Rozdział II

Kilka sekretów...

- Nie wiem, oh, nie wiem Dyrektorze, czy Ginny sobie poradzi, to jednak spora odpowiedzialność. Może jednak lepiej zostanę?

- Uwierz mi Molly, Ginny poradzi sobie świetnie, w końcu to tylko trzy dni. Trzy dni, a ty odpoczniesz i będziesz mogła załatwić tą istotną dla ciebie sprawę.

- Oh, ale jednak, nie wiem… czasami mam wrażenie, że to się wszystko ledwo się trzyma w całości. Wszyscy są tacy kochani, jednak czy beze mnie…

Ginny siedziała i przysłuchiwała się w milczeniu dyskusji, która dotyczyła jej w najwyższym stopniu, a jednak toczyła się niejako poza nią i z całkowitym pominięciem jej osoby. Gdyby ją ktoś spytał o zdanie, zapewne ze spokojem stwierdziłaby, że ugotowanie trzech posiłków przez kolejne trzy dni dla pięciu, sześciu osób to żaden problem, jednak jej matka lubiła robić z siebie osobę niezastąpioną, więc dziewczyna taktownie milczała. Ostatecznie decyzja została podjęta, a Molly Weasley spakowała rzeczy swoje i męża i udała się na, krótki acz bardzo zasłużony, jak ją wszyscy po stokroć zapewniali, odpoczynek. I tak Ginny została sama z całym domem na głowie, Ronem, Hermioną, Harrym oraz Syriuszem sprawującym pozory opieki. Owa krótka wolność, była okazją, której Ginny obiecała sobie nie zaprzepaścić. I tak, już pierwszego dnia po kolacji, gdy ojciec chrzestny Harrego udał się do sypialni, a cudowna trójka zasiadła w salonie obmyślając kolejny fantastyczny plan, dziewczyna podążyła do jednego z niewielu pokoi na Grimmauld Place, które zawsze pozostawały zamknięte. „R.A.B" głosiły inicjały na drzwiach z czarnego mahoniu.

W pierwszych dniach lipca, niespełna dzień po ich głośnym najeździe na rodzinny dom Syriusza, pani Weasley zarządziła gruntowne sprzątanie wszelkich pomieszczeń. Ginny z charakterystyczną dla siebie pokorą i cierpliwością chodziła z wiatrem pełnym mydlin i grubymi szmatami z pokoju do pokoju wysłuchując zrzędzenia matki. Jednak, gdy razem z matką weszły do pokoju na końcu korytarza, na drugim piętrze i owionęła je atmosfera grozy i jawnego czarnoksięstwa kobieta, której do tej pory usta się nie zamykały, nagle zamilkła i niemal z prędkością światła wyrzuciła Ginny za drzwi zamykając pokój silnym zaklęciem. Szybko okazać się miało, że zaklęcie nie było nawet w połowie tak skuteczne, jak myślała i młoda czarownica poradziła z nim sobie w przeciągu dwóch nocy. Teraz należało czekać tylko na dobrą okazję, by bezpiecznie spenetrować tajemną przestrzeń. Długo musiała wypatrywać odpowiedniej okazji, czasami w środku nocy budziła się z myślą, by wstać i natychmiast zrealizować swój plan, wiedziała jednak, że jeśli pewne sprawy ujrzą światło dzienne już na zawsze pozostaną widoczne, niczym rdzawe zacieki na czystej powierzchni.

Drzwi skrzypnęły cicho.

W pokoju powietrze aż wibrowało od zakazanych zaklęć. Ginny przeszedł znajomy przyjemny dreszcz i szybkim krokiem przemierzyła podłogę zasnutą grubą warstwą kurzu. Czuła się jak dzikie zwierze na łowach. Miała przed sobą nieodkryte sekrety, które w jej głowie płaczliwym głosem błagały ją o odkrycie i przywłaszczenie.

Z pokoju wyszła o świcie. Chwiejnym krokiem udała się do swojej sypialni i z głowa pełną szalonych myśli i uśmiechem błąkającym się na twarz zasnęła tak mocno, jak nie spała od miesięcy.

O dziesiątej była już na nogach przygotowując śniadanie dla wszystkich domowników.

… i szczypta kłamstw

W czasie tych trzech dni, kiedy to Ginny wodziła prym, Syriusz ani razu nie pojawił się na śniadaniu. Do kuchni schodził późnym popołudniem, słabym głosem pytając, czy zostało coś z obiadu. Trzeciego dnia odnalazł Ginny w łazience szorującą wyjątkowo zabrudzoną wannę i rozmyślającą o inkantacjach znalezionych poprzedniej nocy w opuszczonym pokoju.

- Gi… jest coś z obiadu? - wychrypiał stojąc za nią, gdy pochylała się z gąbką w ręce.

- Yhym, coś tam zostało.

- Byłabyś tak dobra?

Podniosła i odwróciła się nagle tak, że starszy mężczyzna wydał z siebie okrzyk zaskoczenia.

- Czemu mam się odrywać od mojego zajęcia? - wysyczała i choć starała się nad sobą panować złość, która wzbierała w niej już od początku jej pobytu na Grimmauld Place, kipiała emocjami.

- Jesteś taką dobrą… gospodynią – odparł Syriusz, głosem lepiącym się od obłudy i czegoś co bardzo nie spodobało się młodej czarownicy.

- Gdybyś wreszcie – zrobiła krok w jego kierunku – przestał chlać…

I wtedy zobaczyła siebie w jego oczach. Zobaczyła jego zdumienie. W ułamku sekundy uświadomiła sobie, że odkryła się. Tak łatwo.

- Ja… - wyjąkała, spuszczając oczy i wymijając oniemiałego Syriusza w drzwiach. - Czekaj zaraz coś ci przygotuję… jest trochę pieczeni. Chcesz?

- Chcę… - szedł za nią, gdy szczebiotając próbowała zamienić to wszystko w coś znanego i beztroskiego, coś bardziej w stylu małej Ginny. W kuchni od razu rzuciła się do garnków, energicznie w nich mieszając.

- Wszystko w porządku Ginny? - spytał Black, siadając cicho za stołem.

- Tak! Oczywiście, oczywiście… - próbowała wykrzesać z siebie choć trochę wesołości i choć udało jej się przywołać na twarz zwyczajny, przyjemny wyraz, widziała, że Syriusz patrz na nią zmieszany i trochę jakby przestraszony.

- Słuchaj, Ginny… - zaczął, gdy położyła przed nim talerz pełen ziemniaków i mięsa z sosem. - Nie myślisz chyba, że jak jakoś… ja po prostu długo śpię, wiesz. Azkaban. Odsypiam.

- Tak, tak, ja coś… oczywiście. Głupia jestem.

Zaśmiała się. Na prawdę udało jej się zaśmiać w tym ponurym domu, naprzeciwko mężczyzny, który utopił swoją duszę i przyzwoitość w morzu wódki. Zaśmiała się mając świadomość, że gdzieś tam nad nią jest pokój pełen czarnoksięskich, mrocznych zaklęć, do których niebawem wróci. Zaśmiała się zupełnie beztrosko, a Syriusz uśmiechnął się szeroko na dźwięk tego śmiechu.