym oczom, ale przez okrągłych siedem dni jego rudowłosy przyjaciel omijał szerokim łukiem wspólne posiłki. Przemykał od czasu do czaru do kuchni i podjadał lub Zgredek przynosił mu zamówione wcześniej dania, choć i one nie zawsze zostawały w pełni skonsumowane. Nerwy tak bardzo wpłynęły na apetyt Rona, że z trudem tykał nawet ulubiony budyń czekoladowy. To z kolei spowodowało panikę wśród przyrządzających dania. Skrzaty — dotąd wprost wielbiące Weasleya za jego niesamowite możliwości w kwestii pochłaniani potraw, popadły w kompletne osłupienie, gdy Zgredek w lekkim szoku wrócił z prawie nieruszonym talerzem. Jeszcze przez długie godziny odwiedzały Rona, pytając, czy na pewno wszystko z nim w porządku, a on tylko machał na nie rękami, nie odpowiadając wprost.
Harry ścisnął mocniej pergamin, mnąc go jeszcze bardziej i postawił ostatnią kropkę. Popatrzył na dzieło swojego umysłu i wyobraźni, i na jego ustach zagościł szeroki uśmiech.
ooo
Odszukanie Rona nie było łatwe, choć w zasadzie nie było też trudne. Wystarczyło tylko omijać wszelkie tłumy Ślizgonów i Gryfonów, których unikał rudzielec. Skutkiem tego Harry dotarł pod salę eliksirów o godzinę za wcześnie. Boczny korytarz, w którym znajdowało się wejście do klasy, był chyba najbezpieczniejszym miejscem w Hogwarcie. Nikt bez potrzeby się tam nie zapuszczał, a nawet jeśli takowa zaistniała — robiono to grupowo i w ściśle określonej kolejności. Przewidzianej planem zajęć, który też Ron trzymał w dłoni, sprawdzając, jak długo może tu zabawić.
— Cześć — mruknął Harry, wyciągając dwie kanapki, na które rudzielec nie zwrócił nawet uwagi.
— Cześć — odpowiedział, wkładając rękę do kieszeni. — Uspokoiło się? — spytał z nadzieją.
Harry kucnął koło niego, rozpakowując śniadanie i wbił zęby w razowy chleb.
— Nie, ale we wszystkich opowieściach jesteś na górze — pocieszył przyjaciela, krusząc po podłodze.
Weasley ukrył twarz w dłoniach i zaczął bujać się w przód i w tył. Weszło mu to w nawyk jakiś czas temu, gdy nie potrafił poradzić sobie z jakąś trudną zagrywką w quidditchu, ale najwyraźniej zaczęło dotyczyć coraz szerszych kręgów problemów.
Faktycznie — wszystkie dotychczasowe plotki, które krążyły o Malfoyu i Ronie, stawiały Gryfona w dość dobrym świetle. Jako całkiem stanowczego, ale i czułego kochanka. Co prawda Harry miał nadzieję nigdy nie dowiedzieć się takich informacji o swoim przyjacielu, ale skoro zło się stało… Postanowił przynajmniej przysłuchać się i być może wyłapać tego, kto jest autorem tych pogłosek. Na razie szczęście jednak mu nie dopisywało, choć zdążył już wyprostować kilka niespójnych informacji. Ze swojego doświadczenia i dotychczasowych obserwacji wiedział, że rudzi nie wszędzie są rudzi i w tej kwestii bardziej stawiałby na blond Malfoya, który miał ewidentne problemy z barwnikiem. Spotkało się to z salwami śmiechu, które przerwał sam najbardziej zainteresowany Ślizgon, twierdząc, że Harry nie ma podstaw do tego typu osądów. Chwilę potem rozgorzała gorąca dyskusja, którą przerwała dopiero McGonagall. Nieszczęśliwie zresztą dla siebie, bo tylko parę sekund później ewakuowała się zaczerwieniona do pokoju nauczycielskiego.
Hogwart chyba nigdy nie był aż tak pozbawiony hamulców moralnych jak przez ostatni tydzień. Wypuszczona z purytańskich oków młodzież odkryła, że jest popychana do przodu popędem seksualnym, któremu też oddała prym. Flitwick, podobnie jak McGonagall, unikał pytania, o czym tak zawzięcie dyskutują jego uczniowie. Dumbledore zamknął się w swoim gabinecie, udając, że ma ważniejsze sprawy. Pomfrey uzupełniła zapasy eliksirów antykoncepcyjnych, a pani Pince wywiesiła napis na drzwiach biblioteki, że to nie darmowy pokój i wciąż obowiązuje cisza.
Jedyną osobą, która tak naprawdę nie zareagowała na całe zamieszanie, był Snape. Patrzył tylko na poszczególne grupki zaczerwienione od domysłów z politowaniem. Żaden mięsień nie zdradził, że mężczyzna może być choć trochę zainteresowany zamieszaniem. Nigdy nie wypowiedział na ten temat żadnego słowa. Nie zaczerwienił się, nie zająknął, nie odjął nawet punktów.
Na niego więc Harry upatrzył sobie swoją ofiarę, bo wszystko się zgadzało. Snape był jego największym naturalnym wrogiem, choć Voldemort być może mógłby poczuć się tym urażony. Jednak Tom zagroził jego życiu do tej pory tylko parokrotnie, natomiast Snape był jak mugolska bomba z opóźnionym zapłonem, która groziła wybuchem, ilekroć spotykali się na korytarzu. A widywali się codziennie, co logicznie dawało nieograniczone możliwości.
Harry uścisnął dłoń Rona, dodając mu otuchy i zostawił mu wymięty pergamin, który wypełniał swoim pismem od prawie tygodnia.
ooo
Gdybym kiedykolwiek się odważył, złapałbym za poły jego czarnej szaty i pociągnąłbym go w dół. Wprost na moje nagie ciało. Kilka guziczków zapewne odleciałoby, ale to nawet lepiej, bo nie musiałbym ich odpinać. A tak bardzo chcę zobaczyć go nago.
Zawsze chodzi pozapinany pod samą szyję, nic więc dziwnego, że tak bardzo mnie kusi, by zobaczyć, co ukrywa. Nie rozebrałbym go jednak szybko. Robiłbym to perwersyjnie powoli, ciesząc się z każdego centymetra kwadratowego jego nieopalonej skóry, czcząc ją w odpowiedni sposób. Znacząc zębami i językiem, słuchając niskich pomruków, które bezwolnie uciekałyby z jego ust.
Tak, właśnie. Sprawiłbym, że je wąskie wargi należałyby do mnie i tylko do mnie. Pozostawałyby w moim władaniu tak długo jak sam bym chciał. Pieszczone i maltretowane, spuchnięte, zaróżowione. MOJE.
Czasem zastanawiam się, czy jego język jest szorstki od wypowiadania wszystkich tych ciętych uwag. Jeśli tak — ciekawe, jakie byłoby to uczucie, gdyby lizał nim mojego penisa, drażniąc, skubiąc. Od trzonu po główkę. Czy sprawiłby, że wiłbym się, jęcząc, unieruchamiany przez jego szerokie ramiona?
Czasami też rozmyślam, jak byłoby poczuć całego jego na sobie. Nagiego, odkrytego, podnieconego. Czy jego dłonie pieściłyby moje ciało delikatnie, medycznie sunąc opuszkami palców po cienkiej skórze, sprawiając, że odczuwałbym to jak słodką torturę? Czy wręcz przeciwnie? Dałby się ponieść ogniowi, który widzę w jego oczach na każdej lekcji eliksirów i szczypałby moje sutki, zostawiając zaczerwienione ślady, a ja oddałbym mu się, rozważając, ile w tym mojej woli, a ile jego dzikości…
Ron czknął, upuszczając pergamin na wilgotną podłogę. Jego spodnie były nieprzyjemnie przyciasne, ale masturbowanie się w tym korytarzu, gdy za ścianą jest Snape, wydawało mu się równie pociągające, co nierozsądne. Chwilę podejrzewał, że to Harry mógł być autorem pierwszej notatki, ale odrzucił ten pomysł. Inny styl pisania, inne słownictwo.
TO było dużo lepsze.
