Przeczekując

Zamknęłam się w sobie, w swojej małej chatce ze zwyczajną łazienką, bez puchatych ręczników, pachnących mydełek i płynów, jacuzzi i reszty luksusu. W chatce, w której oprócz mnie samej nie ma nikogo. Nikogo z kim można by porozmawiać. Od trzech tygodni nie wypowiedziałam więcej słów niż kilka zdawkowych „dziękuję" dziewczynie, która zaopatruje mnie w potrzebny do przeżycia prowiant. Zapewne całe miasteczko huczy od plotek na temat młodej wariatki, która poprawia współczynnik gęstości zaludnienia. Trudno. Nic mnie to nie obchodzi. Teraz liczę się tylko Ja. Nikt więcej.

Przez tydzień właściwie nie wstawałam z łóżka. Gapiłam się na niebo za oknem. Przyglądałam się promieniom słońca tańczącym wśród kurzu, a raczej kurzowi tańczącemu w promieniach słońca, albo znowuż kroplom deszczu spływających po brudnej szybie. Kompletna katatonia i brak przejawów chęci do życia, gdyby nie fakt, że byłam wszystkiego świadoma i wiedziałam, iż jak mi się zachce to wystarczy wstać i zacząć robić co mi się żywnie podoba. Tylko mi się nie chciało.

Po tym pierwszym tygodniu przeniosłam się na starą, wytartą kanapę zostawioną w saloniku przez poprzedniego właściciela. Wysłałam emaile do ojca i matki. Okazało się, że moja wspaniała rodzicielka nawet nie zauważyła mojego zniknięcia i to gosposia była bardziej zaniepokojona. Cóż. Żyć, nie umierać. Mogło być gorzej. Mogłam nie mieć niczego i mieszkać pod mostem. Mogłam nie mieć co jeść i co na siebie włożyć.

Trzeci tydzień przestał być tygodniem o charakterze „tylko przeczekać", a stał się tygodniem „przyszłościowym"… a przynajmniej z założenia miał takim być. Myślenie o przyszłości mi zdecydowanie nie służyło i nic nie przyniosło. Prawda była taka, że nie miałam pojęcia czym mogłabym się zająć zamiast tańca, który był dosłownie całym moim życiem. Prawo? Medycyna? Co ja o tym wiem? Znaczy o medycynie, a szczególnie o ortopedii wiem już całkiem sporo… Artystka – malarz? Chyba pokojowy. Śmiechu warte. Może zostanę pustelniczką? Zapewne po jakimś czasie bym totalnie oszalała. Już teraz zapominam jak się mówi…

Dzisiejszego dnia okazało się, że jednak ktoś się o mnie martwi.

Siedząc pod cieplutkim kocykiem (pogoda w środku lata w stanie Waszyngton porażała) i czytając książkę, nie spodziewałam się żadnych gości, więc jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałam na podjeździe parkujący samochód, a zaraz potem trzaskające drzwiczki. Chcąc – nie chcąc, podniosłam się z wersalki i pokuśtykałam by wciągnąć na siebie coś bardziej twarzowego niż poplamiony podkoszulek i obszerne bokserki – jedyną bieliznę w jaką byłam w stanie się wcisnąć (po naprawdę wielu próbach – zostały mi albo one, albo pampersy na rzepy…). Jednak, gdy mój nieproszony gość zastukał, ja była dopiero w Polowie drogi do pudla z ciuchami, więc zrezygnowałam i powlokłam się stukając o podłogę jak pająk z dowcipów i z westchnieniem powlokłam się do drzwi wejściowych.

- Chwileczkę! – I minęła chwileczka zanim dotarłam do miejsca przeznaczenia. Trochę trwało zanim przecisnęłam się między pudlami, które przyjechały za mną z Nowego Jorku.

Gdy otworzyłam drzwi, o mało mnie nie zatchnęło. Najwyraźniej i najzwyklej w świecie stał sobie za nimi, na mojej własnej werandzie jakiś policjant. Mój jedyny kontakt z władzą mundurową polegał na przesłuchaniu (delikatnym i taktownym) przez panią inspektor w sprawie wypadku. Co u diabła? Matka mimo wszystko wysłała list gończy?

- Dzień dobry, Charlie Swan, tutejszy szeryf*. – Skinął mi głową na powitanie. Zamiast się przedstawić, uniosłam jedynie brwi i zapytałam:

- Stało się coś?

Stał i mi się przyglądał. Widok musiał być nieziemski. Rozczochrana, brudna, nieprzyjaźnie nastawiona do wszystkiego co się sprawnie porusza… W końcu odchrząknął.

- Są może rodzice?

Coraz bardziej podobał mi się pomysł podroczenia się z facetem. No bo co mi może zrobić? Pouczyć o niestosowności mojego zachowania?

- A muszą?

Zdecydowanie nie miał często do czynienia z wygadanymi nastolatkami.

- Mogę wejść?

Myślę, że diabeł się wtedy we mnie odezwał. A jemu scyzoryk w kieszeni.

- Rodzice nie pozwalają wpuszczać obcych pod ich nieobecność.

Zatkało go. Centralnie go zatkało. Zlitowałam się nad biedakiem.

- No dobrze, proszę pana. Jestem Julia Marconi, mam już ukończone osiemnaście lat. – Rozejrzałam się za torbą. – Tu gdzieś muszą leżeć moje dokumenty. Pan pozwoli… - Przepuściłam go. – Proszę wejść. Muszę ich poszukać.

Wszedł i zaczął się rozglądać. Pewnie zastanawiał się czy w którymś pudle nie mam ukrytego trupa…

- Proszę się nie potknąć. Nie miałam… - Chęci? Czasu? Ochoty? – Okazji by się rozpakować. O proszę. Znalazłam.

Wręczyłam mu dokumenty. Przejrzał je i ponownie odchrząknął. Pewnie ma taki nawyk.

- Mieszka tutaj pani sama?

- Tak. – Oj, nie miałam zamiaru ułatwiać mu tej rozmowy. To była moja jedyna rozrywka od blisko miesiąca.

- Przyjechała pani na długo?

- Jeżeli Forks mi się spodoba, to tak.

- Pracuje pani? Uczy się?

- Na razie nie robię nic. – Dosłownie. – Są wakacje, szkoła zamknięta.

- Hmm… No, tak. Przyjechałem, bo sąsiedzi zaniepokoili się brakiem mieszkańców, a widzieli jak ktoś się wprowadzał. Chciałem się upewnić, że nic się nie stało.

Bogowie, on mi się tłumaczył.

- Jak pan widzi z tą nogą mam bardzo ograniczone możliwości. To raczej nie dziwne, że nie uprawiam codziennego joggingu.

- Tak. – Uśmiechnął się. Miał naprawdę sympatyczny uśmiech. – Nie potrzeba pani niczego? Pomocy przy jakichś zakupach… Rozpakowaniu się?

- Nie, dziękuję. Raz na tydzień przychodzi pewna dziewczyna, nie pamiętam jej imienia, i przynosi mi zakupy. Dziękuję za troskę.

- Nie ma sprawy. To mój obowiązek. – Rozejrzał się ponownie po moim dobytku. – Mieszka pani sama. Gdyby potrzebowała pani jednak pomocy, to proszę zadzwonić na posterunek. Na pewno znajdziemy jakąś pomoc dla pani. W tym mieście są porządni ludzie – powiedział to, jakby nie tylko mnie informując, ale także ostrzegając? – Do widzenia.

Pożegnał się i odjechał.

Cóż. Może nie trafiłam tak źle. Z drugiej strony to dopiero jeden człowiek.

Tym razem to ja odetchnęłam i rozejrzałam po tym przybytku brudu i rozpaczy. Królestwie tektury i kurzu. Stojąc w drzwiach widziałam przeciwległą ścianę z dwoma oknami po obu stronach kominka. Bez firanki, bez rolety. Biała obudowa pustego paleniska, obita i nadgryziona. Gołe zakurzone deski. Nawet nie widać było co to za drzewo pod nogami. Puste boczne ściany i sterta pudeł. Niska ława, zawalona śmieciami i obdarta, parszywa kanapa z rozgrzebanym kocem. Marzenie… W kuchni zapewne jeszcze więcej śmieci. Pusta sypialnia prócz spartańskiego łóżka, a drugi pokój zatkany innymi pudłami. Sama tego zapewne nie ogarnę. Cóż. Chyba zaczęłam planować czas do końca wakacji.

Zaczęłam od kąpieli.