Troszkę ta wioska "Carpelcobber" brzmi mało rosyjsko, jak na miejscowość pod Moskwą... ale nie ma co winić autora, w końcu jest Amerykaninem ;)
Miłego czytania, udało mi się przetłumaczyć jeszcze jeden rozdział, zanim rzucę się w wir obowiązków. Za wszelkie pomyłki z góry przepraszam.
Rozdział 2. Miotły i urodziny
ROSYJSKI WYTWÓRCA RÓŻDŻEK ZAMORDOWANY
Władimir Czekow, jeszcze kilka lat temu sławny wytwórca różdżek, został wczoraj znaleziony martwy w swoim własnym domu. Wygląda na to, że powodem śmierci mogła być Zabójcza Klątwa. Władze czarodziejskie utrzymują, że nie było żadnych świadków wydarzenia, i w rzeczy samej, nikt nie zauważył też żadnego rodzaju intruza, chociaż skomentowano później, że ofiara żyła w raczej spokojnej mugolskiej wiosce pod Moskwą.
Nieznane są powody pobytu Czekowa w tym miejscu, ale jest to informacja potwierdzona nie tylko przez Rosyjskie Ministerstwo Magii, ale i przez nasze źródła. Czekow spędził w Londynie większość swojego życia, ale kilka lat temu niespodziewanie zniknął. Kingsley Shacklebolt, Minister Magii, przyznaje, że Ministerstwo rzeczywiście znało miejsce jego pobytu.
Władimir Czekow nie pozostawił po sobie żadnych dzieci i nie ma za sobą żadnych odnotowanych małżeństw. Jednakże jego najbliżsi przyjaciele utrzymują, że tym, co cenił najbardziej, była jego praca, i że uważał „każdą różdżkę, którą stworzył, za swoje dziecko".
Powody mordu nie są znane, ale wygląda na to, że zbrodnia musiała zostać dokonana przez osobę z zewnątrz, jako że w promieniu dziesięciu mil od domu ofiary nie ma żadnych zarejestrowanych czarodziejów. Zapytany o to, czy czegokolwiek brakowało na miejscu zbrodni, auror Ronald Weasley szybko i ironicznie stwierdził, że „Cóż, mężczyźnie brakowało sporo krwi", po czym zatrzasnął drzwi przed twarzą dziennikarza.
Harry „Chłopiec, Który Przeżył" Potter, zwycięzca pojedynku z Lordem Voldemortem i auror w tym samym biurze, co Weasley, wydał oficjalne oświadczenie, że uważa mordercę za „wysoce niezorganizowanego" i że robi co w swojej mocy, aby ustalić zarówno motyw, jak i winnego. Niektóre źródła jednak podają, że być może mówi tak, bo chce, żebyśmy tak myśleli.
Rita Skeeter, sławna autorka takich bestsellerów jak „Życie i Kłamstwa Albusa Dumbledore'a" oraz „Korneliusz Knot – Prawdziwy Bohater Drugiej Wojny", mówi: „Znam Harry'ego od nastolatka i przyjaźnię się z nim od tego czasu, i mogę was zapewnić, że jeśli ktokolwiek chce ukryć seryjnego mordercę, to właśnie on..."
Albus odrzucił Proroka Codziennego ze złością daleko od swoich rąk. Nie z powodu tego, co wiedziała Skeeter, jego ciocia Hermiona już dawno temu ostrzegała go, żeby jej nie wierzył. Ani też z powodu zamordowania tego różdżkarza, o którym zresztą nigdy wcześniej nie słyszał. Nie, był wściekły, bo dziś były jego urodziny. Dziś był dzień, który chciał spędzić razem z rodziną. I właśnie dzisiaj był dzień, w którym jego tata został wezwany do pracy w celu prowadzenia śledztwa dotyczącego jakiejś głupiej zbrodni popełnionej milion mil stąd.
Kogo to obchodzi?, pomyślał do siebie gorzko. Przecież ciągle zdarzają się jakieś morderstwa. To nic nowego. Ale jak dużo urodzinowych dni będzie mógł spędzić ze swoim tatą? Swoim ojcem, który ciągle był zbyt zajęty, żeby z nim porozmawiać w zeszłym roku, a tego lata siedział w biurze praktycznie całe dnie. Swoim ojcem, który najwidoczniej jest chyba jedynym aurorem w całym Ministerstwie Magii. Swoim ojcem, który obiecał mu, że będzie tutaj, w dniu jego urodzin.
Przekroczył ponad rozrzuconą gazetą i poszedł w dół schodami Rezydencji Potterów, dochodząc w końcu do kuchni, gdzie jego matka zajmowała się czymś, co wyglądało na wykwintny obiad urodzinowy.
- Al – powiedziała, kiedy wszedł – twój ojciec zostawił wiadomość. Mówi, że obiecuje być na miejscu zanim zaśpiewamy „Sto lat".
Próbowała przywołać na twarz wymuszony uśmiech, ale jej się nie udało. Wiedział, że bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo był rozczarowany, chociaż starała się tego nie okazywać. Na kuchence podkręciła ogień pod pieczoną wołowiną za pomocą różdżki i otarła znad brwi sporą ilość potu.
Albus tylko usiadł przy kuchennym stole, wyglądając na bardzo znudzonego. Po chwili matka odwróciła się do niego przodem.
- A może pójdziesz otworzyć teraz kilka swoich prezentów? – zapytała.
Albus wzruszył ramionami.
- Poczekam na tatę – powiedział jej.
- To może napiszesz list do swoich przyjaciół? Powiesz im, że masz dziś urodziny! – zasugerowała.
- Oni wiedzą. Dostałem dziś rano dwa listy. Obydwoje życzyli mi wszystkiego najlepszego. – powiedział przez zaciśnięte zęby. Jego ojciec, który wstał, zanim Albus się obudził, jeszcze tego nie zrobił.
Morrison Vincent i Scorpius Malfoy byli z pewnością jego najlepszymi przyjaciółmi w szkole. Obydwoje byli w Slytherinie, tak jak i on. Ze Scorpiusem nie od początku było różowo – tak naprawdę, jeśli dobrze pamiętał, ten o mało co go nie zaatakował, ale tylko dlatego, że przyłapał Albusa na śledzeniu. Z Morrisonem natomiast przyjaźnił się od pierwszego dnia w pociągu i wymieniali listy przez całe lato. Albusowi udało się przekonać matkę, żeby wysłała mu kafla z autografem, po czym kolega wysłał mu trzy kolejne sowy jednego dnia, każdą z osobnymi podziękowaniami.
Kolejną najlepszą przyjaciółką, jeśli wyłączyć z listy jego kuzynkę Rose, była Mirra Tinnels. No właśnie, przynajmniej BYŁA. W trakcie ostatniej rozmowy pokłócili się, a ostatnio, kiedy ją widział, była nieprzytomna. Nawet nie był pewien, czy będzie uczęszczać do Hogwartu w tym roku.
Zarówno Morrison jak i Scorpius wysłali mu kartki urodzinowe i prezenty, które okazały się ogromnymi porcjami słodyczy. Był w takim dobrym nastroju tego ranka, kiedy wstał z powodu stukania sów o szybę okienną. Ale to było zanim poszedł na dół i dowiedział się od matki, że jego ojciec został wezwany do pracy, żeby „prowadzić śledztwo".
- No cóż, w takim razie... twój brat chyba jest na podwórku, ćwiczy quidditcha. Może pójdziesz z nim porozmawiać? Chyba jeszcze nie życzył ci wszystkiego najlepszego! – powiedziała jego matka, wytrącając go z tych ponurych myśli.
Albus wzruszył ramionami. Wiedział, co kombinowała jego matka. Starała się go czymś zająć, tak, żeby przestał zwracać uwagę na to, że w tym bardzo ważnym dla niego dniu nie ma przy nim ojca. Myśląc, że równie dobrze może zrobić coś w ramach poprawy nastroju, wyszedł z kuchni i poszedł na podwórko, gdzie oczywiście widać było jego brata mknącego na swojej miotle przez niebo niczym kula z pistoletu.
Podszedł w jego kierunku i popatrzył w górę, a jego brat zanurkował spektakularnie w kierunku ziemi. W ostatniej chwili pociągnął miotłę do góry i z szerokim uśmiechem poleciał prosto na Albusa.
- Ej! – krzyknął Albus, kiedy zrobił unik, ale nie było takiej potrzeby, jego brat zatrzymał się nagle parę cali od jego twarzy.
- Czy musisz to robić za każdym razem? – wrzasnął na niego Albus, wycierając trawę z kolan. – To po pewnym czasie staje się denerwujące.
James zeskoczył ze swojej miotły, zostawiając ją wiszącą w powietrzu, po czym zmierzwił włosy, układając je w splątaną, nieporządną fryzurę.
- Przepraszam – zrobił do niego minę, mimo że wyraźnie nie miał tego na myśli. – Jak tam urodziny? – zapytał.
Albus po raz trzeci tego dnia wzruszył ramionami. To wydawało się najlepszą odpowiedzią.
- Słyszałeś o tacie? – zapytał go James, jego uśmiech lekko przygasł.
- Taak. Ale mama mówi, że zdąży wrócić na tort.
- Och... to w takim razie dobrze. Czy dostałem jakieś listy? – zapytał pospiesznie.
Albus zmrużył oczy. To był pierwszy ranek przez całe lato, w którym, o ile sobie dobrze przypominał, James nie dostał żadnego listu. Pod koniec zeszłego roku zaczął spotykać się z dziewczyną o imieniu Denise, która, podobnie jak i on, w nadchodzącym semestrze pójdzie do czwartej klasy. Jednakże była z Ravenclawu, co było specjalną zasługą dla Jamesa, który twierdził, że „Krukonki są o wiele zbyt inteligentne, żeby nabierać się na jego zwykły podryw", i najwidoczniej zdobycie jej sprawiło mu wiele kłopotów.
Mimo że cieszył się szczęściem brata (i trochę było mu przykro z powodu Denise, która bez wątpienia zostanie porzucona zanim Express do Hogwartu ruszy z miejsca), był naprawdę poirytowany ich sposobami komunikacji. Wyglądało na to, że bez względu na to, czy Denise jadła śniadanie, czy pomyślała o czymś zabawnym, albo zaczerpnęła niezwykle świeży łyk powietrza, po prostu musiała dać o tym znać swojemu chłopakowi, natychmiast. Już kilka razy się zdarzyło, że budził się w nocy o czwartej trzydzieści, na dźwięk narzekań swojej matki na temat sów stukających o okna.
James nie był o wiele lepszy. Często odchodził od stołu w połowie zdania, żeby wysłać list, po tym jak wpadł na coś, co, jak wiedział, Denise uzna za choćby w najmniejszym stopniu zabawne.
- Nie – odpowiedział Albus, patrząc jak uśmiech do reszty znika z twarzy jego brata.
Kontynuował przez coś, co wydawało mu się dobrą godziną, obserwowanie latającego brata (mimo że tak naprawdę było to około dziesięć minut), słuchając obelg, które tolerował jedynie dlatego, że wiedział, iż James ma rację.
Albus bał się straszliwie latania. Był zdania, że ludzie nie zostali do niego stworzeni. Nie zostali zbudowani tak, żeby przeżyć upadek z wysokości stu stóp ponad ziemią, więc po co kusić los?
- No dawaj, usiądziesz mi za plecami – powiedział błagalnie James, przesuwając się na miotle trochę wyżej. – Nie będę latał wysoko. Jak się przyzwyczaisz to naprawdę to polubisz. I na pewno będziesz w tym dobry.
- Skąd możesz wiedzieć? – zapytał Albus.
- Al, każdy w naszej rodzinie jest w tym dobry.
- Chłopcy! Goście już przyszli! – dobiegł głos z domu.
James zarzucił miotłę na ramię i poszedł za Albusem z powrotem w stronę domu, gdzie czekali na nich już goście. Wszyscy.
Jego wujek Percy pomachał mu pompatycznie z kąta pokoju, kiedy Albus przeszedł przez tłum rozmawiających ludzi. Przybyli wszyscy, którzy byli tutaj na poprzednie Święta Bożego Narodzenia; za wyjątkiem Scamandersów i ojca Albusa.
Wielu z nich przerwało rozmowę, żeby mu pomachać, a inni trzymali duże, opakowane prezenty. Wszyscy zaczęli życzyć mu wszystkiego najlepszego, a babcia Weasley nawet szczypnęła go w policzki i powiedziała: „Mój mały Al jest już prawie nastolatkiem!".
Albusowi udało się strząsnąć z siebie rodzinę i wszedł do kuchni po raz kolejny, gdzie znalazł swoją mamę dekorującą tort.
- Wynocha! Wynocha! – syknęła do niego, starając się jak najlepiej usunąć ciasto z jego pola widzenia. – Nie chcę, żebyś teraz je widział!
Albus musiał więc znosić towarzystwo swojej rodziny przez kolejne dwadzieścia minut. Wszyscy zadawali mu pytania, jak tam jego pierwszy rok w Hogwarcie, jak się czuje jako pierwszy Ślizgon w rodzinie, o to, czy wybiera się na sprawdziany quidditcha, i liczne inne, na które w końcu Albusowi znudziło się odpowiadać.
Tak jakby jego matka wyczuła niebezpieczeństwo, wypadła przez drzwi od kuchni do salonu trzymając olbrzymi tort.
- Okej... więc wszyscy gotowi? – zapytała.
Z tłumu ludzi rozległ się pomruk, kiedy wujek Bill wyczarował gigantyczny stół wprost z powietrza, na samym środku pokoju. Jego matka opuściła na niego szmaragdowozielony tort, na którym gładkimi srebrnymi literami napisała słowa: „Wszystkiego najlepszego, Albusie".
Jego matka zaświeciła machnięciem różdżki dwanaście świeczek na torcie, po czym rzuciła Albusowi smutne spojrzenie. Natychmiast się domyślił, co się wydarzyło. Jego ojcu jednak nie uda się wrócić do domu na czas, żeby zaśpiewać „Sto lat".
Reszta rodziny rozejrzała się dookoła nerwowo, niepewna, czy powinni zacząć śpiewać, jeśli ojca Albusa jeszcze nie ma. W końcu jednak zdecydowali, że nie ma sensu czekać, aż roztopią się całe świeczki, i nabrali powietrza w płuca, żeby zacząć śpiewać.
- Czekajcie chwilę... Gdzie jest Harry? – usłyszał zapytanie swojego wujka Rona.
- Ron! – syknęła matka Albusa. Nawet córka wuja, Rose, powiedziała:
- Tato, naprawdę, nie masz za grosz taktu!
- Harry nie mógł wrócić. – powiedziała jego matka. – Wcześniej został wezwany do biura.
- Z powodu sprawy z tym całym Czekowem? – zapytał z niedowierzaniem wujek Ron. – Kurczę, czemu mnie po prostu nie poprosił, żebym go zastąpił, na pewno bym...
- Zacznijcie śpiewać! – usłyszał pisk swojej matki, i głośny śpiew dochodzący ze strony reszty rodziny zagłuszył głos wujka.
Albus siedział, gapiąc się na ciasto z wyrazem twarzy, który, jak miał nadzieję, wyglądał na szczęśliwy; chór głosów śpiewających „sto lat" dzwonił mu w uszach. Co mogło być na tyle ważne, że jego ojciec musiał złamać daną obietnicę? Czy chociaż wróci do domu na noc?
Usłyszał, jak ktoś krzyczy „pomyśl życzenie" i, wracając do przytomności, dmuchnął potężnie gasząc wszystkie świeczki, myśląc do siebie: Chciałbym, żeby mój tata miał więcej czasu, żeby przebywać w domu.
Cała jego rodzina zaczęła klaskać i wyciągać w jego stronę prezenty. Usiadł przy stole, dziękując i rozdzierając opakowania.
Dostał to, co zwykle. Liczne produkty z Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów od wujka George'a, z których część nie była jeszcze nawet dostępna w sprzedaży, książki dotyczące tematów od smoków po historię prefektów Hogwartu, i raczej dużą ilość słodyczy. Jego rodzice podarowali mu sporo złota w ramach kieszonkowego, i została już jedna, jedyna paczka. Była długa i cienka i rozerwał opakowanie z ciekawością.
Na podłogę potoczyła się miotła, co zaowocowało licznymi achami i ochami ze strony rodziny. Lubisz quidditcha czy nie, możesz nawet nie lubić latania, ale ciężko było nie być pod wrażeniem. Miotła była koloru ciemnobrązowego, gładka i lśniąca. Nie była w ogóle skrzywiona, raczej delikatnie zaokrąglona dla wygody. Każdy jej cal wyglądał niczym dzieło sztuki.
- Kto mi kupił... – zaczął Albus.
- To chyba musiałem być ja – usłyszał głos swojego brata.
- Twój brat oszczędzał na nią od dłuższego czasu. – powiedziała jego matka z lekkim uśmiechem.
Albus zszokowany odwrócił się do brata.
- To najlepsza miotła na rynku. – powiedział mu James. – Nazywa się Ostrze Błyskawicy. Miałem kiedyś nadzieję, że będziemy w tej samej drużynie w Hogwarcie... ale teraz, jak o tym pomyślę, to prędzej chyba będziemy grać przeciwko sobie.
Albus popatrzył na niego, zakłopotany.
- Nie potrafię latać.
- Będziesz potrafił, jak cię nauczę. To łatwe, zaufaj mi, i uzależniające – powiedział.
Albus popatrzył na piękną miotłę w swoich dłoniach. Wcale nie chciało mu się latać bardziej, niż wczoraj, i tak samo jak wcześniej bał się wysokości. Ale jego brat oszczędzał na nią tak długo...
- Ehm... no dobra. – powiedział. – Pozwolę ci mnie uczyć. – dodał, z czymś, co jak miał nadzieję, wyglądało na przekonujący uśmiech.
Przekazał miotłę po całym pokoju, gdzie wielu ludzi przytrzymywało ją i szeptało do siebie z poekscytowaniem. Po około godzinie zaczęło się robić ciemno i goście zaczęli wychodzić, klepiąc go po ramionach i jeszcze raz życząc mu wesołych urodzin. Kiedy jego ciocia Hermiona wyszła razem z Hugo i Rose, jego wujek Ron, ostatni członek rodziny, który został w domu, odwrócił się w jego kierunku.
- Przykro mi, że twój tata nie mógł tutaj być, Al. – powiedział marszcząc brwi.
Albus popatrzył się na niego z pustym wyrazem twarzy.
- Nic się nie stało – skłamał.
- Albusie, skarbie, wyglądasz na zmęczonego – powiedziała mu matka, machając jeszcze raz różdżką i sprawiając, że cały papier prezentowy zniknął z podłogi. – Może pójdziesz już się położyć? – dodała łagodnie.
Albus pocałował ją na dobranoc i w ciszy udał się do swojej sypialni. Czuł się źle, nie tylko z powodu niezbyt udanych urodzin, ale także dlatego, że zdawał sobie sprawę z tego, iż jego mama się martwi tą całą sytuacją. Leżał w swoim pokoju, skulony pod kołdrą, desperacko starając się zasnąć, i przeklinając szeptem ojca.
Czy on w ogóle wróci tej nocy?, zapytał sam siebie. Ile jeszcze dni bez widzenia się z tatą go czeka? Czy morderstwo tego jednego mężczyzny było aż tak ważne? Tak dziwne? Że nie mógł z jego powodu pojawić się nawet na przyjęciu urodzinowym własnego syna?
TRZASK.
Albus podniósł się gwałtownie z poduszek. Poznał ten dźwięk, nawet jeśli dobiegał z pewnej odległości. Dźwięk otwieranych na parterze drzwi jeszcze to potwierdził. Jego ojciec właśnie zaaportował się do domu z pracy.
Po cicho wypełznął z łóżka i poszedł w dół schodami. Usłyszał, jak jego wujek i tata rozmawiają w kuchni.
Ukradkiem podreptał pod drzwi kuchni i przycisnął do nich ucho.
- ...myślę, że jednak możemy wykluczyć Anifura. – mówił jego wujek Ron. – Ma o wiele zbyt niską pozycję w ministerstwie.
- Tylko że problem polega na tym, że wcale nie trzeba mieć wysokiej pozycji, żeby podsłuchać jakiś urywek informacji. – usłyszał głos ojca. – A te ostatnie działania w Yorku wskazują, że w końcu się gdzieś zadomowili. Myślę, że to wszystko jest ze sobą powiązane.
- Mówiłeś Kingsleyowi? – usłyszał pytanie swojej matki, zaraz po tym jak pociągnęła duży łyk herbaty.
- Nie musiałem, on już wie. – powiedział jego ojciec. – Ale on naciska na Knota i ignoruje sprawę. Nie mogę go za to winić. Jest o wiele zbyt zajęty zamartwianiem się, co się dzieje wewnątrz Ministerstwa, niż poza nim. Nie uwierzysz, kogo kazał mi przesłuchiwać!
Albus nie miał pojęcia, co Minister Magii ma wspólnego z jakąś świeczką, ale nadszedł już czas, żeby ujawnił swoją obecność. Otworzył drzwi i wszedł do kuchni.
Wujek Ron i jego ojciec siedzieli przy dużym stole, a jego matka usiadła przy kuchence, smażąc jajecznicę. Najwidoczniej jego ojciec miał zamiar zaraz coś zjeść. Rozmowa urwała się w pół słowa i wszyscy odwrócili się w jego stronę.
- Cześć – powiedział jego tata, wyglądając na winnego.
Może to dlatego, że prawie nie miał okazji widywać go w trakcie lata, Albus pomyślał, że jego ojciec wygląda inaczej. Miał zapadnięte policzki i duże worki pod oczami z powodu braku snu. Ciągle uśmiechał się, tak jak zwykle, ale ten uśmiech wyglądał dziwnie na jego bladej, przepracowanej twarzy.
Albus nie odpowiedział, po prostu zajął miejsce przy stole.
- Myślałem, że już śpisz – ciągnął jego tata.
- Miałeś nadzieję, że przez cały dzień nie będziesz musiał mnie oglądać? – wypalił Albus.
Jego ojciec się nachmurzył.
- Zasłużyłem na takie traktowanie – powiedział. – Próbowałem wrócić przed tortem, w ogóle nie planowałem dzisiaj pójść do pracy...
- To czemu poszedłeś? – przerwał mu Albus.
- Nie przerywaj ojcu, Albusie – powiedziała surowo jego matka.
- Chcę po prostu wiedzieć, co było ważniejsze niż ja! – krzyknął Albus.
- Uspokój się – powiedział mu ojciec, podczas gdy jego wujek rozglądał się po pomieszczeniu, jakby nieobecny. – Czy słyszałeś o tym morderstwie? – zapytał go ojciec.
- Tak – powiedział Albus – ale nie rozumiem w jaki sposób...
- Powiem ci – rzekł jego ojciec. – Zostałem wezwany do pracy, żeby poprowadzić śledztwo w sprawie tego zabójstwa. – dodał.
- Oczywiście – powiedział znudzonym głosem Albus. – Ale czemu to takie ważne?
W tym momencie jego ojciec wymienił szybkie spojrzenie z wujkiem Ronem.
- Tego nie mogę ci powiedzieć. – rzekł.
Albus rzucił mu rozwścieczone spojrzenie. Już miał zamiar wszczynać kłótnię, kiedy usłyszał głos swojego wujka:
- Och, daj spokój Harry!
Wymienili kolejne spojrzenie, ale tym razem dłużej patrzyli się na siebie.
- Nie chcę mu mówić czegoś, co go przestraszy – powiedział cicho jego ojciec.
- Nie będę się bał! – powiedział Albus, ale obydwoje zdawali się go ignorować.
- On ma już dwanaście lat, Harry. – rzekł jego wujek. – Ty w tym wieku walczyłeś z bazyliszkiem.
- Ron ma rację – powiedziała jego matka, nalewając sobie kolejną filiżankę herbaty. – Sama tam byłam. – dodała z cynicznym uśmiechem.
Jego ojciec wydał z siebie olbrzymie westchnienie i odwrócił się do Albusa.
- Cóż, najwyraźniej zostałem przegłosowany – powiedział, rzucając żonie piorunujące spojrzenie. – Więc powiem ci tyle, ile mogę powiedzieć. Powodem, dla którego to morderstwo było takim szokiem dla Ministerstwa jest fakt, że NIKT nie powinien był wiedzieć, gdzie ten mężczyzna się znajduje.
- Ponieważ żył w mugolskiej wiosce? – zapytał Albus.
- Tak, to my go tam umieściliśmy – powiedział jego ojciec. – Był objęty programem „Demimoz".
- Jakim programem?
- Demimoz* – powiedział jego wujek.
- Nazwa bierze się stąd, że miał być prawie zupełnie niewidoczny. Umieściliśmy go w tej wiosce wiele lat temu, dla jego własnego bezpieczeństwa. Jego miejsce pobytu było znane jedynie wysoko postawionym urzędnikom Ministerstwa.
- Ale... to, że był ukryty, wcale nie znaczy, że nie można było go tam znaleźć, prawda? Nierzadko zdarza się...
- Wydaje mi się, że nie rozumiesz sedna sprawy, Al. – powiedział jego wujek. – Pomyśl. Ta osoba znajdowała się w miejscu, którego lokalizację znali jedynie nieliczni pracownicy Ministerstwa. W obrębie paru mil od jego domu nie było żadnych czarodziejów. Ale z pewnością to jeden z nich go zamordował. Więc kto mógł to uczynić?
Albus pomyślał nad tym.
- Ktoś... z Ministerstwa – powiedział w końcu.
- Niekoniecznie – rzekł jego ojciec, mierzwiąc sobie włosy. – Ale z pewnością to ktoś z Ministerstwa zdradził lokalizację mordercy.
- Ale to mógł być przypadek! Może komuś się wymsknęło!
- To prawda, aczkolwiek to mało prawdopodobne. Mogło się wymsknąć, że ofiara się ukrywała, ale naprawdę niewielu ludzi wiedziało GDZIE. – powiedział jego ojciec.
- Troszkę to działa na nerwy, no nie? – rzekł jego wujek. – Świadomość, że facet siedzący w boksie obok może być mordercą. Albo pomocnikiem mordercy. Cóż, ale mnie to nie dotyczy. Ja mam własne biuro. – powiedział dumnie, kładąc nogi na stole.
- Nogi! – syknęła jego matka, i wujek natychmiast je zdjął.
- Teraz możesz sobie wyobrazić, jaki kocioł był dziś w pracy – kontynuował jego ojciec. – Wybrali mnie, żebym poprowadził śledztwo i wykrył potencjalne przecieki. Nie sprawia to, że jestem najbardziej lubianym kolegą w pracy, oj nie. – dodał, marszcząc brwi.
- Ale dlaczego w pierwszej kolejności ukrywałeś mnie? – zapytał Albus.
Po raz trzeci w ciągu tej nocy, jego ojciec i wujek wymienili spojrzenia. Potem obydwoje odwrócili się w jego stronę i jego ojciec rzekł:
- Tego nie możemy ci powiedzieć. Przepraszam.
Albus nachmurzył się i zwrócił się w stronę wyjścia. Był częściowo usatysfakcjonowany odpowiedziami ojca, były logiczne, ale jednak ciągle czuł rozczarowanie.
- Hej – powiedział jego tata, zatrzymując go.
Albus odwrócił się.
- Jutro idę z tobą na ulicę Pokątną, kupić ci książki i pozostałe rzeczy.
Albus starał się nie okazać zaskoczenia. To zawsze matka zabierała ich w to miejsce, już od czasów, kiedy James zaczął szkołę.
- Serio? – zapytał.
- Serio. – odpowiedział jego ojciec.
- Ehm... Harry... mówiłeś mi, że jutro będziesz musiał wpaść do biura – powiedział jego wujek.
- Chyba nic się nie stanie, jak przyprowadzę ze sobą gościa. – rzekł jego ojciec.
Albus odwrócił się w stronę drzwi, żeby ukryć uśmiech, i popchnął drzwi. Jego ojciec jeszcze nigdy nie zabrał go do pracy. Właśnie zaczął wspinać się z powrotem schodami do swojego pokoju, kiedy usłyszał ojca krzyczącego coś jeszcze.
- Wszystkiego najlepszego, Al! – zawołał.
*Demimoz (ang. Demiguise) - pochodzi z Dalekiego Wschodu, ale bardzo trudno go odnaleźć, gdyż w chwilach zagrożenia potrafi znikać. Demimoz jest pokojowo nastawiony i żywi się roślinami. Wyglądem przypomina małpę z wielkimi, czarnymi i smutnymi oczami (często są one ukryte pod włosami). Całe ciało ma pokryte długimi, jedwabistymi i srebrzystymi włosami. Jego skóra jest bardzo cenna, ponieważ wykorzystuje się ją do produkcji Peleryn Niewidek.
