O chłopcu skaczącym przez czas

Rozdział II

Fantom

- Wiecie, on jakoś dziwnie wygląda...

- Cóż, może i masz rację, Leo... Najdziwniejsze jest to jego ubranie, takie...

- ... niechlujne?

- Powiedziałbym raczej, że niecodzienne, Abraxasie. Widziałeś kiedyś taką koszulę?

- Na pewno nie w naszym dworze!

Harry od kilku chwil przysłuchiwał się tej zastanawiającej dyskusji nie otwierając oczu. Doświadczenie nauczyło go, że czasami lepiej udawać martwego.

Choć nic nie widział, był pewien, że jedzie pociągiem. Czuł kołysanie i słyszał turkot kół. Leżał chyba na kanapie w przedziale, a nad nim pochylało się kilka osób. Do tego momentu rozumowanie wydawało mu się dość logiczne. Jednak potem zaczynały się pewne problemy...

- Może to Amerykanin?- zapytał ktoś, akcentując z wyraźną pogardą ostatnie słowo.

- Pamiętacie, jak się nazywa? - Do dyskusji włączył się drugi głos, który z pewnością można by określić jako lekko zaniepokojony.

- Coś jak... Peverell? Harold Peverell?

Harold Perverell? Harry'emu coraz mniej podobała się ta dyskusja. Choć wolałby, by było inaczej, każdy czarodziej znał jego imię i nazwisko. A ten Abraxas? Gdzie wcześniej słyszał to imię, wypowiedziane dziwnie podobnym tonem, co uwaga o Amerykanach?

Istniało kilka możliwości. Jako pierwsza przyszła mu do głowy zbiorowa amnezja społeczności czarodziejów. Wszyscy zapomnieli, kim jest oraz jak się nazywa i wygląda. Wydało mu się to tak zabawne, że ledwie powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Nie zdołał jednak zapanować nad lekkim grymasem, co nie umknęło uwadze jego towarzyszy.

- Chyba się poruszył! - Posiadacz zaniepokojonego głosu wydał z siebie zduszony okrzyk. Harry odniósł wrażenie, że ten chłopak jest nieco młodszy od pozostałych.

- Wydawało ci się...

Tak, zostawcie mnie jeszcze na moment w spokoju. Muszę się zastanowić, pomyślał Harry, rozważając drugą możliwość - całe jego dotychczasowe życie było iluzją albo snem, nie nazywał się Harry Potter, nie był czarodziejem, nie walczył z żadnym Lordem Voldemortem, nie miał na czole...

- Zobaczcie, on coś tu ma - wyszeptał zaciekawiony głos, a jego właściciel bezceremonialnie dotknął blizny.

- Super!

- Może brał udział w jakimś pojedynku?

- Myślicie, że jest niezły?

Czy ja wiem, skomentował wewnętrznie Harry, a druga teoria została obalona. Jego znak rozpoznawczy nadal był tam, gdzie być powinien, a skoro pasażerowie rozmawiali o pojedynkach z takim zainteresowaniem, to mógł być prawie pewien, że byli w drodze do Hogwartu.

Może po prostu wymyślił sobie, że widział Toma Riddle'a?

- Tom powiedział... - zaczął chyba ten młodszy, ale powietrze przeciął świst, a potem trzask przypominający uderzenie książki o czyjąś głowę. - Ej, to bolało!

- Ciesz się, że jego tu nie ma, bo bolałoby o wiele bardziej -odparł ktoś poważnym tonem. - Wiesz, że nie lubi, kiedy używamy tego imienia.

Znałem chyba tylko jednego człowieka, który tak bardzo nienawidził swojego imienia,pomyślał Harry, zaczynając się poważnie martwić. Nie bał się,jeszcze nie, ale powoli ogarniało go uczucie zamknięcia w pułapce. Bo jeśli ci ludzie znali Toma, o którym myślał, to znalazł się w nieciekawej sytuacji. I jeśli Abraxas był dziadkiem pewnego blondyna, to wniosek mógł być tylko jeden.

- Dobrze, dobrze, Rufusie, wszyscy już wiemy, jaki jesteś poprawny. - Nowy, nonszalancki głos włączył się do rozmowy. - Co takiego powiedział?

- Że Harold jest w szoku! Myślicie, że nic mu nie będzie?

Harry. I tak, jestem w szoku. Nie co dzień spotyka się niezniszczalnego Toma Riddle'a, który nie ma najwyraźniej zamiaru umierać, niezależnie od tego, ile razy się go zabije. I nie co dzień człowiek ma możliwość posłuchać dyskusji ludzi,którzy od pewnego czasu powinni być nieboszczykami.

- Dziwne, że w ogóle go tu przyniósł, nie sądzicie? Nie wydaje mi się, żeby przejął się którymś z nas, a co dopiero obcym...

Zazdrosny?

- Zazdrosny? - Ktoś wypowiedział na głos jego myśl i nie mógł powstrzymać chichotu.

W przedziale nagle zapadła cisza.

- Śmiejesz się ze mnie, Black?!

- Ja?! Przecież to on się zaśmiał!

- Zrzucasz winę na nieprzytomnego? Gdzie twój rodowy honor, co?Wszędzie poznałbym ten twój głupawy śmiech!

- Tylko nie mieszaj w to mojej rodziny!

- Już, już, uspokójcie się, nie chcecie chyba dostać szlabanu przed ucztą powitalną?

- Przecież w pociągu nie ma nauczycieli, Malfoy, nie wydurniaj się!

- Nie poniosło cię trochę, Nott?! Twoja rodzina jest winna mojemu ojcu masę hektarów pod Wzgórzem Goblinów!

- Co takiego?! Przecież wszyscy wiedzą, że twój pradziadek przegrał je w karty w 1876!

- Jak śmiesz tak mówić o moich przodkach?!

- Przestańcie, zaraz zrzucicie nam kufry na głowy!

- Zejdź mi z drogi, Black, chyba że i ty chcesz poznać, co to gniew Malfoyów!

- Zapewniam cię, że kiedy my, Blackowie, potrafiliśmy już wyczarować samozmywające naczynia, twoi dziadowie nie umieli posługiwać się sztućcami.

- Co?!

- Dobrze mu powiedziałeś, niech wie, że żadna z niego arystokracja!

- Och, Avery, twoi przodkowie w tym czasie pewnie mieszkali jeszcze w jaskiniach.

- Black, czy naprawdę chcesz, żebym zademonstrował na twojej niewyparzonej gębie moją rodową siłę Neandertalczyka?

- Uwielbiam patrzeć na wasze sprzeczki, moi drodzy, jesteście jak stare małżeństwo.

- Malfoy, odstąpię ci Avery'ego, jeśli tak ci się podoba.

- Nie to miałem na myśli!

- Czyżby? Podobno Orion widział, jak zaglądałeś do łazienki,kiedy...

- Jeszcze jedno słowo, Nott, a będziesz mógł powąchać kwiatki pod Wzgórzem Goblinów od spodu.

- Nie powiesz nam, kogo podglądałeś, Abraxasie? No, przyznaj się po dobroci!

- Zabieraj te swoje brudne łapska, Black!

- Uciszcie się wreszcie, obudzicie Harolda!

- Harry'ego - powiedział na głos sam zainteresowany, zanim zdał sobie sprawę z tego, co właściwie robi.

I gdy już miał otworzyć oczy, by zmierzyć się z nieuchronną przyszłością - a może raczej przeszłością? - usłyszał swoje imię, prawdziwe imię, jakby ktoś wołał go z ogromnej odległości, gdzieś... z tyłu głowy? Nie mógł być pewien, ale głos był mu chyba znajomy. I coraz głośniejszy, jakby unosił się powoli ku powierzchni jeziora i już za moment, już za chwilę miał się wynurzyć po drugiej stronie. Gdyby się zastanowić, to właśnie tak się czuł - jakby dryfował w ciężkiej, ciemnej wodzie. Zniknął gdzieś turkot kół, a jego głowa stała się podejrzanie lekka. Głos dochodził teraz z góry i naprawdę nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć - myślenie stało się zresztą niezwykle trudne, bo wyobraził sobie, że zaczyna mu brakować tlenu i postanowił całą siłą woli zbliżyć się do źródła głosu i - być może - do powierzchni ągnął przed siebie rękę...

... i zamachał nią bezradnie, otwierając oczy, bo ktoś potrząsał nim z determinacją.

- Obudź się wreszcie, stary! - To Ron próbował wywrócić jego wnętrzności na drugą stronę.

- Nie tak mocno, zrobisz mu krzywdę! - Hermiona była wyraźnie zaniepokojona. To chyba ona go wołała.

- Pewnie gnębiwtryski pomieszały mu w głowie - orzekła beztrosko Luna.

- A co, jeśli wcale się nie obudzi? - Tę pesymistyczną uwagę wygłosiła Ginny.

- Trzeba znaleźć tego, kto go tak urządził - stwierdził Neville tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Ale chyba nic poważnego mu nie dolega?

- Nie jestem pewna, Ginny, przecież nadal są tacy, którzy pragnęliby śmierci Harry'ego.

- Na przykład Sprzysiężenie Zgniłego Kła.

- Trzeba będzie o tym powiedzieć profesor McGonagall.

- Myślicie, że któryś z uczniów mógłby...

- O, chyba się obudził - Luna zwróciła uwagę zebranych na leżącego na podłodze przedziału Wybrańca.

- Harry! - Hermiona rzuciła się przyjacielowi na szyję, ściskając go mocno. - Nic ci nie jest? Jak się czujesz?

- Kto ci to zrobił?

- Zaraz go dorwiemy, nie martw się!

- Właśnie, kto to był?

Harry podejrzewał, że przyznanie się do zobaczenia w pociągu Toma Riddle'a nie jest najlepszym pomysłem. Mimo wszystko mógł się mylić. Mogło mu się tylko wydawać, że go widział.

Nie...Jakoś sam w to nie wierzył.

- Harry? - Ginny spojrzała na niego z widocznym zaniepokojeniem. - Co się stało? Nie wyglądasz najlepiej...

Już chciał powiedzieć, że to nic takiego, że tylko się przewrócił w czasie spektakularnego skoku, ale kiedy już miał otworzyć usta,poczuł ból - taki, jakiego nie czuł od kilku miesięcy.

Blizna. Jego blizna bolała.

Nie był to jakiś straszny ból, nie taki jak zwykle. Czuł tępe pulsowanie, nieprzyjemne przypomnienie.

Odruchowo przyłożył dłoń do czoła.

- Harry, czy twoja... - zaczęła Hermiona, ale przerwał jej:

- To nic takiego, po prostu uderzyłem się w głowę, kiedy wskakiwałem do pociągu.

Przyjaciele szybko wymienili spojrzenia, jakby rozważali, czy powinni uwierzyć w tę wersję wydarzeń.

- Czyli nikt cię nie zaatakował?

Wydawało mu się, czy usłyszał w głosie Neville'a zawód?

- Przestańcie, nie myślicie chyba, że za każdym zakrętem czai się potencjalny zamachowiec, prawda? - Chciał, żeby ta uwaga zabrzmiała jak żart, ale chyba niezbyt mu wyszło, bo w przedziale zapanowała cisza.

Przerwała ją dopiero Luna, stwierdzając swoim rozmarzonym głosem:

- Podobno w tym roku szkoły mają pilnować heliopaci.

- Heliopaci? - zapytał z zaciekawieniem Neville, a Harry wiedział, że przez resztę drogi do zamku uda mu się uniknąć dalszej dyskusji o jego podejrzanym omdleniu.

...

Szepty. Spojrzenia. Palce skierowane w jego stronę. Musiał przyznać, że tego się spodziewał i nie zawiódł się w najmniejszym stopniu. Młodsi uczniowie patrzyli na niego z mieszaniną podziwu, zainteresowania i strachu. Miał nadzieję, że będą zbyt nieśmiali, by go zaczepiać. Uczniowie, którzy widzieli go już wcześniej, też kierowali oczy w jego stronę, ale ich spojrzenia były inne - były bezczelne. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich - w drzwiach zamku natknął się na grupę Puchonów - Ernie Macmillan, Hanna Abbott i Susan Bones przywitali go naprawdę po przyjacielsku - a przy stole Gryfonów, tak jak się spodziewał, mógł liczyć na niegasnące wsparcie kolegów i koleżanek. Pozostali uczniowie, głównie - dlaczego wcale go to nie dziwiło? - Ślizgoni, wpatrywali się w niego albo bez entuzjazmu, jakby chcieli powiedzieć "Co wy wszyscy w nim widzicie?", albo z niezdrowym wręcz zainteresowaniem. To ostatnie niepokoiło go najbardziej - czy ludzie nie mogli mu w końcu dać choć odrobiny świętego spokoju? Przecież nie prosił się o wszystko, co go spotkało.

Starał się o tym nie myśleć, a przynajmniej myśleć jak najmniej, by nie zepsuć sobie całej przyjemności z powrotu do szkoły. Przecież to miejsce przez ostatnie lata było jego domem - pierwszym i najprawdziwszym. Gdzieś między jedną myślą a drugą zobaczył w głowie obraz innego chłopca, który uważał tak samo, ale szybko wyrzucił go z pamięci i nałożył sobie na talerz jeszcze trochę galaretki z owocami.

Gdy uczta miała się ku końcowi, a prefekci zajęli się pierwszorocznymi, ktoś chwycił go od tyłu za ramię. Już miał się wyrwać, kiedy dostrzegł za sobą Minerwę McGonagall, urzędującą dyrektorkę.

- Pozwól, że porwę cię na moment, Potter - powiedziała tylko, nie czekając nawet na jego zgodę, i pociągnęła go do bocznych drzwi.

Znalazł się w tej samej sali, w której w czwartej klasie musiał pogodzić się z faktem zostania dodatkowym uczestnikiem Turnieju Trójmagicznego. Wydawało mu się to tak odległe - Cedric Diggory nadal żył, a Fleur nie znała jeszcze Billa Weasleya! Z perspektywy czasu wydarzenia tamtego roku były jak zakryte mgłą.

- Czy coś się stało, pani profesor? - zapytał uprzejmie, choć miał nadzieję, że szybko rozmówi się z dyrektorką i bez problemu dotrze do łóżka.

- To ja powinnam zadać to pytanie tobie - odparła McGonagall, patrząc na Harry'ego surowo. - Dlaczego nie zgłosiłeś mi od razu, że zasłabłeś w pociągu? Powinnam się cieszyć, że panna Granger jest twoją przyjaciółką, bo inaczej zapewne nigdy nie dowiedziałabym się o tym incydencie.

- Przecież nic się nie stało - westchnął Harry. Mógł się spodziewać, że Hermiona nie zostawi tej sprawy własnemu biegowi.

- Pozwól, że ja o tym zadecyduję. Podobno rozbolała cię blizna?

- Co? - Uniósł brwi ze zdziwieniem. - Nic takiego nie powiedziałem.

- Panna Granger utrzymuje, że po przebudzeniu uniosłeś rękę do czoła - stwierdziła rzeczowym tonem dyrektorka.

- Ja... uderzyłem się w głowę. Prawie spóźniłem się na pociąg,a kiedy wskakiwałem do środka przed otwarte drzwi, nie poszło mi najlepiej. - Starał się uśmiechnąć, ale cała ta historia nie brzmiała chyba zbyt przekonująco.

- Cóż, jeśli tak twierdzisz... - Wydawało się, że McGonagall przynajmniej na razie mu uwierzyła. - Możesz iść do pamiętaj, Harry - jestem po twojej stronie. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.

- Oczywiście, pani profesor.

...

Kiedy nareszcie dotarł do wieży, nie zastał Rona i Hermiony w wypełnionym po brzegi pokoju wspólnym. Czekali na niego w sypialni chłopców, którą pozostali lokatorzy dyskretnie opuścili.

Hermiona chyba poczuła się nieco winna widząc minę Harry'ego, bo przywitała go słowami:

- Wiesz, że musiałam...

Chłopak pominął tę uwagę milczeniem. Naprawdę nie miał ochoty dyskutować o tym, co się wydarzyło. Chciał tylko położyć się w znajomym łóżku i liczyć na to, że nie dopadną go koszmary, w ostatnich tygodniach nawiedzające go coraz częściej.

- Naprawdę źle wyglądałeś - wtrącił Ron, próbując go udobruchać.

- My tylko się o ciebie martwimy - dodała Hermiona. - Tak niewiele czasu minęło...

- Widziałem w pociągu Voldemorta - stwierdził głośno i wyraźnie Harry, obserwując reakcję przyjaciół.

Ku jego zdziwieniu nikt nie spadł z krzesła, nie wstrzymał oddechu,nie upuścił szklanki ani nie okazał zdziwienia w żaden inny sposób.

- Cóż, spodziewałam się, że coś takiego może nastąpić -powiedziała cicho Hermiona, patrząc na Harry'ego z troską. - Byłeś po tym wszystkim taki spokojny... Zbyt spokojny. Takie rzeczy wracają w najmniej spodziewanych momentach, Harry.

- Co masz na myśli? - zapytał chłopak, przechylając głowę na bok,jakby przyjaciółka mówiła do niego w obcym języku i nie bardzo mógł ją zrozumieć.

- Wiesz, kiedy zobaczyłam, że rozcierasz bliznę, pomyślałam, że może to taki ból fantomowy. Pojawia się, kiedy na przykład rannemu...

- Wiem, co to ból fantomowy, Hermiono - przerwał jej z wyraźną irytacją. Najwyraźniej chcieli z niego zrobić wariata. Gdyby tylko było to tak proste.

- Nie musisz się od razu denerwować. - Dziewczynie chyba zrobiło się trochę przykro. - Chcę tylko powiedzieć, że to nic dziwnego, że widzisz i czujesz rzeczy, których nie ma. W twoim stanie...

- W moim stanie? - powtórzył Harry rozeźlonym tonem. Miał serdecznie dość tej rozmowy. - Masz mnie za idiotę, Hermiono? Może od razu wyślijcie mnie do Św. Munga? Może wydaje ci się, że jestem niepoczytalny? Chciałabyś, żebym został sąsiadem Lockharta?

Dziewczyna bez słowa wstała i prawie wybiegła z pokoju, chowając twarz w dłoniach. Ron oddalił się tuż za nią, rzucając przyjacielowi spojrzenie pełne wyrzutu.

Przesadziłeś, odezwał się głos w głowie Harry'ego.

- Wcale nie – odpowiedział sam sobie i rzucił się na łóżko, nie tracąc nawet czasu na zmianę ubrań.

Jakiś czas później usłyszał wracających do pokoju kolegów. Rozmawiali, śmiali się... Jakby wszystko było tak jak dawniej.

Dla Harry'ego nic już takie nie było.

...

Światło zgasło i po kolei oddechy pozostałych Gryfonów zwalniały, a Harry nadal wiercił się z boku na bok, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś było nie tak. Ból fantomowy? Nie wydawało mu się, żeby dotyczył on blizn po śmiercionośnych zaklęciach. No i przecież nie był szalony. Chyba. Komu normalnemu wydawałoby się, że spotkał Toma Riddle'a, a zaraz po nim całą masę nieboszczyków?Może rzeczywiście wymyślił sobie to wszystko?

- I tak nie zasnę - stwierdził na głos, ale nikt mu nie odpowiedział.

Wstał i wyjął z kufra pelerynę-niewidkę. Musiał się przejść. Chciałby też z kimś porozmawiać, ale nagle pojął niezaprzeczalny fakt - nie miał się z kim podzielić swoimi problemami. Syriusz nie żył. Tak samo jak Dumbledore. Nawet Snape wydawał mu się w tej chwili odpowiednim powiernikiem, ale – cóż za zbieg okoliczności - on też nie bardzo miał możliwość z nim porozmawiać.

Nieprzyjemna myśl, że to on odpowiada za śmierć wszystkich trzech, nie chciała dać Harry'emu spokoju. Czy naprawdę całe życie miał poświęcić rozdrapywaniu ran? Żadne tłumaczenie nie odnosiło skutku, gdy próbował samego siebie przekonać, że nie miał wpływu praktycznie na żaden aspekt własnego życia. Zawsze to ktoś inny podejmował decyzje za niego. Dumbledore, Snape, nawet Sybilla Trelawney ze swoją głupią przepowiednią... I Tom Riddle, który uznał słowa nieudolnej wieszczki za wystarczający powód do zniszczenia życia małego Harry'ego Pottera.

Szedł długim, pustym korytarzem, z żalem wspominając tych, którzy już nigdy nie mieli odwiedzić murów zamku; blade światło księżyca rozjaśniało mu drogę.

Nagle przystanął i wstrzymał oddech. Nie był pewien, co go zaniepokoiło– jakiś ruch, a może dźwięk?

Wiedział tylko, że ktoś go obserwuje.