Rozdział 2.
„Interpretacja snów może być różna, jednak ja stoję na stanowisku,
że każdy z nas, po głębszym namyśle,
sam doskonale pojmie głębszy sens tego, co mu się śni."
"Sennik dla czarodziei"
Wydanie drugie, poprawione.s.32
Usiadł na szerokiej kamiennej barierce na moście wiodącym do głównej bramy. Dookoła było cicho i pusto. Rozległy dziedziniec wyglądał tak, jak go zapamiętał. Olbrzymie metalowe wrota prowadzące do holu i do Wielkiej Sali nosiły te same zdobienia, co kiedyś. Kamienna niezmienność budowli powodowała, że czuł się jednocześnie bezpieczny i osaczony. Wiedział, że w pewien sposób przyjdzie mu również zmierzyć się z zamkiem.
Teraz czekał.
Czekał, aż słońce wzejdzie wyżej i oznajmi światu, że czas wstać, gdy na nauczycielskim stole pojawi się śniadanie i belfrzy spędzający wakacje w szkole wyjdą ze swoich komnat. Nie można przecież wparować do dyrektorskiego gabinetu o szóstej rano, prawda?
Lubił czekanie. Chwile, których zazwyczaj nie rejestruje spłoszony umysł, omija napięta od emocji dusza. Nauczył się doceniać te momenty czekania na ruch, zawieszenia strzały w powietrzu.
Dwie godziny upłynęły i szybko, i wolno, choć zapewne wybrzmiewały taką samą ilość sekund w rzeczywistości, co zawsze. Rzucił czar suszący na przemoknięte buty i płaszcz, przeczesał dłonią włosy, zeskoczył z kamienia i ruszył w kierunku wejścia.
Jeśli powrót może być początkiem ― to był nim właśnie teraz.
Na tyłach Sali stał jeden długi stół, już nakryty. Siedzieli przy nim Sprout i Neville, pogrążeni w cichej dyskusji, zapewne na temat zielarstwa. McGonagall, na drugim końcu, wyprostowana, kroiła tost na równe kawałki, każdy starannie smarując masłem. Podniosła głowę i znieruchomiała.
Nagle zrobiło się całkiem cicho. Pozostała dwójka również go zauważyła.
Zanim cokolwiek się stało minęły długie trzy sekundy.
― Harry!... ― McGonagall wstała z krzesła i szybko przemierzyła długość sali. Jej ramiona mimowolnie rozłożyły się w powitaniu, ale nie pozwoliła sobie na to, aby go uściskać. Opuściła ręce i wpatrywała się w byłego wychowanka uważnie, z troską i niepokojem. Harry chciał się uśmiechnąć, ale miał wrażenie, że to nie on stoi przed swoją opiekunką. Unosił się kilka metrów nad ziemią.
Raz, dwa, trzy… i wraca do siebie; i już może się uśmiechnąć. Grzecznie, uprzejmie. Uśmiechnął się.
― Dzień dobry, pani profesor. Dyrektor nie uprzedzał, że przyjadę?
― Nie, nie wspominał. Może to jego kolejny pomysł na niespodziankę ― rzuciła cierpko i obrzuciła go uważnym spojrzeniem. ― Dobrze… ― zająknęła się ― naprawdę dobrze cię widzieć.
Teraz poczuł. Ukłucie, ciepło. Uśmiech. Jego uśmiech.
― Panią również.
― Możesz mi mówić Minerwo. Już nie jesteś moim wychowankiem.
Zza jej pleców wyjrzał trochę niepewnie Neville. Sprout stała kilka kroków za nim i ukradkiem ocierała coś, co wyglądało na łzy.
― Harry? To naprawdę ty?
Było coś rozbrajającego w pochylonej, wysokiej, tęgiej sylwetce Longbottoma. Harry podziękował niebiosom, że po pięciu latach nieobecności widzi właśnie jego, a nie Rona czy Hermionę. Neville nie zadałby natychmiast tysiąca pytań, nie obraziłby się ani nie żądał wyjaśnień. Neville stał, rozumiejąc ― lub choć akceptując ― wszystko, co było Harry'ego prywatną sprawą. Gdyby mógł, uścisnąłby go. Ale stał tylko, patrząc w uczciwe, poważne szare oczy.
― Cześć, Neville. ― Skinął w końcu głową.
Nagle znalazł się w klatce z potężnych ramion, mocno przyciskany do szerokiej piersi. Trwało to zbyt krótko, by zdążył poczuć się źle z tego powodu. Zresztą strapiona i zaróżowiona twarz Longbottoma, kiedy się odsunął, spowodowała, że trudno mu było się na niego gniewać za to szczególne pogwałcenie nietykalności. Nietykalności? ― zadrwił w myślach ― żartujesz sobie, Potter. Uśmiechnął się do przyjaciela i spojrzał na resztę profesorów, która zdążyła się zebrać za jego plecami.
Sprout, Filtwick, Sinistra, zbici w ciasną grupkę, patrzyli na niego z ciekawością i lekkim niepokojem. Boją się ciebie ― przemknęło mu przez myśl, zanim podszedł do nich i ukłonił się po raz kolejny. Napięcie trochę zelżało i profesorowie uprzejmie uścisnęli mu dłoń. Dziwadło! ― skrzeczał mu Vernon tuż koło ucha za każdym razem, gdy dotykał czyjejś ręki. Poczuł, że spina się znów. A to przecież były najprostsze z powitań.
― Jestem umówiony z dyrektorem ― wyjaśnił, jakby nagle musiał usprawiedliwić swoją obecność.
― Nie zjesz z nami? ― spytała McGonalgall. ― Musisz był głodny!
― Jeszcze będzie okazja. ― Spojrzał w oczy nauczycielce transmutacji. ― Zostanę tu kilka dni.
Znów morze uśmiechów. Może to było szczere. Może w końcu wrócił do domu.
-o-o-o-
Otworzył oczy i poczuł, że jego żołądek jest mały i twardy jak pięść. Strach. Miał sto siedemdziesiąt dwa lata. Mógłby nie zachowywać się jak zdenerwowany egzaminem pierwszoroczniak. Westchnął i wstał, owijając się szczelnie grubym, czerwonym szlafrokiem. Było kilka minut po siódmej, czwartek, dwudziesty czwarty sierpnia dwa tysiące czwartego roku.
Ubrany, usiadł w gabinecie, nie oszukując się nawet, że przyszedł tu, aby pracować. Domowe skrzaty przyniosły śniadanie i herbatę; podniósł filiżankę do ust, próbując z chaosu swoich myśli wyłowić te, które ułożyłby się w racjonalny scenariusz rozmowy.
Ciche pukanie do drzwi zaalarmowało jego spięte, czujne ciało. W jednej chwili język stał się suchy, zauważył, że drżą mu ręce, ale nie ociągał się z odpowiedzią.
― Otwarte.
Albus wiedział, kto stał za drzwiami, zanim jeszcze się otworzyły. Chłopak nie określił się dokładnie z datą przyjazdu, wspominał tylko o dwudziestym czwartym sierpnia, ale czarodziej był pewien, że przybędzie tego dnia, rankiem, równie niespokojny jak on, daleki i z rezerwą, dojrzalszy. Po stu siedemdziesięciu dwóch latach takie rzeczy po prostu się wie.
― Dzień dobry, dyrektorze ― padło uprzejmie powitanie.
Dumbledore spojrzał na stojącego przed nim mężczyznę. Wyższy, niż zapamiętał, ubrany w elegancki płaszcz, z gniazdem niesfornych włosów na głowie, w nowych okularach. Harry nie był przystojny, ale miał w twarzy i spojrzeniu coś tak upajającego, że trudno było oderwać od niego wzrok. Wstał i odważnie spojrzał mu w oczy, próbując zmierzyć się z tym, co w nich zobaczy.
Jednak zielone tęczówki były dziwnie zamknięte, nie wyrażały nic szczególnego, nic prócz uprzejmego zainteresowania.
― Witaj, Harry. ― Nie zdołał powiedzieć nic innego.
― Dziękuję, że zgodził się pan ze mną zobaczyć. ― Uprzejmościom nie było końca. Dyrektor westchnął.
― Bardzo chciałem cię zobaczyć ― odpowiedział szczerze, świadomy, że tylko w ten sposób może zacząć cokolwiek naprawiać, skoro dostał kolejną szansę od losu. Z Severusem miałeś już tysiąc takich szans ― skwitował ponuro w myślach.
Harry spuścił głowę, jakby koniecznie chciał coś ukryć.
― Hogwart nie zmienił się ani trochę.
Albus uśmiechnął się lekko.
― Nie zmienił się od tysiąca lat. Pięć lat to dla zamku tylko wdech i wydech.
Zapadała cisza, którą można by nazwać niezręczną, gdyby byli sobie obcymi ludźmi.
― Harry, ja… ― zaczął, wiedząc, że to on powinien przerwać milczenie.
― Dyrektorze. Chcę, byśmy się zrozumieli. Nie mam do pana żalu, ani nic. Rozumiem. Naprawdę rozumiem wszystko, co się wtedy stało. Przyjechałem, żeby zamknąć jakiś rozdział albo podjąć dawne wątki. Nie chciałem pana…
― Harry ― dyrektor uniósł rękę ― chciałem cię przeprosić. Chcę cię prosić o wybaczenie.
― Nie mam nic do wybaczania…
Dyrektor otworzył usta w proteście, ale po chwili rozmyślił się.
― Mogę ci jakoś pomóc? Przygotowałem dla ciebie pokój gościnny w lewym skrzydle.
― Dziękuję. I tak, mógłby mi pan pomóc. ― Harry zastanowił się, czy nie jest to czasem szantaż. ― Przyjechałem zapytać, czy nie byłoby tu jakieś pracy. Czegokolwiek. Szukam… Potrzebuję pracy.
― Harry, niestety, stanowisko profesora OPCMu mamy już obsadzone ― odpowiedział smutno Dumbledore. ― Nie wiem, co innego…
― Cokolwiek, naprawdę.
― Jedyny wakat, jaki mam wolny, to wróżbiarstwo. Sybilla zapowiedziała, że nie wróci już w tym roku. Od miesiąca…
― Świetnie, wezmę. ― Siwe brwi uniosły się w zdumieniu. ― Oczywiście, jeśli pan mnie przyjmie…
― Wróżbiarstwo? Myślałem, że masz o nim jeszcze gorsze zdanie niż o eliksirach.
― To nie ma większego znaczenia ― odpowiedział Wybraniec. ― Poza tym, naprawdę potrzebuję pracy. I chciałbym tu zostać. Przynajmniej przez jakiś czas.
Jakkolwiek nie była to informacja, która powinna ucieszyć przyszłego pracodawcę, Albus poczuł, że nadzieja wypełnia jego stare, zmęczone serce. Po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślał, że może jeszcze wszystko się ułoży.
― Dobrze, jeśli chcesz. Wierzę, że podołasz zadaniu. Minerwa przekaże ci sylabus i program ― choć, jeśli chcesz, możesz wprowadzić do niego poprawki. Nikt nie aktualizował go ani nie zmieniał od dwudziestu czterech lat.
― Tak ― zapewnił pośpiesznie chłopak, jakby nagle zrobił się nerwowy. ― Wyobrażam sobie. ― Podniósł się z krzesła. ― Dziękuję, profesorze. To było dla mnie ważne. Pójdę… pójdę się rozpakować. Jestem trochę zmęczony po podróży.
― Oczywiście, oczywiście. Jednak chyba w takim razie nie ma sensu, byś zajmował gościnne pokoje. Komnaty Sybili mieszczą się w jednej z wież. Zaprowadzę cię.
― Nie! ― To wyrwało się zbyt pośpieszne. ― Ja… poproszę profesor McGonagall. Wskaże mi drogę. Jeszcze… na pewno będzie okazja, żeby jeszcze porozmawiać, dyrektorze.
― Albusie, Harry. Skoro mamy być kolegami.
Uśmiech był trochę wymuszony i raczej smutny.
― Albusie. ― Młody mężczyzna skinął głową. Podszedł do drzwi i otworzył je. W progu odwrócił się raz jeszcze. ― Do widzenia ― powiedział tylko i znikł w ciemnym korytarzu.
-o-o-o-
Błogosławił puste korytarze. Błogosławił Ministerstwo za to, że ustanowiło dwa cudowne miesiące wakacji. Jeszcze sześć dni ― przypomniał sobie ― sześć dni i gówniarzeria zjedzie się na nowo, by zatruć mu egzystencję. Wypełnić tę surową przestrzeń bieganiem, irytującym chichotem, nieudanymi klątwami i hukiem wybuchających kociołków. Teraz szedł szybko, rozkoszując się cichym echem swoich własnych kroków, towarzyszącym mu jak przyjaciel.
Skręcił w boczny korytarz i wspiął na schody. Usłyszał, że ktoś się zbliża. Miarowe uderzanie butów o kamienną posadzkę. Nie znał tych kroków. Nie były drobne jak Filtwicka ani stanowcze jak McGonagall, ani ciężkie jak Sprout. Ani długie jak Longbottoma. Gość nie szurał jak Filch, nie były to też wysokie obcasy Sinistry. Obce kroki. Jeszcze…
…jeden krok, drugi, trzeci… i ciemna postać wyłoniła się zza zakrętu.
Severusowi zabrało dokładnie dwie sekundy, żeby go rozpoznać. Wbrew woli stanął w miejscu, osłupiały. Potter zrobił to samo.
Z boku musieli wyglądać zabawnie. Dwóch dorosłych mężczyzn naprzeciwko siebie, w odległości trzydziestu kroków, stojących całkiem nieruchomo. Można byłoby stawiać losy, który z nich pierwszy wyciągnie rewolwer. Stali, jakby czekali na jakiś sygnał, na szept sekundantów, na wybicie zegara w samo południe.
Byli zbyt daleko, by powiedzieć do siebie cokolwiek sensownego i przerwać ten letarg. Zbyt blisko, by uciec, nie błaźniąc się.
Merlinie, co za idiotyczna, krępująca sytuacja. Severus w końcu prychnął gniewnie i ruszył naprzód, nieuchronnie zbliżając się do swego byłego ucznia.
― Potter ― powiedział tylko i zatrzymał się. Zielone tęczówki przykleiły się do niego, obchodziły jak mrówki. Kiedy ostatni raz go widział…
― Sn… ― zaciął się. ― Profesorze. ― W końcu spuścił wzrok i wzdrygnął się nerwowo.
― Snape. Już nie odejmę ci za to punktów.
Nerwowy śmiech.
― Snape ― kiwnął głową. Severus przyglądał mu się uważnie, skrzętnie notując wszystkie zmiany. ― Pan zapewne też nie wiedział, że przyjeżdżam.
― Nie, nie wiedziałem. Powinienem?
Uśmiech nagle zrobił się trochę krzywy, ironiczny. Nie pasował do tej twarzy.
― Właśnie dostałem posadę. Będę uczył wróżbiarstwa.
Ciemne brwi wspięły się wysoko po jasnym czole mistrza eliksirów.
― Bohater czarodziejskiego świata w bransoletkach, chustce na głowie i ze szklaną kulą w rękach? Prorok Codzienny oszaleje ze szczęścia. Nawiasem mówiąc, odrobina szaleństwa również nie zaszkodziłaby.
― To jeden z niewielu atrybutów, który posiadam ― odpowiedział przewrotnie Potter.
― Więc pozostaje mi tylko życzyć powodzenia nowemu koledze po fachu ― skwitował Snape i nie czekając na odpowiedź, ruszył dalej korytarzem, obiecując sobie w myślach, że skręcając, nie obróci się za siebie, by spojrzeć raz jeszcze na Złotego Chł... hmmm, no cóż. Pottera. Jak na pierwsze spotkanie ze swoim cholernym wybawcą poszło całkiem nieźle ― pomyślał.
-o-o-o-
Komnaty Trelawney były w opłakanym stanie. Wyglądało, jakby nauczycielka pakowała się w pośpiechu, rozrzucając po podłodze wszystko to, co nie było jej potrzebne. Prawdopodobnie klątwami zrywała obrazy ze ścian, odrywając tym samym farbę i kawałki gipsu.
― Och, Centka posprząta, sir, Centka już się tym zajmie ― skrzat domowy złapał się za głowę ― Centka nie wiedziała, że ktoś zajmie pokoje starej Madame, Centka by posprzątała dla Harry'ego Pottera, sir.
― Centko ― Harry próbował uspokoić skrzata domowego, czując, że od pisku i stresu zaczyna boleć go głowa ― wszystko jest dobrze. Kilka czarów i będą jak nowe. Zostaw to mnie. Możesz ― zastanowił się, co zlecić, by uchronić jej ręce przed gorącym żelazkiem ― zająć się łazienką. Sprawisz mi radość ― podkreślił ― jeśli doprowadzisz ją do porządku.
Skrzat uszczęśliwiony zniknął, a Harry wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Jeszcze nie doszedł do siebie po spotkaniu ze Sn… Nie będzie o tym myślał. Nie trzeba.
Rozejrzał się wokoło. Gdyby nie wszechobecny brud i bałagan, komnaty byłyby naprawdę imponujące. Zlokalizowane na szczycie wieży, okrągłe, bardzo jasne. Do sypialni i łazienki wchodziło się po krętych, odkrytych schodach. Na dole był salon z kominkiem i małą kuchenką w rogu. Za oknami rozpościerał się widok na wszystkie skrzydła i dziedzińce zamku, wieże, błonia, jezioro i Zakazany Las. Czuł, jakby zamieszkał na szczycie świata. Uśmiechnął się.
-o-o-o-
Albus Dumbledore siedział przy swoim wielkim biurku. W szkolnych papierach znów coś się nie zgadzało. Miał wysłać jeszcze jedną sowę do Ministra Magii, ale nie potrafił się do tego zebrać. Wydawało mu się, że postacie z portretów łypią na niego groźnie i że mnożą się, zapełniając ramy, oceniając każdy ruch. Jednak za każdym razem, kiedy patrzył na konkretny portret, były dyrektor zazwyczaj siedział samotnie i spokojnie, drzemiąc lub nie zwracając na niego specjalnej uwagi.
Prawa dłoń znów zaczęła go swędzieć, jakby skóra małymi kawałkami zaczynała odrywać się od mięsa. Uszczypnął ją lekko i potarł, żeby złagodzić nieprzyjemne uczucie. Poderwał głowę na nagły trzask i z ulgą powitał domowego skrzata niosącego tacę z jedzeniem. Nie przypominał sobie, żeby zamawiał coś z kuchni, ale z wdzięcznością przyjął posiłek.
Kolacja była skromna, ale wyjątkowo smaczna. Kawałek mięsa, kilka ziemniaków i gotowane marchewki.
― Wyśmienite, Lotti ― uśmiechnął się do znajomego skrzata ― co to takiego?
― Harry Potter, sir ― odpowiedziało spokojnie stworzenie i wykrzywiło twarz w straszliwym grymasie.
Albus obudził się, dysząc ciężko, owinięty w przepocone prześcieradło.
