Rozdział 2
Rozdział dedykowany Fryzji, której komentarz był pierwszy i totalnie zrobił mi dzień ;)
Może się czepiam. Może wierzę w stereotypy. Może ja naprawdę jestem złym człowiekiem.
Ale pozwólcie mi powiedzieć jedną jedyną rzecz.
REDAKCJA NIE POWINNA MIEĆ TAK WIELKIEJ SIEDZIBY, DO JASNEJ CHOLERY!
Budynek w środku ma na oko jakieś, nie wiem... z 600 metrów kwadratowych będzie. Do tego cały ze szkła, stalowa konstrukcja podtrzymująca to wszystko. Nie wiem, czy szkło to dobry pomysł. Widać wszystko. Te idealne hebanowe biureczka, obrotowe krzesełka ( czarne, by pasowały do biurek ). Ci ludzie, co ze wzrastającą liczbą pięter robią się coraz mniejsi. Jezus Maria, przecież ja mogę nawet zobaczyć, co ten facet z pierwszego piętra readuguje na tym swoim komputerku LG.
A przed tym kolosem, przed tym bydlakiem, stoję ja. Malutki Sorensik ( chociaż może Sorenek brzmiałoby lepiej? ) przed swoim porysowanym i poobcieranym, czerwonym volvo. Mam ochotę cały skulić się w sobie i uciec przed ogromem tego budynku.
Dobra, trza wziąć się w garść. Oddycham głęboko jeszcze przez chwilę, czując, jak mój mózg się dotlenia. Stawiam kilka chwiejnych kroków i docieram do automatycznych, przeszklonych ( a jakże! ) drzwi. Rozsuwają się, szurając cichutko po czarnej wykładzinie.
Przedpokój, tudzież recepcja ( jak to jest w redakcji...? ) jest duży, kwadratowy. W lewym rogu stoi monumentalna żelazna rzeźba przedstawiająca dłoń trzymającą wieczne pióro. Koniuszek stalówki niemal dotyka sufitu. Ściany pomalowane są na gołębi. Niedaleko miejsca, gdzie stoję, postawiono czarną skórzaną kanapę, a przed nią stolik kawowy. Jeden z tych najprostszych – szklany blat i nogi w postaci metalowych walców.
Dalej na przeciwko mnie, za czarnym błyszczącym lobby w kształcie półkola, siedzi drobny blondynek. Ma fioletowe oczy i pucołowate policzki. Wygląda jak amorek. Identyfikator przypięty do białej koszuli informuje mnie, że to Tino Vänämöinen ( jak to się w ogóle wymawia?! ).
Podchodzę do lobby i witam się. Sekretarz ( nie pytajcie mnie, czemu tak sądzę – po postu czuję to w kościach ) podnosi na mnie te wielkie oczy i z najsłodszym uśmiechem, jaki w życiu widziałem, pyta mnie, jak może mi pomóc.
Gdybym spotkał takiego w barza albo po prostu w innych okolicznościach, to zapewne nawiązałbym z nim jakąś rozmowę ( czyt.: przyflirtował )... Ale teraz mam ważną misję do spełnienia. Kryptonim: Lukas Bondevik.
- A więc – zaczynam może troszkę zbyt głośno, ale za to z wielkim uśmiechem na twarzy. - Ja chciałbym spotkać się z Lukasem Bondevikiem. Może jeszcze z redaktorem naczelnym... - dodaję po chwili zastanowienia.
Tak, wiem, jestem wściekły. Ale ten sekretarzyna niczym mi nie zawinił. Plus, jak już wspominałem, słodziak z niego.
- Ooo, pan z rodziny Lukasa? - pyta ze szczerą ciekawością.
Po tonie, jakim mówi "Lukas", zakładam, że jest z tym cholerstwem za pan brat.
- Nie. - kręcę głową. - Mam do niego parę pytań.
- Zatem dziennikarz? - wigor blondynka nie słabnie. - Poda pan tytuł gazety, pokaże legitymację i może pan wejść. - uśmiecha się jeszcze szerzej. - No proszę. Od zawsze wiedziałem, że Lukas dobrze pisze, ale wywiadów to się nie spodziewałem. - chichocze pod nosem.
Wybucham śmiechem. To jak Tino ( identyfikatory to dobra rzecz ) we wszystko się angażuje, jego bezinteresowne zaangażowanie w życie innych ludzi... I to mi próbują wmówić, że mam naiwność przedszkolaka?
Mierzwię swoje włosy i zatrzymuję dłoń na karku, lekko go pocierając.
- Nie, nie jestem dziennikarzem. - mówię. - Ja prywatnie i służbowo zarazem, jakkolwiek głupio to brzmi. - posyłam w jego stronę szeroki uśmiech, na co on odpowiada zakłopotanym. - Widzi pan, panie V... panie Tino. - poległem, to nazwisko jest największym dziwactwem, jakie w życiu spotkałem. - Pan Bondevik kilkokrotnie zrecenzował moje książki. Chciałbym z nim o tym podyskutować.
Wzrok blondynka wystrzeliwuje w górę z zaciekawieniem.
- Ach, pisarz? - kiwam głowę. - Mogę zatem prosić o imię i nazwisko? Może będę mógł pomóc... - i znowu ten jego, niemalże firmowy, słodki uśmiech.
- Soren Sorenson. - mówię z dumą.
Ach, jak duńsko to brzmi...
Tino jednakże nie podziela mojego zachwytu. Jego źrenice rozszerzają się, niczym Gilbertowi po zażyciu towaru skombinowanego przez Larsa. Jednakże nie przez szczególnie mocne zioło, a strach. Strach w najczystszej postaci.
- O-ostatnio wydali pana "Czerwony krater", prawda? - pyta lekko roztrzęsionym głosem.
- Jam ci to. - odpowiadam, wypinając pierś do przodu.
Zalega cisza. Sekretarz oddycha szybko i płytko – dźwięk wypełnia cały pokój. Po kilku głębszych wdechach w końcu się odzywa.
- J-ja pana wpuszczę, panie Sorenson. Tylko... - bierze duży haust powietrza. - ...tylko proszę nie spodziewać się zbyt ciepłego powitania. Pan Bondevik czuje dziwną niechęć do pańskich prac.
Uwierz mi, zauważyłem, Tino, zauważyłem.
- Skontaktuję się z redaktorem. - nurkuje za blatem.
Po chwili pojawia się ponownie z czarną słuchawką od telefonu stacjonarnego. Ja w tym czasie czekam. Ma ustawioną dość wysoką głośność, więc słyszę dźwięk oczekiwania. Po kilku sygnałach w końcu ktoś odbiera. Nie umiem rozpoznać słów, ale głos, który rozbrzmiewa jest niski i głęboki.
- Ber...! To znaczy, panie redaktorze, gość do pana Bondevika... i chyba do pana też...? - patrzy na mnie pytająco, na co ja szybko kiwam głową. - ... Och? Naprawdę? To dobrze. ... Pisarz. Chce przedyskutować z Lu... panem Bondevikiem – ja rozumiem, że taka praca zoobowiązuje do zachowania wszystkich formalności, ale żal mi chłopaka, gdy widzę, jak się męczy. - recenzje jego książek. ... Dobrze, poinformuję. ... - nagle robi się cały czerwony. - Tak, Berwald, ja ciebie też. - odkłada słuchawkę.
- I? - pytam z niecierpliwością.
Odpowiada uśmiechem.
- Już pana zaprowadzam. Tylko wykonam jeszcze jeden telefon, dobrze? - kiwam głową, zezwalając.
Klika szybko jakiś numer i znowu przykłada słuchawkę do ucha. Może jest ze mną coś nie tak, ale nagle ten czarny, zakręcony kabelek łączący ją z aparatem, zaczyna mnie fascynować. Wydaje się taki... sprężysty.
- Arthur? ... Tak, to ja, Tino. ... Mam do ciebie prośbę. Mógłbyś mnie zastąpić tak na dziesięć, piętnaście minut? Muszę zaprowadzić gościa do Berwalda. - ocho, formalności poszły kochać się w krzoki. - ... Naprawdę? Dzięki, jesteś złoty! Po robocie stawiam ci kawę! ... Tak, Arthur, wiem, wiem. Herbata dobra, kawa zła. Papa! - po raz drugi od mojego pobytu tutaj rozłącza się. - Zatem idziemy? - wstaje i prowadzi mnie w stronę przeszklonych drzwi, które otwiera tym swoim identyfikatorkiem.
Idę za nim długim korytarzem. Nie różni się za bardzo od pokoju, w którym ucinaliśmy sobie służbową pogawędkę. Ten sam kolor ścian, ta sama wykładzina. Hebanowe drzwi z metalowymi tabliczkami, które informują, kto w jakim pokoju rezyduje.
Patrzę na mojego przewodnika. O Jezus Chryste! Jakie on ma biodra! Gdyby pokazali mi go od pasa w dół, strzeliłbym, że to laska.
Nie, nie jestem zboczeńcem. Jestem zdrowym, biseksualnym facetem – zaprawdę powiadam wam.
Dochodzimy do drzwi na końcu korytarza. Na tabliczce wygrawerowano: "Berwald Oxenstierna – Redaktor Naczelny".
- Lukas jest z panem redaktorem. Tak akurat się złożyło. - uśmiecha się pogodnie.- Masz wyczucie czasu.
Taaa – na swój pogrzeb.
Szwed i krytyk, który mnie nienawidzi. Razem. W jednym pokoju. W tym samym czasie. Coś mi mówi, że ten budynek nie dotrwa do dnia jutrzejszego.
Tino puka. Gburowate "Prosz'!" rozbrzmiewa po drugiej stronie.
Sekretarz naciska klamkę i wchodzimy.
Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to fakt, że w tej redakcji wszystko urządzone jest tak samo. Gołębie ściane, czarna wykładzina, hebanowe meble, czarne telefony, komputery LG. Zero różnorodności.
Potem widzę redaktora naczelnego. OMG, ja cię kręcę i wszystko inne. Po pierwsze – ten facet jest ogromny, większy nawet ode mnie. A po drugie – ma wzrok mówiący mniej więcej "zaraz cię zabiję,a twoje zwłoki zmielę i przerobię na klopsiki, a jako żurawinę do nich użyję twojej krwi".
Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie...
Druga osoba w pokoju stoi odwrócona tyłem – tylko głowę przekręcił, żeby zobaczyć, kto wchodzi.
Powtórzę: OMG, ja cię kręcę i wszystko inne – ale tutaj w pozytywnym sensie.
Jestem wdzięczny, że chłopaczek stoi tyłem. Bo tenże tył,a dokładnie u dołu jego pleców, jest bardzo zgrabny. I jeszcze te dobrze przylegając czarne dżinsy – marzenie. Wygląda jak taki typowy, śliczniutki, filigranowy paniczyk z dobrego domu ( nie żebym ja wywodził się ze złego – tatuś mamusię bardzo kochał, czego dowodem jestem ja i piątka mojego rodzeństwa ). Duże granatowe oczy, niemalże porcelanowa skóra. Złote włosy, nadwyraz błyszczące i wypielęgnowane, z jednej strony spięte pozłacaną spinką w kształcie krzyża. Do tego nienagannie wyprasowana koszula w kolorze pastelowego błękitu, od której na kilometr czuć świeżością.
Zanim jednak zdążę się nad nim bardziej porozpływać, uświadamiam sobie jedną rzecz. To nie jest pierwzy lepszy dziennikarzyk. Zresztą w pokoju teraz, oprócz mnie, Tino i redaktora, może znajdować się tylko jedna osoba.
Lukas Bondevik – mój arcywróg.
Arcywróg, który okazał się więcej niż tylko bardzo atrakcyjny.
Tudududum! ( Hip hip hura dla onomatopei na początku notek autorskich~! ). Udało mi się skończyć ( i zacząć, ale ciii~ ) dzisiaj. Nowy rozdział raz na dzień – nieźle, nieźle.
Tutaj kilka objaśnień:
- USA, Prusy i Holandia – to szajka, z którą Dania zwykle wybiera się na podbój barów.
- "Czerwony krater" – ymmm, no tak... Nie miałam pomysłu?
- Biodra Tino – w wielu fanfikach z SuFinem zauważyła, że przyjmuje się, że Finek ma kobiece biodra. Czyli taka moja mała zabawa pomysłami fandomu.
- W następnym rozdziale zdradzę realcję pomiędzy Tino i Berwaldem. Zrobię też malutki wstęp do HongIce ( OTP – ja się z tym shipem naprawdę nie umiem hamować.). Ale DenNor to wciąż główny pairing w tym fanfiku ( w końcu narratorem jest Dania... ).
DOBREJ NOCY ŻYCZĘ!
