Pierwszy rozdział mniej więcej podąża za gameplayem z Ziemi, dalej historia będzie się toczyć swoim torem. Miłej lektury
Rozdział I
Judith Shepard leniwie mieszała w kubku z herbatą. Dwa miesiące, tyle czasu minęło odkąd spowolniła, jedynie spowolniła nie wiedząc nawet na jak długo Żniwiarzy, płacąc straszliwą cenę krwią setek tysięcy batarian.
306246
Ta liczba prześladowała ją każdego dnia, wiedziała przecież, że nie było innego wyjścia, Żniwiarze musieli zostać spowolnieni, jeśli siły galaktyki miałyby mieć jakiekolwiek szanse na przygotowanie, to nie ulegało wątpliwości. Przecież próbowała ich ostrzec, prawda? Gdyby Keason nie zakłóciła komunikacji batrianie zdążyliby się ewakuować, a przynajmniej część z nich. Judith wiedziała to wszystko, lecz mimo to gdzieś głęboko w środku, czuła się winna.
Tak naprawdę nie rozumiała własnych uczuć, przecież nie raz zabijała, po prawdzie odkąd po raz pierwszy zabiła w wieku czternastu lat, wyprawiła na tamten świat średniej wielkości miasto, więc czemu akurat teraz z powodu tej jednej zbrodni, najsłuszniejszej ze wszystkich, czuła się winna?
Krótkim ruchem odgarnęła z czoła pukiel jasnych włosów i upiła łyk herbaty, która ku jej rozczarowaniu nie smakowała tak jak zwykle, była równie gorzka jak czarne były chmury zbierające się nad nią i przyznając szczerze resztą galaktyki.
Nie miała złudzeń, że zdegradowanie jej choćby w najmniejszym stopniu ukoi żądzę krwi, jaką pałała Hegemonia Batarian, będą żądali jaj głowy i jeśli kolejna rozprawa potoczy się tak samo jak poprzednia, przyjdzie jej pożegnać się z życiem raz jeszcze. Jej poprzedni proces był farsą, przez cały czas miała wrażenie, że bierze udział w wyreżyserowanym przedstawieniu, brakowało jedynie by za plecami sędziów pokazywano jej tabliczki z tekstem, który powinna przeczytać, choć na dobrą sprawę wcale nie musiała nic mówić, wyrok zapadł już dawno temu. Jej ostrzeżenia o Żniwiarzach zostały zignorowane, jeśli oczywiście wykluczyć zalecenie konsultacji psychiatrycznej.
Paranoja mówili.
I prawdopodobne uszkodzenie mózgu przez nadajnik na Eden Prime.
Wystarczy jeszcze dorzucić traumatyczne dzieciństwo razem z Akuze i viola mamy piękny obraz niezrównoważonej emocjonalnie psychopatki i terrorystki, z której działaniami ani Przymierze ani Rada nie mają nic wspólnego i są czystsze niż świeży śnieg.
Tak bardzo chciałaby być teraz na Normandii, ze swoimi przyjaciółmi, a tak naprawdę jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek miała i układać plany obrony, zamiast marnować czas na gnicie w tym betonowym grajdole.
Spojrzała przez oko na panoramę miasta, kiedy ostatnio była na Ziemi? Dziesięć lat temu? Więcej?
Trzynaście.
Tyle lat, odkąd na pokładzie promu odleciała ku stacji Arcturus, ku nowemu lepszemu życiu i marzeniom, ale nie swoim. Wtedy obiecała sobie, że już nigdy tutaj nie wróci, jednak łatwo łamać obietnice złożone samemu sobie.
- Pani komandor?
Odruchowo odwróciła głowę w kierunku źródła głosu, w drzwiach stał młody, ciemnoskóry, muskularny mężczyzna, który wydał jej się znajomy, ale z skąd?
Ach, to on.
Chłopak, który razem z Andersonem eskortował ją na pierwszą rozprawę, John? Nie, James. James Vega.
- Nie powinieneś mnie tak nazywać – powiedziała spokojnie, odstawiając kubek na blat.
James uśmiechnął się, jednocześnie salutując.
- Nie powinienem również salutować – stwierdził – Wzywają panią na kolejne przesłuchanie, mam panią eskortować na salę.
Shepard wstała bez słowa. Kolejne przesłuchanie, to nie mogło oznaczać nic dobrego. W kilku krokach dogoniła chłopaka na zewnątrz.
- Wiesz, o co chodzi? – Zapytała.
Vega pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia, ale coś się stało i to coś dużego – zawahał się – wszyscy w sztabie są podenerwowani, w każdym razie chcą panią jak najszybciej widzieć.
_Shepard?
Judith uniosła głowę i zobaczyła schodzącego po schodach Andersona.
- Anderson. – Odpowiedziała.
Mężczyzna stanął obok nich i spojrzał na szeregowca.
- W porządku żołnierzu, przejmuję ją.- Anderson skinął głowę w stronę Shepard – Jesteście wolni. Odmaszerować.
Vega zasalutował i po chwili zniknął za zakrętem, Judith odwróciła się w stronę swojego dawnego dowódcy.
- Co się dzieje? – Zapytała krótko, wchodząc na schody.
Przez twarz admirała przemknął cień, pokręcił z rezygnacją głową.
- Nikt tego nie wie, - przyznał – ale coś się do nas zbliża. Coś dużego.
Shepard poczuła gwałtowny dreszcz na kręgosłupie. Czy to już? Czy Żniwiarze przybyli?
- Żniwiarze? – Odważyła się zapytać.
Anderson zatrzymał się gwałtownie, stali teraz przed drzwiami Sali, w której miało odbyć się przesłuchanie przed komisją dyscyplinarną.
- Nie wiemy – odpowiedział po chwili – ale dowództwo jest przerażone, dlatego zarządzili dodatkowe przesłuchanie.
Pani komandor westchnęła.
- Chcą usłyszeć, że to nie Żniwiarze, prawda? – Zapytał odgarniając niesforny kosmyk włosów.
Anderson skinął głową.
- Tak. – Odparł krótko – Tak naprawdę to ja też – przyznał- ale jestem realistą, coś się szykuje, ja to wiem – spojrzał na Judith – ty to wiesz- wskazał na drzwi – a oni dopiero się dowiedzą.
Shepard skinęła głową i wyciągnęła rękę do holograficznego przycisku otwierającego drzwi.
- Więc nie możemy kazać im dłużej czekać – przez jej twarz przemknął nikły uśmiech.
Pomieszczenie, w którym przyjmowała komisja było z pewnością zaprojektowanie by wywrzeć na wchodzącej osobie odpowiednie, przytłaczające wrażenie. Długi stół, za którym siedzieli członkowie komisji zaprojektowano na planie półkola w taki sposób, że w razie potrzeby mogło się zanim zmieścić nie troje, lecz nawet dziesięcioro ludzi i wszyscy mieliby dobry widok na przesłuchiwaną osobę, ponadto siedzieli oni powyżej miejsca dla przesłuchiwanego, więc przez cały czas patrzyli na niego z góry. Całości dopełniało wielkie piętrowe okno, za którym widać było jak na dłoni panoramę miasta.
Shepard i Anderson weszli na półokrągły placyk przed podwyższeniem.
Judith rozejrzała się, członkowie komisji, jak przystało na polityków, starannie ukrywali targające nimi emocje, jednak w pomieszczeniu dało się wyczuć specyficzną atmosferę, której źródłem był śmiertelny strach. Przewodnicząca komisji zdjęła zabezpieczenie z leżącej na stole teczki i spojrzała na nich.
- Admirale Anderson, Shepard – powitała ich krótko – zarządziliśmy to przesłuchanie, ponieważ zależy nam na pani opinii na temat ostatnich wydarzeń, które są głęboko niepokojące – otworzyła szarą teczkę z logiem Przymierza – Wyryliśmy rój obiektów kierujący się w naszą stronę, to nie meteory gdyż dokonały korekty kursu, ponadto straciliśmy kontakt ze wszystkimi jednostkami na obrzeżach układu.
Shepard wystąpiła dwa kroki i spojrzała hardo na komisję.
- Wezwaliście mnie tutaj, bym zaprzeczyła temu, co i tak już wiecie. – Rozejrzała się po pomieszczeniu – Nadchodzą Żniwiarze.
Mężczyzna siedzący po lewej huknął pięścią w stół.
- Chyba nie spodziewa się pani – wycedził – że uwierzymy w te bajeczki o inteligentnych maszynach, które…
Przewodnicząca przerwała mu.
- Załóżmy… - zawahała się - załóżmy, że to naprawdę Żniwiarze – przez jej twarz przemknął cień strachu – jak możemy się bronić?
Judith poczuła rozbawienie, gdyby sytuacja nie była tak poważna na pewno roześmiałaby się w głos.
- Bronić? – Zapytała z ironią – Nie możemy się bronić, Żniwiarze są silniejsi, dysponują technologią, jakiej wam się nawet nie śniło i robią to od milionów lat! – Rozłożyła ręce – Nie mamy szans na obronę.
Mężczyzna siedzący po prawej stracił cierpliwość.
- Nie pytam o szanse – uciął – Jaki jest plan – zapytał z naciskiem.
Teraz Shepard poczuła irytację. Chcieli planu? Teraz? Kiedy Żniwiarze pukali już do drzwi?
- Wy! – Wskazała na członków komisji – Wy i wam podobni, zaprzepaściliście naszą szansę na obronę, zmarnowaliście prawie trzy lata! – Zaakcentowała – Chcecie wiedzieć, jaki jest plan? – Zrobiła efektowną pauzę – Walczymy albo umieramy, taki jest plan!
Nawet, jeśli członkowie komisji dyscyplinarnej byli poruszeni jej słowami, nie dali tego po sobie poznać. Przewodnicząca zamknęła teczkę.
- Dziękujemy pani za sugestie – zaczęła, jej głos niemal niezauważalnie zadrżał – protokół z tego przesłuchania zostanie wysłany do sztabu. Admirał Anderson odprowadzi panią do celi, posiedzenie uważam za zakoń…
Przeciągły niemożliwy do opisania dźwięk wypełnił pomieszczenie, wysokie okno wypełniała teraz szybko rosnąca smuga czerwonego światła. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować szyba rozprysła się gwałtownie zasypując pomieszczenie chmurą ostrych jak noże odłamków. Shepard zdążyła jedynie zarejestrować krzyk Andersona „Na ziemię!" gdy nastąpiła eksplozja. Fala uderzeniowa grzmotnęła ją w plecy i powaliła na zasypaną szkłem i odłamkami podłogę. Cień, który przeleciał nad nią uświadomił jej, że stół komisji poszedł w jej ślady. Próbowała wstać, huk wybuchu nadal dudnił jej w uszach utrudniając orientację a w ustach czuła obrzydliwy metaliczny posmak. Nagle poczuła gwałtowne uderzenie w plecy i zapadła w ciemność.
- Judy!
Shepard poruszyła się, uderzyło ją, że nie czuje zapachu spalenizny, ale nie wydało jej się to istotne, z trudem otworzyła oczy a widok, który przed nimi ujrzała sprawił, że aż usiadła. Nie była w Sali przesłuchań, ten obdrapany sufit oklejony plakatami jej ulubionego zespołu poznałaby wszędzie. Jej pokój w kryjówce Redsów. Nagle usłyszała, że sprężyny kanapy uginają się, ktoś usiadł obok niej. Judith oderwała oczy od sufitu i spojrzała na intruza.
- Scott? – Wykrzyknęła na widok rudowłosego chłopaka – Przecież ty nie żyjesz! – Potrząsnęła nim – zabili cię w obławie na magazyny Harrisa!
Chłopak uwolnił się z jej uścisku i roześmiał się.
- Jak na sztywniaka czuję się całkiem nieźle – stwierdził – poza tym towar od Harrisa odbieramy dopiero w przyszłym tygodniu. Lepiej zobacz, co mam! – Rzucił na łóżko stosik kartek.
Judith niepewnie sięgnęła po jedną z nich. Rozpoznała w niej starą ulotkę propagandową Przymierza, ta przedstawiała młodego chłopaka i dziewczynę ubranych w mundury rekrutów stojący przed jednym z okrętów floty i wpatrzonych w gwiazdy, podpis głosił: „Chcesz sięgnąć gwiazd? Zaciągnij się!".
Shepard przeniosła wzrok na rozentuzjazmowanego chłopaka.
- Niesamowite prawda? – Stwierdził- Popytałem i okazuje się, że przyjmują wszystkich powyżej osiemnastego roku życia, jeśli tylko łączna suma wyroków nie przekracza dziesięciu lat.
Kocim ruchem wytrenowanym przez lata pracy, jako kurier zeskoczył z łóżka i zamaszyście odsłonił roletę, wskazując na rozgwieżdżone niebo, ledwie widoczne zza wieżowców w, w których mieszkali przedstawiciele elit.
- Wyobraź sobie – zatoczył ręką i przeniósł na dziewczynę roziskrzony wzrok – ty i ja na pokładzie krążownika, jako kapitanowie. Albo nie! – Uderzył się ręką w czoło – Jako Widma! Pierwsze ludzkie Widma!
Zanim Judith zdążyła nabrać powietrza przerwał jej.
- To nic, że nie masz jeszcze osiemnastu lat- stwierdził pewien swego – dołączysz do mnie za rok – zapewnił siadając ponownie koło niej – Przetrę dla ciebie szlak.
Shepard pokręciła głową.
- Scott, te magazyny…
- Shepard?
Odwróciła się w jego stronę.
-Tak?
- Shepard słyszysz mnie?
- Tak! – Odparła poirytowana.
- Shepard obudź się!
Syreny. Wybuchy. Piski. Dziwny przeciągły dźwięk.
Shepard z trudem uniosła powieki. Jej świat zawirował tysiącem kolorowych światełek, które potrzebowały kilku sekund by stworzyć postać Andersona.
- Shepard, słyszysz mnie? – Potrząsnął nią.
Skinąwszy głową uwolniła się z jego uścisku i wspierając się na zwalonej kolumnie ostrożnie stanęła na nogi.
- Co to było? – Zapytała, starając się ignorować ból pleców i zawroty głowy.
Admirał nie odpowiedział, jedynie skinął głową w stronę, po której kiedyś było okno. Judith podążyła tam wzrokiem.
Miasto było w ruinie.
Krwistoczerwone niebo wisiało nad zawalonymi budynkami, złotoczerwone płomienie strzelały z ruin wypuszczając w górę chmury gęstego czarnego dymu, gdzieniegdzie pojawiały się miniaturowe eksplozje, ale nie to było najgorsze. Na tle nieba widać było wyraźne sylwetki ogromnych, przypominających kałamarnice stworów, które przy akompaniamencie dziwnego przeciągłego dźwięku wystrzeliwały wiązki czerwonego światła, niszcząc kolejne dzielnice.
Żniwiarze przybyli.
Shepard rozejrzała się po pomieszczeniu. Szybko odszukała wzrokiem ciała członków komisji, wyglądało na to, że tylko ona i Anderson przeżyli wybuch, który zrujnował to miejsce.
Mimo wszystko nie czuła strachu, przez ostatnie straszliwe tygodnie po zniszczeniu przekaźnika Alpha codziennie oczekiwała na ten moment.
Nie bała się.
Była podekscytowana.
Podeszła do martwego strażnika i szybkim ruchem wyszarpnęła mu zza paska pistolet, kątem oka dostrzegła, że admirał po drugiej stronie Sali robi to samo. Spojrzała na zdobyczną broń. Standardowe urządzenie będące zwykle na wyposażeniu policjantów i legalnych ochroniarzy. Mały zasięg, niewielka siła rażenia, magazynek na dwadzieścia strzałów.
„Idealnie"- pomyślała ironicznie. Nie ma to jak stawianie czoła apokalipsie z niemal zabawkowym pistoletem.
- Musimy dostać się na Normandię – powiedziała płynnym ruchem ładując pakiet pochłaniaczy ciepła do komory i wtykając drugi za pasek spodni.
Anderson przytaknął.
- W tamtym budynku – wskazał głową w kierunku dziury, w której kiedyś było okno – mają awaryjny nadajnik. Jeśli jeszcze go nie zniszczyli – pokręcił głową z rezygnacją.
Shepard podeszła do wyrwy i spojrzała w dół, jedyną możliwą opcją dostania się na wskazany przez admirała budynek był karkołomny bieg po rusztowaniu, po pomostach konserwacyjnych, te nieco ponad półmetrowej szerokości kładki były najszybszą a w obecnej chwili jedną drogę na dachy sąsiednich budynków, musieli jednak się spieszyć, nie wiedzieli ile czasu upłynie zanim Żniwiarze zechcą dokończyć robotę i zrównają z ziemią kwaterę Przymierza. Shepard postawiła stopę na kładce i sprawdziła przyczepność, na szczęście przez ostatnie dni nie padało i metalowa powierzchnia była sucha. Spojrzała na Andersona.
- Gotowy? – Zapytała.
Mężczyzna skinął głową.
Bez zbędnych słów puścili się biegiem na drugą stronę przepaści między budynkami. Co jakiś czas ziemia drżała wstrząsana kolejnymi eksplozjami lub twardymi lądowaniami następnych Żniwiarzy na twardym gruncie, cuchnący palonym plastikiem dym z licznych pożarów odbierał biegnącym oddech i poważnie ograniczał widoczność. Starając się nie zwalniać nawet na sekundę przebiegli za róg i dopadli do drabinki pożarowej prowadzącej na wyższy poziom. Judith postawiła stopy na betonowej powierzchni dachu i rozejrzała się. Żniwiarze jeszcze nie zajęli się tym budynkiem, przynajmniej z zewnątrz, powierzchnia choć przysypana czarnym popiołem była nietknięta podobnie jak skrzynka z awaryjnym nadajnikiem.
Admirał podbiegł do stalowego pudełka i bez żadnych ceregieli przestrzelił plombę i podniósł wieko odsłaniając nieco toporny wojskowy nadajnik satelitarny. Podczas gdy Anderson był zajęty uruchamianiem komunikatora, Judith czujnie rozglądała się dookoła, kto wie jakie niespodzianki przywieźli ze sobą żniwiarze?
Nadajnik zaterkotał.
- Czy ktoś mnie słyszy? Potrzebujemy natychmiastowej ewakuacji! Odbiór. – Mężczyzna pokręcił gałką przeszukując pasmo, jednak z nadajnika wciąż wydobywało się jedynie złowróżbne trzeszczenie.
- Normandia, ktokolwiek. Odezwijcie się! – spróbował ponownie.
Tym razem jego wysiłek został nagrodzony, spośród narastających zakłóceń dało się wyłowić pojedyncze słowa.
- ….Normandia….Bzzyt….słyszycie….
- Tu Anderson i Shepard – starał się przekrzyczeć zakłócenia – potrzebujemy natychmiastowej ewakuacji!
Nadajnik ponownie zatrzeszczał.
- Bzzyt….astroporcie…..czekać….
Shepard pokręciła głową rezygnacją, w tym tempie trzeba będzie cudu by ustalić czas i miejsce spotkania zanim te przerośnięte kałamarnice zwalą im na głowę ten czy inny wieżowiec.
Nagle zdawało jej się, że dostrzega ruch przy przeciwległej krawędzi dachu, choć na razie nie widać było zagrożenia, jej wyczulony instynkt skowyczał by zbierali się stąd i to szybko.
- Proszę się pospieszyć. – rzuciła do Anersona, nadal obserwując skraj budynku.
Mężczyzna skinął głową.
- Normandia, jeśli mnie słyszycie bądźcie za dziesięć minut przy astroporcie. Bez odbioru.
Zdążył tylko zamknąć pokrywę gdy na krawędzi, którą obserwowała Judith zamajaczył się błękitny dobrze jej znany kształt.
Zombie.
Oczywiście.
Shepard uniosła pistolet i niemal nie celując zestrzeliła potwora z dachu.
- Spójrz. – usłyszała głos admirała.
Mechanicznie odwróciła głowę we wskazanym przez niego kierunku, tylko po to by zobaczyć więcej niebieskich kształtów wdrapujących się po ścianie przeciwległego budynku na podobieństwo pająków i wdzierających do mieszkań przez otwarte lub wybite okna.
- Nie możemy im pomóc – powiedziała bardziej do siebie niż do niego – Musimy ruszać – stwierdziła posyłając w przepaść kolejnego stwora.
Przebiegli na drugą krawędź dachu i jednym susem zeskoczyli na kolejny poziom mostów konserwacyjnych, choć lądowisko znajdowało się po drugiej stronie budynku na wprost nich, wiedzieli, że muszą się pospieszyć jeśli chcą zdążyć na czas. W pełnym pędzie przeskoczyli nad rurą przewodu wentylacyjnego i wylądowali na płaskim betonowym tarasie będącym łącznikiem pomiędzy tym budynkiem a sąsiednim po prawej, strefę graniczną stanowił spadzisty dach z niebieskiego szkła.
Nadal biegnąc ile sił w nogach minęli budkę prowadzącą na wewnętrzną klatkę schodową, wypatrując schodów pożarowych, drabiny albo czegokolwiek innego po czym mogliby wdrapać się na dach. Ledwie wyrabiając się na zakręcie minęli róg budynku.
- Kurwa. – wyrwało się Shepard na widok pięciookiej brunatnej góry mięsa blokującej dostępu do drabiny prowadzącej na schody pożarowe.
Stworzenie było wielkości kroganina, ale nawet w najmniejszym stopniu nie przypominało żadnego przedstawiciela tej rasy, jakiego zdarzyło jej się widzieć, liczne wszczepy cybernetyczne przypominały te, które nosiły zombie a jego oczy świeciły nienaturalnym błękitnym światłem, czyżby było to kolejne wynaturzenie stworzone przez Żniwiarzy?
Nie miała czasu ani ochoty się nad tym zastanawiać, czymkolwiek by nie było, stało na drodze pomiędzy nią na Normandią. Spojrzała przelotnie na swoją broń, jakoś wątpiła by ten pistolecik zdołał unieszkodliwić to coś zwłaszcza gdy miała tak małe pole do manewru i jeszcze mniej czasu.
W tym momencie stworzenie wydało z siebie mrożący krew w żyłach ryk, znak, że dostrzegło nowe ofiary i rozpoczęło szarżę.
Shepard i Anderson nie mieli zamiaru czekać aż to coś strąci ich w przepaść, odwrócili się na pięcie i wpadli z powrotem na taras. Judith policzyła w myślach naboje, miała niecałe dwa pakiety, jej towarzysz tyle samo, ale kto mógł przewidzieć jakie niespodzianki czekają ich w punkcie spotkania? Co jeśli zużyją wszystkie na tego mutanta a będą potrzebować ich później?
Potwór wpadł na taras i w pełnym pędzie zaszarżował na parę. Shepard widząc zbliżające się monstrum uskoczyła na bok. Anderson zrobił to samo, gdyż stwór nie napotkawszy przeszkody wyrżnął z pełną siłą w budynek klatki schodowej.
Komandor wykorzystała okazję sprzedając mu kilka kulek, starając się celować w głowę, ale podobnie nad uderzenie tak i kule nie zrobiły na nim większego wrażenia, jeśli nie liczyć większego rozzłoszczenia. Przed nią admirał przestrzeliwując zamek włamał się do szopy, nie wiedziała o ma nadzieję tam znaleźć, ale wolała żeby się pospieszył. Potwór ponownie zaczął się rozpędzać, tym razem Judith zaczekała z uskoczeniem mu z drogi do ostatniej chwili, za co została nagrodzona celnym trafieniem w oko.
- Shepard łap!
Odwróciła się w kierunku wołającego i w jej rękach wylądował okrągły przedmiot wielkości pomarańczy. Granat.
Obróciła się w stronę potwora szykującego się do kolejnej szarży. Stworzenie otworzyło paszczę do ryku, Judith wyczuła swoją szansę aktywowała pocisk, zamachnąwszy się posłała mrugającą coraz szybciej kulę prosto w paszczę bestii. Niespodziewane uderzenie sprawiło, że zawahało się, Shepard i Anderson wykorzystali szansę na szybką ucieczkę za budkę. Po kilku sekundach zamiast spodziewanej ogłuszającej eksplozji towarzyszącej bliskiemu wybuchowi usłyszeli jakby stłumiony huk. Ostrożnie wyjrzeli zza rogu. Potwór leżał na ziemi, jego twarda skóra wytrzymała wybuch, ale mimo wszystko ciało było dziwnie rozdęte a z oczu i paszczy wydobywały się strużki dymu. Judith spojrzała na admirała.
- Skąd wziąłeś granat? – zapytała.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- To budynek wojskowy, w takich placówkach żołnierze często chowają broń i amunicję by potem sprzedać na czarnym rynku. T prawdziwa plaga.- pokręcił głową.
Shepard spojrzała na niego z ukosa.
- Więc nie wiedziałeś, że tam będzie?
Anderson uśmiechnął się lekko.
- Widać los nam sprzyja. – stwierdził – Lepiej ruszajmy, nasze szczęście może się wkrótce wyczerpać.
Judith skinęła głową i popędziła w raz z nim do drabinki pożarowej. Znalazłszy się bezpośrednio pod nią ściągnęła ją w dół i wdrapała się na klatkę schodową, nie zatrzymując się wbiegła po schodach na dach, nadal nie zwalniając zestrzeliła kilka zombie, które stały jej na drodze i wskoczyła na pomost łączący ten budynek z lądowiskiem. Słysząc za sobą kroki towarzysza dopadła do niskiej ścianki, która odgradzała kładkę od płyty astroportu.
Shepard i Anderson wdrapali się na lądowisko, chwilę potem usłyszeli znajomy świst powietrza i zobaczyli szybko zniżający się podłużny kształt.
Normandia przybyła.
Statek gładko ustawił się tuż nad krawędzią dachu i cichym sykiem otworzył trap.
Oczom Judith ukazał się Kaidan, którego jak mgliście pamiętała, awansowano na Widmo a także żołnierz, który eskortował ją na przesłuchanie. Vega.
Alenko wciągnął rękę.
- Skaczcie! Szybko! – Krzyknął przekrzykując szum silników i wybuchy w oddali – Musimy uciekać!
Shepard schowała pistolet za pasek, po cofnięciu się o kilka kroków wzięła rozbieg i płynnie wskoczyła na otwarty trap. Odtrąciła dłoń Kaidana i odwróciła się za siebie, spodziewając się zobaczyć skaczącego Andersona, ale mężczyzna nie ruszył się z miejsca, w którym go zostawiła.
- Anderson, co…-zaczęła.
- Ja zostaję, Shepard – powiedział stanowczo.
Judith wyciągnęła rękę w jego stronę.
- To nie czas na zabawę w męczennika, chodź!
Admirał pokręcił głową.
- Zostaję – powtórzył- muszę pomoc tym ludziom – zatoczył ręką po panoramie miasta- to mój obowiązek – dodał z mocą – ty musisz powstrzymać Żniwiarzy – machnął ręką, nakazując im odlecieć.
Shepard zawahała się, ale po chwili opuściła rękę.
- Powodzenia! – Krzyknęła.
Anderson uśmiechnął się lekko.
- Tobie bardziej się przyda!
Luk statku zamknął się i Normandia poderwała się do lotu, zręcznie unikając, w przeciwieństwie do niektórych okolicznych statków, które nie miały tyle szczęścia, laserowych dział Żniwiarzy. Zaczęli szybko nabierać wysokości i po kilku minutach przedostali się na orbitę Ziemi, kierując się w stronę przekaźnika.
-, Dokąd, pani komandor? – Judith usłyszała głos Jokera.
- Cytadela – rzuciła – muszę rozmówić się z Radą.
- Tak jest!
Shepard rozejrzała się. Po zejściu z pokładu tych członków załogi, którzy zdecydowali się dochować wierności Cerberusowi a także składu naziemnego, Normandia była dziwnie pusta i cicha, jednak Judith czuła we wnętrzu to szczególne uczucie towarzyszące przebywaniu w miejscach bliskich sercu.
Uśmiechnęła się lekko.
Wróciła do domu.
Gratuluję przebrnięcia przez pierwszy rozdział, · Jeśli się podobało zapraszam do komentowania, jeśli nie również zapraszam, tylko proszę o konstruktywną krytykę.
