Patrzyłem jak wschodzące słońce zalewało okolice posiadłości bladymi promieniami. Na ogół lubiłem świt, lecz w tym przypadku oznaczał on, iż poświęciłem na przygotowania zbyt dużo czasu. Jestem do niczego. Obawiam się, że - wbrew oczekiwaniom wszystkich - nigdy nie dorównam ojcu na tyle by godnie go zastąpić. Przede wszystkim brak mi umiejętności, ale również wiedzy i doświadczenia. Nikt z nas nie był gotowy na jego śmierć. To miała być zwykła wyprawa handlowa, a przemieniła się w zupełną katastrofę. Nie wiem jak ja sobie poradzę. Naprawdę nie mam pojęcia.
Szarpnąłem za ciężkie, purpurowe zasłony, z trzaskiem przysłaniając okiennice. Otoczył mnie bezpieczny półmrok. Podszedłem do biurka i wygrzebałem z szuflady pergamin, by w świetle powoli dogasających świec, napisać krótki list.
"Droga Roweno...
Potrzebuję byś zajęła się podtrzymaniem zaklęcia tajności podczas dzisiejszej uroczystości. Czuję, że nie będę miał do tego głowy. Przyślę Ci wieczorem część moich skrzatów, gdyż być może się przydadzą. Dziękuję również bardzo za wszelką pomoc jakiej nam udzieliłaś w tych trudnych chwilach.
Ściskam, SS"
Zwinąłem pergamin, przypieczętowując go naszym rodowych herbem i opuściłem swój bezpieczny azyl w gabinecie ojca. Skierowałem swe kroki w stronę sowiarni, ale nim zdążyłem przejść choćby jeden korytarz, za moimi plecami rozległo się wołanie:
- Mój Panie! - Przystanąłem, odwracając się nieśpiesznie w stronę zmierzającego w moim kierunku służącego. Co prawda, Joseph pracował u nas od lat i z kamerdynera zmienił się w przyjaciela rodziny. Jednakże był samotny i nalegał, by zachować pracę na takich samych warunkach jak zawsze. Ja, tak samo jak i ojciec, darzyłem go głębokim szacunkiem i zaufaniem. Był to dość wysoki jegomość po sześćdziesiątce cieszący się doskonałym zdrowiem. Wciąż szczupły oraz perfekcyjnie wyprostowany, choć jego włosy już nieco przyprószyła siwizna. - Przybył Arcymistrz. Czy zechce Pan zejść i go powitać czy mam poprosić, by zaczekał?
Arcymistrz? Co on tutaj robi tak wcześnie rano? Zastanawiałem się gorączkowo. Czyżby coś się stało? Poza śmiercią mojego ojca, oczywiście. Jednakże, nawet biorąc pod uwagę okoliczności, powinien się zjawić najwcześniej późnym wieczorem.
- Nie, nie. Już idę. Wyślij proszę ten list do panny Ravenclaw. I przekaż skrzatom, by podały śniadanie do gabinetu za około godzinę. - Zwróciłem się do niego, wręczając mu pergamin. Otrzymałem w zamian spokojne skinięcie głową. Najważniejsza szycha czarodziejskiego świata gości w moich progach, a Joseph zupełnie się tym nie przejmuje. Od dziecka podziwiałem jego opanowanie i stalowe nerwy. Uścisnąłem lekko jego ramię w niemym podziękowaniu i podążyłem na parter. Nie zbiegłem po schodach, co zapewne uczyniłbym w identycznej sytuacji, gdybym tylko nie był tak zmęczony.
- Arcymistrzu - powiedziałem z szacunkiem. Popatrzył na mnie, odrywając wzrok od naszych rodzinnych portretów. - Co Pana tu sprowadza?
Zaskoczył mnie niezmiernie, otwierając szeroko ramiona i wołając gromko:
- Salazarze! Ale ty wydoroślałeś! Ostatnio, kiedy cię widziałem byłeś małym chłopcem, nie większym od ogrodowego gnoma. - Podszedł sprężystym krokiem by potrząsnąć entuzjastycznie moją dłonią. Był bardzo niski, ledwie sięgał mi do ramienia. Tylko siwe włosy, związane w gustowny warkocz oraz liczne zmarszczki na twarzy świadczyły o jego wieku. Ruchy wciąż miał energiczne, a spojrzenie jasne i bystre. Mgliście go pamiętałem, ale nic się nie zmienił. - Tak mi przykro z powodu waszej straty. Twój ojciec był moim bardzo bliskim przyjacielem. Wiem, że nie zdążył przysposobić cię do funkcji głowy rodziny ani też członka Rady. Dlatego właśnie tu jestem, mój drogi chłopcze. Przyjmij proszę najszczersze wyrazy ubolewania. Wiem, że to musiał być straszny cios dla ciebie i całego rodu Slytherina.
Skinąłem głową, posyłając mu słaby, ale wdzięczny uśmiech. Jego przemowa dodała mi otuchy i wiary, że może jeszcze nie wszystko stracone.
- Dziękuję, bardzo to doceniam. Nie spodziewałem się pana tutaj przed wieczorem. Gdybym wiedział o pańskim przybyciu, kazałbym przygotować coś więcej niż zwykłe śniadanie.
Roześmiał się lekko chrapliwie i poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu, choć musiało sprawić mu to dyskomfort ze względu na różnicę wzrostu.
- Ależ nie kłopocz siebie ani swojej służby. Myślę, że w tej sytuacji i tak wszyscy jesteście zestresowani. Właściwie to byłbym już wcześniej, ale ważne sprawy zatrzymały mnie w stolicy. Czy zanim przejdziemy do konkretów, mógłbym zamienić słówko z szanowną Lady Slytherin? - zapytał. Zawahałem się. Śmierć ojca ją załamała. Od kiedy dotarła do nas ta koszmarna wiadomość praktycznie nie wychodziła poza obręb swojej komnaty. Całkowicie pogrążyła się w rozpaczy. Później, kiedy przywieziono ciało ojca, klęczała uparcie przy łożu, na którym go złożono. Wyglądała jak ktoś kto zaraz położy się obok i umrze. Siłą musiałem wyciągnąć ją z pomieszczenia, choć wrzeszczała i szarpała się, a łzy spływały po jej bladych policzkach, musiałem być nieugięty. Widok martwego męża stanowił dla niej zbyt ogromny szok.
- Jak najbardziej - odpowiedziałem w końcu. - Proszę za mną.
Poprowadziłem go korytarzem, podtrzymując niezobowiązującą rozmowę o sprawach dworu. Zanim dotarliśmy na miejsce zdążył mi opowiedzieć o kilku przygodach z młodości mojego ojca. Nigdy bym nie podejrzewał, że tak poważny, dystyngowany człowiek, jakim był Alesander Slytherin, mógł robić tak nieodpowiedzialne i jednocześnie niedorzeczne rzeczy. Zaśmiałem się krótko, osłupiały. Chyba wychwycił tę nutkę niedowierzania, bo szybko mnie zapewnił:
- Naprawdę. To nie są historie wyssane z palca, Salazarze. Choć przyznam ci rację, to zupełnie nieprawdopodobne. Gdybym nie znał twojego ojca z młodzieńczych lat, nigdy bym nie dał wiary we własne słowa.
- Uznajmy, że mnie pan przekonał, Arcymistrzu - zgodziłem się z rozbawieniem. Uśmiech spełzł z mojej twarzy, kiedy stanęliśmy przed odpowiednimi drzwiami. - To tutaj.
Zapukałem lekko, po czym uchyliłem drzwi, nie czekając na pozwolenie. Zanim zdążyłem się odezwać, nasz wysoko postawiony gość przepchnął się obok, wchodząc pierwszy.
- Lady Sarah! Proszę się nie kłopotać wstawaniem - zawołał od progu. Podszedł do łóżka, na którym półleżała, bawiąc się włosami. To zawsze ją uspokajało. Była już ubrana w dzienny strój, więc wejście do środka nie było szczególnie niestosowne. Wyglądała jakby w ciągu nocy przybyło jej parę lat. Oczy miała zapuchnięte od płaczu i podkrążone, a twarz bladą. Podejrzewałem, że Joseph naszprycował ją eliksirem uspokajającym. Wymusiła na sobie delikatny uśmiech, mimo że w spojrzeniu nadal czaił się ogromny smutek. Arcymistrz pochwycił jej dłoń i ucałował szarmancko. - Wciąż wygląda pani olśniewająco. Jak zresztą za każdym razem, kiedy panią widzę.
- A pan jak zawsze wie, co powiedzieć kobiecie, Michaelu - zachichotała uroczo. - Salazarze, zostaw nas proszę samych - zwróciła się do mnie. Zerknąłem na nią z ukosa, ale nie skomentowałem. Niech będzie tak jak sobie życzy. Być może rozmowa z Arcymistrzem jej pomoże wyrwać się z otchłani żalu. Wydaje się, że są dobrymi przyjaciółmi. Skinąłem głową w zgodzie.
- Będę w salonie - rzuciłem krótko.
Szedłem w zamierzonym kierunku, dumając nad sytuacją. Mojego brata jak zwykle nie było w pobliżu. Prawdopodobnie upijał się do nieprzytomności w jakiejś szemranej knajpie albo odsypiał wczorajszy stan. Poinformowałem skrzaty, że jednak posilimy się w jadalni. Ufałem, że Arcymistrz w jakiś sposób podniesie matkę na duchu i wkrótce oboje do mnie dołączą. Zdążyłem zasiąść do stołu zanim rzeczywiście tak się stało. Przyjrzałem się jej uważnie. Na policzkach miała świeże ślady łez, ale wydawała się bardziej stabilna emocjonalnie niż wczoraj. W pewnym sensie zdołała zebrać się w sobie i miałem nadzieję, że będzie tylko lepiej. Kiedy się do nas przysiedli, posłałem mężczyźnie wdzięczne spojrzenie. Mrugnął do mnie w odpowiedzi.
- Lady Sarah czy pozwolisz, że porwę twojego syna na resztę dnia? - Zwrócił się do matki z delikatnie przesadną kurtuazją.
- Myślę, że dam sobie radę przez ten czas bez niego - odwzajemniła się pobłażliwie.
- Fantastycznie - podsumował, po czym konwersacja upadła na rzecz posilania się. Nie zdecydowałem jeszcze, co mam o nim myśleć. Z drugiej strony wydawał się być lekkoduchem i to nie do końca mi odpowiadało. Nie byłem pewny w jakim stopniu mogłem mu rzeczywiście zaufać. Obawiałem się, że może mieć jakiś ukryty motyw. Z drugiej strony najwyraźniej pomógł matce. W dodatku nie przypominał żadnego ze sztywnych członków Rady, którzy wielokrotnie przewijali się przez naszą posiadłość ze względu na aktywną działalność mojego ojca w poprawnym funkcjonowaniu czarodziejskiej polityki. Byli raczej słabymi czarodziejami, ale uważali się za nie wiadomo kogo ze względu na pozycję i bogactwo. Natomiast potęga magii Arcymistrza zdawała się parzyć skórę i iskrzyć po zetknięciu z moją własną siłą magiczną. A on w żaden sposób nie dał mi odczuć, iż jestem znacznie niżej od niego. Niechętnie przyznaję, że zaskarbił sobie tym moje uznanie. Posiłek zakończył się trochę za szybko jak na mój gust. Byłem zaciekawiony tym, co stary czarodziej ma mi do zaoferowania, o czym poinformuje i czego nauczy. Aczkolwiek wewnętrznie czułem strach, że będzie mnie sprawdzał tylko po to by w końcu wyśmiać szyderczo oraz stwierdzić, iż do niczego się nie nadaję. Co jeśli powie, że nie jestem godzien zająć tak poważanego stanowiska?
Ostatecznie wkrótce zasiedliśmy wspólnie przy biurku w gabinecie ojca. Z nerwów spociły mi się ręce, więc dyskretnie wycierałem je w wewnętrzną część szaty.
- Posłuchaj mnie uważnie, Salazarze. To co ci dzisiaj powiem jest naprawdę ważne. Ze względu na sytuację, zajmiesz miejsce swojego ojca dużo wcześniej niż zakładaliśmy. Dlatego musisz się jeszcze sporo nauczyć. Wiele z tego nie jestem ci w stanie przekazać. To przychodzi latami, w parze z doświadczeniem. Oczywiście wiele się nauczysz na własnych błędach tak jak i my wszyscy. Jednakże nie wahaj się ze zwróceniem się do mnie o pomoc czy radę. Zrobię co tylko w mojej mocy ze względu na twoją matkę i świętej pamięci ojca. To wspaniali ludzie i mam głęboką nadzieję, że pójdziesz w ich ślady. Koniec z wywodami starego człowieka - zakończył tą część swojej wypowiedzi jakby sam siebie przywoływał do porządku. - Zacznijmy od twojej pozycji w tym rodzie. W dniu dzisiejszym oficjalnie staniesz się głową rodziny Slytherina. Czy rozumiesz, co to oznacza? - zapytał, patrząc na mnie oczekująco. Zmieszałem się.
- Taak...? - mruknąłem niepewnie, ale pod jego cynicznym spojrzeniem od razu się poprawiłem: - Nie do końca.
- Tak myślałem. Dobrze, więc po kolei. Nie chodzi tylko o posiadłość czy rodzinne interesy. Wraz z tą funkcją przyjmujesz rolę zarządcy waszego obszaru. Jutro pokażę ci na mapie, które miejsca przynależą do okręgu Slytherina. Dostaniesz też ode mnie zakres twoich obowiązków, spisałem je zawczasu, tak na wszelki wypadek. Naszym światem rządzą pewne prawa, które musimy respektować, żebyśmy mogli żyć we względnym spokoju. Twoim zadaniem będzie znać, a także rozumieć, te zasady. I w razie potrzeby wydać sprawiedliwy osąd. Każdy przynależący do waszego okręgu będzie miał prawo przyjść do ciebie w wielu sprawach. O ile się nie mylę, Alesander udostępniał swój czas publicznie w każdy wtorek i czwartek. Możesz to jednak skorygować. Pamiętaj jednak, że obywatele mają obowiązek zgłosić ci wszelkie uchybienia czy wykroczenia. Czy teraz już rozumiesz jak wielkiego zobowiązania się podejmujesz?
Głos utknął mi w gardle, więc tylko skinąłem głową. W głębi duszy czułem strach. Wiedziałem, że do naszego domu przybywało grono gości każdego tygodnia. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, więc uznałem, że przychodzili w zwykłych interesach. Czy podołam? Tego nie wiem. Nie mam jednak wyboru, nie splamię imienia naszych przodków.
- Przejdźmy do następnej części. Jak pewnie ci wiadomo, zajmiesz miejsce swojego ojca w Radzie Trzynastu. Każdy jej członek pochodzi ze starego, potężnego rodu. To właśnie Rada zwołuje obrady i ustala wszelkie prawa, które mają na celu ulepszenie funkcjonowania naszego społeczeństwa. Pamiętaj, że twój głos jest równie ważny jak ich. Nie możesz pokazać, że się boisz bądź jesteś niepewny swoich decyzji. Ludzie będący u władzy są jak wilki. Konkurują między sobą i walczą, żeby zyskać. Podejrzewam, że staniesz się ich ulubionym celem, gdyż wciąż jesteś bardzo młody i niedoświadczony. Część z nich bała się twojego ojca, niektórzy darzyli go przyjaźnią, a inni z kolei uparcie podważali jego pozycję. Bez względu na wszystko, musisz mieć oczy dookoła głowy. Nie dać się wrobić czy zastraszyć. Pokaż im, że twardy z ciebie czarodziej i nie poddasz się łatwo bandzie zbyt aroganckich, dla ich własnego dobra, szlachciców.
Przyjrzałem mu się uważnie. W jego jasnych, brązowych oczach widziałem gniew i pogardę. To było zaskakujące. Chciałem się dowiedzieć więcej na ten temat, a mając na uwadze jego wywód nie wahałem się z zadaniem pytania, które błądziło mi niespokojnie po głowie.
- Arcymistrzu? - Wtrąciłem się zanim ochłonął i kontynuował. - Mówiłeś, że Rada ma na względzie dobro naszego społeczeństwa. Dlaczego wyrażasz się teraz w ten sposób? Twoja magia się wzburzyła.
- Skąd... - Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, ale zaraz się opanował i uśmiechnął ze zrozumieniem. - Jesteś naturalnym empatą? Zadziwiające. - Zamyślił się na moment. A ja gapiłem się na niego oszołomiony. Co to jest naturalny empata? Wolałem nie drążyć tematu skoro najwidoczniej mam to coś, cokolwiek to jest. Poczytam i się dowiem. Albo podpytam Rowenę. Ona wie przecież absolutnie wszystko. - Zadałeś mi jednak pytanie, więc czuję się zobowiązany do udzielenia odpowiedzi. Widzisz, mój drogi, Rada została powołana do wyższych celów. Jej głównym zamierzeniem miało być niesienie pomocy innym czarodziejom i utrzymywanie porządku. Z czasem jednak chciwość i zarozumiałość uderzyła panującym do głowy, a przerażająca część członków Rady uległa własnym żądzom. Pozostała tylko garstka ludzi, takich jak twój ojciec, którzy wciąż walczą o lepsze jutro. To bardzo przykre. Niestety nic na to nie poradzę. Porzućmy ten temat, powrócimy do niego po dzisiejszej ceremonii. Teraz pozostało nam jeszcze wiele rzeczy do zorganizowania.
