Podróż samochodem okazała się najgorszym z możliwych rozwiązań dla niisama. Miał chorobę lokomocyjną. Nie wiedział o niej, ale nie mógł jej też pokazać. Takie słabości przy tylu podróżujących z nami osobistościach. To by go zniesławiło. Nie mogłem patrzeć, jak ledwo oddycha, z odchyloną w tył głową.
- Niisama, może zatrzymamy się na chwilę? Złapiesz świeżego powietrza. - odważyłem się wtrącić cicho, ale tylko zmierzył mnie wściekłym spojrzeniem. Gdyby to przytrafiło się mi, wtedy byłoby lepiej. On mógłby poprosić o krótkie postoje, przecież był moim niisama, musiał się mną opiekować. Ja jeszcze miałem pozwolenie na posiadanie wad.
Odwróciłem twarz od Judala i spojrzałem za okno. Krajobraz mijał tak szybko, jak nigdy przedtem. Nie jeździłem pociągiem, a nasze powozy często jechały bardzo wolno, przeciskając się przez stłoczone w ciasnych uliczkach tłumy. Szybkość była dla mnie czymś niesamowitym. Umarłe drzewa, czekające na zmartwychwstanie, znikały równie szybko jak rozległe, ośnieżone pola i niskie, wiejskie chaty. Nie pamiętam zbyt dobrze swojego dzieciństwa, ale własnie wśród takich, przeszukiwanych przez ptaki ziem, się wychowałem. Która wioska była tą moją? Dla mnie wszystkie wyglądały tak samo, ale przecież któraś... któraś była moja, do którejś należałem. Odrzuciłem od siebie takie myśli. Nie, jestem własnością okami. Moje życie nie zależy od błogosławieństwa bogów ani duchów natury, ale od tego, jak wiele gotowi są zapłacić panowie za czas spędzony ze mną.
- Żałujesz, że cię sprzedali? - zapytał niisama. Jedną ręką obejmował swój brzuch, drugą trzymał na czole. Nawet zmęczony i pokonany przez obcą dla jego ciała chorobę był... piękny. Z tymi zamkniętymi oczami i zawziętym wyrazem twarzy. Nawet w takiej chwili gotowy, by poświęcić całego siebie dla dobrego imienia okami.
- To było moje przeznaczenie. - odpowiedziałem, uśmiechając się, chociaż ten uśmiech sprzeczny był z moimi prawdziwymi uczuciami.
- Nie kłam. - warknął Judal. - Wszystkich na świecie okłamuj, ale mnie się nie waż. - przejechaliśmy przez wioskę, wjechaliśmy w ospały i cichy las. Nie, nie poświęcał się dla dobrego imienia okami. Przecież wiedziałem. Przecież miałem tyle dowodów. Judal-niisama robił to wszystko dla mojej przyszłości, ponieważ on... on nie miał swojej.
- Okasan powiedziała mi kiedyś, że moje życie jest bardzo smutne. Wtedy tego nie rozumiałem. Jak życie w takim kolorowym świecie może być smutne? Teraz już wiem, rozumiem. - zacisnąłem pięści na kolanach, zniżając głos do szeptu. - Nigdy nie dorosnę, nigdy nie będę żołnierzem, urzędnikiem, lekarzem, kimkolwiek. Już na zawsze będę chłopcem. Niisama... - przerwałem, zadrżałem, on przecież rozumiał. - Ja... ja chciałbym być oficerem... walczyć i podbijać kontynent... ja... niisama... chciałbym być mężczyzną... - życie gejszy jest smutne i puste. Gejsze mają pragnienia i marzenia, których nigdy nie spełnią, których spełnienie nie jest możliwe. Moim przeznaczeniem było mieć marzenia, śnić o nich, a nawet podglądać, czasami, tych ćwiczących z drewnianymi kijami chłopców. Patrzeć, jak biegają, wspinają się po drzewach, jak głośno krzyczą i jak z wiekiem rosną w górę, i jak rosną ich mięśnie.
...a ja trwałem. Jako najmłodszy chłopiec, który może tylko patrzeć, jak starsi koledzy dobrze się bawią i idą naprzód.
- Niisama... okasan kazała dobrze wykorzystać dar życia, który dostałem od swojej matki, ale... niisama... ja... ja nienawidzę tego życia! Nienawidzę marzeń, które nie mają prawa rozkwitnąć! Nie chcę tego! - kierowca zatrzymał samochodu. Był chińczykiem, nie znał za dobrze japońskiego, ściągnął go tutaj Mu Alexius, jako swojego służącego. Nie rozumiał, co mówię, ale chyba czuł rozrywający mnie ból i tą pustkę, która nie pozwoliła płakać. Inni kierowcy również się zatrzymali, zaniepokojeni. I Sinbad, wraz z Alexsusem, i Sharrkanem szli do mnie.
- Już, już. Uspokój się. - Judal drżącymi dłońmi głaskał mój policzek. Drzwi od samochodu otworzył się, pan Sinbad nachylił się i rozejrzał.
- Coś się stało, Judal?
- Nic takiego. Alibaba pierwszy raz jedzie samochodem, bardzo boli go głowa i brzuch. - wytłumaczył niisama. Nie mógł powiedzieć prawdy. Nawet swojemu ukochanemu danna nie zdradzał takich tajemnic.
- Wytrzymaj jeszcze trochę, Alibabo. Za mniej niż dziesięć minut zrobimy postój, przed nami miasto. Dasz radę? - pan Sinbad był bardzo opiekuńczy. Kiedy podniosłem na niego wzrok, uśmiechał się do mnie ciepło. Byłem zdolny tylko przytaknąć, tak bardzo przytłoczyła mnie jego aura. - Nie ma co podziwiać, ruszajmy! - krzyczał do pozostałych. Zanim drzwi się zamknęły usłyszałem jeszcze zmartwiony głos pana Alexiusa.
- On bardzo się o ciebie troszczy. O wiele bardziej niż Sharrkan czy Cassim. Zbliż się do niego. - szeptał mi na ucho Judal, wykorzystując naszą bliskość.
"Przyszłość? Tak. Zapewnię ci wspaniałą przyszłość, Alibaba. Jesteś moim ototo, nigdy więcej żadna Hakuei nie odważy podnieść na ciebie ręki. Zobaczysz. Tylko poczekaj jeszcze trochę."
To już wystarczy, nie musisz starać się bardziej, niisama. Zrobiłeś wystarczająco wiele.
W Kumihito spotkaliśmy Ren Hakuryuu wraz z Renem Kouhą. Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści na rękawach kimona. Gdyby nie to, że niisama bacznie mnie obserwował, pobiegłbym do pana Hakuryuu (którego znałem ze swojego debiutu) i zapytał, gdzie jest pan Kouen. Tak, to była desperacja. Nawet więcej niż desperacja. Jakie dziwne są ludzkie uczucia. Wystarczy jedna rozmowa, jedno spojrzenie, by ktoś zawładną nami do tego stopnia. Pan Kouen jawił mi się w tamtym mieście jako baku*, mimo okropnej natury dawał mi tyle radości.
Kumihito było obrzydliwym miastem. Stworzonym jako cud technologii, zupełnie różniło się od miejsca, w którym wiodłem swoje dotychczasowe życie. Pozbawione świątyń, kamiennych uliczek i zapachu jaśminu było inną, obcą rzeczywistością. Dostrzegałem, że nawet pan Sinbad był trochę zlękniony. Szare budynki - nie ceglane, nie drewniane. Bez shoji i tarasów; bez olbrzymich okien i zawieszanych lalek, strażników spokoju. To było smutne i mimo tłumów, puste miasto wiatru i szarości.
- Nie zostaniemy tu chyba zbyt długo, prawda? - niisama odezwał się do mężczyzn wychodzących z samochodów. - Jeśli zamierzacie wejść do tych obskurnych budynków, będących jakąś imitacją herbaciarni, to ja, z moim ototo, zostaniemy w samochodzie. - godność gejszy jest inna od godności wojownika, Alibabo, ale równie ważne jest to, by nigdy jej nie stracić.
- Wejdziemy tylko się rozejrzeć. Z tego co wiem, panowie Ren też jadą do Kioto, porozmawiamy z nimi chwilę. - pan Sinbad nachylił się nad niisama i wyszeptał mu coś na ucho. Przez te słowa Judal odwrócił speszony wzrok. Wróciliśmy do samochodu.
- Jeśli panowie Ren jadą... - urwałem, gryząc się w porę w język. Nie wspominać o panu Kouenie.
- Tak, on też tam będzie. - niisama przewrócił oczami. - To plan Sinbada. On uważa, że jesteś w stanie uwieść Kouena. Sinbad niczego tak nie pragnie, jak poskromić twojego ukochanego Rena. Lubi ludzi ambitnych, dopóki są mu oddani. Kouen ponoć coś o tobie mówił, ale nie bierz tego na poważnie. Sinbad okłamuje mnie nawet częściej niż ja jego. - Judal zostawił otwarte drzwi i gniewnie patrzył na wszystkich przechodniów. Byli dla niego brudni i skażeni. Mieszkańcy tak odrażającego miasta nie mogli być inni. - Cud technologi? Też mi coś. - prychnął pod nosem. Czułem jednak, że wcale nie jest zły. Wręcz przeciwnie. Tłumi w sobie skrywaną radość. Wielkie jej pokłady.
- Czy pan Sinbad powiedział ci coś miłego? - odważyłem się zapytać, ośmielony przez własne szczęście. Pan Kouen będzie w Kioto! Spędzę nowy rok z panem Kouenem!
Judal-niisama zamknął drzwi, zbliżył się do mnie i wyszeptał na ucho, bardzo cicho.
- Powiedział, że chce być tylko ze mną tej nocy i żebym już tak nie psioczył. - a zaraz po tym, jak to powiedział, znów otworzył drzwi i odwrócił się ode mnie.
Tego dnia obaj mogliśmy być szczęśliwi.
Później już nigdzie się nie zatrzymaliśmy, ale z wyprzedzającego nas samochodu ktoś mi pokiwał. Niisama powiedział, że to prawdopodobnie był młodszy brat Kouena, pan Kouha.
- Ma długie włosy.
- Czy to twój kompleks? Zawsze zwracasz uwagę u ludzi na włosy. Przecież sam je sobie obciąłeś. Teraz żałujesz, że nawet Kouen ma dłuższe od ciebie? - Judal uśmiechnął się do mnie wrednie. Chyba zapomniał o swojej chorobie. Pan Sinbad naprawdę umie zdziałać cuda. Do dzisiaj jestem przekonany, że zdawał sobie sprawę ze wszystkich kłamstw niisama, że zawsze umiał go przejrzeć.
- T-to nie jest kompleks! - odkrzyknąłem, odwracając twarz w stronę okna. - Obciąłem je z własnej woli! Są... żółte. Gdyby były czarne, to bym je zapuszczał, ale... są żółte. - ludzie zwykli nazywać mnie egzotycznym okazem. Czerwone, czarne, brązowe - te kolory były w porządku, często je widywano, ale... żółte. Moje musiały być akurat żółte.
- Ha! Ile razy mam ci powtarzać, że to dobrze, że gejsza zwraca na siebie uwagę, co? Myślę, że właśnie te twoje włosy podobają się Kouenowi najbardziej. On i jego cała rodzina kocha wybryki natury! - niisama roześmiał się głośno, a ja zrobiłem się cały czerwony.
- Nie jestem wybrykiem natury! - krzyknąłem. - Zresztą, pan Kouen powiedział, że mam w sobie dużo żywiołu ognia! To mu się spodobało! - spojrzałem na Judala zabójczym i obrażonym wzrokiem, ale to jeszcze bardziej go rozbawiło.
- Tak, tu przyznaję mu rację. Masz mnóstwo żywiołu ognia. Pewnie nikt nie będzie chciał iść z tobą do łóżka, bojąc się, że to przyniesie na niego klątwę pożaru! - wredny! Kiedy miał dobry humor robił się okropnie wredny! Jednak wolałem go, kiedy był złośliwy, a nie smutny.
- Niisama, a ty... byłeś kiedyś z panem Kouenem? - zapytałem i od razu tego pożałowałem. Właściwie, wolałem nie znać odpowiedzi.
- Byłem. To on kupił mnie mojej pierwszej nocy. - Judal westchnął ciężko. - Czy zdajesz sobie sprawę z iloma kobietami i chłopcami był ten mężczyzna? To jest jego obsesja! On zawsze chce mieć pierwszy coś pięknego. Ale później ani razu już mnie nie wziął. Posmakował, dowiedział się, dołączył do swojej kolekcji. Takim właśnie jest człowiekiem. Nie licz na nic więcej, Alibaba. - tym razem to ja westchnąłem. Jak już zacząłem, to musiałem brnąć w to dalej.
- ...skąd tyle o nim wiesz?
- To główny konkurent mojego danny, muszę dużo o nim wiedzieć. Niektóre informacje może zdobyć jedynie gejsza. Sinbad wie to doskonale. On jest mistrzem manipulacji i nienawidzi przegrywać. Dlatego nie może znieść, że Kouen robi co mu się żywnie podoba.
- Pan Sinbad nienawidzi pana Kouena?
- Hm... obaj są przystojni, rozchwytywani, ambitni i mają przywódcze charaktery. To nie tak, że się nienawidzą. Pewnie w innych okolicznościach zostaliby najlepszymi przyjaciółmi. Rozumieją się bez słów. Jednak... świat nie jest cudownym miejscem. Nie dane im były te inne okoliczności. Nie są wrogami, ale stoją na granicy. Czy to tylko rywalizacja, czy już otwarta wojna? Kto wie? - świat, o którym mówił niisama, był dla mnie przerażająco skomplikowany. Kto był dobry, a kto zły? I czy kiedy w grę wchodzą interesy, podbój innego państwa, wojna... czy wtedy są dobrzy i źli? Nienawiść, przyjaźń, wrogość, wzajemne zrozumienie, oddanie, nieposłuszeństwo. Pan Kouen był uwikłany w wielką grę, której zasad nie rozumiałem. Jeżeli miałem... jeżeli miało spełnić się choć jedno moje marzenie... to jedno, by stać przy jego boku... musiałem nauczyć się jeszcze bardzo wielu rzeczy.
- Niisama! - krzyknąłem zupełnie niespodziewanie, aż Judal podskoczył w miejscu. - Proszę, naucz mnie wszystkiego! Chcę... chcę... chcę być na tyle silny, by móc trwać przy panu Kouenie!
...nie chcę tej wymarzonej, wspaniałej przyszłości, niisama. Przepraszam, że odrzucam twoje poświęcenie. Proszę, pomóż mi ostatni raz.
- Niech będzie. Zaczniemy, jak tylko dotrzemy do Kioto.

Zimny wiatr uderza o pędy bambusa. Pusty dźwięk tańczy ze stukotem koturn. Szelest kimon gra z dzwoneczkami przypiętymi do hanabi. Biały dym opuszcza usta. Dostojni panowie idą przodem, kamienną uliczką, wśród tłumów zieleni. Ona jedna, tak silna, by przeciąć las bambusowy.
Dotarliśmy do Kioto.
Jednak aleja zieleni była dopiero początkiem. Zapierającym dech w piersiach początkiem. Mu Alexsus znał doskonale to miejsce, spędził w Zachodniej Stolicy lata swojej nauki. Chciał nam pokazać wszystko. Pamiętam jego udzielający się entuzjazm i radość. Pan Alexsus był zupełnie innym człowiekiem niż pan Kouen. Gdybym tylko umiał się w nim zakochać... moje życie na pewno byłoby łatwiejsze, ale zdecydowanie mniej ekscytujące.
- Chciałbym pójść z Alibabą do Hanamachi*. - po podróży, której nie zniósł zbyt dobrze, niisama był bardzo marudny i bezceremonialnie przerwał historie generała pani Sheherezady.
- Zakładam, że nie chcesz jechać tam samochodem. - z nutką złośliwości i przekomarzania odparł pan Sinbad. Zauważył. On widział wszystko, co dotyczyło niisama. I nikt do końca nie był w stanie odczytać, czy w oczach Judala było więcej szczęścia czy złości.
- Zawołaj dla nas powóz. Nie chcę wsiadać do lektyki. - niisama zbliżył się do pana Sinbada, otarł dłonią o jego dłoń i choć w głosie było tyle gniewu, to tym jednym dotykiem i jednym, tęsknym spojrzeniem, opowiedział swojemu danna o miłości.
- Oczywiście! Chociaż mam nadzieję, że wrócicie na przyjęcie. Hakuryuu bardzo chciał porozmawiać z Alibabą, nie widzieli się bodajże od debiutu twojego ototo. - przebiegły uśmiech wstąpił na twarz pana Sinbada. Wiedziałem już wtedy, co to oznacza. Miał plan i chciał go wprowadzić w życie. Czy pan Kouen będzie na przyjęciu? Czy będę mógł jedynie patrzeć na niego z daleka, dotrzymując towarzystwa jego przyrodniemu, młodszemu bratu? Te pytania, na które odpowiedź znałem, smuciły mnie i pragnąłem, by wieczór nie nastał nigdy.
Choć tęsknota za jego spojrzeniem wypalała mi serce.
- Nie martw się, panie. Wrócimy na czas. - niisama skłonił się i odszedł w stronę powozu, który zawołali służący. - Nie możesz okazać bólu. To jedna z nauk świata, o którym chcesz się uczyć.
Wiedziałem, przecież wiedziałem.
Konne powozy były o wiele wolniejsze niż samochód, ale prędkość w starych, japońskich miastach nie miała znaczenia. Tradycyjne, wąskie, brukowe uliczki nadawały się dla końskich kopyt, nie dla gumowych opon i mechanicznego silnika.
Dzielnice gejsz wszędzie są takie same, tak myślałem, bo często mówiła to okasan, ale Hanamachi... Hanamachi było inne, niż ta moja.
Śnieg zalegał na niskich dachach. Dookoła paliły się białe lampiony i wysokie latarnie. Wszędzie były kwiaty. Na ścianach i oknach, malowane, ostrą i pewną kreską. Były też suszone. Jaki to dziwny widok! Suszone kwiaty wśród śniegu i ciepła płomieni świec. Przemijanie, śmierć i życie; tuż obok siebie, wiecznie razem.
- Znam tu jedną osobę, do niego pójdziemy. Pocieszy cię jego widok. Jest takim samym wybrykiem natury jak ty! - okami przyjaciela Judala nie było wielkie, nie takie, jak nasze. To tylko ciasny, ciemny dom, bez lampionów, daleko od latarni, ale... miał piękne, suszone płatki wiśni przyklejone do okna, a w środku pachniało dojrzewającą śliwą. - Yunan! Zgadnij, kto przyszedł! - krzyknął niisama, zdejmując buty. - To mój stary znajomy, on był... pierwszą gejszą Sinbada... - dodał cicho, gestem nakazując mi iść za sobą. Wiedziałem, że niisama był chorobliwe zazdrosny o swojego danne, dlatego nigdy nie podejrzewałem go o przyjaźń z kimś, kto był blisko z Sinbadem. Moje przypuszczenia były słuszne. "Dlaczego tu jesteśmy, skoro go nie cierpisz?" - nasuwało mi się na myśl, patrząc z boku, jak niisama warczy na Yunana i poucza go, jak nalewać herbatę.
- Śliczny z ciebie ototo. - z początku byłem pewien, że to kobieta. Miał delikatny uśmiech, długie włosy, w które wpinały kwiaty i bladą cerę. Jednak nie był kobietą, choć tak bardzo się do niej upodobnił.
- Dziękuję. - odparłem, czując na sobie zabójczy wzrok Judala. "Naprawdę... jeśli nie chciałeś tu być, to dlaczego tak ci zależało, żeby tutaj przyjechać?" - chciałem zapytać, ale nie wypadało.
- A czego się spodziewałeś? To w końc ototo. - warknął niisama, opierając łokieć o niski stolik, a policzek na dłoni. Zachowywał się okropnie, ale byłem do tego przyzwyczajony. I Yunan też nie wydawał się bardzo zaskoczony czy zniesmaczony taką postawą Judala.
- Nie znaliście się. - wyszeptał blondyn, nawet na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku. Bawiło go wspominanie przy niisama o Sinbadzie, bawiły go reakcje niisama.
- A co mnie to do licha obchodzi!? - odkrzyknął mu Judal, łypiąc na niego wściekłym spojrzeniem. Kiedy nie było dostojnych panów ani mogących go obgadać gejsz, niisama... niisama robił się bardziej kapryśny, pyskaty i niewychowany niż normalnie. Przy innych przynajmniej zachowywał grację i pozory opanowania. Widocznie nie zależało mu na opinii Yunana, tym bardziej na mojej.
- Czy nie przedstawiasz mi swojego ototo w konkretnym celu, Ju-chan? - to, jak ten delikatny złośliwiec nazwał niisama, trochę zbiło mnie z tropu. Lubią się, czy się nie lubią? Dlaczego relacje ludzkie nie są choć trochę prostsze? Czy wszystko w tym świecie musi być takie zawiłe? Spoufalanie się łączy się z niechęcią. Zrozumienie z zazdrością i nienawiścią. To było dla mnie za trudne! A to dopiero początek.
- Jest z nami Mu Alexsus. - powiedział już zupełnie poważnie niisama.
- Mu-kun? Odwiedził Kioto? Jak miło! - Yunan zaklaskał w dłonie. Jego uśmiech był ciepły czy fałszywy? Musiałem nauczyć się rozpoznawać takie szczegóły. Czy to ten rodzaj informacji może zdobyć tylko gejsza? - Mam powiedzieć wam, jak zdobyć jego serce?
- A niby co innego? - "Niisama, jesteś naprawdę niewychowany." - pomyślałem, ściskając materiał kimona przy sercu.
- Ale Alibaba-kun już wie, jak to zrobić.
- Hę?
- Mu-kun ma obsesje blond włosów. One mu wystarczają. To chyba... - jakiś błysk w jego oczach. Zrozumiałem. Nie istnieje zło w tym świecie. - ...skaza pierwszej miłości? W końcu Sheherezada-chan też ma takie.
- Tyle wystarczy?
- Trochę dobroci, pobłażania, nieporadności i siły ducha, ale... no, przecież mówię, że on ma już wszystko.
- No to idziemy.
- Niisama!
- Idziemy. - Yunan uśmiechnął się do mnie na pożegnanie i pomachał, stojąc w drzwiach swojego samotnego, ciemnego okami.
- Tylko po to tu jechaliśmy? - spytałem, kiedy powóz ruszył.
- Chciałem go zapytać jeszcze o parę rzeczy, ale nie wytrzymałbym dłużej oddychając tym samym powietrzem co on.
- N-niisama... pognieciesz kimono... - odczekałem, aż Judal się uspokoi i hałas miasta nie dopuści moich słów do uszu woźnicy. - Niisama... - szepnąłem prosto w jego ucho. - ...nienawiść, przyjaźń, miłość, moralność, sumienie. To wszystko przestaje się liczyć, gdy stajesz się panem tysięcy żyć, prawda? Twoje dobro jest słuszne, nie istnieje inne. To tak?
- Właśnie tak. Dopóki w to wierzysz, możesz panować dalej.

Zieleń i czerwień są sobie przeciwne, a jednak istniały w tym mieście na równych prawach.
Po naszym powrocie pan Alexsus zaproponował nam odwiedzenie świątyni Fushimi Inari Taisha.
- To najważniejsza świątynia shinto! Koniecznie musicie przejść przez jej korytarz tori*. Jest cudowny.- słuchając go, powtarzałem w myślach: "Znasz plan, tylko go wykonuj." i przywoływałem ze wspomnień słowa niisama: "Nie widzę, by Hakuryuu pożądał cię fizycznie. Jest na to... zbyt nieśmiały? Nigdy nie zdobyłyby się na uczestniczenie w licytacji. On ma tylko posłużyć jako pionek, by podsycić ciekawość Kouena. Skup się na Mu Alexsusie.".
Opowieści mojego towarzysza ucichły. Myśli w mojej głowie także. U podnóża góry Fushimy, czerwony korytarz tori. On zaprowadzi mnie do boga ryżu i dostatku.
- Złóżmy razem ofiarę i pomódlmy się za dobry rok.
Przepraszam, panie Mu. Pomodlę się za dobry rok Ren Kouena, stojąc u pana boku.
"Taki jest nasz świat, Alibabo. Musisz nauczyć się kłamać."

To miało być wielkie, poprzedzające przyjście nowego roku przyjęcie. Do świątyń w noc przełamania chodzi się ze swoimi rodzinami, nie z gejszami. Ciekawe, czy pan Kouen ma żonę? Dzieci? Wiedziałem, że pan Sinbad nigdy się nie ożenił, co wcale nie było spowodowane przez Judala. On nie był człowiekiem, który pragnie stabilności i rodzinnego ciepła. Jak było z panem Kouenem? Nie powinno mnie to obchodzić. Gejsza jest kochanką nocy, istnieje tylko po zachodzie słońca. Tylko, że... chciałem wiedzieć.
- Alibaba! - warknięcie niisama wyrwało mnie z zamyślenia. - Co ty wyprawiasz? Chcesz mnie ośmieszyć?! Nakładaj tą farbę równo! - spłoszyłem się i czym prędzej zamoczyłem ręcznik w wodzie. - Co cię znowu gryzie? Przecież zobaczysz Kouena! I nie każę ci całego wieczoru spędzać z Hakuryuu! Masz tylko czekać, aż powiem ci, że wystarczy i iść do swojego ukochanego! - niisama wściekał się na najdrobniejsze skazy na swoim ciele, bardzo się ich obawiał. Pan Sinbad nie chciałby oszpeconego kochanka, a Judal całym sobą pragnął być idealny w oczach swojego danny.
- J-ja... - wybełkotałem, nie znajdując nic na swoją obronę. - To dlatego, że zastanawiałem się czy... czy pan Kouen nie ma żony... - skupiłem wzrok na ramieniu niisama, delikatnie ścierając farbę. Nie musiałem na niego patrzeć by wiedzieć, że gromi mnie wzrokiem.
- On nigdy...
- Wiem! - krzyknąłem, nie mogąc wytrzymać. - Byłem tylko trochę ciekawy!
- Powiem ci, żebyś zaczął porządnie pracować! - huknął niisama. - Nie ma. Nie interesują go takie rzeczy. Pod tym względem jest taki sam jak Sinbad. Nienawidzi stałości. - to powinno cieszyć, prawda? Nie było potrzeby z kimkolwiek się dzielić kimś, kogo się kocha, ale... to jednocześnie tworzyło obawy. "Ile jeszcze? - czasami cicho pytał samego siebie niisama - Ile jeszcze będę mógł być szczęśliwy?". Szczęście, dla nas, było czymś ulotnym. Dlatego Judal, który drugi rok spędzał z panem Sinbadem, podświadomie czuł, że niedługo wszystko się skończy. Pan Sinbad go zostawi, wyjedzie, zniknie, szukając kolejnych wyzwań, kolejnej przygody. I nic, nawet tytuł danny, go przed tym nie powstrzyma.
- Co z panem Alexusem? - zmieniłem temat, by niisama nie pogrążył się w smutku.
- Z nim? Nic. Yunan przecież powiedział, że masz wszystko, co trzeba.
- Nie będzie czuł się... odtrącony?
- Bardziej zazdrosny. Zwłaszcza, jeśli zajmiesz się jego rywalem - Kouenem. Zazdrość dobrze robi dla podbijania sum na licytacjach.
- Ignorować?
- Odpowiadać, nie zaczepiać. - niisama uśmiechnął się do mnie złowieszczo. - A w tym jesteś chyba najlepszy. - prawdopodobnie, gdyby mówiła to inna osoba, to nie byłby komplement, ale kiedy mówił to Judal, takim głosem, z takim uśmiechem, to zdecydowanie była pochwała. Przygotowania do przyjęcia niisama trwały zawsze cały, jeden dzień. Włosy musiał układać wieczorem i spać na niewygodnej, drewnianej podpórce. To jedno oszczędzałem swojemu ciału będąc wybrykiem natury. Od rana malowanie, dobieranie kimona, dodatków, pielęgnacja, utrwalanie. Za każdym razem martwiłem się o służące niisama słysząc jego narzekania, ponaglania, poprawiania. Na koniec, kiedy chodziło już o szczegóły, wołał mnie. To dlatego, że ufał mi najbardziej? A może dlatego, że miałem najwyższe oceny z makijażu w szkole? Zapewne chodziło i jedno, jak i drugie.
- Nareszcie. - odetchnąłem, gdy obaj byliśmy gotowi do wyjścia.
- Powiesz to, kiedy będziemy już brali kąpieli. Jeszcze wiele godzin przed nami. - niisama nie był najlepszym pocieszycielem, ale za to nikt inny nie potrafił tak człowieka sprowadzić na ziemie, jak on.
Po zachodzie słońca, kiedy wywieszano zapalone lampiony przez domami i kiedy latarnie płonęły intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej, Kioto zmieniało się nie do poznania. Wyważone, kryjące pod swoim pięknem zimno i wyniosłość, wybuchało gorącem w mroźne wieczory. Miasto, noszące na swoich barkach ciężar historii, ale też miasto, w którym rodziły się najsławniejsze gejsze, o którym pisali mistrzowie haiku.
- Niisama, a jeśli pan Kouen...
- Zamknij się. Nie histeryzuj. Nie moralizuj. Nie myśl.
- H-hai...
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, podziwiając Zachodnią Stolicę. Choć niisama kazał mi nie myśleć o czekającym mnie przyjęciu, nie mogłem przestać. I tylko jedno było w mojej głowie.
Już niedługo.

* baku - demon żywiący się ludzkimi koszmarami.
* Hanamachi - jedna z dzielic gejsz w Kioto
* korytarz tori - myślę, że czym jest tori najlepiej wytłumaczy to zdjęcie: .