Rozdział II
Noc minęła Allyson szybko, nawet odrobinę za bardzo. Kiedy rano obudziła się, jęknęła z niezadowolenia. Nie mogła narzekać na przerwanie cudownego snu, bo nie śniło jej się absolutnie nic, ale jeśli coroczna 'tradycja' miała być podtrzymana, Puchoni, razem z Krukonami mieli zacząć rok szkolny od dwóch lekcji zaklęć. Allyson nie była najgorsza z Zaklęć, jedne wychodziły jej lepiej, inne gorzej, a egzaminy zdawała zazwyczaj na Zadowalający lub Powyżej Okczekiwań, ale sama myśl o dwóch godzinach pod rząd z Profesor Smith z samego rana sprawiała, że nie miała ochoty podnosić się z łóżka. Nie po raz pierwszy nie pomyliła się. Kiedy tylko zostały im rozdane plany zajęć przekonała się, że jak co roku zaczynali zaklęciami i jęknęła niezadowolona.
Był to dopiero drugi dzień szkoły i nie wiadomo było nic poza wstępnymi informacjami, ale Turniej Quidditcha wprowadził wśród uczniów ogromne zamieszanie. W Wielkiej Sali i na korytarzach nie było praktycznie innych tematów do rozmów – każdy obstawiał, kto ma szansę dostania się do szkolnej drużyny i spekulował na temat tego, jak będzie wyglądała cała organizacja meczów; niektórzy uczniowie zbierali nawet zakłady. Allyson pokręciła głową z niedowierzaniem, gdy obok nich przeszła dwójka Krukonów z pierwszej klasy, najwyraźniej pochodzących z mugolskich rodzin, bo zastanawiali się, czym tak naprawdę jest Quidditch, a w momencie, gdy mijali Puchonkę jeden z nich proponował, że może to być rzucanie piłkami do wypełnionych kociołków.
- Hej, Yaxley!- usłyszała za sobą i odwróciła się. W jej stronę szedł James Potter, razem z dwójką swoich nieodłącznych towarzyszów – kompletnie niepodobnymi do siebie bliźniakami Rickiem i Rolandem McDowellami. Na jego twarzy malował się pewny siebie wyraz, gdy stanął przy niej i spoglądał na nią z góry.- Mam nadzieję, że planujesz wziąć udział w testach do drużyny. Szkoda by było, gdyby tak dobry ścigający jak ty nie reprezentował szkoły, bo nie wątpię, że się dostaniesz, nawet będąc Puchonką.
Allyson uniosła brew, spoglądając na Gryfona z mieszaniną zdziwienia, niedowierzania i irytacji. Znała go dość dobrze z boiska i prawdopodobnie w całej szkole nie było ucznia, który swoją przesadną pewnością siebie irytowałby ją bardziej, niż właśnie on.
- Ty zapewne zamierzasz walczyć o miejsce szukającego, co?- spytała, a chłopak pokiwał głową- Oczywi…- w środku słowa przerwały jej śmiechy i rozmowy dziewczyn, które natychmiast do nich podeszły i odciągnęły Jamesa. Przewróciła oczyma, zastanawiając się, jak te wszystkie dziewczyny mogły być tak głupie i naiwne, że sądziły, że Jamesowi zależy na którejkolwiek z nich. To nie było w jego stylu – on bawił się dziewczynami, wymieniając je średnio co dwa miesiące.
Puchonka podeszła do czekających z boku Shyanne i Andrew, i razem z nimi zabrała z dormitorium potrzebne rzeczy, a następnie udała się do klasy zaklęć. Stanęli tam pięć minut wcześniej, niż rozpoczynała się lekcja, a mimo to nie byli pierwsi – każdy uczeń Hogwartu wiedział, jak bardzo Profesor Smith nienawidzi spóźnień i nikt wolał się nie narażać na szlaban albo ujemne punkty już pierwszego dnia nauki.
Równo o dziewiątej drzwi klasy otworzyły się i wszyscy weszli do środka, zajmując ławki jak najdalej od miejsca, gdzie siedziała nauczycielka. Pisząc coś na pergaminie nawet nie podniosła głowy, żeby na nich spojrzeć. Nie zwracała na nich uwagi przez trzy minuty, co na innych lekcjach skłoniłoby ich do rozmów, ale nie na tej. Praktycznie nikt się nie odzywał, a jeżeli już ktoś musiał powiedzieć do kogoś cokolwiek, robił to jak najciszej potrafił.
- Dobrze.- powiedziała nagle kobieta, wstając i obrzucając ich piorunującym spojrzeniem- Jesteście już w piątej klasie i na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, że przed wami bardzo trudny rok. Możecie myśleć o tym, że powtarzam to co roku, ale nie w każdej klasie zdajecie SUM-y. To dzięki nim będziecie mogli kontynuować naukę jednych przedmiotów, podczas gdy z innych zamkną się przed wami drzwi do wspaniałej kariery w danej dziedzinie. Nie wątpię, że z wieloma z was nie spotkam się w przyszłym roku, ale tych, którym uda się dostać na zaawansowane Zaklęcia czeka ciężka praca i powinni przyzwyczajać się do niej już teraz… Wyciągnijcie więc wasze różdżki, sprawdzę co pamiętacie z poprzedniego roku.
Kobieta przechadzała się po klasie, oglądając dokładnie jak uczniowie z większym lub mniejszym powodzeniem przyzywali przedmioty do siebie zaklęciem Accio, powiększali je zaklęciem Engorgio, a potem niszczyli je urokiem Reducto i wykonywali z nimi wiele innych, rozmaitych czynności. Co rusz podchodziła do kogoś, kto pomylił formułę lub, choćby przypadkowo, źle rzucił zaklęcie narzekając, że jeśli będą mieli takie podejście do jej przedmiotu, to nigdy nie opanują zaklęć.
- Zaklęcia są praktycznie najważniejszym przedmiotem, jakiego uczycie się w tej szkole! Zastanówcie się, co wyróżnia czarodziei od mugoli? Właśnie możliwość rzucania uroków i ułatwiania sobie dzięki nim życia! A wy tymczasem pokazujecie, że kompletnie nie zależy wam na ich opanowaniu!
Kiedy Allyson wyszła na korytarz po skończonych zajęciach, nie była jedyną osobą, która odetchnęła z ulgą. Wiedziała, że w pewnym sensie Profesor Smith miała rację i opanowanie zaklęć było bardzo ważne, ale uważała, że trochę przesadzała, szczególnie z wrzeszczeniem na nich za każdym razem, gdy komuś coś nie wyszło. Nie byli idealni i mieli prawo do pomyłek, ale nauczycielka zdawała się w ogóle nie brać tego pod uwagę.
- Ona jest koszmarna!- stwierdził Andrew, jak za każdym razem po lekcji z opiekunką Slytherinu- Czy ona naprawdę myśli, że każdą wolną chwilę będziemy poświęcać na jej przedmiot? Żeby już w pierwszy dzień zadać nam wypracowanie na pięć stóp o możliwym praktycznym zastosowaniu zaklęcia Locarso! I to w dodatku na jutro!
Podobne słowa wychodziły z ust praktycznie całej klasy. Puchoni ucieszyli się nawet, gdy zorientowali się, że ich następną lekcją było Zielarstwo z Gryfonami. Lekcje Profesora Longbottoma, choć nie były zbyt ciekawe dla tych, których nie pasjonowały rośliny, poza momentami gdy nauczyciel powiadał o tym, jak było w Hogwarcie zanim Harry Potter pokonał Voldemorta, były dobrym odpoczynkiem po dwóch godzinach z Ogrzycą, jak nazywano czasem Profesor Smith.
Nauczyciela Zielarstwa lubiło większość uczniów Hogwartu, nawet wśród Ślizgonów. Wszyscy uważali za zabawną lekką niezdarność nauczyciela, który jednak cechował się ogromną cierpliwością, szczególnie do tych, którzy z Zielarstwa nie byli zbyt dobrzy i wymagali wiecznej pomocy, żeby poradzić sobie z zadanym ćwiczeniem. Wzięło się to z tego, że jak sam zresztą opowiadał, będąc uczniem nie był prymusem i wiedział doskonale, jak czują się ci nieszczęśnicy, którym coś nie chce wyjść.
- Podzielcie się w pary i niech każda dwójka stanie przy jednym stoliku.- powiedział od razu, gdy tylko pierwsze osoby weszły do cieplarni.
Shyanne i Andrew natychmiast stanęli przy jednym stoliku, pozostawiając Allyson samą przy innym. Żadne z nich nie chciało z nią pracować, bo nie tylko nie rozróżniała najprostszych roślin i ich właściwości, ale i nie potrafiła poradzić sobie z ogrodniczymi narzędziami bez wyrządzenia krzywdy sobie albo partnerowi.
- Będziecie dzisiaj przesadzać Muzałki Skaczące do większych doniczek. Musicie wyrzucić ziemię z ich obecnych donic, przenieść je do tych, przygotowanych na waszych stanowiskach, a następnie bardzo ostrożnie przysypać je ziemią tak, żeby nie przykryć ich ust, bo jeśli to zrobicie, obumrą. Uważajcie jednak, bo jak wskazuje ich nazwa, co jakiś czas podskakują i trzeba trzymać je niezwykle mocno, żeby się nie wymknęły. Czy wszyscy mają partnerów?- spytał, a Allyson jak zwykle podniosła dłoń w górę. Chociaż była ich nieparzysta liczba, a Profesor Longbottom zazwyczaj kazał im pracować w parach, co wiązało się z tym, że zostawała sama, nauczyciel za każdym razem zadawał to samo pytanie.
- Dobrze, więc panna Yaxley będzie pracować ze mną.- powiedział, kierując się w stronę stanowiska Allyson.- Bierzcie się do roboty, bo za każdą przesadzoną Muzałkę możecie zdobyć pięć punktów dla swojego domu.
Wszyscy wymienili zaskoczone spojrzenia, nie mogąc uwierzyć, że nauczyciel planuje dać im taką liczbę punktów za zwykłe przesadzenie rośliny. Szybko jednak zorientowali się, że ich dotychczasowe doświadczenie powinno im podpowiedzieć, że nie będzie to tak łatwym zadaniem, jak się wydawało. Samo odkopanie i zakopanie Muzałek nie stanowiło żadnego problemu, ale opanowanie ich skoków było naprawdę trudne i w ciągu całej godziny najlepszym udało się przesadzić zaledwie dwie Muzałki.
- Trzymaj ją mocno, nie pozwól jej się wywinąć z twojego uścisku.- powiedział nauczyciel, rozglądając się po klasie, gdy Allyson mocowała się z Muzałką, obiema rękami trzymając za jej liście, podczas gdy ta za wszelką cenę starała się jej wywinąć. Po chwili podstawił jej donicę, do której dziewczyna włożyła roślinę i przysypał ją ziemią.
- Dlaczego nie możemy się uczyć o takich roślinach jak mugolskie – nie ruszają się, dają się swobodnie przesadzać, przycinać, podlewać i wyrywać…- mruknęła pod nosem, a nauczyciel roześmiał się.
- Właśnie na tym polega ich piękno, że takie nie są.- powiedział- Ale pomyśl, że musisz wytrzymać jeszcze tylko jeden rok. Nikt nie zmusi cię, abyś w przyszłym roku kontynuowała Zielarstwo.
- Nawet jakby ktoś chciał mnie do tego zmusić, nie będzie miał ku temu możliwości. Przecież nie ma szans, żebym zdała SUM z tego przedmiotu na wyższą ocenę niż Nędzny!
- Nie będzie tak źle, zobaczysz.- powiedział, odkopując kolejną Muzałkę.
Zanim Allyson się zorientowała i zdążyła złapać za liście, roślina wyskoczyła z doniczki i jak zając zaczęła skakać po klasie. Wszyscy uciekali, zdążywszy przekonać się jak boli, gdy Muzałka uderzy, a Profesor Longbottom zaczął ją gonić i próbował ją złapać. Za każdym razem gdy rzucał się na nią, żeby mu nie uciekła, ta w tym momencie odskakiwała w zupełnie inne miejsce. Wszyscy przyglądali się scenie, niektórzy chichotali za każdym razem, gdy roślina uciekała nauczycielowi, a Allyson chciała zapaść się pod ziemię. Nie pierwszy raz to właśnie przez nią powstało takie widowisko.
- Dobrze, na dzisiaj wystarczy.- powiedział zmachany nauczyciel, gdy w końcu udało mu się złapać roślinę i umieścić ją w doniczce.- Wracajcie do zamku.
Zanim wszyscy się spostrzegli, minął pierwszy tydzień nauki i każdy wpadł już w normalny, szkolny rytm dnia. Allyson uczęszczała na kolejne lekcje, odrabiała prace domowe i zajmowała się innymi czynnościami z równym zaangażowaniem jak w poprzednich latach. Najwięcej uwagi przykładała do tych przedmiotów, na których jej zależało, a więc do Eliksirów, Transmutacji i Zaklęć, choć tych ostatnich chwilami miała naprawdę dosyć.
Entuzjazm, z jakim początkowo myślała o Turnieju Quidditcha i zbliżających się testach do drużyny osłabł z chwilą, gdy na tablicy ogłoszeń w Pokoju Wspólnym pojawiły się dotyczące ich informacje – terminy i regulamin zgłoszeń. Jednym z wymogów, jakie trzeba było spełniać to posiadanie własnej miotły, a Allyson swoją utraciła w wakacje. Jednego dnia, gdy robiła porządki w pokoju wystawiła ją na korytarz, opierając o szafkę, a następnie zapomniała jej schować zanim jej ojciec wrócił z Ministerstwa. Jednym z warunków, jakie Alastair Yaxley postawił w rozmowie z żoną, gdy ta błagała go, żeby nie wyrzucał Allyson z domu było, że ma się mu nie pokazywać na oczy i że żadna z jej rzeczy nie ma prawa znajdować się poza jej sypialnią. Dlatego kiedy tylko ujrzał miotłę dziewczyny połamał ją i wrzucił do pokoju tylko to, co z niej zostało.
Allyson nie było stać na to, żeby kupić sobie nową miotłę – w przeciwieństwie do swoich sióstr nie dostawała ani knuta na swoje wydatki, więc nie miała żadnych oszczędności. Nie chciała też prosić Annabelle, żeby cokolwiek jej pożyczała, bo uważała, że Gryfonka i tak bardzo dużo już dla niej robi. Przynosiła jej do pokoju książki, żeby Allyson miała zajęcie, przekazywała jej korespondencję – umówiła się z Allyson, że jej przyjaciele będą adresować listy do niej, żeby ich ojciec nie dowiedział się, że Puchonka ma kontakt z kimkolwiek; bardzo często również dotrzymywała jej towarzystwa i mówiła oraz dawała jej wszystko, co miała do przekazania Allyson ich matka. Dla Mirabelle Allyson i Annabelle zawsze były jej ulubionymi córkami; widziała, że są takie jak ona w dzieciństwie, zanim została zmuszona do małżeństwa z Alastairem i ukrywania tego, że nie zgadzała się ze swoim mężem. Wiedziała, że jedynym wyjściem, żeby jej mąż nie wpadł w furię było posłuszne wykonywanie wszystkiego, co mówił, dlatego możliwie najbardziej ograniczyła kontakt z Allyson.
Gdy tylko powiedziała o wszystkim Shyanne i Andrew, ci poradzili jej, aby poszła do Profesor Harding i spytała czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby mogła wziąć udział w testach. Dlatego też już w poniedziałek wieczorem, po odrobieniu wszystkich prac domowych udała się do gabinetu nauczycielki. Gabinet opiekunki Hufflepuffu mieścił się w lochach, tuż obok klasy Eliksirów, gdzie prowadziła zajęcia. Była to nie starsza niż trzydziestoletnia, długowłosa blondynka, która swoim otwarciem do uczniów bardzo szybko zjednywała sobie sympatię kolejnych roczników. Ale równie mocno, co sympatyczna, była również wymagająca i gdy trzeba było nie wahała się odjąć uczniom punktów czy postawić najniższą ocenę. Mimo to wszyscy ją lubili i nawet ci, którzy kompletnie nie posiadali umiejętności ważenia eliksirów wychodzili z jej lekcji zadowoleni.
Allyson stanęła przed drzwiami i zapukała. Po chwili usłyszała wołanie nauczycielki, żeby weszła, więc nacisnęła klamkę.
Gabinet nauczycielki był bardzo przytulnym, niewielkim pokojem. Po prawej stronie drzwi stał stolik z wiecznie dymiącym kociołkiem, w którym Profesor Harding praktycznie bez przerwy coś ważyła, chociaż w większości wypadków uczniowie nie mieli pojęcia co. Na lewo wisiała gablota, w której znajdowały się różnych kształtów i wielkości flakoniki, miseczki i pojemniczki, jedne z nich zawierały składniki, inne gotowe eliksiry. Na samym środku stało biurko. Na ścianie, znajdującej się za nim były zawsze zamknięte drzwi, a wisiał na niej dość spory proporzec Hufflepuffu, dyplom ukończenia Hogwartu na złotym tle, symbolizującym przynależność do domu, a także kilka zdjęć. Vanessa Harding była osobą, która była bardzo dumna ze swojej przynależności do Hufflepuffu i zaznaczała ją gdzie tylko mogła. To był główny powód, dla którego Filius Flitwick zdecydował się przekazać opiekę nad domem tak młodej nauczycielce. Wiedział, że Puchoni byli bardzo często niedoceniani przez innych uczniów i chociaż nie wstydzili się tego, kim byli, nie widać było w nich tej dumy, jaką w uczniach innego domu. Miał nadzieję, że Profesor Harding ją w nich zaszczepi.
- Ach, Allyson!- uśmiechnęła się kobieta, gdy dziewczyna weszła do środka. Była jedną z nielicznych nauczycielek, które zwracały sę do swoich uczniów imionami. Stała akurat przy kociołku i mieszała jego zielonkawą zawartość.- Coś się stało? Wyglądasz na strapioną…
- Chodzi o zbliżające się testy do Turnieju…- powiedziała dziewczyna, a nauczycielka pokiwała głową i po chwili odeszła od kociołka, zajmując miejsce za biurkiem i wskazując Allyson stojący przed nim fotel.
- Powiem ci w sekrecie, że jesteś wymieniana jako jedna z głównych kandydatek na pozycję ścigającego.- oznajmiła kobieta, zanim Allyson zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej- No i na pewno wiele osób byłoby zawiedzionych, gdybyś nie dostała się do drużyny. Być może jako Puchoni nie mamy dostatecznie dobrej drużyny, żeby zdobyć Puchar Quidditcha, ale sądzę, że jesteśmy w stanie przysłużyć się w ewentualnym sukcesie całej szkoły.
- Ja bardzo chciałabym wziąć w nich udział i dostać się do drużyny, dlatego tu przyszłam… W regulaminie jest zapis o posiadaniu własnej miotły i w tym tkwi problem…
Allyson wyjaśniła jej, co stało się ze Zmiataczem 9000, którego była właścicielką od drugiej klasy. Swoją starą miotłę dostała w prezencie urodzinowym od swojego wujka, brata matki, który został wyklęty z rodziny za małżeństwo z mugolką. Mężczyzna wiedział doskonale o tym, że Allyson świetnie latała i dał jej miotłę z nadzieją, że przyniesie dumę drużynie Puchonów. Wiedziała, że gdyby napisała mu, co się stało bez wahania dostałaby od niego nową miotłę, nie zamierzała jednak tego robić.
Profesor Harding, zawsze starająca się znać dobrze swoich uczniów i ich problemy, doskonale wiedziała, jaką sytuację w domu miała Allyson. Była jedną z wielu zadziwionych osób, gdy osoba o nazwisku Yaxley trafiła do jej domu i później spędziła z Allyson wiele czasu, żeby przekonać dziewczynę, że nie powinna przejmować się zdaniem swojej rodziny, tylko być dumną z tego, kim jest.
- Obawiam się, że nie będę w stanie ci pomóc…- powiedziała nauczycielka, po wysłuchaniu dziewczyny i zastanowieniu się nad jej słowami- Profesor Flitwick wyjaśnił nam wszystkim prawie każdy punkt regulaminu i ten, o którym mówisz jest nie do obejścia. Musisz mieć swoją własną miotłę, która musi zostać zgłoszona do organizatorów Turnieju i zabezpieczona przed jakimikolwiek modyfikacjami, mającymi ułatwić grę.
- Czyli nie ma dla mnie żadnej opcji?- spytała zawiedziona nastolatka, starając się jak mogąc nie okazać, że zbiera jej się na płacz. Była to jedna z cech, której w sobie nie znosiła – bardzo łatwo płakała, czy to ze szczęścia czy ze smutku.
- Ja w tej chwili nie widzę żadnej, ale jeśli chcesz, to pójdę do Profesora Flitwicka i zapytam się jeszcze o to.
Dziewczyna pokiwała głową i po chwili zawiedziona, wolnym krokiem szła już do swojego dormitorium. Przeszła przez Pokój Wspólny, nie zwracając na nikogo uwagi i weszła do pustej sypialni. Usiadła na swoim łóżku, plecami opierając się o ścianę i chwyciła swoją poduszkę, którą przycisnęła do siebie, obejmując mocno i pozwoliła łzom spłynąć po jej twarzy. Zaraz potem do pokoju weszła Shyanne i usiadła obok niej, przytulając przyjaciółkę.
- Mamy jeszcze tydzień, Ally… Testy na ścigających są dopiero w przyszły wtorek, do tego czasu coś wymyślimy…
- Co mamy wymyślić? Jedyną możliwością jest zakup miotły, na którą mnie nie stać!- wyłkała Allyson, wtulając się w przyjaciółkę.
W ciągu poprzednich czterech lat Shyanne zdążyła przyzwyczaić się do tego, że w kiepskich momentach Allyson zdawała się przemieniać w całkowitą pesymistkę, nie widzącą żadnego wyjścia z sytuacji. Wiedziała, że jedyną możliwością przekonania jej było poczekanie, aż się uspokoi, żeby chciała jej wysłuchać.
- Przestań Ally, nie może być aż tak źle… Musi być jakiś sposób i znajdziemy go…- powiedziała, gdy Allyson już przestała płakać.
- Być może… Mam ochotę na spacer, idziesz ze mną?- spytała Allyson, a Shyanne natychmiast spojrzała na zegarek.
- Nie, idź sama… Ale wróć przed dziewiątą, nie chcesz chyba zarobić szlabanu za przebywanie poza dormitorium o niedozwolonej godzinie.- odparła Shyanne, a Allyson przewróciła oczyma.
- Jeśli ty, pani prefekt, nie dasz mi szlabanu albo nie odejmiesz punktów, to nie masz się co o mnie martwić.
Allyson wyszła z dormitorium, a następnie udała się na błonia. Wieczór był dość chłodny, ale szata szkolna była dostatecznie ciepła, żeby dziewczyna nie zmarzła. Tak naprawdę cieszyła się, że Shyanne nie przyjęła propozycji, żeby spacerować z nią, bo czasem naprawdę bardzo lubiła pobyć sama ze sobą.
Dziewczyna usiadła pod drzewem, niedaleko jeziora i przypatrywała się jego delikatnie falującej tafli, poruszanej przez lekki wiatr. Co jakiś czas wrzucała do niego kamienie, mącąc prawie gładką powierzchnię. Takie siedzenie było kolejnym sposobem, w jaki lubiła spędzać czas w trakcie gorszych dni. Chociaż zdawała sobie sprawę, że jezioro zamieszkane jest przez różne, przerażające i niebezpieczne stworzenia, to wpatrywanie się w nie zawsze ją uspokajało. Czasem nawet miała ochotę tak po prostu wejść do niego i się zanurzyć, ale w takich chwilach strach brał nad nią górę i wolała nie ryzykować.
Nie miała pojęcia jak długo przesiedziała w tym miejscu. Ciemne, gwieździste niebo było najlepszym dowodem tego, że straciła rachubę czasu, bo gdy wychodziła z zamku było jeszcze dość jasno. Ruszyła w stronę zamku, modląc się w duchu, żeby nie spotkać po drodze do dormitorium żadnego nauczyciela ani Prefekta Naczelnego, a już przede wszystkim Profesor Smith. Allyson nie wiedziała, jak ta kobieta to robiła, ale zdawała się mieć nawet większy dar do pojawiania się w najmniej odpowiednich dla uczniów momentach niż Filch i jego kotka.
Bardzo ostrożnie otworzyła drzwi i po cichu wślizgnęła się do środka. Na jej nieszczęście drzwi skrzypnęły i dziewczyna, nie spodziewając się żadnego odgłosu, wystraszyła się lekko i trzasnęła nimi. Allyson zamarła, rozglądając się wokoło. Nagle z jednego z bocznych korytarzy usłyszała stukot kroków i przerażona czym prędzej pobiegła do prowadzącego do lochów korytarza. Nie przejmowała się tym, że ktokolwiek szedł na pewno usłyszał stukanie jej butów o posadzkę; jedynym, o czym w tym momencie myślała było dostanie się do dormitorium.
Podbiegła do stosu beczek, stukając w jedną z nich. Praktycznie od razu poczuła, jak uderza ją fala czegoś mokrego i poczuła odrzucający smród octu. Usłyszała tymczasem zbliżające się coraz bardziej kroki i zastukała raz jeszcze – zostając oblaną kolejną falą octu. Nagle wieczko otworzyło się i Allyson dostrzegła po drugiej stronie twarz Shyanne. Praktycznie wskoczyła do środka, wypadając niezdarnie po drugiej stronie i przewracając koleżankę. Szybko jednak pozbierała się i zatrzasnęła drzwiczki, zanim osoba, która za nią podążała zdążyła dotrzeć do odpowiedniego korytarza.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? Jest już prawie północ! Gdyby ktoś cię złapał, miałabyś pewny szlaban!- syknęła Shyanne, a Allyson usiadła pod ścianą, oddychając szybko.
- A myślisz, że dlaczego tak śpiesznie było mi się tu dostać? Ktoś za mną szedł!- odparła blondynka, a Shyanne westchnęła tylko.- A ty jeszcze nie śpisz?- spytała, uświadamiając sobie, że o tej porze Shyanne zawsze dawno już spała. Dziewczyna bardzo wcześnie wstawała, ale równie wcześnie chodziła spać.
- Czekałam na ciebie. Znam cię nie od dziś i zdaje sobie sprawę, że gdy nikt ci nie towarzyszy możesz mieć problemy z wejściem do dormitorium.- Allyson uśmiechnęła się, kiwając głową- Poza tym, nie powinnaś mieć do mnie pretensji, skoro uratowałam ci tyłek. A teraz, jakbym mogła cię prosić, idź się wymyć! Cuchniesz prawie tak bardzo, jak nieudany eliksir Andrew!
Obie dziewczyny zachichotały, przypominając sobie jedną z lekcji eliksirów, kiedy Profesor Harding prawie straciła panowanie nad sobą po tym, jak ich przyjaciel kompletnie pomieszał instrukcję i składniki, i po podgrzaniu eliksiru do odpowiedniej według przepisu temperatury gęsta, lepka, zielono-brązowa ciecz o przyprawiającym o mdłości zapachu wybuchła, rozrywając jego kociołek na części i przyczepiając się do wszystkiego, na co natrafiła. Chłopak natychmiast dostał wtedy szlaban, który polegał na czyszczeniu klasy z zawartości swojego kociołka, co nie było wcale prostą sprawą, bo substancja nie chciała odklejać się od ścian i mebli. Jeszcze przez następne dwa miesiące można było wyczuć w sali jej odór.
Kiedy Allyson weszła do swojej sypialni, wszystkie jej współlokatorki, z Shyanne włącznie, pogrążone były w głębokim śnie. Starając się być jak najciszej, podeszła do swojego łóżka i wślizgnęła się pod kołdrę. Leżąc zastanawiała się czy rozmowa Profesor Harding z dyrektorem miała zmienić cokolwiek w sytuacji, w jakiej się znalazła. Nie pierwszy raz była wściekła na swojego ojca; w pierwszej klasie każdy lekko obawiał się jej ze względu na to, z jakiej pochodziła rodziny. Musiała naprawdę sporo się napracować, aby przekonać ich, że nie jest taka, jak jej krewni. Teraz stawał przed nią kolejny problem, powiązany z jej pochodzeniem.
Westchnęła, zamykając oczy i dając się pochłonąć snom i marząc, nie pierwszy raz zresztą, żeby rano obudzić się i przekonać, że wszyscy jej krewni, może w z wyjątkiem Annabelle, byli tylko złym snem.
