Po wejściu do gabinetu zauważyła dwie osoby. Jedną była pani dyrektor, stojąca za biurkiem, a drugą… Druga osoba wyglądała dość… niecodziennie. Była to wysoka kobieta z włosami upiętymi w kok, w długim płaszczu podróżnym i spiczastym kapeluszu. To właśnie ta druga kobieta odezwała się pierwsza.
- Witaj. Jestem profesor Minerwa McGonagall.
- Zoe McIntyre. W… W czym mogę pani pomóc?
- Ta pani jest z twojej przyszłej szkoły – powiedziała dyrektorka.
- Przyszłej szkoły? Ale… Ja nigdzie jeszcze nie składałam papierów.
- Do szkoły, o której mowa, jesteś zapisana od urodzenia – wyjaśniła McGonagall. – Nazywa się Hogwart. To szkoła magii.
- Magii? Przecież ja nie umiem czarować…
- I nigdy nic się nie zdarzyło, gdy targały tobą silne emocje?
- Nic takiego sobie nie przypominam… Chociaż… - Nagle stanęła jej przed oczami scena, w której uciekała przed goniącymi ją złośliwymi koleżankami, wyśmiewającymi się z jej włosów. Wtedy pobiegła najszybciej jak mogła, tak, że wyprzedziła nawet jadącego z pełną prędkością motocyklistę. No i te jej przeczucia…
- No właśnie. Dlatego zostałaś przyjęta do Hogwartu. Masz jednak możliwość wyboru. Chcesz tam uczęszczać?
- Tak!
„No proszę… Nie muszę czekać aż tyle…"
- Tylko, że… Nie mam pieniędzy… No i jak mam się tam dostać?
- Wsiądziesz pierwszego września o dziesiątej do pociągu z peronu 9 i ¾ na stacji King's Cross w Londynie. Podręczniki i różdżkę kupisz na ulicy Pokątnej w Londynie. Pieniądze podejmiesz z banku Gringotta, ze skrytki numer 27. Tu masz listę wszystkiego, co musisz kupić. Klucz do skrytki jest u mnie.
- Zaraz, zaraz… Mówi pani, że mam skrytkę w banku… Skąd? Od rodziców?
- Tak. Twoja matka była aurorem. Będziesz potrzebować pomocy w Londynie?
- Raczej tak… Jeszcze nigdy nie byłam w Londynie…
- Nie widzę przeszkód, żebyśmy udały się tam już dzisiaj.
- Dzisiaj? Ale… czy nie muszę najpierw zdawać egzaminów?
- Nie ma takiej potrzeby. Jeszcze jedno. Proszę cię o dyskrecję. Nic, co tu usłyszałaś, ani co zobaczysz w świecie magicznym, nie może zostać powiedziane mugolom.
- Dobrze… Komu?
- Mugolom, czyli zwykłym, pozamagicznym ludziom.
- Rozumiem, pani profesor.
- A więc chodźmy.
Nie patrząc na dziewczynę, McGonagall wyszła z pokoju. Zoe ruszyła za nią. Wciąż przetrawiała to, co usłyszała przed chwilą. Szkoła magii… różdżki… mugole… Auror… Właśnie, auror!
- Pani profesor, kim są aurorzy?
- To czarodzieje, zajmujący się walką z czarną magią i tymi, którzy ją uprawiają.
Szły teraz ulicą równoległą do tej, po której codziennie biegała. Na rogu McGonagall zatrzymała się, rozejrzała wokół, i powiedziała dziewczynie, żeby złapała ją mocno za rękę.
- Po co? – Spytała Zoe.
- Mam zamiar teleportować nas obie do Londynu. Za pomocą teleportacji łącznej.
- Czego?
- Teleportacji łącznej. Po prostu złap mnie za rękę, tak mocno, jak tylko potrafisz, i obserwuj.
Zoe zastosowała się do polecenia. Już wkrótce poczuła, jak jakaś wielka siła napiera na nią ze wszystkich stron, tak, że nie mogła oddychać. Po chwili jednak to uczucie zniknęło. Próbując złapać oddech, rozejrzała się.
Znajdowały się na zatłoczonej uliczce, pełnej niecodziennie wyglądających osób. Właśnie minęły je dwie kobiety, które wyglądały jak wiedźmy, a nieopodal szła grupka wysokich mężczyzn, którzy rozmawiali o najnowszych sposobach na pozbycie się gnomów ogrodowych.
Gdy McGonagall przechodziła, wokół robiło się jakby spokojniej. Na Zoe nikt nie zwracał uwagi, więc mogła swobodnie iść za nauczycielką i rozglądać się. Wkrótce jednak rozbolała ją głowa od wszystkich kolorowych wystaw sklepowych, więc skupiła się na podążaniu za kobietą, która wzbudzała w niej dystans. Jeszcze w sierocińcu dostała od niej list w żółtej kopercie, ale dotąd była zbyt zakręcona, żeby go przeczytać. Teraz otwarła kopertę, w której znalazła suchą informację, że przyjęto ją do Hogwartu, i listę przyborów potrzebnych w szkole. Nawet nie zauważyła, kiedy stanęły przed potężnymi drzwiami, nad którymi wisiał wielki napis „Bank Gringotta". Przed mosiężnymi drzwiami stał niski osobnik w zielonej liberii, a za nimi były jeszcze jedne drzwi, na których wygrawerowany był napis, jednak Zoe nie zdołała odczytać go, bo McGonagall weszła przez nie szybkim krokiem, więc Zoe, żeby w ogóle móc nadążyć za nią, musiała prawie biec.
McGonagall zatrzymała się nagle przed ladą, za którą był osobnik podobny do tego przy drzwiach, a Zoe, nie patrząc gdzie idzie, wpadła na nią. Wymamrotała jakieś przeprosiny, i zatrzymała się, żeby złapać oddech, niezbyt skupiona na tym, co się wokół niej dzieje. W rezultacie nie zrozumiała szybkiej rozmowy pomiędzy nauczycielką a tamtym za ladą, a w chwilę później (pamiętała wszystko jakby przez mgłę), jechała z ogromną prędkością jakimś wózkiem, sypała garście monet do plecaka, ktoś jej mówił o przeliczniku („te małe z brązu to knuty, dwadzieścia knutów to srebrny sykl, siedemnaście syklów to złoty galeon"), znów jechała wózkiem, i już stała na zewnątrz, ogarnięta ulicznym zamieszaniem. Zanim doszła do siebie, usłyszała ostry głos:
- Masz dwie godziny, kup wszystko, co jest na liście i spotkajmy się tu dokładnie o siedemnastej. Nie mam zamiaru cię szukać, więc chodź tylko po ulicy Pokątnej, zrozumiano? Aha, jeszcze jedno. – Mówiąc to wcisnęła jej mały, złoty kluczyk w rękę. – To jest twój klucz do skrytki u Gringotta. Nie zgub go! – Odwróciła się i znikła w tłumie.
Cóż było robić? Zoe wzruszyła ramionami, i jeszcze raz przyjrzała się liście. Książki do transmutacji, historii magii, zaklęć… Ale co to? Dwie, trzy… Dziesięć książek jednego autora? W dodatku tytuły brzmią raczej jak powieści przygodowe, nie jak tytuły podręczników. Kim jest ten Gilderoy Lockhart? Podniosła wzrok znad listy i niedaleko zobaczyła wielki napis: „Esy i Floresy". „To brzmi jak nazwa księgarni", pomyślała. Jednak, gdy podeszła bliżej, zobaczyła ogromny tłum.
- Coś się stało? – Zapytała stojącego najbliżej mężczyznę.
- Nie, skąd! Sam Gilderoy Lockhart jest w księgarni i podpisuje swoją najnowszą książkę! Gilderoy Lockhart we własnej osobie!
Z jednej strony, bardzo chciała poznać tego całego Lockharta, autora tylu pozycji na jej liście, z drugiej jednak, nie lubiła tłumów. Pomyślała, że książki kupi później, jak się trochę wyludni. Weszła więc do apteki i zakupiła potrzebne składniki. „Ciekawe, do czego to są składniki?" Później kupiła jeszcze szaty, kociołek, wagę, teleskop i pozostały sprzęt. Zostały jej jeszcze książki i różdżka. Wróciła do księgarni, gdzie zgodnie z przewidywaniami, nie było już nikogo. Szybko kupiła książki, i ruszyła w stronę małego sklepu z różdżkami.
Powitał ją pokurczony ze starości mężczyzna.
- Witaj, jestem Ollivander. Czego sobie życzysz?
- Ja… Przyszłam kupić sobie różdżkę.
- Samodzielne dziecko, jak widzę. Dobrze, bardzo dobrze… Która ręka ma moc?
- Eee… Jestem oburęczna, ale głównie posługuję się prawą.
- Rozumiem, rozumiem… Proszę wyciągnąć rękę. O, tak.
Wyciągnął metr krawiecki, który natychmiast sam zaczął mierzyć różne długości, na przykład długość od ramienia do końców palców, od ramienia do podłogi i tak dalej. Zoe gubiła się w domysłach, po co te wszystkie pomiary. Wreszcie staruszek wrócił (W pewnym momencie niezauważenie wyszedł na zaplecze), pstryknął palcami, a taśma natychmiast zwinęła się i spadła na ziemię. Wtedy zauważyła, że przyniósł ze sobą wiele długich, wąskich pudełek. Otworzył jedno, podał jej kijek wyciągnięty ze środka, i kazał jej nim machnąć. Tak też zrobiła, jednak nic to nie dało. Natychmiast podał jej inną różdżkę. I tak przez jakieś pół godziny. Stos pudełek malał, ona machała różdżkami (już ją od tego machania rozbolała ręka), a efektu żadnego. Wreszcie zostało tylko jedno pudełko. Zoe straciła już nadzieję, że tym razem efekt będzie inny. Nie pomyliła się. Kiedy machnęła ostatnią różdżką, bała się nawet spojrzeć na Ollivandera, w obawie, by jego zawiedziona mina nie potwierdziła jej najgorszych przeczuć. Może ona wcale nie jest żadnym czarodziejem, a te wszystkie wydarzenia były jedynie dziełem przypadku?
Z zamyślenia wyrwał ją głos staruszka.
- No tak… Można by spróbować… Kto wie?
Każąc jej na siebie poczekać, wyszedł ponownie na zaplecze. Nie było go kilkanaście minut, aż wreszcie wrócił z tylko jednym pudełkiem. Wręczył jej różdżkę, trzymając ją tak, jakby się bał, że go pogryzie. Zoe wzięła drewniany patyk w dłoń, podniosła różdżkę, i gwałtownie ją opuściła. Z końca różdżki wytrysnął snop srebrnych iskier. Uradowana spojrzała na staruszka, jednak jej radość szybko przeminęła, gdy zobaczyła jego zamyśloną minę.
- Czy… coś się stało?
- Ciekawe… Bardzo ciekawe… - Usłyszała w odpowiedzi.
- Co takiego?
- Widzi pani, tą różdżkę wykonał jeszcze mój ojciec. Dwanaście cali, dąb japoński. Po to drzewo musiał jechać aż do Japonii, wyobraża to pani sobie? Ale nie to jest najdziwniejsze…
- A co?
- Rdzeń… Rdzeniem tej różdżki są włosy z sierści wilkołaka, jedynego, którego sierść była srebrna. Ojciec nieomal stracił rękę, żeby je zdobyć. To była ostatnia różdżka, którą wykonał. Wygląda na to, że jest pani przeznaczona do bycia niezwyczajną czarodziejką…
- Jestem przeznaczona…?
- Widzi pani, różdżki same sobie wybierają właścicieli. Ta, którą trzyma pani w ręku, czekała na swojego przez ponad pięćdziesiąt lat! Będę bardzo zdziwiony, jeśli nie okaże się pani wielką czarodziejką.
Zoe zapłaciła za różdżkę dziesięć galeonów, po czym pożegnała staruszka i pobiegła na miejsce spotkania. Przybyła o czasie, a czekająca już na nią McGonagall powiedziała:
- Powiem ci jeszcze ostatnią rzecz. Jeśli kiedykolwiek będziesz w Londynie, odszukaj Dziurawego Kotła. Przejdź przezeń, i na murze koło śmietnika stuknij cegłę trzy do góry, dwie w bok od śmietnika. Zapamiętasz?
- T… Tak jest!
- I jeszcze jedno… Pamiętaj! Pociąg wyrusza ze stacji King's Cross w Londynie o godzinie dziesiątej, z peronu dziewięć i trzy czwarte. Dokładnie pierwszego września. Nie spóźnij się!
Po czym złapała ją za rękę i przeniosła obok kościoła, który Zoe znała doskonale.
Po powrocie do sierocińca skrzętnie ukryła kufer z rzeczami pod łóżkiem, pewna, że nikt go tam nie znajdzie.
