II.
Obudził go łomot.
George był przyzwyczajony do tego rodzaju pobudek – w końcu specjalizował się w hałaśliwych eksperymentach, które czasem zaczynały żyć własnym życiem – więc owinął się ciaśniej kołdrą, jeszcze ciaśniej zacisnął powieki i postanowił ignorować rumor tak długo, jak tylko będzie mógł, a później pozwolić Fredowi zająć się likwidacją jego źródła. Przez długie, dobroczynne dwie sekundy jego organizm szykował się do zapadnięcia w krzepiącą drzemkę. Po chwili jednak ogarnęło go bardzo nieprzyjemne uczucie, podobne do tego, z jakim budził się przez parę tygodni na początku siódmego roku w Hogwarcie: kiedy wciąż istniała możliwość, że interes z Magicznymi Dowcipami nie wypali, a on będzie musiał przeżyć jeszcze kilkaset podobnych męczących poranków, będących wstępem do kilkuset podobnych żmudnych dni, stanowiących skrajnie nużące preludium do owutemów, których George z całą pewnością nie był w stanie zaliczyć lepiej niż nędznie (wyjąwszy historię magii, z niej zasłużył najwyżej na trolla).
Jako że z natury nie był typem człowieka znajdującego przyjemność w babraniu się we własnych lękach, za to los obdarzył go sporym zasobem wiary w siebie i swoje pionierskie pomysły (przez niektórych zwane błazeńskimi zgrywami), potrafił bez większego problemu poradzić sobie z niewesołymi uczuciami przy pomocy porcji musu dyniowego albo, w przypadku szczególnie okropnego humoru, kilku czekoladowych kociołków. Rozwodzenie się nad niedomaganiami własnej duszy w towarzystwie Freda – a w jego towarzystwie, jako swojego bliźniaka oraz współlokatora, a także wspólnika w pracy i zabawie, George przebywał przez większą część czasu, czy tego chciał, czy nie – nie miało wiele sensu. Obaj za punkt honoru stawiali sobie pozostać w zdrowo ironicznym dystansie do świata i praktykowali na tyle kpiarski sposób podnoszenia na duchu, że jeżeli któryś z nich naprawdę potrzebowałby pocieszenia, lepiej by zrobił, udając się po nie do kogoś innego.
Tym razem jednak nastrój George'a nie miał wiele wspólnego z Hogwartem i niewyraźnie malującą się przyszłością, a dużo więcej z Fredem i dziwnie nie chcącymi odejść w nieszkodliwą przeszłość wydarzeniami ostatniego roku. George pomyślał, że tym razem porządny kopniak od brata oraz odrobina zjadliwości wcale by mu nie zaszkodziły – tylko że na drwiny Freda nie miał co liczyć, a jedyne, co mu pozostało, to dużo bardziej wyrozumiała podpora w osobie Lee...
Przewrócił się więc na drugi bok, otwierając oczy i trafiając wzrokiem prosto w pustą przestrzeń po lewej stronie swojego łóżka, konfrontującą go ze świadomością, że przecież Lee też już nie było. Wygnieciona poduszka w błękitne paski robiła wrażenie, jakby chłopak dopiero co podniósł z niej głowę, i wywołała w George'u natychmiastowe poczucie braku, a jednocześnie winy, złości i tęsknoty za jego wsparciem. Było ono tak poniżająco kojące, że George bał się po nie sięgać, a zwłaszcza otwarcie o nie prosić, co prawdopodobnie stanowiło jedną z przyczyn, dla których ostatecznie został go całkowicie pozbawiony.
Kilka metrów za krawędzią łóżka, pod parapetem, leżała przewrócona klatka i trzęsła się pod naporem rozpostartych skrzydeł Sowizdrzała: ptak uparcie próbował opuścić areszt, najwyraźniej usiłując zrezygnować z funkcji ostatniego ogniwa łączącego jego właściciela z George'em i Magicznymi Dowcipami. Wczesnym rankiem George ściągnął z sowy zaklęcie unieruchamiające, mając nadzieję, że uspokoi się sama z siebie – udobruchana smacznym posiłkiem z dwóch puchatych puszków. Niestety, Sowizdrzał miał w sobie dużo samozaparcia charakterystycznego także dla Lee, który pozostał równie nieprzejednany na perswazje.
Sowa kłapnęła dziobem i zahukała słabo – zaklęcie uciszające powoli traciło moc. Był to osobliwy odgłos, zbliżony chyba najbardziej do miauczenia, co robiło dość komiczne wrażenie. Mimo to George poczuł, jak gula – od jakiegoś czasu stale obecna w jego krtani – przemieszcza się w stronę jamy ustnej, i pomyślał, że dawno żadne miejsce nie wydawało mu się tak mało zabawne jak Magiczne Dowcipy.
Potem podniósł się do pozycji siedzącej i sięgnął na stolik nocny po szklankę na wodę, obecnie wypełnioną do połowy tanią whisky. Pociągnął spory łyk – a następnie i drugi – zdecydowawszy, że jeżeli koniecznie ma się porzygać, to niechże stanie się to z jakiegoś bardziej akceptowalnego powodu niż złamane serce. Podła w smaku ciecz rozgrzała mu przełyk, spychając do żołądka ćmiącą mieszankę emocji i przynosząc niewielką, lecz za to niemal natychmiastową, ulgę.
Lee nigdy, nawet we wstępnej fazie ich nieistniejącego jeszcze romansu, nie przyprawiał go o brak apetytu, mdłości, motyle w brzuchu, martwicę szarych komórek i wszystko to, co obiecywały eliksiry miłosne, które sprzedawał w sklepie po 11 sykli. Skoro jednak nawet ta odmiana uczucia ostatecznie zamieniła się w chorobę, powoli przeistaczającą dotychczas odpornego na sentymentalizm człowieka w gumochłona, powinien pomyśleć raczej nad jakimś antidotum.
Na razie roboczo poczęstował się jeszcze whisky, zanim wspomnienie rozpaczliwej próby odzyskania względów Lee sprawiło, że ponownie zrobiło mu się niedobrze. Zerknął na zepchnięty w róg nakastlika zegarek: krótsza wskazówka zatrzymała się właśnie na dziesiątej, co szczęśliwie przypomniało mu o zapowiedzianej wizycie Harry'ego.
Przeciągnął przez szyję wilgotnawy podkoszulek i wrzucił go pod łóżko, po czym bez entuzjazmu wygramolił się spod kołdry, mrugając intensywnie – niedobory snu sprawiały, że piekły go oczy. Z podłogi zgarnął inny podkoszulek, w którym spał wczoraj, a który zdążył już obeschnąć od tego czasu. Nie kłopocząc się zmianą bielizny, naciągnął na nogi dość porządne, brązowe spodnie, żeby zachować przed Harrym resztki przyzwoitości. Boso ruszył do drzwi, przez ramię rzucając na sowę nowe Immobilus i zostawiając ją w przewróconej klatce, by cierpiała za przewiny.
Do jedenastej – kiedy miał przybyć Harry – George zdążył pomyć wszystkie kubki pozostałe po wczorajszym rodzinnym spędzie, pobieżnie oczyścić kuchnię z co bardziej rzucających się w oczy spirali burych pajęczyn, a także nieco odświeżyć swoją garderobę przy pomocy paru Chłoszczyść. Kwadrans później doszedł do wniosku, że nie wypada mu powitać gościa samą herbatą. Wobec większości innych ludzi nie miałby takich skrupułów – zresztą nikt, kto ostatnio go odwiedzał, nie spodziewał się kordialnych powitań – ale ostatecznie to dzięki Harry'emu i jego złotu w ogóle miał możliwość kogokolwiek tu przyjmować. Niezależnie od tego, że siedziba Dowcipów przypominała mocno spaczoną wersję niegdysiejszego marzenia.
Paszteciki dyniowe zjadł na kolację, więc poszedł na zaplecze sklepu, gdzie trzymał kilka opakowań udoskonalonych podwójną dawką Ognistej Whisky kociołków czekoladowych. Wrzucił jakieś dwa tuziny smakołyków do misy i zasiadł za stołem, powstrzymując się od dalszych działań wykraczających poza sięganie po kolejny kociołek. Udoskonalony przepis na przysmak wyszedł spod jego ręki w czasie sprzyjającej Dowcipom koniunktury, to jest gdy gros innych biznesów zamknięto na cztery spusty, w obawie przed szabrami śmierciożerców. Był przeznaczony jedynie do wewnętrznego użytku jego, Freda i Lee i kojarzył się George'owi z ekscentrycznymi wakacjami spędzonymi w opuszczonych budynkach w celu nadawania Potterwarty Codziennie wieczorem zjadali przynajmniej po dwa: jedwabista czekolada rozpuszczała się na podniebieniu, w cudownie przyjemny sposób niwelując palenie w gardle, a jednocześnie wzmagając rozgrzewające działanie alkoholu i umilając im cały ten surwiwal.
Obecnie pomadki były tak twarde, że kaleczyły dziąsła i w dobranie się do nadzienia należało włożyć trochę wysiłku. Minęło południe, gdy George rozgryzł trzeci kociołek, zastanawiając się, czy nie powinien przebranżowić Dowcipów na monopolowy. Jego myśli zaczęły orbitować w niebezpieczne rejony – na przykład jaki jest sens ciągnięcia interesu bez Lee, a zwłaszcza bez Freda – co mogło popchnąć go do głupich czynów, jak odezwanie się do Charliego.
Z doświadczenia wiedział, że takie pomysły albo poprzedzają, albo zwiastują momenty załamania nerwowego, więc zapobiegawczo doszedł do wniosku, że Harry jednak się nie pojawi i najbezpieczniej będzie wrócić do łóżka. Wmusił w siebie półtorej kanapki z konfiturą, po czym wspiął się z powrotem na piętro, po drodze pochłaniając czwartą pomadkę. Ściągnął spodnie i walnął się na materac w pokoju Freda, mając nadzieję, że to powstrzyma jego umysł przed podsuwaniem mu do analizy wybranych aspektów związku z Lee, ale ze względu na charakterystyczny smak ich alkoholowo-czekoladowego wypadu, który George wciąż czuł na języku, plan spalił na panewce.
Po dziesięciu minutach usilnego zaciskania powiek George z obrzydzeniem wygrzebał się spod pledu i przeszedł do własnego pokoju, ignorując unieruchomionego żałośnie w kącie klatki Sowizdrzała. Z impetem otworzył dolną szufladę komody, wyciągnął z niej szarą, dzianinową bluzę Lee i, próbując nie rozważać, jak bardzo sam jest żałosny, wdział ją na siebie.
Rękawy opadały George'owi na palce, a dolny ściągacz sięgał za pośladki, przykrywając znaczną część bokserek. Z tego powodu bluza stanowiła całkiem dobre odzienie na chłodniejsze noce i głównie tak była użytkowana: sam Lee wkładał ją tylko do sporadycznego zimowego joggingu, przez co została przez niego pominięta przy pakowaniu.
Co prawda teraz w pokoju panowała duchota, ale George naciągnął rękawy na dłonie, wlazł do łóżka, i tam – pocąc się niewyobrażalnie – wyobrażał sobie, że wdycha zapach Lee, choć tak naprawdę była to tylko woń niegdyś niedosuszonego, stęchłego prania.
Tym razem ze snu wyrwało go niedające się zlekceważyć piszczenie dzwonka do drzwi. Wstał, nadal nieco nieprzytomny, i ziewając, zwlekł się ze schodów. Pulsowało mu w skroniach, a usta miał suche i jakby gorzkawe, co znaczyło, że przesadził z kociołkami oraz że spał przynajmniej parę godzin. W przeciwnym wypadku wciąż doświadczałby mniej dokuczliwych symptomów spożycia alkoholu na pusty żołądek, jak pewna niezborność myśli – całkiem przydatna, kiedy roztrząsanie czegoś na trzeźwo sprawiało, że człowiek miał ochotę pozbawić się odpowiedzialnego za produkcję wszelkich refleksji organu.
Piszczenie nie ustępowało.
George ze złością pociągnął za klamkę, spodziewając się ujrzeć na progu Charliego – zwykł on wbijać palec w przycisk dzwonka i nie cofać go, dopóki nie został wpuszczony do mieszkania – ale, oczywiście, za drzwiami stał Harry. Był dość rozczochrany i zdaje się nieco skruszony, lecz także ubrany schludnie w czyste buty, ciemne spodnie, białą koszulę, a nawet krawat Gryffindoru, co uświadomiło George'owi boleśnie, że sam stoi przed gościem boso, we wczorajszych bokserkach i starej bluzie Lee. Na domiar złego tkanina lepiła mu się do pleców, podobnie jak spocone włosy do szyi.
– Eee... – wymknęło mu się, kiedy rozważał pobieżnie, dlaczego właściwie nie jest mu wszystko jedno, jak wygląda.
– Przepraszam – rzekł Harry, jakby czytając mu w myślach. Chodziło mu jednak o dzwonek, w kierunku którego wskazał brodą. – Zacięło się. Nacisnąłem tylko raz, przysięgam.
George z całej siły walnął pięścią w przycisk. Pisk ustał.
– Nie szkodzi – odparł George nie całkiem zgodnie z prawdą, rozcierając dłoń. Ból pomógł mu przezwyciężyć chwilowe zmieszanie. Obecność osób trzecich zawsze zmuszała go do zebrania się do kupy, skupił więc wzrok na gościu i przestawił się na tryb ironicznej pogawędki, który kiedyś uznawał za ożywczo stymulujący. Obecnie uciekał się do niego z przyzwyczajenia, ponieważ wypracowanie innych metod dialogu wymagało włożenia więcej wysiłku, niż przynosiło korzyści. – Mój słuch absolutny ostatnio nieco się przytępił.
Harry prychnął cicho.
– No tak. Wcześniej był faktycznie znakomity.
George wzruszył ramionami.
– Zdaje się, że nie słyszałeś moich arii pod prysznicem.
– Rzeczywiście, nie miałem okazji – odrzekł Harry z udawaną ogładą, najwyraźniej dostosowując się do balansującego na granicy żartu i powagi sposobu konwersacji. Miał on to do siebie, że narzucony łatwo wchodził ludziom w krew, nawet jeżeli nie nawykli do stosowania go na co dzień (poza paroma wyjątkami, takimi jak Percy).
– Niewątpliwie powinieneś to nadrobić. – Odpowiedź sama się narzuciła. George na moment przylgnął myślą do mętnej jak szyba nagrzanej kabiny prysznicowej wizji, w jaki sposób miałoby się to odbyć. W naturze tego ambiwalentnego wyobrażenia tkwiło coś odstręczającego, co kazało George'owi zdusić je w zarodku. – Tymczasem zapraszam do środka – zachęcił, koncentrując się na rzeczywistości i uchylając szerzej drzwi. Zlustrował tułów Harry'ego. – Czy dobrze mi się zdaje, że zweryfikowałeś poglądy dotyczące stroju wizytowego? Uwierz mi, posada w Magicznych Dowcipach nie wymaga oficjalnej garderoby. Muszę ci zdradzić – zniżył głos – że właściciel nie jest szczególnie elegancki. Może się zdeprymować.
Harry nieznacznie poluzował krawat.
– Dostałem szlaban – wyjaśnił, poniekąd zafrasowany. – Musiałem oprowadzać delegację francuskiego Ministerstwa Nauczania po wieży Gryffindoru. Dlatego nie dotarłem rano, przepraszam. Nawet nie dałem rady puścić sowy. Mam nadzieję, że nie popsułem ci planów?
– Bynajmniej – odparł George, myśląc o wzrastającej nienawiści do własnego łóżka i jednoczesnej niechęci do tego, żeby – raz się w nim znalazłszy – kiedykolwiek je opuszczać. – Akurat dzisiaj nie planowałem nic szczególnego. Poza twoją wizytą, rzecz jasna – dodał kurtuazyjnym tonem, zupełnie skutecznie maskującym fakt, że w istocie uwaga nie była zdawkową uprzejmością, ale prawdą. Czyjekolwiek wizyty – nawet Charliego albo Sowizdrzała – stanowiły (zazwyczaj) mniej lub (z rzadka) bardziej pożądane wydarzenie w ograniczającej się do polegiwania w pościeli i snucia po domu egzystencji George'a. – Wchodź.
– Na pewno ci nie przeszkadzam? – zapytał Harry, przekraczając jednakże próg i wchodząc w głąb przedpokoju.
– Nie. – George zamknął drzwi i pociągnął nosem, dyskretnie sprawdzając, czy bardzo śmierdzi. Wyczuwszy jedynie niezbyt intensywny zapach stęchlizny, ruszył za gościem. – Szlaban w niedzielę? Widzę, że sprawujesz godną pieczę nad dziedzictwem Huncwotów
– Profesor McGonagall złapała mnie, jak wychodziłem do ciebie rano, i wlepiła mi zaległy szlaban za nieobecność na transmutacji – rzucił Harry przez ramię.
– Zacnie – mruknął George, wymijając chłopaka, którzy zatrzymał się przed wejściem do kuchni. – Siadaj, nie krępuj się – dodał, odsuwając krzesło. Podwinął rękawy i otworzył kredens. – Czy mogę zaoferować ci... Hmm... Kawę, herbatę? – Szafka okazała się zaskakująco dobrze zaopatrzona. – Whisky?
Harry zaśmiał się.
– Kuszące. Poprzestanę na herbacie.
George wyciągnął pudełko herbaty i dwa kubki i, z niejakim żalem rzuciwszy ostatnie spojrzenie na ukrytą w głębi półki butelkę alkoholu, zatrzasnął szafkę. Machinalnie sięgnął po różdżkę do kieszeni, zapominając, że bluza Lee jest ich pozbawiona.
– Mógłbyś...? – Wskazał palcem czajnik. – Zostawiłem różdżkę na górze. – Harry wyciągnął swoją z tylnej kieszeni spodni. – Więc? Co nabroiłeś? – George usadowił się po przeciwległej stronie stołu i podsunął drugiemu chłopakowi misę z kociołkami czekoladowymi. – Czy nie wspominałeś wczoraj, jakobyś zaraził się od Hermiony żyłką entuzjazmu do edukacji? A może chciałeś tylko zrobić wrażenie na mojej matce i tak naprawdę wcale się nie uczyłeś?
– Uczyłem się – odparł Harry, chowając różdżkę i wyciągając sobie jeden kociołek.
– Ale nie transmutacji? – podsunął George, sięgając po drugi i natychmiast odgryzając spory kawałek.
– Ale nie na lekcji...
George uniósł brwi.
– Jakoś lepiej uczy mi się w pokoju – uściślił drugi chłopak, powoli obracając pomadkę w palcach. Słaby uśmiech na krótko opuścił jego wargi, ale za chwilę, gdy Harry powrócił wzrokiem do George'a, który patrzył na niego z przerysowaną zgrozą, znów się na nich pojawił. – Zapewne sądzisz, że straciłem piątą klepkę, ale nie musisz się o mnie obawiać: do entuzjazmu nadal mi daleko.
– Sprecyzujmy – zaproponował George, przełykając kęs kociołka i odchylając się w krześle. – Urwałeś się z lekcji, żeby uczyć się w dormitorium, czy dobrze rozumiem?
– Hm – chrząknął Harry, zerkając na niego z lekkim zażenowaniem i równie lekkim, porozumiewawczym uśmiechem, jakby nie spodziewał się wyszydzenia, lecz zrozumienia, chociaż George'a zwykły pasjonować tylko rozmaite efekty uboczne różnych gałęzi nauki, dość nieprzydatne z akademickiego punktu widzenia. – Wiem, jak to brzmi, ale, cóż, wygląda na to, że tak.
George gwizdnął z niedowierzaniem.
– Brzmi pokrętnie – stwierdził. – Iście makiaweliczny pomysł jakiegoś niedoszłego Krukona, którego tiara przydziału zdecydowała się wtrącić do Slytherinu.
Harry skrzywił się na sekundę: jak ktoś, kto został poczęstowany miodową fasolką, ale po rozgryzieniu okazała się ona smakować wymiocinami. Później z determinacją wbił zęby w czekoladowy kociołek, jakby miał on mu pomóc w zlikwidowaniu tego okropnego posmaku. George zamrugał, zdziwiony.
– Wybacz – rzekł, utrzymując żartobliwy ton. – Nie chciałem cię obrazić.
Mimika Harry'ego wróciła do stanu wyjściowego. Machnął ręką.
– To nic – odparł lekceważąco, po czym zrobił dłuższą pauzę, naznaczoną subtelnym wahaniem. – Zaraz... – Zmarszczył brwi. – Czy to zwyczajne kociołki? Bo smakują... to znaczy... Są diabelnie mocne!
– Ponieważ są to nadzwyczaj dobre kociołki, Harry. – George uśmiechnął się pod nosem przebiegłym rodzajem uśmiechu. W tłustych dla Dowcipów miesiącach zwykł był mamić nim spragnionych adrenaliny klientów. – Ulepszone sekretnym składnikiem.
– Czyli spirytusem? – zapytał Harry z przekąsem.
– Mój drogi – żachnął się George. – Niczym, co trzeba by było przesączać przez chleb. Dodałem jedynie odrobinę wspaniałego eliksiru zwanego "wodą życia"... Lub, częściej, whisky... – przyznał. – Akurat w tym przypadku najlepszą whisky filtrowaną na węglu drzewnym z klonu cukrowego. Którą, dodajmy – rzucił niby mimochodem, podnosząc się od stołu, gdy zaświstał czajnik z gotującą się wodą – nadal mam w swoim posiadaniu.
Nabrał w palce trochę herbacianych listków, wrzucił je do kubków w mniej więcej równych proporcjach, i chlusnął wodą do pierwszego z naczyń.
– Oczywiście herbata jest podobno lepsza na żołądek – stwierdził obłudnie, w rzeczywistości kombinując, jak skłonić Harry'ego do skosztowania trunku, na który sam miał w zasadzie nieustającą ochotę, wzmaganą zarówno sytuacjami towarzyskimi, jak i okresami osamotnienia. – Nie powinienem co prawda deprawować uczniów Hogwartu...
– Doprawdy? – Harry przyjął od niego kubek i łyżeczkę. – Bo odnoszę wrażenie, że próbujesz mnie zdemoralizować.
George z rozmachem ustawił na środku blatu starą sosjerkę, pełniącą rolę cukiernicy.
– Ciebie? Nie śmiałbym. Rzecz jasna, uwielbiam sprowadzać na drogę psot i występku, ale...
– ...ale ze mną ci się to nie uda – rzekł Harry poważnym głosem i niepostrzeżenie wyjął z kieszeni różdżkę, a następnie wycelował nią w kierunku George'a. – Bo od dawna nią podążam.
Parujące kubki zniknęły, a zamiast nich na stole pojawiły się dwa niewielkie, puste kieliszki, jak gdyby tylko czekające, by je napełnić.
– Wow – skomentował George, ignorując fakt, że niskie, wąskie naczynka nadawały się raczej na domową nalewkę niż dojrzewającą trzy lata w dębowej beczce, wyprodukowaną w limitowanym nakładzie kilku tysięcy sztuk, whisky. – Jak ci się to udało? Ja nigdy nie jestem w stanie usunąć zawartości.
– Lata praktyki. No... może miesiące. I nadal nie potrafię uporać się z parą.
Rzeczywiście, nad kieliszkami wciąż unosiła się delikatna mgiełka.
– Szczegół – zbagatelizował George, zacierając ręce. – Mogę? – zapytał, wskazując na leżącą obok różdżkę Harry'ego, który skinął głową. George objął drewniany trzonek palcami. Różdżka była grubsza, lecz krótsza niż jego własna, a także nieco lżejsza.
– Glacius – mruknął ostrożnie, jak zawsze, gdy używał różdżki należącej do innej osoby – chyba, że właścicielem był Fred albo Lee – a trzeba przyznać, że od dawna tego nie robił (w dzieciństwie pokąsała go wykonana na rdzeniu z zaleszczotki różdżka Billa i pozostał mu jakiś uraz). Zaklęcie zadziałało jednak bez zarzutu i szkło momentalnie pokryło się szronem. – Nie wiem, jakie jest twoje doświadczenie z napojami wyskokowymi – zwrócił się do Harry'ego – ale jeżeli chodzi o whisky, to pierwsze, co moim skromnym zdaniem należy sobie przyswoić, to że możesz pić ją nawet ze słoika, ale nigdy na ciepło.
– Nie jestem już zupełnie niewinny – zapewnił Harry, podsuwając jeden z kieliszków w jego stronę, a drugi zachowując.
– Wspaniale. – George obrócił się, stanął na palcach i wyciągnął z szafki ukrytą tam pokaźną butelkę z ciemnego szkła. Nalał najpierw Harry'emu, a potem sobie, orientując się, że z oczekiwania odrobinę drżą mu ręce. Z kolei wewnętrzne rozedrganie, którego w różnym natężeniu doświadczał od wielu dni, naraz zelżało pod wpływem samego chlupotu alkoholu. George twardo padł na krzesło, nagle czując ulgę, że za chwilę napój uwolni go od przymusu czynienia występu z każdej wypowiedzi i zdejmie z niego ciężar utrzymywania konwersacji na odpowiednio błyskotliwym poziomie. – Przejdźmy więc do meritum.
Uniósł kieliszek. Ciemnobursztynowy płyn zalśnił, prześwietlony blaskiem brudnej od owadzich odchodów żarówki.
– Twoje zdrowie. – George łypnął na Harry'ego nieuważnie, po czym wychylił całą zawartość kieliszka duszkiem, nie tracąc czasu na delektowanie się smakiem. Na moment przymknął powieki, a kiedy ponownie je rozwarł, dostrzegł, że kieliszek gościa nadal jest pełny. Zanim zdążył zachęcić go do degustacji, ten uchwycił jego spojrzenie i, patrząc mu w oczy, rzekł:
– Twoje także – i przełknął whisky równie szybko jak George, nawet się nie skrzywiwszy. Trunek – ponad czterdziestoprocentowy – nie należał do słabych, a przy tym nie został rozcieńczony nawet kostką lodu (choć podobno najlepiej smakował z dodatkiem wody), więc George zaczął podejrzewać, że oświadczenie Harry'ego odnośnie do utraty alkoholowej cnoty mogło nie być spreparowane na wyrost, a nawet wynikać z nadmiernej skromności. W jego sytuacji zresztą – tak, jak teraz ją sobie wyobraził, bo zazwyczaj Harry bardziej kojarzył mu się z piwem kremowym niż z Voldemortem – sam zapewne już dawno popadłby w uzależnienie: albo od etanolu, albo od eliksiru wielosokowego, którym zapewniałby sobie anonimowość przynajmniej do czasu namaszczenia jakiegoś innego nieszczęśliwca na bohatera następnego stulecia. – Druga kolejka? – zaoferował powodowany nie tyle współczuciem, ile własną potrzebą. Kiedyś losy Harry'ego wyraźniej przemawiały do jego wrażliwości – jak wtedy, gdy wraz z Fredem postanowili wyratować go z wakacji u psychopatycznych mugoli – lecz obecnie własne położenie skutecznie redukowało współodczuwanie z kimkolwiek. Zawsze jednak podchodził do Harry'ego z większą ostrożnością niż do większości bliskich mu mężczyzn (czyli swoich braci) i nadal przyzwoitość nakazywała mu traktować go życzliwie.
Nie czekając na potwierdzenie, uzupełnił braki. Harry przyjął dolewkę bez sprzeciwu i wypił całą na raz.
– Przepraszam za moje maniery – rzekł, obcierając usta wierzchem dłoni. George obserwował go z mimowolnym zaciekawieniem. Doszedł do wniosku, że musi uaktualnić dane na temat najlepszego przyjaciela swego małego braciszka. – Obawiam się, że tego potrzebowałem.
George parsknął śmiechem.
– Do usług. Wiesz, jak kiedyś wymkniesz się na wagary do Hogsmeade, a nie do biblioteki, to myślę, że znajdę dla ciebie coś specjalnego pod ladą. Nie rozpowiadaj tylko o tym zbyt wielu osobom, bo dostanę mandat za łamanie ustawy antyalkoholowej.
– Nie omieszkam skorzystać – przystał Harry i podchwycił: – Kiedy masz zamiar na nowo otworzyć? – co przypomniało George'owi, że przecież nie umówili się tutaj na popijawę. Niechętnie odłożył opróżniony kieliszek.
– Wkrótce – odparł z ociąganiem. – Najpierw muszę zrobić porządny remanent. Wiele rzeczy nie nadaje się już do użytku, trzeba wywalić wszystko, co jest przeterminowane, spisać, sprawdzić, czy nie stało się w jakikolwiek niezamierzony sposób niebezpieczne, i tak dalej... – Bezwiednie przyłożył palce do nasady nosa. Myślenie o całej papierkowej stronie prowadzenia sklepu z dowcipami przyprawiało go o migrenę. Fred miał do tego większą smykałkę (i cierpliwość), a potem George zrzucił wszystko na Lee, zaś ten – w obliczu pilniejszych wyzwań, na które George narażał go praktycznie bez ustanku – nieco zaniedbał kwestię atestów i parę innych spraw... – Nic zajmującego, jak widać – podsumował tonem oscylującym między niechęcią a obojętnością, a Harry równocześnie odpowiedział:
– Świetnie!
George zamrugał, zaskoczony jego żarliwością.
– Nie wiedziałem, że dowcipy tak cię pasjonują...
– Żartujesz? – obruszył się Harry. – Uwielbiam Dowcipy!
Powiedział to w taki sposób, jakby bronił ulubionej drużyny quidditcha w starciu z jej oponentem. Raptem, przez warstwę fasadowej nonszalancji, defensywnej roszczeniowości i początków upojenia, którymi George zapacykował niemile widziane uczucia, przedarł się żal za podobnym zaangażowaniem, utraconym bezpowrotnie. Zaintrygowanie, jakie Harry nieoczekiwanie wzbudził w nim zapałem do alkoholu, coraz wyraźniej zmieniało się w prawdziwe zdumienie: oto ktoś, kogo wydarzenia ostatniego roku dotknęły przypuszczalnie najbardziej, jest w stanie wykazać się entuzjazmem. I to wobec czegoś, czemu to George powinien – lecz nie potrafił – oddać się ofiarnie.
Jeżeli w tej zdolności Harry'ego tkwiła jakaś nadzieja dla reszty znękanej po wojnie populacji, to George jej nie dostrzegł, bo przyszło mu do głowy, że być może gorliwość chłopaka nie jest całkowicie szczera. Nie byłby to pierwszy raz, kiedy ktoś usiłował zmotywować go do działania fałszywym pochlebstwem... za to jeden z bardziej nieprzyjemnych, ponieważ Harry – może dlatego, że funkcjonował wyłącznie na obrzeżach jego życia towarzysko-rodzinnego – był jednym z niewielu ludzi, którzy jeszcze mu nie obrzydli za sprawą namolnych prób przyjścia z pomocą.
Przywołał na wargi oszczędny uśmiech. Musiał być on nieco drwiący, bo Harry przygasł. Oparł łokieć o stół i złożył policzek na otwartej dłoni.
– Jak zapewne się domyślasz – westchnął – ślęczenie nad książkami nie jest szczytem moich marzeń.
– Taką mam nadzieję – odparł George gładko, odganiając od siebie, według wszelkiego prawdopodobieństwa niesprawiedliwe, podejrzenia. W gruncie rzeczy, pomyślał, Harry nie zasługiwał na to, żeby go mierzyć cudzą miarą, choćby z powodu swojej roli w jatce z Voldemortem. A jeżeli nie dlatego, to przynajmniej przez wzgląd na to, że George od kilku lat wisiał mu tysiąc galeonów.
– Nie mówię, że pasjami przepadam za sprzątaniem, ale chętnie posegreguję jakieś samopiszące pióra...
– Chcesz powiedzieć, że twoją nową ambicją jest kariera w handlu detalicznym? – George nie mógł się powstrzymać od subtelnej kpiny. – Słuchaj, Harry. – Pochylił się lekko, nie dając chłopakowi czasu na odpowiedź. – Jeżeli chodzi o mnie, to z rozkoszą zawalę cię dokumentacją Dowcipów. Możesz uporządkować mi wszystko, co zechcesz. Możesz zabrać tyle cukrowych piór, ile tylko uniesiesz. Sęk w tym, że chwilowo nie mam nawet jak ci zapłacić w innej walucie. Zastanawia mnie, co będziesz z tego miał? – zapytał, ubierając w bardziej dyplomatyczną formę nurtujące go pytanie, czyli "czy ktoś cię na mnie nasłał?".
– Te pióra naprawdę lubiłem... – ujawnił Harry nostalgicznie. George obserwował go na tyle uważnie, na ile pozwalał zaczynający szumieć mu w głowie alkohol. – Tak jak mówiłem ci wczoraj. W szkole trochę mi, hm, odbija. Po prostu nie wiem, co mam ze sobą robić. Nie myśl, że przeprowadzam studia nad transmutacją dla osobistej przyjemności.
George parsknął, ale Harry zachował powagę.
– Dałbym się zabić, żeby odpocząć od Hogwartu – wyznał – McGonagall, Rona i, eee... siebie – wyrzucił jednym ciągiem i sięgnął po leżącą bliżej George'a butelkę. – Mogę?
Przez moment obaj patrzyli na siebie bez słowa, po czym George powoli skinął głową. Harry pośpiesznie rozlał alkohol, wypełniając naczynka po brzegi, po czym oddał jedno George'owi i nachylił się w jego stronę, pytająco unosząc swój kieliszek.
– Za Dowcipy?
George z pewnym oporem powtórzył gest: krawędzie kieliszków stuknęły o siebie, część płynu pociekła po ściankach.
– I postępy w transmutacji – mruknął. Chociaż w duchu stwierdził, że co to za różnica, za co się pije, tym razem whisky zdała mu się bardziej gorzka niż podczas poprzednich kolejek. – Następnym razem zamienisz wodę w porto. Dobra – zdecydował. – To... może zechciałbyś przejrzeć pudła z petardami? Później pokażę ci, ile tego jest. Możemy się tym zająć, powiedzmy... w przyszłą sobotę? Tylko jak będziesz na zielarstwie, to skombinuj jakieś rękawice ochronne, bo moje gdzieś się pogubiły...
– Chyba kupiliśmy z Ginny po dwie pary przed początkiem roku.
– Wyśmienicie – podsumował George, rozpierając się na krześle, które zrobiło się w czasie trzech kolejek whisky trochę bardziej wygodne. Rozprostował lewą nogę, a prawą ułożył prostopadle do niej, kostką na kolanie. Poddał się zbawiennemu działaniu alkoholu, który nie tylko rozgrzewał żołądek, lecz także pozwalał nie kłopotać się na razie zadaniem, jakie George wyznaczył na nadchodzący weekend. – No... – rzekł leniwie, spoglądając na Harry'ego, pocierającego poróżowiały policzek o dłoń. – Skoro już omówiliśmy interesy... To zdradź mi, proszę, gdzie nabawiłeś się inklinacji do alkoholu? Bo że w Hogwarcie, to nie uwierzę...
– Chyba będziesz zmuszony... Poza Hogwartem bywam tylko w Norze, a nie zauważyłeś chyba, żeby twoja matka częstowała mnie ponczem?
Faktycznie, pani Weasley wyznaczała bardzo surowe reguły antyużywkowe wobec wszystkich, którzy nie osiągnęli jeszcze dwudziestu jeden lat oraz wciąż uczęszczali do Hogwartu – co szczególnie nie podobało się Ginny (jedynej mieszkance Nory spełniającej oba nieszczęsne warunki). George, jako że ukończył edukację w trybie niejako przyśpieszonym, a także wcześnie opuścił na stałe dom rodzinny, do pewnego stopnia wymykał się klasyfikacji. W obecności matki nie wypił jednak ani kropli czegoś mocniejszego niż piwo kremowe, i nadal sobie tego nie wyobrażał, mimo że przekroczył dwudziesty pierwszy rok życia nie dalej niż dwa tygodnie temu.
– Ciekawe... – podrapał się po nosie. – Słyszałem co prawda pogłoski, jakoby u Ślizgonów libacje odbywały się co piątek... My jednak musieliśmy wymykać się do Zakazanego Lasu, a uwierz mi, nie chciałbyś się w nim znaleźć po butelce samogonu na dwóch... Co? – przerwał, dostrzegając, że Harry z podejrzanym zainteresowaniem jął zgłębiać treść przylepionej na butelkę etykiety.
– Nic takiego... – odparł Harry niewinnie, odchrząknąwszy.
George popatrzył na niego w podobny sposób, w jaki chłopak oglądał butelkę.
– Harry... Muszę przyznać, że mnie zaskakujesz – powiedział szczerze, myśląc, że ich spotkanie przybrało w gruncie rzeczy mniej męczący obrót, niż spodziewał się tego wczoraj. – Wybacz bezpośredniość, ale z kim się tam wybrałeś? Jeżeli z moją siostrą, to jestem chyba zobowiązany, by zaprotestować... – dodał, w dużej mierze po to, żeby usprawiedliwić nie do końca taktowne pytanie. Jeżeli chodzi o Ginny, George od dawna był przekonany, że siostra potrafi doskonale zadbać o własne sprawy: aktualnie radziła sobie z tym lepiej niż on.
– Nie – uspokoił go Harry. – A o libacjach nic mi nie wiadomo. Prefektem Ślizgonów jest teraz Tracey Davis, a z tego co wiem, prawdziwa z niej formalistka. Ale znam kogoś, kto ma dojście do niemałej piwniczki z różnymi... eliksirami.
– Czy to McGonagall? – zapytał George z troską. – Zawsze podejrzewałem, że popija...
– Nie, kiedy mówiłem o eliksirach, miałem na myśli eliksiry. Zdaje się, że zdobyli jakoś dostęp do kwater Snape'a...
Na wzmiankę o truchle George tylko zmarszczył brwi, zadowolony, że krążący w jego żyłach alkohol skutecznie eliminował groźbę rozszerzenia skojarzenia na inne ofiary zeszłorocznej potyczki.
– Oni, czyli...?
Harry podniósł pusty kieliszek, zajrzał do środka i odstawił z powrotem.
– Czy mówiłem ci już – zagaił od rzeczy, trochę tak, jakby spotykali się na pogawędki co najmniej kilka razy w miesiącu – że świetnie nadawałbym się do Slytherinu?
– Masz na myśli, że doskonale odnalazłbyś się w cotygodniowych libacjach? – odbił George, maskując niemiłe przeczucie, że wyjaśnienie nie będzie zabawne.
– Mam na myśli, że tak sądziła Tiara Przydziału. – Harry zbojkotował próbę utrzymania konwersacji w bezpiecznych ryzach.
George powstrzymał zrezygnowane westchnienie.
– Ja sądzę – rzekł kategorycznie, z nadzieją, że to zakończy temat – że Tiara Przydziału jest starym, wyświechtanym kapeluszem z niewielkim pojęciem o rzeczywistości, i ma nierówno pod denkiem.
– Tak uważasz? – odparł Harry bardziej w formie oznajmienia niż pytania, dając do zrozumienia, że subiektywna opinia George'a nie pokrywa się z jego własną.
– Daj spokój – powiedział George z ukrytą irytacją, nieźle już przestraszony, że niedługo Harry zacznie mu się zwierzać – a nie było to coś, czemu chciałby stawić czoła, nawet jeżeli nie tyczyłoby się minionego roku. – Jak by to miało działać? Może dałbyś się przekonać o wielkości Voldemorta?
Harry wzruszył ramionami.
– Być może. Wtedy przynajmniej nikt by nie zginął – wymamrotał, bawiąc się kieliszkiem.
– Jasne. I wszyscy stworzylibyśmy jedną wielką, radosną komunę na ulicy Śmiertelnego Nokturnu – prychnął George. – Bardziej prawdopodobne, Harry, że popełniłbyś kontrolowane samobójstwo, a wszyscy i tak wyrżnęliby się nawzajem i byłoby jeszcze gorzej. Tak że: odpuść.
Harry podniósł na niego wzrok.
– Możliwe. Pewnie wszyscy by się pozabijali – zgodził się bez oporu – ale przynajmniej nie byłaby to moja wina. Prawda? – zapytał retorycznie... albo i nie.
Wyraz jego twarzy sprawił, że George nabrał przekonania, że powinien powiedzieć coś, co zdjęłoby z chłopaka choć tę część ciężaru, którą sam na siebie nałożył – ale jednocześnie coś innego kazało mu milczeć.
Niezręczna cisza przedłużała się o kolejne sekundy, podczas których George zaciskał usta i tłumaczył sobie, że i tak nie dysponuje mocą, żeby przynieść Harry'emu jakąkolwiek ulgę... Tylko że w międzyczasie z zielonych oczu chłopaka zniknął odcień oczekiwania, z którego obecności George nie zdał sobie wcześniej sprawy. Poczuł, jakby odebrał Harry'emu jakąś szansę: a co było w tym naprawdę złe, to że na tę myśl przepełniła go także perfidna satysfakcja, jakby fakt, że pozwolił komuś obarczyć się odpowiedzialnością, mógł zdjąć winę z jego barków.
Czegoś podobnego doznawał, kiedy zatykał Sowizdrzałowi dziób zaklęciem – tylko że Harry nie był sową, ale cholernym wybawcą czarodziejskiego świata... Wydało mu się, że nikczemność musiała jakoś wypełznąć na jego oblicze, więc wstał pośpiesznie i, nie pytając właściciela o pozwolenie, porwał ze stołu różdżkę, by rzucić na czajnik zaklęcie gotujące.
Harry kontynuował swój przypływ szczerości, nieświadomy toku myślenia gospodarza.
– Jak ty to robisz, George? Jak to możliwe, że wciąż masz w sobie tyle... humoru?
To było za dużo. George parsknął wisielczym śmiechem.
– Słuchaj – rzekł, okropnie zmęczony. Przez chwilę bawił się gwizdkiem od czajnika, po czym z ociąganiem odwrócił się z powrotem w stronę Harry'ego, opierając się o blat. – Trochę ciężki temat jak na tę porę dnia, nie uważasz? – zasugerował, mimo że zbliżał się już zmierzch. – O czym to rozmawialiśmy wcześniej? Ach tak... czyli to Ślizgoni włamali się do kwater Snape'a? Iście... ślizgońskie, zważywszy okoliczności – plótł, rozpaczliwie zawracając konwersację z toru, na który kierował ją drugi chłopak. – Ale co ty zasadniczo masz z tym wspólnego? Dość osobliwe konotacje... Czyżby sama opinia Tiary Przydziału otwierała wrota do lochów, czy mimo wszystko trzeba mieć specjalnego łącznika?
Dopiero teraz na twarzy Harry'ego pojawiło się coś na kształt rozczarowania. Zmarszczył nos, jakby w końcu doleciał go unoszący się w powietrzu zapach skisłych ubrań.
– Właściwie czemu tak cię to interesuje? – zapytał z nagłą nieufnością. Ta podejrzliwość mogłaby sprawić George'owi przykrość, ale zamiast tego przyniosła mu ulgę, bo uwalniała go od ciężaru spełniania oczekiwań.
Chociaż jego wizyty na skraju Zakazanego Lasu odbywały się nierzadko w seksualnym kontekście, doszedł do wniosku, że "och, intryguje mnie, czy obracasz jakiegoś Ślizgona" przekracza granice dobrego smaku. Sądząc z miny rozmówcy:
– Zastanawiałem się, czy to ma coś wspólnego z wieściami, jakie przekazałeś w Norze w styczniu – okazało się niewiele lepsze. Harry skrzywił się z odrazą kogoś zaatakowanego znienacka przez obślizgłą kałamarnicę, kto jednocześnie nie rozumie dokładnie, co się właściwie stało.
Jakąś sekundę George wahał się, czy nie przeprosić go za zbyt ordynarne naruszenie prywatności.
Ostatecznie zdecydował się rżnąć głupa. Była to całkiem użyteczna metoda ignorowania niewygodnych uczuć towarzyszących sprawianiu komuś zawodu – a działała tym lepiej, jeżeli zdołało się w sprawie własnej indolencji wobec drugiej osoby przekonać również siebie.
– Moja matka była zdruzgotana – rzekł George z fałszywą niefrasobliwością i mrugnął niby to zawadiacko.
Harry za to wyglądał dość chmurnie. Nie trwało to długo: prawie natychmiast na jego usta wypłynął mały, cierpki uśmiech. Wyprostował się sztywno i popatrzył na George'a intensywnie, niby próbując sprawić mu ból siłą akomodacji oka.
– Czy to dlatego nie powiedziałeś jej o Lee?
Dysponował najwyraźniej doskonałą akomodacją oka. Rozluźnione alkoholem wnętrzności George'a zamieniły się w bolesną pulpę na bardzo długie pół minuty, po upływie którego zorientował się, że gapi się na gościa z uchylonymi ustami, pierwszy raz tego popołudnia wyglądając mniej więcej tak, jak się czuł: czyli jak człowiek kompletnie zbity z pantałyku.
– Ach – opanował się. – Czyli gej-radar naprawdę istnieje?
Harry wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Ja go nie posiadam. Mogłem za to natknąć się na was w którymś schowku na szczotki.
– Rozumiem, że szukałeś tam szczotki – odparł George zimno, a potem usłyszał, jak mówi: – To wtedy doszedłeś do wniosku, że preferujesz kutasy?
Poczuł, jakby rzucił kotkiem o ścianę.
Uraza przedarła się na powierzchnię skóry Harry'ego niechcianym rumieńcem i na ten widok George przypomniał sobie, jak kilka lat wcześniej wciągał chłopaka do latającego samochodu, ratując go od groźby spędzenia wakacji w zamkniętym w pokoju o chlebie, wodzie i fasolce z puszki.
"Dlaczego to powiedziałem?", zastanawiał się ogłupiały, a także: "Czy faktycznie to powiedziałem?", w połowie wstrząśnięty swoim zachowaniem, a w drugiej w chory sposób podekscytowany faktem, że istotnie, właśnie to zrobił. Wraz z tym dziwnym podnieceniem na postać Harry'ego samorzutnie nałożyła się kalka Wybrańca i George'a dopadło poczucie nagłej derealizacji, jakby siedział naprzeciwko całkiem obcej osoby. Jego umysł przestał scalać postać wieloletniego znajomego, gnębionego przez mugoli chłopca i triumfatora nad Voldemortem w jednego człowieka.
Nie wiedział, co stanowi jądro problemu Harry'ego, ani nawet jaki konkretnie jest to problem. Może po prostu graniczące z wulgarnością wścibstwo George'a jawiło się Harry'emu jako zbyt inwazyjna zaczepka; może ktoś już wcześniej zagrał tą kartą, żeby mu dopiec?
Nie ulegało jednak wątpliwości, że jakiś problem był, co George wyczuł przecież już w raptownej baczności chłopaka w reakcji na dość niewinne jeszcze uwagi – i teraz wykorzystywał tę wiedzę w podobnie instynktownej potrzebie obrony, jaka musiała popchnąć Harry'ego do wbicia mu szpili pytaniem o Lee. Być może potrafiliby to jeszcze jakoś zbagatelizować czy zagadać, chociaż blednąca już kompozycja czerwonawych plam i kropek pokrywająca policzki Harry'ego sprawiała, że przypisanie George'owi innych zamiarów, niż nim kierowały, zdawało się jeżeli nie niemożliwe, to przynajmniej trudne.
George dopuszczał możliwość, że byłby w stanie wybrnąć z tarapatów, na przykład zrzucając wszystko na karb niewyparzonego, weasleyowskiego języka – ale nie wykonał żadnego ruchu, żeby złagodzić sytuację.
Starcie z cudzym bólem nie przerażało go tak bardzo, jak mierzenie się z własnym i był zdesperowany, by odzyskać kontrolę nad biegiem rozmowy, nawet jeżeli oznaczało to, że nie obędzie się bez ofiar. Oraz nieuchronnie przybliżało konieczność zwrotu zamrożonego dotąd długu.
Harry wydawał się mniej zdeterminowany, by stać się górą w tej potyczce o niejasnych regułach.
– Mogę odzyskać różdżkę? – zapytał spokojnie i zdawało się, że ma zamiar zebrać się do wyjścia.
George nerwowo pozbył się przedmiotu, kładąc go na krawędzi stołu, w miejscu, gdzie kwadrans temu trzymał łokcie. Harry sięgnął po swą własność, ale nie podniósł się od razu, by ruszyć do drzwi, tylko przez pewien czas obracał różdżkę w palcach – przypuszczalnie zastanawiając się nad zaklęciem nadającym się do rzucenia na kogoś, kto właśnie chciał cię znieważyć, albo starając się zorientować, w jakiego rodzaju grze bierze udział.
– Skoro tak cię to interesuje – Harry z nagła przerwał ciszę, spojrzawszy na niego uważnie spod zmarszczonych brwi – to miałem wiele innych okazji, żeby się o tym przekonać. Wiesz, przywileje Wybrańca – rzekł z drętwym półuśmieszkiem.
W jego ustach przydomek brzmiał jak obelga, niezależnie od domniemanych korzyści. George wykazywał tendencje do negowania tego, co się działo naokoło, jeżeli okazywało się zanadto niewygodne lub nieprzyjemne. Zazwyczaj marginalizował kłopotliwe okoliczności, zanim w ogóle zdążył się w nich rozeznać. Tym razem jednak dotarło do niego w pełni, czego się dopuścił, to znaczy: rozmyślnie uraził kogoś, kto najwyraźniej oczekiwał od niego jakiegoś rodzaju zrozumienia i miał prawo się go spodziewać – czy to jako od brata swojego najlepszego przyjaciela, członka przyszywanej rodziny, kolegi ze szkoły, czy wreszcie człowieka, na którym wojna także odcisnęła się stygmatem – kto bezwiednie mu ufał, co do tej pory nie było przecież całkowicie bezzasadne. I kto był Harrym Potterem – osobą najbardziej poszkodowaną w całym bagnie.
W tym momencie George powinien się ukorzyć i posypać głowę popiołem, tyle że akurat ucieszył się, że przypadła mu rola skurwysyna, a nie ta leżąca na drugim końcu kontinuum.
Lee miał rację we wszelkich zarzutach względem niego. Naprawdę zupełnie go porąbało; naprawdę coś było z nim mocno nie w porządku. I naprawdę ani trochę temu nie przeciwdziałał. Może dlatego... a może zafrapowało go, jak daleko mógłby się posunąć albo po prostu brakowało mu seksu dwa razy dziennie, w każdym razie gdy Harry wymamrotał:
– Czas na mnie – i wreszcie sztywno poniósł się z siedzenia, George wcale się nie zreflektował, tylko – i to było zwyczajnie podłe – rzucił szybko:
– Może masz ochotę wejść na górę i przejrzeć najnowszy numer Zwisu Leniwca?
C.D.N.
Cóż poradzę na to, że interesują mnie niepopularne pairingi i znajduję przyjemność w długich, nudnych zdaniach? ;p
