Następnego dnia burza przybrała na sile; ciął deszcz i dął wiatr. Zdawać by się mogło, że Londyn został przeniesiony w sam środek oceanicznego szkwału. Byliśmy więc zmuszeni pozostać w domu. Wiatr przybierał na sile, podczas gdy my jedliśmy kolację, a pani Hudson sprzątała naczynia.
Podniosła właśnie serwis do kawy, a niesforna łyżeczka zsunęła się z jednego krańca tacy na drugi. Watson zacisnął dłoń na brzegu stołu. Mimo opalenizny widać było, jak bieleją mu kłykcie.
- Co się stało, Doktorze? - Spytała pani Hudson z pewnym zaskoczeniem.
- Musi być urażony, bo przypadkowo kopnąłem go pod stołem w łydkę - powiedziałem szybko, przybierając skruszoną minę. - Bardzo przepraszam, Doktorze. Jeśli posiniaczyłem twoją nogę, jestem gotów uznać, że na resztę wieczoru staniesz się moim koncertmistrzem.
- Powinien być pan bardziej ostrożny, panie Holmes - gderała pani Hudson. Ta kobieta posiada trzy cechy, z których każda z osobna uczyniłaby mi ją drogą: stabilny charakter, dobre serce i dom z bardzo rozsądnym czynszem. Ogromnie lubi Doktora i pokazuje to bez zahamowań. Być może lubi i mnie - jeśli jednak tak jest, okazuje to bez przerwy gderając, za co nawet nie mogę jej winić. Ostatecznie jestem odpowiedzialny za pojawiających się wciąż interesantów, którzy pukają do jej drzwi o najdziwniejszych godzinach.
Kiedy wyszła, natychmiast spojrzałem na Watsona, chociaż bardzo uważałem, by zachować mój normalny, obojętny spokój. Widziałem to już wielokrotnie. Jego oddech przyspieszył, policzki zbladły, zaś niebieskie oczy patrzyły na stół... a przecież wcale nie na stół. Watson ma dłonie chirurga, o wiele szersze niż moje i nie tak chaotyczne, chociaż bardzo piękne i zdolne... teraz drżały lekko, a ja wiedziałem, co mój przyjaciel myśli, gdy na nie spogląda: „Przestań się trząść, do cholery, albo nigdy więcej nie utrzymasz skalpela. Już i tak brak ci symetrii, już i tak cierpisz ból. Wystarczy. Przestań się trząść albo na zawsze pozostaniesz bezużytecznym inwalidą, który boi się łyżek. Przestań się trząść albo on weźmie cię za tchórza."
John Watson jest najdzielniejszym człowiekiem, jakiego w życiu poznałem. Brak mi tchu, kiedy myślę, ile odwagi wymagał do niego każdy dzień; ile hartu ducha musiał mieć, by patrzeć, jak jego przyjaciele bezsensownie umierają, podczas gdy on nie mógł temu przeciwdziałać, chociaż to przeciwdziałanie należało do jego obowiązków. Gdybym miał pewność, że przez hałas nie stracimy dachu nad głową, codziennie rano oddawałbym mu honory kanonadą. Ale nic nie doprowadza Watsona do wściekłości tak szybko, jak jego własna trauma.
- Chciałbyś mi opowiedzieć? - spytałem miękko.
Zacisnął zęby. Potem wypuścił z płuc powietrze i rozluźnił uchwyt na stole.
- Dziękuję - westchnął. - Że wziąłeś winę na siebie.
- Nie musisz dziękować.
- Ale jest mi przykro, że uznała, iż to twoja wina.
Watson wie, że nienawidzę, kiedy przeprasza za okazanie uczuć. I tak, nienawidzę tego całym sobą. On jest weteranem wojennym, należałoby na jego cześć zorganizować paradę; naprawdę nie powinien czuć się zmuszony, żeby po wielokroć przepraszać za drobiazgi. Wie, że tego nienawidzę, więc przestał błagać o wybaczenie za sam atak i zamiast tego wyraża swoją potrzebę ekspiacji w inny sposób. „Przykro mi, jeśli zabolało cię ramię, gdy tak mocno je chwyciłem. Przykro mi, że spóźniliśmy się na pociąg. Przykro mi, że ta kobieta pomyślała, że mnie przestraszyłeś. Przykro mi, że rozdarłem twój rękaw. Przykro mi, że rozlałem twoją herbatę. Przykro mi, że pomyślała, że to twoja wina".
Nie nienawidzę tego ani odrobiny mniej. Nic jednak dobrego nie wyniknie z tego, że w konsekwencji stracę cierpliwość, prawda?
- Wybaczy mi - wzruszyłem ramionami. - Poza tym, uwielbia mnie besztać. Zrobiłeś jej przysługę.
- Haubica - powiedział, przyciskając do oczu palec wskazujący i kciuk - Kiedy przesuwali ją, by zmienić kierunek i zabić kolejny tuzin ludzi, wydawała z siebie dźwięk... No cóż. Słyszałeś ten dźwięk.
Słyszałem. Wstałem i podszedłem do jego krzesła. Pochyliłem się, ująłem dłoń, którą pocierał oczy i ucałowałem go w czoło.
- Mówiłem poważnie o koncercie. Czego sobie życzysz? - spytałem.
Jeśli kocham Watsona za coś innego niż jego własne zalety, to za to, jak patrzy na mnie, kiedy gram na skrzypcach. Sam nie jest muzykalny, ale głęboko ceni muzykę, zwłaszcza moją, co jest tak cudowne, że aż zatrzymuje serce. Mogę ukołysać go do snu swoimi melodiami. Nie jest to powód do wstydu, lecz do dumy; szczycę się, że w ten sposób zapewniam mu chwilę spokoju. Kiedy zaś gram piosenki, które mają utrzymać go na jawie, siedzi i obserwuje mnie, jakbym był cudem. Z niektórymi z moich poprzednich partnerów granie na skrzypcach przypominało sztuczkę taniej dziwki, zaś z innymi było tylko miłym talencikiem, ale z Watsonem jest inaczej. Z Watsonem wszystko jest inaczej.
- Którą z sonat Mendelssohna grywasz tak wspaniale? - spytał odrobinę nieśmiało.
- Każdą - zażartowałem.
Poszedłem po mego stradivariusa i wyciągnąłem go ostrożnie z futerału. To moja najukochańsza nieożywiona własność na całym świecie. To nie te skrzypce, które podarował mi ojciec, gdy miałem sześć lat, a on wciąż mnie lubił, ani tani zastępczy instrument, który kupiłem od lichwiarza, gdy pierwszy się zniszczył. Te skrzypce są inne, cudowne i moje.
- Chodzi ci o tę napisaną dla Ferdinanda Davida? - spytałem.
- Nie, o wiele wcześniejszą, ale równie...
- Sonata F-mol, opus czwarty - zawyrokowałem, unosząc smyczek.
Zagrałem szybko kilka gam, by rozgrzać palce i dostroić skrzypce. Już po kilku sekundach dostrzegłem kątem oka, że dłonie Watsona przestały się trząść. Wyśmienicie. Znów mi się udało i to w zgoła rekordowym tempie. Ledwie zacząłem utwór, gdy usłyszałem, jak ktoś dzwoni do drzwi wejściowych na parterze.
- Kto by się tu fatygował w taką noc? - zastanawiałem się, gdy rozbrzmiały kroki na schodach. Opuściłem instrument.
Watson, który już wrócił do siebie, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Stanął w nich mój brat, Mycroft Holmes, zajmując sobą niemal całą futrynę. Odłożyłem skrzypce na stół.
- Pan Holmes - powiedział Watson z zaskoczeniem. Po chwili ciepło dodał - Proszę wejść, sir. Z dużym smutkiem przyjąłem wiadomość o pańskiej stracie.
Mój brat wszedł do pokoju, ociekając wodą. Odłożył przemoczony kapelusz na stół i przesunął dużymi dłońmi po rękawach. Nie miałem pojęcia co, do diabła, Mycroft może robić na naszych włościach, ale miałem pewność, że wizyta nie będzie dla mnie przyjemna. Nie żeby mój brat życzył mi źle - wręcz przeciwnie - ale w obliczu straty, o której wspomniał Watson, jego nagłe najście było niepokojące. Mycroft jest człowiekiem, którego relacje ze światem zewnętrznym są oparte na raczej luźnych więzach i na surowych regułach, które ograniczają jakikolwiek chaos. Mycroft nienawidzi chaosu, bo doświadczył go aż zbyt wiele. To dlatego codziennie wstaje punkt szósta trzydzieści, je takie samo śniadanie, jedzie omnibusem do pracy w Whitehall – bo nigdy nie był bogatszy ode mnie – je posiłek w tym samym pubie za rogiem, jedzie tym samym omnibusem do domu przy London Bridge i pracuje, dopóki nie położy się do łóżka koło północy. Nigdy nic nie zmienia, nigdy nie waha. Wtedy chaos mógłby się wkraść w jego życie. A chaos jest najpodlejszą rzeczą, jaką mój brat jest w stanie sobie wyobrazić. Poczułem ukłucie niepokoju na widok jego ciężkiej, mokrej twarzy i błyszczących, otoczonych zmarszczkami oczu.
- Mycroft, bracie - powiedziałem. - Co cię do nas sprowadza?
Jego szare oczy przemknęły po całym otoczeniu. Nigdy wcześniej nie postawił stopy na Baker Street, nawet w trakcie sprawy pana Melasa. Wszedł głębiej do pokoju - jego tweedowa marynarka zaczynała się przecierać na łokciach - i opadł na fotel.
- Dziękuję, doktorze Watsonie. Bardzo przyjemne mieszkanie, Sherlocku - powiedział do mnie. - Pasuje do ciebie. Bóg jeden wie, że pasuje do ciebie bardziej niż niektóre z twoich poprzednich lokum.
Nie wszystkie moje poprzednie mieszkania cieszyły się aprobatą mego brata.
- Mais dis-moi, comment vas -tu? - spytałem go. Byłem bardzo zmartwiony.
- Assez bien, je pense, mais en fait je ne sais pas. Très mal, peut-être. Et toi, petit frère?
Zauważywszy dziwny językowy tik, który uruchomił mi się na sam widok mojego starszego brata, stwierdziłem, że nie musiał pytać, jak się czuję. Pospiesznie przeszedłem z powrotem na angielski.
- Doskonale. Właśnie zaczynałem skrzypcową sonatę. Chciałbyś może posłuchać?
- Sherlocku, cała twoja rozbuchana miłość własna mogłaby być oparta tylko na twoim talencie muzycznym, nie przeczę. Jednakże przyszedłem tu w konkretnym celu.
- Czy coś się stało?
„Idiota" - pomyślałem natychmiast. - „Jesteś zupełnym idiotą. Dlaczego nie umiesz zadawać takich pytań i rzucać takich uwag, które normalna istota ludzka uznałaby za odpowiednie?"
- Można to i tak ująć – odpowiedział sucho, przyciskając palec do ust.
Mój brat nie ma tak wyrazistego wdowiego szpicu jak ja, ale z zaskoczeniem dostrzegłem, że na szczycie głowy zaczynał już łysieć, a jego skronie robiły się szpakowate. Zmówiłem cichą modlitwę, bym nie wyglądał tak samo za siedem lat. Mój przyjaciel Doktor lubił chwytać moją bujną czuprynę w pewnych określonych okolicznościach, a ja także czerpałem z tego przyjemność.
- Jaki masz zatem cel? Jak zawsze cieszę się, że cię widzę, ale nie masz w zwyczaju składania niezapowiedzianych wizyt, mój bracie.
Ktoś znający mnie gorzej mógłby się zdziwić. Ktoś znający mnie gorzej mógłby powiedzieć: „Czyżbyś nie otrzymał telegramu? Czyżbyś o niczym nie wiedział?". Ale nie mój brat. Mój brat czyta we mnie jak w książce, podczas gdy dla większości ludzi – poza Doktorem – pozostaję zagadką. Doskonale wiedział, co usiłowałem osiągnąć. Pewna część mnie – bardzo mała część – nienawidziła tego.
- Moje najście spowodowane jest niedawnym zgonem naszego ojca – westchnął, przechodząc od razu do sedna sprawy. - Muszę z tobą porozmawiać i... no cóż... chciałem cię zobaczyć.
- O co chodzi? - spytałem. Kątem oka dostrzegłem, że Watson wpatruje się we mnie z uwagą i troską, stojąc między swym fotelem a biurkiem. Zajmę się nim później.
- Poza kwestią zakończonego życia? O nic – odparł Mycroft szorstko. - Ale, Sherlocku, zawsze bardzo szybko przyswajałeś wiedzę. Przykro by mi było dojść do wniosku, że tracisz swoją wyjątkową umiejętność wyciągania racjonalnych wniosków. Naprawdę nie wiesz, dlaczego tu jestem?
Zarzucał przynętę. Zazwyczaj tyle by wystarczało. Tym razem jednak opierałem się.
- Nie mam pojęcia.
Mycroft zmarszczył nos i spojrzał na mnie z namysłem. Znałem to spojrzenie od dnia moich narodzin.
- W takim razie dam ci mało subtelną wskazówkę, bo z niezrozumiałych dla mnie przyczyn znacząco zgłupiałeś od czasów, kiedy ostatnio miałem przyjemność przebywać w twoim towarzystwie. Jak doskonale wiesz, od naszej rodzinnej posiadłości dzielą nas tylko dwie godziny jazdy pociągiem.
- Mycrofcie, czemuż miałaby mnie obchodzić jazda pociągiem, niezależnie od jej długości?
- Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybyś wraz ze mną wziął udział w pogrzebie.
Prawie się roześmiałem, jednak dźwięk utknął mi w gardle. Usiłowałem przybrać wyraz twarzy świadczący o umiarkowanym zaskoczeniu. Prawdopodobnie wyglądałem, jakby właśnie mnie zapytano, czy umiem fruwać. Watson – Bogu niech będą dzięki za jego przyjaźń – skrzyżował ręce i czekał, po prostu czekał, by przekonać się, czy potrzebna mi jego pomoc. Dłoń na ramieniu, pieszczota w odosobnieniu, rozsądne słowo, gdy okaże się potrzebne... Watson uważa, że jego obowiązkiem jest zapewniać te rzeczy. Zaś moim obowiązkiem, rzecz jasna, jest niepozwalanie, by jego nerwy zszargały się z tak mało istotnej przyczyny jak ja.
- Obawiam się, że będę zajęty. Wspomniałeś, że kiedy to będzie? - zapytałem.
- Nie wspomniałem. I ostrzegam cię – twoje dowcipkowanie nie wydaje mi się na miejscu w tych okolicznościach – odparł Mycroft głosem suchym jak pustynia.
- Nie dowcipkowałem. To w żadnej mierze nie miał być dowcip. Data mnie nie obchodzi – bądź pewien, że będę wówczas zajęty.
- Jutro po południu. Sherlocku, być może źle mnie zrozumiałeś – nalegał. Cieszyłem się, że usiadł, gdyż wydawał się bardzo blady, a nie byłem pewien, czy, gdyby się przewrócił, nasza podłoga przetrwałaby uderzenie. - Nie proszę cię, byś mi towarzyszył ze względu na niego. Chyba wiesz, że chcę tego, co dla ciebie najlepsze?
- Owszem. Obawiam się jednakże, że nie masz pojęcia, co jest dla mnie najlepsze.
Wiedziałem, że jestem niesprawiedliwy. Wiedział to także Watson – jego oczy pociemniały, ale ugryzł się w język.
Mycroft wyciągnął się w fotelu i splótł palce. Powinienem był wiedzieć, że nie ma sensu go prowokować – po moim pełnym dystansu bracie docinki spływają jak woda po kaczce. Tak, unika chaosu jak zarazy, lecz kiedy napotka stanowczy sprzeciw, nie ma na świecie osoby, której łatwiej przychodziłoby zupełne zignorowanie oporu. Znów wydawał się ospały i cichy. Natychmiast pospieszyłem naprawić mój błąd.
- Mycrofcie, obawiam się, że muszę cię prosić, byś udawał, że przybyłeś tu, by wysłuchać przepięknego wczesnego utworu Mendelssohna w interpretacji twego młodszego brata, a także by napić się znośnej, choć niezbyt drogiej brandy, podczas gdy na zewnątrz szaleje burza. Właśnie po to tu przybyłeś, prawda? Alkohol, Mendelssohn i braterstwo. Powiedz, że po to przyszedłeś – zażądałem gorączkowo.
- Podczas pogrzebu będziesz mógł spotkać swoich kuzynów – zauważył uparcie.
- Naszych kuzynów – poprawiłem go, podchodząc do szafki, by nalać sobie sutą porcję brandy. - Których nie cierpisz.
- Niektórzy są nie do zniesienia. Inni natomiast stoją z boku. Polubiłbyś ogromnie Remy'ego Vernera, gdybyś tylko...
- Kiedyś Remy Verner, nie szczędząc mi bólu, rozplątywał moje obandażowane ramię, by obejrzeć skomplikowane złamanie, chociaż wyraźnie mu powiedziałem, że sobie tego nie życzę.
- Miał po temu powód. Obecnie studiuje medycynę. - Mycroft uśmiechnął się. Nie dzieliłem jego rozbawienia. Remy Verner w najlepszym razie jest filistrem. W najgorszym – okrutnikiem.
- Zapach sosny – mruknął Watson. Nie mówił do nikogo w szczególności, patrzył tylko z namysłem w dywan.
Bardzo odbiegł od tematu, lecz było to zrozumiałe. Natychmiast pojąłem, o co mu chodzi. Doktor wspominał, jak powiedziałem mu, że nienawidzę zapachu świeżej sosny, gdyż w dzieciństwie, podczas potwornego wypadku na koniu, złamałem rękę i wylądowałem w stosie leżących na ziemi gałęzi sosnowych. Ku mojej konsternacji Mycroft zacisnął wargi i rzucił Watsonowi czujne spojrzenie.
- Powiedział panu o tym?
- Słucham? - Watson wrócił do siebie. - O upadku z konia? Tak, coś wspominał.
- Coś takiego! - Wycedził mój brat. Kiedy ma ochotę, cedzi nieskończenie sarkastycznie. Doskonale wiem, po kim to przejął. I nie miałem zamiaru uczestniczyć w pogrzebie osoby za to odpowiedzialnej.
- Zostawmy ten temat – powiedziałem.
- Ależ nie, jestem zachwycony... najwyższy czas, byś nauczył się, że twoje życie nie musi pozostawać całkowitą zagadką dla twoich przyjaciół.
- Gdybyś tylko mógł, sam wolałbyś spędzać dni w zupełnej ciszy – szydziłem. - Co za szkoda, że bieda ci na to nie pozwala. Jestem jednak pewien, że pogawędki w Whitehall są dla ciebie jedynie wykalkulowanym sposobem na utrzymanie posady.
- Być może. Ale naprawdę się cieszę, że zaczynasz być w stanie mówić o...
- Przestań! – zażądałem, zaciskając pięści.
Watson zmarszczył brwi i odepchnął się od biurka, o które do tej pory się opierał.
- Bardzo przepraszam, jeśli poruszyłem temat osobisty i bolesny – powiedział cicho. - Jeśli wolicie porozmawiać na osobności, to wyjdę.
- Zostań – powiedziałem, nie myśląc jasno.
Zdumienie Mycrofta rosło z każdą chwilą.
- Ależ... och, na miłość boską, Sherlocku, powiedziałeś mu o swoich próbach ucieczek czy nie?
Nie, nie powiedziałem.
Powiedziałem Watsonowi o wypadku, ale nigdy o przyczynie mojej eskapady do lasu. Przyczyną była chęć opuszczenia posiadłości mego ojca w wieku dwunastu lat. Kiedy chodzi o Doktora, próbuję się stawiać w dobrym świetle. Zaś ogromnym wstydem napełniało mnie, że mimo licznych prób ucieczek, nie odniosłem sukcesu do szesnastego roku życia. Zawsze kończyło się tym, że zawlekano mnie w niesławie z powrotem. Pierwsza próba, zakończona złamaniem ramienia, była jedną z przykrzejszych. Patrząc jednak z perspektywy czasu, także kolejne wysiłki naznaczone zostały własnymi szkarłatnymi bliznami agonii.
- Nie musimy o tym mówić - pospieszył z zapewnieniem Watson, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Wybacz mi niezręczność.
I wtedy Mycroft zrozumiał. Szczerze mówiąc, pewnie wiedział już wcześniej. Musiał się chociaż domyślać podczas sprawy greckiego tłumacza. Ale, Boże mój, wtedy uzmysłowił to sobie z całą pewnością. Wyczytałem to z jego pyzatej twarzy, podczas gdy nadal patrzył na mnie, jakbym był eksperymentem naukowym. Widziałem, jak jego ciemne brwi drgnęły, a groteskowo inteligentne, zdystansowane, ciemnoszare oczy błysnęły. Dedukcja dobiegła końca zanim miał szansę zdać sobie sprawę, jakie przesłanki doprowadziły go do tych wniosków. Mógłbym sam mu je wyłuszczyć:
1. Pierwsza przesłanka: mój brat Sherlock jest i zawsze był najhomoseksualniejszym młodzieńcem, jaki kiedykolwiek zaszczycił brytyjskich miłośników z Sodomy swoją uwagą.
2. Druga przesłanka: mój brat nie dzieli się wspomnieniami z dzieciństwa ze swoimi znajomymi, przez co wydaje się rówieśnikom zdystansowany i nieprzystawalny.
3. Nowy dowód: doktor Watson nie znajduje Sherlocka nieprzystawalnym. Kiedy poraziła go wzmianka o dzieciństwie, doktor Watson pospieszył uspokoić mego brata. A zatem...
4. Doktor Watson uważa szczęście Sherlocka za równie istotne, jak swoje własne.
5. Wniosek: Doktor oraz mój brat są nie tylko współlokatorami, ale i kochankami.
- Nie chciałem cię zdenerwować - powiedział Mycroft łagodniej. Na jego ustach igrał uśmiech. Nie wiedziałem, czy go za niego kocham, czy też nienawidzę. Postanowiłem zdecydować później.
- Nie zdenerwowałeś mnie. - Powróciłem do szafki po więcej alkoholu, zbyt późno umykając dłoni biednego Watsona. Natychmiast zatęskniłem za jego dotykiem.
- Oczywiście. Doktorze, jeśli przez to, co powiedziałem, poczuł pan dyskomfort, również pana przepraszam - dodał Mycroft z westchnięciem, przesuwając dłonią po obwisłej twarzy. Zawsze tak wygląda, kiedy łżę mu w żywe oczy. Tylko ja jestem w stanie doprowadzić mego brata do stanu takiego wyczerpania.
Watson kiwnął głową, roztaczając wokół siebie specyficzną atmosferę umiarkowanego zainteresowania i wdzięku. Potem dalej obserwował, jak się spokojnie rozpadam, a jego cudownie ukształtowane usta zacisnęły się ze współczuciem. Ja natomiast sączyłem kolejnego drinka, a przed oczami tęsknie tańczyły mi igły. I byłem wściekły. Jak mój brat śmiał wejść do mojego domu... do naszego domu, do domu Watsona i mojego... i wydedukować, że przysposobiłem kochanka? Mój przyjaciel był w stanie zachować spokój tylko dlatego, że nie zauważył nagłego, brudnego oświecenia Mycrofta.
- Sherlocku, nie mógłbyś jeszcze raz tego rozważyć? Mój chłopcze, pytam przez wzgląd na twoje zdrowie psychiczne. To byłoby postawienie kropki nad i w kwestii twoich relacji z ojcem – nalegał Mycroft.
- Kropką nad i tej relacji... a może raczej tego wyroku... było moje odejście z domu. Jeśli chciałeś być świadkiem jej postawienia, spóźniłeś się o całe lata, bracie – odparłem lodowato.
- I tak proszę, byś mi towarzyszył.
- A moja odpowiedź nie mogłaby być jaśniejsza. Nie mam zamiaru uczynić zadość twej prośbie.
- Być może przypomniałyby ci się jakieś dobre wspomnienia związane z ojcem, gdybyś porozmawiał z naszą dalszą...
- Gdybym chciał przypomnieć sobie o ojcu, zamknąłbym się na facjatce bez jedzenia. Ewentualnie poprosiłbym obecnego tu doktora Watsona, by pogonił mnie jedną z naszych twardszych lasek – odparłem słodkim tonem. - A może wolałbyś, żebym nie zaszczycał wyżej wspomnianą rozrywką kogoś spoza rodziny? Ostatecznie teraz to ty jesteś panem na włościach. Kiedy następnym razem zasłużę na takie uciechy, niezwłocznie wyślę ci telegram. Jeśli zamierzasz kontynuować dzieło życia ojca, z całą pewnością w końcu nauczę się, że ucieczka nie popłaca.
Mój brat zbladł. Gdy jego twarz straciła kolor, upodobnił się do mnie, chociaż moja niechęć do polegania na tym, co często i łatwo przychodzi – na przykład na jedzeniu – znacząco wpłynęła na różnice między nami. Jego bladość oznajmiła mi, że celowałem idealnie. Natychmiast tego pożałowałem. Mnie i jemu już nie można było pomóc, ale i tak ugryzłem się w język, gdy zrozumiałem, że sprawiłem mu ból. Mój brat jest mi bardzo drogi i pod wieloma względami go przypominam. Obawiam się, że przez to ranimy się tym dotkliwiej.
- Kiedy to powiedziałeś... brzmiałeś zupełnie jak on – powiedział Mycroft nieuważnie, zerkając na zegarek. - Pamiętam dokładnie ten ton głosu. Do ostatniej uroczo toksycznej sylaby. Zawsze był z ciebie pierwszorzędny mimik, mój chłopcze. Doskonała robota.
- Proszę – szepnąłem. - Nie chciałem...
- Wręcz przeciwnie. Chciałeś. Ja też tam mieszkałem, Sherlocku, pamiętasz? - Dodał, znów kierując na mnie wzrok. Nie brzmiał już tak uprzejmie jak zwykle... brzmiał na rozpaczliwie zmęczonego. - Nie sugeruję, że moje doświadczenia równe są twoim, ale bycie świadkiem również okazało się piekielnie trudne. Próbowałem.
- Mycrofcie, wiem, że próbowałeś. - Moje pięści zacisnęły się. Rozluźniłem je. - I wiem też, że wcale nie musiałeś tyle dla mnie ryzykować. Ale umiem o siebie zadbać.
Zastanawiam się teraz, co też Doktor musiał sobie o mnie pomyśleć. Jego opalona, chłopięco przystojna twarz wyglądała jak wyryta w kamieniu, a niebieskie oczy z determinacją wbijał nie w moją twarz, a w kieszeń kamizelki. Jego idealnie ukształtowane uszy, które często myliły ciche zgrzyty i stukoty z zapamiętanym koszmarem wojny, lekko poczerwieniały, podobnie jak policzki. Była to najgorsza rozmowa, jaką kiedykolwiek odbyłem z moim bratem, a Doktor stał obok i patrzył, jak dwóch dorosłych dżentelmenów miażdży się nawzajem na proch.
- Panie Holmes, myślę, że wezmę przykład z pańskiego brata i również się napiję – powiedział po chwili Watson. - Czy panu także czegoś nalać?
Mycroft spojrzał na mego przyjaciela takim wzrokiem, jakby zapomniał o jego obecności.
- Nie, dziękuję – odparł. - Muszę już iść.
- Drogi Mycrofcie, proszę, powiedz, że zapomnisz o tym, co powiedziałem – rzekłem błagalnie, gdy mój potężny brat wstał z fotela i obrócił się w stronę drzwi.
- Pojedziesz ze mną na uroczystość jutro rano? - Zapytał Mycroft, zatrzymując się w pół kroku. W dłoni znów trzymał swój zegarek. Mój brat ma obsesję na punkcie sprawdzania czasu. Kolejne dziwactwo – pewnie nie gorsze niż kilka moich. Ten gest napełniło mnie otuchą i pragnieniem, by uzyskać jego wybaczenie. Ale nie za tak wysoką cenę.
- Nienawidził mnie – odparłem po prostu. - Nie pojadę.
Mycroft podniósł swój kapelusz ze stolika stojącego przy drzwiach na korytarz i ze smutkiem potrząsnął swoją wielką, szpakowatą głową.
- Nigdy cię nie znienawidził. Nienawidził wszystkiego, co przypominało mu o niej, a ty jesteś niemal jej kopią. Musisz wiedzieć – we mnie budzisz zgoła przeciwne uczucia – dodał. - Jestem ci wdzięczny. Doktorze Watsonie, ponowne spotkanie z panem było przyjemnością. Mam nadzieję, że gdy następnym razem zobaczę Sherlocka, będzie przebywał w pańskim towarzystwie.
Nie widziałem, jak mój brat zakłada kapelusz i wychodzi – jego ciężkie, melancholijne kroki przebrzmiały na naszych siedemnastu stopniach – gdyż z rozpaczą patrzyłem przez łukowate okno. Ani trochę nie przypominam mojej matki. Była istotą pełną wdzięku – przenikliwą, tajemniczą, kruchą i szczupłą, o bladej skórze w odcieniu kości słoniowej i burzy czarnych loków. We wszystkich wokół budziła czułość; była bystra, czarująca i słodka dla nieznajomych, a wobec przyjaciół zaciekle lojalna. Zaciekle lojalne dziecko nie wyrzekłoby się jej języka tylko dlatego, że jego ojciec postanowił wybić mu ten zwyczaj z głowy. Ja natomiast przez sześć miesięcy mówiłem wyłącznie po francusku, aż w końcu poddałem się w obliczu skomplikowanych represji, których nie chcę obecnie wspominać. Lustro pokazuje mi, kim w istocie rzeczy jestem: jestem mężczyzną o orlim nosie przypominającym dziób drapieżnego ptaka i o chłodnych oczach w kolorze łupków. Jak uświadomił mi Mycroft, nie odziedziczyłem nawet jej wad, a co dopiero zalet – gdyby błogosławiono mi jej niedoskonałościami, martwiłbym Watsona co najwyżej chronicznymi, dziesięciominutowymi spóźnieniami i brudzeniem się farbami olejnymi czy też węglem. Tymczasem jestem chorobliwie punktualny i obsesyjnie czysty. Moje wady są wadami mego ojca. Nigdy mu tego nie wybaczę.
John Watson kilkakrotnie powtórzył moje nazwisko, a potem, pod wpływem upiornej ciszy, zmienił taktykę.
- Sherlocku – spróbował, chociaż nigdy mnie tak nie nazywa, może poza tymi momentami, gdy na jego czole wykwita gorączkowa konstelacja namiętnego potu. Wie, że nie znoszę mojego imienia. Muszę przyznać, że mnie zaskoczył.
Odwróciłem się w jego stronę. Trzymał kolejną brandy – tym razem porcja była rozsądniejsza – i podawał mi ją. Coraz zdrowsza, brązowa cera mego przyjaciela poszarzała, a jego wargi wydawały się wyrzeźbione w marmurze.
- Dziękuję. - Wypiłem. Jeśli czegoś pragnąłem, nie była to whiskey. Ale strzykawek nie wolno było wyciągać w obecności Doktora, zaś moja bieda zmuszała mnie, bym je ukrywał, zamiast nabywać za każdym razem nową i zażywać ulubione substancje w wyrozumiałej bocznej uliczce.
- Remy Verner wydaje mi się fatalnym materiałem na lekarza – stwierdził sucho.
- Jestem dla niego niesprawiedliwy; to już dorosły – wyznałem. - Jako dziecko był nie do zniesienia.
Wiedziałem, że tak naprawdę nie myśli o Remym. Ja też o nim nie myślałem. Ale jak dżentelmen ma poruszyć taki temat? „Proszę o wybaczenie – wiem, że jeszcze wiele musimy się o sobie dowiedzieć – ale w jaki sposób zmarła twoja matka i co w rezultacie stało się z twoją rodziną?" Doktor Watson, oczywiście, miał inne sposoby.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - spytał spokojnie. - Jestem gotowy na wszystko – od przygotowania kąpieli dla dwóch do wyzwania Remy'ego Vernera na pojedynek.
- Nic mi nie jest.
Osiągnąłbym lepszy efekt, gdybym powiedział cokolwiek innego. Przez moment mój przyjaciel wydawał się zły, ale potem tylko raz musnął palcem krawędź swoich wąsów i potrząsnął głową.
- Holmes, jeśli wolisz zostać sam albo pójść za bratem... zrozumiem. Ale dopóki tu jestem, naprawdę bym docenił, gdyby...
- Ale naprawdę nic mi nie jest, chociaż, oczywiście, żałuję, że powiedziałem tyle podłych rzeczy. Wybacz mi.
- Nie musisz przepraszać. Powiedz mi tylko, czego potrzebujesz.
- Kilku minut spokoju i porządnego snu, mój drogi. - Uśmiechnąłem się do niego szczerze i otwarcie. Umiem to zrobić na zawołanie w absolutnie każdej chwili, gdyż samo jego istnienie wypełnia mnie niemal bolesną wdzięcznością.
- Przestań – szepnął. - Dla mnie. - Widziałem bardzo wyraźną zmarszczkę między jego brwiami. „Tylko siebie posłuchaj".
- To dla ciebie to robię.
- Nieprawda! - wykrzyknął. - Nie pragnę twego poważania, wyrzeczeń czy kurtuazji. Chcę ciebie. Jak więc możesz udawać, że robisz to dla mnie?
- Naprawdę chcesz się wszystkiego dowiedzieć, Watsonie? - I znów ten ohydnie uprzejmy ton. Nienawidziłem go za każdym razem, gdy wypływał z moich ust, a już go dziś użyłem, by wygnać biednego Mycrofta na burzę. - Naprawdę chcesz, bym obrazowo opisał, co dokładnie się dzieje, gdy żałoba wpędza twego ojca w nieustanną, irracjonalną wściekłość? Bo, mój drogi Doktorze, widzisz przed sobą coś w stylu uosobionej idée fixe.
To nieprawda, że codzienność była nieodmiennie koszmarna. Wręcz przeciwnie. Co dziwne, uciekałem zawsze w stosunkowo dobrych momentach, które następowały po tym, jak wyładowywał na mnie wściekłość za hańby minionych ucieczek. Po nich wpadał w stan strasznego spokoju, wbijał we mnie wzrok ze szczytu długiego stołu, podczas gdy Mycroft wstrzymywał oddech, by odegnać chaos. Podówczas dopytywał się o moje konie, lekcje chemii i grę na skrzypcach. Zastanawiał się, czy zajęcia muzyczne, które rozświetlały moje życie, powinny się odbywać pięć, zamiast czterech razy w tygodniu. Tak jakby mnie przepraszał. Jakby przekonywał mnie, bym został. Nie mijały nawet trzy miesiące, a już psułem wszystko żartem rzuconym nie w porę albo zbyt wdzięcznym ruchem głowy. Co prawda nie nazywał mnie wybrykiem natury dopóki nie ukończyłem piętnastego roku życia, ale do tego czasu i tak zniosłem wiele. Ostatecznie nauczyłem się na pamięć wszystkich gazet leżących na facjatce i nawet do głowy mi nie przyszło, by zaopatrzyć się w nowe. Zmienienie wystroju facjatki zniszczyłoby moją dumę.
Watson zaczynał wyglądać, jakby zbierało mu się na mdłości.
- Nie prosiłem o opis. Ale nie pojmuję cię i...
- Wkładasz palec w ranę. Jak myślisz, co się stanie, John? Ciekaw jestem twojej opinii – warknąłem.
Tylko potrząsnął głową.
- Kocham cię. Kocham cię i nie musisz mnie przed niczym chronić. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć.
Rozszalała burza waliła w szyby. Gdybym chciał podążyć za bratem, musiałbym wydać cenne fundusze na taksówkę, w przeciwnym razie na pewno przepłaciłbym taką eskapadę życiem. Pogoda była prawdziwie wiosenno-przesileniowa. Cały wiosenny zapas deszczu łomotał w okna, podczas gdy wiatr w kominie zawodził jak dziecko.
Wtedy obaj usłyszeliśmy słaby dźwięk dzwonka.
- Twój brat powrócił – powiedział miękko Watson. - Mam po niego iść?
- Nie wrócił – odparłem. - Już się oddalił. Z całą pewnością zdajesz sobie sprawę, że powiedziałem mu rzeczy, których nie da się usprawiedliwić. Mam tylko nadzieję, że da się je wybaczyć. Kim by ten przybysz nie był, zapewniam cię, że nie jest Mycroftem Holmesem.
- Któryś z twoich przyjaciół?
- Johnie Watsonie, czy przypominasz sobie, ilu mam przyjaciół poza tobą?
- Tyle, ile ja sam – westchnął. - Poza tobą nie mam żadnych.
Miałby setki przyjaciół, gdyby spędzał mniej czasu ze mną. Weźmy takiego Lestrade'a – nieustannie zaprasza go do pubów na bilard i zawsze ma na szczurzej twarzy tę samą pełną nadziei minę. Kiedy ją widzę, niemal lubię Lestrade'a. Każdy, na kogo działa urok Doktora, może liczyć na moje względy – do pewnego stopnia, rzecz jasna. Lestrade sypia z kobietami, co dość dokładnie ilustruje stopień, o którym mówię. Ale to, że sypia z kobietami, nie przygasza światła w jego perlistych, brązowych oczach, gdy dostrzega, że jestem z Doktorem, a nie sam. Jego pragnienie, by mój przyjaciel go polubił, jest niemal namacalne. Czasem powstrzymuje się przed żartowaniem ze mnie, bo widzi, że Watsonowi to nie odpowiada. Kiedyś sprawił, że Doktor się roześmiał, bo powiedział, że złodziej, którego ostatnio złapał, zostawił za sobą ślady tak oczywiste, że ślepy, pijany i głęboko śpiący Sherlock Holmes podążyłby za nimi bez wahania. Śmiech Watsona już ucichł, a Lestrade nie przestawał się uśmiechać przez kolejne dziesięć minut. Być może zacznę namawiać mego druha na wspomniane wyżej eskapady do pubów. Watson jest takim typem człowieka, który powinien mieć setki przyjaciół, a Lestrade to przyzwoity człowiek, nawet jeśli czasem przypomina pozbawionego talentu i wyobraźni buldoga. To ja jestem typem człowieka, który powinien mieć jednego przyjaciela.
Jak widzę, ze wszystkich ludzi na świecie moje pióro woli bazgrać o Geoffrey'u Lestradzie niż o mężczyźnie, który faktycznie tego wieczoru stanął w naszych drzwiach. Boże, dopomóż. Boże, dopomóż i Boże, przebacz. Nie wiem, cóż więcej mogę napisać.
Nie wolno mi go zapomnieć. Nigdy. Nie zapomnę ani jednego słowa, które skierował w moją stronę John Openshaw; ani jednego szczegółu tej rozpaczliwie młodej, dość przystojnej twarzy. Przede wszystkim gdy go ujrzałem, stanął mi przed oczami były kochanek, z którym mieszkałem jakiś czas po przyjeździe do Londynu. Nazywał się Reginald Asquith i nie odegrał w tej historii żadnej roli: wystarczy powiedzieć, że roztaczał wokół siebie taką samą, odrobinę sztywną, formalną atmosferę i podobnie ubierał myśli w słowa: rzetelnie, subtelnie, łagodnie, inteligentnie. Nowoprzybyły był młodszy niż Reggie czy ja; zamiast zbliżać się do trzydziestu lat, ledwo przekroczył dwadzieścia. Był też drobiazgowy, nieco niewieści i przygnieciony troskami. W mgnieniu oka zanurzyłem się w jego strapieniach; miałem ku temu bardzo egoistyczne powody. Chciałem zapomnieć o własnych problemach.
John Openshaw miał parę binokli i uniósł je na wysokość oczu. Z największym trudem wyciągam ten szczegół z zakamarków pamięci. Ale tak wygląda moja pokuta. Czy powinienem zapisać absolutnie wszystko, co mi powiedział? Zaczynając od: „Przepraszam najmocniej" - zauważył, że sam nie czuję się najlepiej – i kończąc na: „Zastosuję się do wszystkich pańskich porad"?
Nie mogę. Boże, przebacz – nie mogę. Pan jeden wie – wszystkie te słowa są wyryte w moim mózgu. Ważne jest, że miał koszmarny problem i przybył do mnie, bym go uratował. John Openshaw. Zupełny głupiec.
- Panie Holmes, nic z tego nie rozumiem – mówił, podczas gdy woda obciekała z jego stojącego w kącie parasola – ale obawiam się, że muszę panu powiedzieć jedno: ostatnio zagrożono mi śmiercią. Zacząłem otrzymywać wrogie liściki. Koperty zawierają przedziwną rzecz: groźby wypisane na wewnętrznej ich stronie oraz pięć zasuszonych pestek pomarańczy. Za każdym razem wszystko wygląda identycznie, a kiedy potrząsam papierem, wypada pięć suchych pestek. Czy napotkał pan kiedyś w swojej karierze albo podczas lektury coś podobnego?
Przyznaję, że słuchałem go tylko jednym uchem, chociaż sprawiałem wrażenie, że koncentruję na nim całą swoją uwagę. Jednakże słysząc te słowa, uniosłem głowę. Poprosiłem, by powiedział coś więcej; by opowiedział o swojej rodzinie, przeszłości i przyjaciołach, którzy mogliby być odpowiedzialni za podobny sygnał.
- Nie mam pojęcia, panie Holmes – zaprotestował bezradnie, rozkładając ręce. - Najpierw myślałem, że to tylko okrutny dowcip. Ale od tego czasu pogróżki zrobiły cię częstsze i bardziej zjadliwe; zaczęto sugerować, że piszący zamordowałby mnie z zimną krwią.
- Czy zmienił pan ostatnio swoje życie w jakiś sposób? - zapytałem. - Może nowa posada? Może był pan świadkiem zbrodni? Zatrudnił nowego służącego? Może odziedziczył pan spadek?
- Nie, nic takiego. Moje życie jest takie samo jak zawsze: raczej ciche, pomijając te potworne przerywniki. Rodzina moja cieszy się estymą, tym bardziej nie rozumiem nagłego napływu tych podłych wiadomości. Przyznaję, mój wuj w młodości spędził sporo czasu w Ameryce i bez wątpienia narobił sobie wrogów, bo brał udział w rekonstrukcji kraju, a wcześniej służył jako pułkownik w czasie wojny secesyjnej. Ale, panie Holmes – dlaczego teraz? Dlaczego ja?
Słuchałem. Zadawałem pytania. Potem zadałem kolejne i słuchałem odpowiedzi Openshawa, jednocześnie wyobrażając sobie, jak mój brat wraca do domu omnibusem... albo może nie zapala lampy gazowej, by zaoszczędzić po tym, jak pozwolił sobie na wzięcie dorożki.
- Czuję się zupełnie bezradny – podsumował. - Wiem, że najprawdopodobniej to tylko wymyślny kawał, ale i tak czuję się jak biedny królik, do którego pełznie wąż.
- Zgłaszał pan to na policję?
- Ależ oczywiście. Wysłuchali mojej opowieści z uśmiechem. Jestem pewien, że inspektor uznał te listy za rodzaj dowcipu.
- Jak sądzę, nie ma pan żadnego dowodu poza tym, co pan tu wyłożył... żadnego wyraźnego detalu, który mógłby nam pomóc?
- Niestety, nie mam nic. Co mam zrobić?
- Przede wszystkim należy pozbyć się niebezpieczeństwa, które panu grozi. Bylibyśmy głupcami, zakładając, że te listy to tylko dowcip, nie mając ku temu żadnych przesłanek. Jeśli to faktycznie dowcip, tym lepiej – ostrożność jest nie do przecenienia. Rano przyjadę do pana osobiście i przeszukam pański dom. Porozmawiam ze służbą, może zamienię słowo z sąsiadami; niebezpiecznie byłoby założyć, że nie jest pan zagrożony. Mam nadzieję, że posiada pan broń? Wyśmienicie. Pragnę podkreślić, by pan o niej nie zapominał, dopóki nie zbadam kwestii tych gróźb. Jutro rozpocznę śledztwo w pańskiej sprawie.
Jutro. Jutro, jutro, jutro. Przed Państwem opowieść idioty.
John Openshaw zapisał mi swój adres, ale nawet nie spojrzałem na notatkę. Włożyłem ją do kieszeni kamizelki. Dręczyło mnie coś dotyczącego suszonych pestek pomarańczy. Nie mogłem sobie uświadomić, o co konkretnie chodzi. Podziękował mi. Podziękował Watsonowi. Uścisnął nasze dłonie.
Wyszedł.
Mój przyjaciel siedział w milczeniu, wpatrując się w ogień. Jedna z jego męskich, lekarskich dłoni zwinęła się w luźną pięść i trwała przy jego ustach. Poszedłem po skrzypce, odnosząc wrażenie, że jeśli nie dotknę mojego pięknego stradivariusa dokładnie w tej chwili, naprawdę rozpadnę się na kawałki.
- Pozwól, byśmy zapomnieli na pół godziny – szepnąłem do Watsona. - Zapomnijmy o tej przykrej pogodzie i jeszcze przykrzejszych historiach naszych bliźnich. Błagam. Zapytałeś, czego mi trzeba. O nic więcej cię nie poproszę.
- Przykro mi, mój przyjacielu – powiedział cicho.
- Dlaczego? - Whiskey zaczęła mi szumieć w głowie, ale chyba nie dlatego go nie zrozumiałem. Uniosłem smyczek pod kątem, który był mi domem.
- Z powodu dnia, który minął. To nie moja wina, ale przykro mi, że tak dziś cierpiałeś. Jutro będzie lepsze.
Nigdy w życiu tak bardzo się nie mylił.
xxx
Nie mam zamiaru zapisać nic poza samymi faktami dotyczącymi następnych trzech dni. Nie jestem z nich dumny – nie jestem dumny z niczego, co wówczas zrobiłem – ale nie to stanowi sedno sprawy. Gdybym miał zastanawiać się nad przymiotnikami i przysłówkami, po prostu przerwałbym pisanie. Poza tym większość czynności powtarzała się ad nauseum; obrzydliwie niezmiennie. Oto, co się wydarzyło.
Następnego ranka siedziałem wraz z Doktorem wśród londyńskich mgieł i kończyłem śniadanie. Wstałem, by znaleźć mój surdut i nabazgrany przez Openshawa adres, gdy w pół kroku zatrzymał mnie głos Watsona.
- Holmes! - Wykrzyknął, po czym umilkł na chwilę. - Spóźniłeś się – dodał.
Zapytałem go, co się stało. John Openshaw najwyraźniej utonął minionej nocy w Tamizie, niedaleko Waterloo Bridge. Zaraz po tym, jak obiecałem, że pomogę mu jutro.
Powiedziałem Watsonowi, że w takim razie nie ma czasu do stracenia i czy byłby tak uprzejmy i został w mieszkaniu, podczas gdy ja udam się do Lestrade'a i opowiem mu wszystko, co wiem, by policja uzyskała szerszy obraz sytuacji. Nie chciał mnie opuszczać, ale nie słuchałem go ani przez chwilę; zarzuciłem tylko na siebie płaszcz. Poprosiłem go, by nadał telegram do mego brata i przeprosił go serdecznie w moim imieniu. Nie miało dla mnie znaczenia, że Mycroft najpewniej otrzyma wiadomość dopiero po pogrzebie – powiedziałem tylko, że to przyniesie mi spokój umysłu i dlatego Watson nie zaprotestował.
Mniej więcej w tym samym czasie, z dala od Londynu, mój ojciec ruszał w swą ostatnią podróż. Wszedłem do apteki i kupiłem spory zapas morfiny. Nie miałem w domu tego narkotyku od momentu, w którym Watson i ja wpadliśmy w swoje ramiona pół roku wcześniej, a on przyznał, że i jego kusi ta substancja. Po tym, jak został ranny w bitwie, uzależnił się od morfiny, ale udało mu się z tym skończyć. Tak czy siak, nabyłem narkotyk oraz nową strzykawkę. Ja...
Boże jedyny. Nawet bez opisów mam wrażenie, jakbym odcinał sobie palec po palcu.
Włożyłem morfinę do kieszeni płaszcza i poszedłem do Yardu, by domagać się spotkania z Lestrade'em. Kiedy wpuszczono mnie do jego biura, natychmiast poprosił mnie, bym usiadł.
- Panie Holmes, nic panu nie jest? - zapytał. Jego wąska twarz była wykrzywiona, jakby właśnie zjadł cytrynę. Z perspektywy czasu jestem w stanie to przyznać: być może naprawdę się martwił. Mogę tylko przypuszczać, że wyglądałem jak upiór. - Napiłby się pan kawy?
Odmówiłem. Opowiedziałem mu wszystko o Johnie Openshawie; powtórzyłem słowo w słowo wszystko, co John Openshaw mi powiedział, a Lestrade robił notatki i od czasu do czasu zerkał na mnie z miną zmartwionego teriera.
- Dziękuję, że pan mnie o tym poinformował, panie Holmes. Jak sądzę, chce pan wraz ze mną pojechać do domu tego biedaka?
Rzuciłem na biurko kartkę z adresem.
- Rezygnuję z tej sprawy. Imbecyle nie powinni się uważać za domorosłych śledczych.
Nigdy nie powiedziałem nic, co wprawiłoby go w większe osłupienie. Gdybym był w lepszym nastroju, z pewnością uznałbym to za bardzo zabawne.
- Panie Holmes, na miłość boską, dlaczego pan tak mówi?
- Bo ja jestem imbecylem, a pan jest policjantem. Proszę więc robić to, co do policjanta należy. Proszę znaleźć zabójcę – lub zabójców – i oddać ich w ręce sprawiedliwości.
- Ale...
- Proszę nie oczekiwać, że zrobię z tego większy śmietnik, niż już zrobiłem. Przyszedł do mnie po pomoc, a ja wysłałem go na śmierć. To są fakty, a nie teorie, które mógłby pan zdyskredytować lub oprotestować. Niech pan znajdzie zabójcę, Lestrade. Albo zabójców. Niech pan ich znajdzie jak najszybciej. Proszę iść. Wiem, że jest pan w stanie... rozwiązać sprawę zbrodni beze mnie.
- Powinien pan...
- Powinienem był chronić Johna Openshawa, zamiast dopuścić się zaniedbania. To prawie tak, jakbym sam go zabił.
Lestrade zbladł jeszcze bardziej. Potem wyciągnął do mnie szczupłą dłoń. Albo chciał uścisnąć moją, albo złapać mnie za ramię. Ale odwróciłem się, pozwalając jej zawisnąć, i podszedłem do drzwi. Poczułem jeszcze, jak jego palce muskają mój rękaw.
- Niech pan ich znajdzie – powtórzyłem. - Niech pan ich znajdzie, zanim ktoś jeszcze utonie w rzece. Na przykład ja.
Dotarłem do ciemnej uliczki niedaleko najrzadziej używanego wyjścia z Yardu, zdjąłem płaszcz, oparłem się o mur i podciągnąłem rękaw. Najprawdopodobniej mój ojciec właśnie lądował w krainie robaków, więc ponuro uznałem, że zastrzyk będzie doskonałym toastem. Potem poszedłem do domu.
Pierwszego dnia zamknąłem się w pokoju. Watson wyważył drzwi, co wydało mi się melodramatyczne, więc ukryłem morfinę w czystej rurze przy ubikacji. Pozwolicie Państwo, że ominę opis kolejnych dwóch dni. W najlepszym razie można je określić jako powtarzalne – w najgorszym jako piekło na ziemi. Nie byłem już detektywem konsultantem. Nie byłem już synem. Niewątpliwie nie byłem już ukochanym młodszym bratem, bo Mycroft nie odpowiedział na telegramy Doktora. Prawdopodobnie nie byłem już kochankiem, gdyż lada chwila John Watson mógł stracić cierpliwość, wyjść i nigdy nie wrócić.
Tak przynajmniej sądziłem. A jednak nie wydawało się, by gdziekolwiek się wybierał. Szczerze mówiąc, coraz trudniej było mi się przed nim ukrywać; coraz trudniej powstrzymać go przed znalezieniem morfiny; coraz trudniej oznajmić stanowczo, że nie życzę sobie, by oglądał mnie w takim stanie, więc czy może udać się gdzie indziej i powrócić, kiedy będę się czuł lepiej i będę w stanie z nim porozmawiać, dziękuję uprzejmie. Błagałem, by się nie przejmował; błagałem, by zostawił mnie samego. Błagałem, by wyszedł z mego pokoju, błagałem go o ciszę, cierpliwość i samotność. Zapewniałem go, że niedługo poczuję się lepiej. Lepiej, spokojniej, trzeźwiej. Chodziło o to, że niedługo będę w znośniejszym stanie i będzie mógł zwrócić na mnie swe niebieskie oczy. Wkrótce będę go wart. Naprawdę w to wierzyłem – w każdym razie wierzyła w to jakaś cząstka mnie.
Inna cząstka natomiast była przekonana o czym innym: pewne jest, że ziemia się kręci i tak samo pewne jest, że natura nie cierpi próżni. Gdyby coś mi się stało, John Watson znalazłby kogoś, kto by go rozumiał. I chociaż nie cierpiałem tej myśli, jednocześnie ją pielęgnowałem.
xxx
Trzeciego dnia zacząłem się zastanawiać, jak wielką robię sobie krzywdę. Gdyby nic się nie zmieniło, mogłaby to być krzywda śmiertelnie niebezpieczna, bo nie jadłem od bardzo dawna. Myślałem o tym zagadnieniu przez prawie dwie godziny, jednakże nie mogłem wykrzesać z siebie zainteresowania odpowiedzią. Zapadła noc – nie zauważyłem. Zgasł ogień w moim kominku – to także zignorowałem. Ostatecznie w pokoju nadal było ciepło. O północy wyjąłem morfinę z nowej skrytki, znajdującej się w dziurze wydrążonej w stercie starych gazet, i zaaplikowałem sobie kolejną, szóstą już tego dnia dawkę luksusowej trucizny. Z jakiegoś powodu zdjąłem z siebie ubrania, niczym pokutnik, i nagi leżałem w ziębnącym pokoju prawie godzinę. A teraz muszę powrócić do opisów. Nie wolno mi pominąć żadnego szczegółu.
Leżałem na łóżku, zwinięty w kłębek, i wpatrywałem się w stróżkę krwi płynącą z mojego ramienia. Gdy Watson wszedł do pokoju, także ją zauważył, a jego twarz zmieniła się w zbolałą, obwisłą maskę.
Gdzieś wcześniej wspomniałem, że uczucia Johna Watsona wyraźnie odbijały się na jego twarzy, ale podówczas nadmiernie uprościłem to zagadnienie. Nigdy by Państwo nie poznali, że jest udręczony światem albo cierpi fizyczny ból – między jego brwiami pojawiłaby się zaledwie drobna zmarszczka zmartwienia. Zdarza mu się też patrzeć na mnie z bezbarwną sympatią, gdy znajdujemy się w miejscu publicznym – nieodmiennie mnie to bawi, chociaż jest konieczne, byśmy ochronili nasz sekret. Jednakże jeśli się bardzo, bardzo martwi – jeśli martwi się o mnie – nawet nie próbuje tego ukryć.
Sądziłem, że znów zostawi mnie samego. Że, być może, wypadnie z pokoju w obrzydzeniu. Ale on zrzucił z nóg kapcie i rozebrał się, aż był nagi jak ja sam, po czym ukląkł za kłębkiem mego ciała. Pochylił się nade mną, uniósł moje ramię i przycisnął swoje usta do drobnej rany, przemywając ją delikatnym językiem.
- Dlaczego tu jesteś? - szepnąłem.
- Przecież wiesz. - Odłożył moje zgięte ramię z powrotem na prześcieradło i ułożył się za mną. Położył głowę na dłoni – ramię oparł na łokciu ponad moją głową – i przycisnął swoje nogi do moich.
- Nie wiem. - Prawie się roześmiałem. - Naprawdę, nie wiem. A nawet gdybym wiedział, nie byłbym w stanie tego poczuć. Nie, od kiedy go zabiłem.
- Holmes, nie zabiłeś Openshawa – powiedział stanowczo Watson. - Zabił go morderca. Dobry Boże, kochany...
- Wiesz, co pomyślałem, kiedy się dowiedziałem? - Zapytałem. - Pomyślałem: „Co on musi o mnie myśleć?". Oto, co pomyślałem. Nie: „Mój Boże, John Openshaw jest martwy, muszę opłakać lub pomścić klienta". Pomyślałem: „Co teraz myśli o mnie John Watson?". Przypuszczam, że cię to bawi. Co myślisz, widząc mnie w takim stanie?
- Myślę, jak zawsze, że twoi klienci mają rację, ufając ci. - Brzmiało to szczerze. - Myślę też, że doprowadzisz do swojego zgonu. Z wielu różnych powodów.
- Być może o to mi chodzi.
Opadł na mnie, przerzucił ramię przez moją pierś i tak je już zostawił, przyciskając mnie do siebie jak jakiś cenny pakunek. Potem poczułem jego twarz przy swoim karku. Poczułem też wilgoć. Nie wiem, czy była to wilgoć warg, łez czy obu na raz.
- O co chodzi? - wymamrotałem bezbarwnie.
Nie odpowiedział przynajmniej przez pięć minut. Drżał lekko, przyciskając się do mnie.
- Nic nie przeraża mnie bardziej niż to – odparł po chwili, muskając wargami mój kark. - Nic. Proszę, wróć do mnie.
Byłem tak ogłupiony smutkiem i oślepiającą, przeszywającą jasnością sutych ilości morfiny, że dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, iż nigdy wcześniej nie znałem Johna Watsona tak zrozpaczonego. Celowo nie piszę: „nigdy wcześniej nie widziałem", gdyż wciąż leżał przyciśnięty do moich pleców, ale on się ewidentnie rozpadał na kawałki, a to ja trzymałem w ręku młot. Moje myśli płynęły zbyt wolno, po czym nagle ruszyły w oślepiającej fali koloru.
Wciąż zastanawiałem się, co powiedzieć, gdy mnie zostawił. Wziął szlafrok i ruszył do drzwi.
Z trudem wstałem i chwyciłem własny szlafrok. Moją głowę wypełniało czyste, wiosenne powietrze i błyski światła.
- John.
Już wyszedł. Pospiesznie ruszyłem za nim i złapałem jego ramię w poświacie ognia padającej z kominka w salonie. Ze złością wyswobodził się z moich objęć i staliśmy tak, obaj niemal nadzy. Doskonale wiedziałem, że zrobiłem coś bardzo, bardzo głupiego.
- John, przepraszam – jęknąłem.
Wyciągnąłem znów do niego ręce, a on zacisnął palce na moim nadgarstku. Stał przede mną, dysząc w furii i trzymając moje ramię przed sobą jak włócznię.
- Za co przepraszasz? - warknął. - Sherlocku Holmesie, będę bardzo zdumiony, jeśli okaże się, że wiesz, za co przepraszasz. Czy na przykład przepraszasz za to, że nieskończenie wiele razy odarto cię z wszystkiego co dobre, a co ci się należało... i teraz odarto cię ponownie? Mnie także jest z tego powodu przykro – bardziej, niż umiem wyrazić. A może przepraszasz, że zabrałeś jedną, jedyną rzecz na tym padole, której potrzebuję bardziej niż samego życia – jedyną rzecz, którą kocham, jedyną dobrą rzecz, która jest moja – i obszedłeś się z nią jak ze śmieciem? Bo dokładnie to właśnie robisz. I, na Boga, kochany, słusznie za to przepraszasz.
Puścił mnie, ale nie odwrócił niebieskich oczu.
- Jeśli nic się nie zmieni, umrzesz za kilka dni. Najwyżej za tydzień. Sam niemal umarłem w taki sposób, ale to już wiesz. Nieważne. To już bez znaczenia. Skoro nie mogę mieć ciebie, będę przynajmniej miał morfinę – powiedział bezbarwnym głosem i odwrócił się, by odejść.
To co zrobiłem, było czystym szaleństwem. Pamiętam tylko, jak mój umysł wyraźnie mnie informuje, że John Watson nie może wziąć morfiny, że to go zabije; a potem, że jestem przeklętym hipokrytą; a potem, że nic mnie to nie obchodzi. Nie myślałem już jasno, ale wiem, że znów chwyciłem jego ramię, a potem wszystko się rozpadło. Być może wspomniałem gdzieś wcześniej, że doświadczenia życiowe Watsona nauczyły go doskonałej walki wręcz, zaś mój instynkt sprawia, że niewiele mu pod tym względem ustępuję. Kiedy wrócił mi rozsądek, leżeliśmy na dywanie, spleceni w zaciekłym pojedynku i żaden nie mógł zdobyć przewagi nad tym drugim. Byliśmy pełni bólu tak silnego, że zaczął się nawet przesączać przez morfinę, a ja nie mogłem znieść myśli o tym, co zrobiłem memu przyjacielowi, by ocalić go od czynu, który groził samozagładą. Na mojej rozciętej wardze widniała krew; krew zalewała też oko Watsona. Moje ramię znów zaczęło krwawić, a szczęka była chyba bardzo poobijana.
W końcu udało mi się przyprzeć go do podłogi całym ciężarem ciała; leżeliśmy twarzą w twarz i wciąż walczyliśmy rozpaczliwie. W końcu uspokoił się. Kiedy tylko przestał się wyrywać, wróciłem do siebie – o wiele za późno.
- Miałbyś rację, opuszczając mnie – stwierdziłem gorzko. - Ale błagam, żebyś został.
- Wróciłeś. Mój Boże, wróciłeś. To pierwszy raz od kilku dni, kiedy naprawdę na mnie spojrzałeś – szepnął. - Zaczynałem sądzić, że już nigdy mnie nie dostrzeżesz.
- Nie byłem w stanie na ciebie patrzeć. - Mój głos był dziwnie ochrypły. - Pociągnąłbym cię za sobą, a nigdy nie chciałbym wystawić cię na taką ohydę. Z całych sił usiłowałem utrzymać się na powierzchni. Wykorzystałem resztki własnych sił.
- Czy nie mogłeś wykorzystać mnie? - Błagał zduszonym głosem. - To byłoby sprawiedliwe, ja korzystam z ciebie na co dzień, ty nigdy tego nie robisz. Jesteś wszystkim, czego pragnę, ale ciebie już niemal nie ma.
Pocałowałem go i posmakowałem własnej krwi. Ból był na tyle intensywny, by przedrzeć się przez otępienie spowodowane zastrzykiem – byłem za to nieskończenie wdzięczny. Od trzech dni nie czułem niczego poza tępą bezużytecznością, a teraz napierałem na mego przyjaciela, naznaczając jego ciepłą skórę własną stygnącą krwią. Moje przyrodzenie, jeszcze przed chwilą obojętne, odżyło i przycisnęło się do jego kości biodrowej, a ja mogłem tylko myśleć, że nie chcę go wykorzystywać, nie chcę, by stał się kolejną z moich przywar, która pojawia się, gdy jej potrzebuję i znika, kiedy osiągam chociaż najmniejsze szczęście.
Przyciągał mnie do siebie obiema rękami – jedną dłoń położył na moich plecach, drugą zacisnął mi na włosach.
- Nie chodzi o to, że cię potrzebuję – jęknął, gdy moje okaleczone wargi oznaczyły czerwienią jego gardło. - Chodzi o to, że ty mnie potrzebowałeś, lecz nie przyszedłeś do mnie.
Wtedy coś pękło. Wiem to. Nie było to nic widzialnego, całe moje ciało nadal iskrzyło się jak węgorz elektryczny, ale nagle pojąłem, że nic w świecie nie wyciągnie mnie z tego bagna, jeśli nie posiądę mego przyjaciela i nie wezmę tego, co mi oferuje. Oparłem się na lewym łokciu, a moja prawa dłoń była w każdym miejscu naraz, wszędzie, gdzie mogłem poczuć jego ciepło, na żebrach i na klatce piersiowej; usiłowałem znaleźć klucz do tajemniczego nieznajomego, który pewnego dnia pojawił się w moim życiu i zupełnie absurdalnie w nim pozostał. Dywan był szorstki; wbijał się w moje łydki i jego plecy, a my szukaliśmy siebie, nie znając kierunku. Jego skóra była ciepła w dotyku i lepsza niż cokolwiek, co kiedykolwiek poczułem.
- Dlaczego zraniło cię, że nie chcę od ciebie brać? - spytałem łamiącym się głosem. - Czy nie powinieneś być raczej wdzięczny, że się wzbraniam?
- Nie, bo oferuję ci miłość.
Miłość.
To idea bardzo delikatna, a przecież prężna jak pajęcza sieć. Czy naprawdę zabrakło mi rozumu, by ją odrzucić, jeśli znajdowała się tuż przede mną? Myślałem, że on zostanie ze mną tylko wtedy, jeśli to ja będę dawał; nigdy nie przyszło mi do głowy, że zrani go moja samowystarczalność. Oczywiście, to również ta sama samowystarczalność drążyła mi dziury w lewym ramieniu i z każdą chwilą robiła się coraz bardziej nieznośna. Ale miłość... jeśli chodzi o trzy cnoty, które rzekomo mają trwać: wiarę straciłem dawno temu, a nadzieja interesowała mnie tylko wtedy, gdy sądziłem, że zniosę fakt, iż legnie w gruzach. Z tych trzech największa jest miłość – i o niej nie wiedziałem niemal nic.
- Przestań myśleć – jęknął. - Na wszystko co święte i nieskalane na świecie, przestań myśleć. Do cholery, nie oddałem ci się, żebyś mógł postawić mnie na półce i odkurzać co rano. Jestem tu, byś ze mnie korzystał. A teraz, na miłość boską, korzystaj ze mnie. Przestań myśleć.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nie na tyle szybko, bym nie upewnił się, że jest bezpieczny; gdybym go kiedykolwiek skrzywdził, rzuciłbym się z mostu. Ale obaj wiemy, co robimy – tak on, jak i ja – i to nie moje ręce przyciągnęły mnie do niego z siłą noża samobójcy; nie ja pierwszy zacząłem krzyczeć. Morfina pozwoliła mi na moment unieść się nad nami oboma, dostrzec, jak napieram biodrami i smakuję jego pierś. Ale trwało to tylko chwilę. Wcześniej pragnąłem tylko, by zapomniał dźwięku własnego imienia, żebym mógł mu go zwrócić. Chciałem być jego jedynym stróżem. Teraz nie byłem niczym. Nie byłem nawet sobą.
Czasem zastanawiam się, co by się ze mną stało, gdyby tej nocy nie wszedł do mojego pokoju. Albo gdyby błyskawicznie mnie nie porzucił, tym samym zmuszając do otrzeźwienia. Nie mam pewności, że bym umarł, ale nie mam też pewności, że bym przeżył. Sądzę, że część tego, co wydarzyło się podczas tego aktu było prześwięte. Było też przeraźliwie ludzkie i udowodniło mi, że – mimo wszystko – jestem żywy.
Mogę z całkowitą szczerością powiedzieć, że gdy – na dobre i złe – przywyknie się do kopulacji w zamian za wikt i opierunek, akt przestaje dotyczyć samego zainteresowanego. Wzięcie członka do ust – chociaż bardzo przyjemne – pozostaje czynnością, której towarzyszy ukryta motywacja, zaś doprowadzenie kochanka do tego, że aż wyje za twą męskością, staje się takim samym satysfakcjonującym zadaniem zawodowym jak dla dżokeja jazda konna, a dla kapitana bezpieczne wprowadzenie okrętu do portu. Umiem ująć mężczyznę w dłoń tak, że przez moment wydaje mu się, że mnie kocha; uderzyć z taką finezją, że będzie błagał o kolejne smagnięcie batem; posmakować wszystkiego, co mi daje, a potem zwrócić mu to do ust tak pięknie, że będzie myślał, iż poję go eliksirem życia. Postępowałem tak, bo to lubiłem... ale też dlatego, że nigdy nie mogłem wrócić do domu. Z całą pewnością świadczenie takich usług było przyjemne, ale nigdy nie stanowiło daru. Zawsze zapłatę. Dar – nigdy. Seks z Johnem Watsonem nigdy nie jest zapłatą, ale tak czy inaczej stanowił dar dla niego – nigdy dla mnie. Dlatego miłość z Doktorem tamtej nocy wydała mi się tak nieznana; dlatego bolała mnie myśl, że go wykorzystuję. Cierpiałem tym bardziej, wiedząc, że nie mam innego wyjścia.
Moje siły były nadwątlone, chociaż sprawiały wrażenie niespożytych, więc pod koniec angażowałem niemal całą moją energię. Traktowanie go w ten sposób - ocieranie się o podłogę w sposób przypominający pływanie tonącego – złamałoby mi serce, ale on za każdym razem unosił się na spotkanie mnie, a moje imię, o istnieniu którego zapomniałem, trwało na jego wargach. Imię to nadał mi ojciec, sądząc, że brzmi dystyngowanie. Jednakże w ustach Doktora me imię brzmiało słodko, nie gorzko. Gdy obaj stanęliśmy na krawędzi, skandował je jak zaklęcie, które miało za zadanie utrzymać mnie przy nim. Kiedy w końcu skończyłem, trzęsąc się, jakby wydarto ze mnie orgazm siłą, sięgnął w dół i ujął się silnie w dłoń, by sam doprowadzić swój bolesny dyskomfort do końca.
Sądzę, że nie minę się z prawdą, jeśli napiszę, że był to najsmutniejszy seks na świecie.
