Rodzice Zawsze Mają Rację
Następnego dnia z Hogwartu wysypały się na szkolne błonia setki studentów. Niektórzy gorączkowo przepychali się chcąc jak najszybciej zająć miejsce w jednym z wielkich, czarnych powozów transportujących ich na stację Hogsmeade, z której za kilkanaście minut odjeżdżał pociąg do Londynu.
Rok szkolny dobiegł końca.
Większości już dawno udało się zebrać komplet w powozie i zostali już tylko najwięksi maruderzy.
- To skandal, że nie możemy się teleportować na terenie szkoły - narzekał smukły chłopak o platynowych włosach - nie po to zdałem egzamin z najwyższą oceną, żeby teraz czekać na powóz z jakimś... - tu spojrzał w stronę Jamesa i Remusa - plebsem!
Remus tylko zmierzył go lodowatym spojrzeniem.
- Remus! James! Tutaj! - krzyczał Syriusz wskakując za Peterem do wolnego powozu - A ty Malfoy? Chyba nie czekasz na karetę, która zabierze twoje wielkopańskie dupsko prosto do pałacu, co?!
Lucjusz Malfoy spojrzał na niego zimno.
- Jakkolwiek cenię twoją rodzinę, Black, jako czarodziejów czystej krwi, to muszę przyznać, że akurat ty jesteś... jakby to powiedzieć... czarną owcą.
- Uznam to za komplement. Chociaż dobrze wiem, że podlizujesz się tylko dlatego, że lecisz na moją kuzynkę - odparł niewzruszony Syriusz - Au revoir snoby!
Ich powóz ruszył przez jedyną drogę poprowadzoną Mrocznym Lasem. O ile można jeszcze to było nazwać Mrocznym Lasem. Niektórzy odmawiali tej terminologii wąskiemu na kilometr pasu drzew, w którym nie pojawiały się ani gigantyczne pająki, ani śmiercionośne bluszcze. Raczej mówiono o zagajniku do zabawy dla przedszkolaków.
- James chyba jest nie w sosie, zauważyliście - mruknął Remus - nawet nie zareagował na tego durnia Malfoya. Szczerze mówiąc nie pamiętam, żeby przepuścił kiedykolwiek taką okazję...
James odmruknął coś w stylu „Odwal się".
- Już dawno myślałem żeby odbyć z tobą poważną rozmowę - ciągnął Remus bezlitośnie - wiesz, że nie poderwiesz dziewczyny tylko się na nią gapiąc, prawda?
James rzucił mu ponure spojrzenie.
- Widzisz stary - dołączył Syriusz - mogłeś powiedzieć wcześniej, że potrzebujesz pomocy w tych sprawach, w końcu mi możesz zaufać, jestem niezły w wyrywaniu dziewczyn - mrugnął
Remus przewrócił oczami.
- Teodora Gilis z Ravenclavu to nie dziewczyna, to chodzący manekin, myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy - odparł Remus znużonym głosem.
- Jest całkiem ładna - bronił się Syriusz.
-Ma na twarzy tyle pudru, że starczyłoby na posypkę dla niemowląt dla całego przedszkola.
-Może ukrywa pod nim jakąś straszliwą chorobę skóry?
-Syriusz, jak się z nią całowałeś? Najpierw zabierałeś ją na basen, żeby to wszystko z niej zmyć?
- Ej, ej, odwalcie się, mieliśmy się skupić na dokuczaniu Jamesowi - wyklarował Syriusz - ostatecznie też chcielibyśmy mu pomóc, prawda?
Remus i Peter pokiwali głowami.
- Może zacznijmy od tego: James, ty musisz po prostu z nią rozmawiać!
- Ale ja próbuję! - żachnął się James.
- Próbujesz, próbujesz - mruknął Remus - przypominam ci, że zaczynanie rozmowy od „Lilly, zobacz jak fajnie zalaliśmy wodą klasę transmutacji" to nie jest dobry początek konwersacji z dziewczyną. Może spróbuj czegoś w stylu: „Cześć Lilly, słyszałem że czytasz Historię Goblinów, co sądzisz o poczynaniach Murdaga III?"
- Nieee - wtrącił Syriusz - po prostu zaproś ją na kremowe piwo do Hogsmeade i jakoś to będzie.
Syriusz i Remus zaczęli się wymieniać sposobami na najbardziej efektywne zdobycie zainteresowania dziewczyn. Stanęło w końcu na tym, że po krótkiej rozmowie o Murdagu III James powinien zaprosić Lilly na randkę.
Stacja w Hogsmeade była całkowicie zatłoczona. Słychać było pohukiwania sów, krzyki i głośne nawoływania. Na torach stał długi pociąg z czerwoną lokomotywą wydającą z siebie przeraźliwe gwizdy mające zmotywować studentów do szybszego zajmowania miejsc. Z trudnością przepchnęli się do jednego z wagonów.
-Tutaj powinno być wolne - James wskoczył do środka i po chwili pomachał im przez okno.
-No dobra. Locomotor! - cztery kufry wzbiły się w powietrze i przepłynęły przez otwarte okno przedziału grzecznie lądując na półkach bagażowych. Po chwili również Syriusz, Peter i Remus wpakowali się do przedziału.
-Nareszcie do domu - westchnął leniwie Peter przyglądając się przez okno jak grupa pierwszoroczniaków stara się wtaszczyć swoje ciężkie bagaże do środka.
Pociąg zagwizdał przeciągle i po chwili ruszył. Dzieciaki w ostatniej chwili wskoczyły do środka.
- Dwa miesiące - jęknął Remus - co ja będę robił podczas pełni?
-Gryzł własny ogon - odparł uszczypliwie James -ostatnim razem tak mnie potraktowałeś swoimi kłami, że musiałem iść do pani Pomfrey.
- Och przepraszam, i co ona na to?
- Musiałem wymyślić historyjkę o krwiożerczych fretkach z Opieki nad Magicznymi Zwierzętami.
Przedział wypełnił się śmiechem.
- Cicho! Ktoś idzie - Syriusz wyciągnął różdżkę celując w szparę pomiędzy drzwiami. Peter wpatrywał się w napięciu w twarze przyjaciół.
Drzwi otworzyły się ukazując chłopaka o słomianych włosach lewitującego obok swój kufer.
- Cześć - powitał ich uśmiechając się szeroko.
- Cześć Frank, siadaj - Remus zrobił wolne miejsce. Syriusz nie mógł ukryć zawodu.
- Już miałem nadzieję, ze to Smark albo Malfoy się za nami stęsknili.
- Nic straconego - odparł Frank - widziałem ich kilka przedziałów dalej, gdy szukałem miejsca, zebrali całą Ślizgońską elitę - uniósł zaklęciem swój kufer, tak, że znalazł się na najwyższej półce - cieszę się, że Dumbledore pozwolił nam na używanie czarów podczas wakacji, to przydatne.
- Ja nadal się zastanawiam dlaczego - powiedział Remus - w końcu w poprzednim roku nawet nie było o tym mowy.
-Widocznie uznał - oznajmił pewnym tonem Frank - że będziemy czuć się bezpieczniej, zwłaszcza, że... ON udowodnił swoją siłę...
Spojrzeli na niego pytająco.
- Northfang - oznajmił krótko - wszyscy myśleli, że to Northfangowie są potężnymi czarnoksiężnikami ustawionymi po złej stronie.
- Dlaczego oni są uznawani... byli uznawani za groźniejszych od Voldemorta? Nigdy nie słyszałem, żeby cokolwiek komukolwiek zrobili.
-Legendy James, plotki. Mówi się, ze lord Northfangu zyskał swoje moce zabijając rodzoną siostrę, osobiście uważam to za mocno przesadzoną teorię... Nagonka na ten ród trwała od początku jego istnienia, podobno jest jakaś przepowiednia, oczywiście nie potwierdzona oficjalnie, nie jestem sobie w stanie teraz tego dokładnie przypomnieć, ale chyba chodzi o to, że jak zabije się jakąś osobę z tego rodu to można osiągnąć coś w rodzaju nieśmiertelności...
- Skąd wiesz? - zainteresował się Syriusz.
- Moja mama jak jeszcze pracowała w Ministerstwie Magii opowiadała mi jak kilka lat temu Minister wyznaczył nagrodę za dostarczenie wszystkich Northfangów - zastanowił się przez chwilę - schwytano chyba tylko jedną kobietę, potem i tak ją wypuszczono.
- A ta przepowiednia? - nalegał James.
- Nie mam pojęcia jak brzmiała, o ile w ogóle istniała. Wiem tylko to, co mówiła moja mama, że jeden Northfang może przekazać komuś niekończące się życie.
- Zaczynam powoli rozumieć - rzekł Syriusz - To znaczy mam pewną teorię, ale wszystko by się zgadzało.. Posłuchajcie: Voldemort chce być najpotężniejszym czarownikiem więc chce dokonać czegoś niezwykłego i napada ze swoimi Śmierciożercami na Northfang...
-...wybijając ich po kolei z nadzieją, ze wreszcie trafi na tego, któremu może odebrać ten dar nieśmiertelności - dokończył James.
- A to by oznaczało - ciągnął dalej Syriusz - że albo już go znalazł i nikt już nie będzie w stanie go zabić - zwiesił głos - albo nadal szuka tych, którzy uciekli.
-Nie ma na to cienia dowodu, ale hipoteza jest zaskakująca - pochwalił Frank - miejmy nadzieję, ze żadnej przepowiedni nie było.
Pociąg daleko za sobą pozostawił tereny Hogwartu. Okolica stawała się coraz bardziej uporządkowana i zagospodarowana. Miejsce lasu zajęły rozlegle, zielone łąki. Około trzeciej po południu wjechali na przedmieścia Londynu i po kilkunastu minutach byli już na ukrytym peronie 9 ¾ dworca Kings Cross.
Wielu czarodziejów i czarownic czekało tam już na swoje pociechy. Najmłodsze dzieciaki wychylały się przez okna i machały do rodziny. Nastąpiło ostateczne zamieszanie, gdy starali się wzajemnie odnaleźć w tłumie.
- No cóż - powiedział Syriusz, kiedy razem z Jamesem przedzierali się przez tłum. Remusa zabiera rodzina, Peter już odszedł z matką, a ty?
- Gdzieś tu powinni być moi starzy - James zaczął się rozglądać - pewnie czekają na zewnątrz, idziesz?
- Jasne! - podniósł swój kufer - ja raczej przespaceruję się piechotą... Tylko gdzie jest mój ślizgoński braciszek... z resztą, cóż mnie on obchodzi.
Wyszli przez ukryte przejście pojawiając się obok barierki między peronem dziewiątym a dziesiątym.
- No to... do zobaczenia Rogaczu.
Syriusz wyciągnął rękę, James natychmiast uścisnął dłoń przyjaciela.
- Do zobaczenia Łapo, pamiętaj, że zawsze jesteś u mnie mile widziany.
- Dzięki, idź już - wskazał na dwoje czarodziejów machających do Jamesa po drugiej stronie torów.
James uśmiechnął się ostatni raz i ruszył w ich kierunku. Syriusz obserwował go przez chwilę, aż podniósł kufer i skierował się samotnie na Grimmauld Place.
Ponury, bezdrzewny plac wyglądał wyjątkowo nie na miejscu w gorący, czerwcowy wieczór. Wyschnięte trawniki domagały się natychmiastowego podlania. Syriusz zatrzymał się pomiędzy numerami 11 i 13. Odgarnął z czoła spocone włosy. Droga z dworca nie była krótka, a Mugole kręcący się wszędzie ograniczali jego możliwości użycia magii do transportu wielkiego kufra. Co prawda zakaz używania magii w wakacje został zniesiony, ale nadal pozostał przepis mówiący o ograniczeniach stosowania jej w pobliżu Mugoli.
Humor pogarszała mu wizja konfrontacji z rodziną. Słońce schowało się już za najwyższymi dachami budynków. Kilku przechodniów spojrzało krzywo na chłopaka z kufrem, więc uznał, że już nie warto odwlekać tej chwili.
Kilka razy powtórzył w myślach adres i pomiędzy numerami 11 i 13 zaczął pojawiać się numer 12. Powoli rozpychał sąsiednie budynki. Żaden z przechodniów nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Z westchnieniem podszedł do drzwi z klamką w kształcie węża.
Wielu znajomych rodziców uważało, że ich dom jest bardzo piękny. Niejeden koneser antyków czułby się jak w raju. Dla Syriusza jednak było tego po prostu za dużo, gdyby zależało to od niego chętnie wyrzuciłby lwią część tego dorobku zaczynając od wypetryfikowanych głów skrzatów. Nie dlatego, że żałował skrzatów, nigdy nie żywił wobec nich cieplejszych uczuć, ale dlatego, że wieszanie zmumifikowanej głowy stworzenia, które przez kilkadziesiąt lat pracowało w tym domu jako służący wydawało się po prostu idiotycznie okrutne.
W domu co krok można było natknąć się na symbole rodowe, drzewa genealogiczne czy przedmioty podkreślające „czystość krwi". Oprócz tego dom urządzony był ze smakiem i według gustu kogoś, kto ceni sobie bardziej wystawność niż wygodę. Kamienne i marmurowe posadzki były niezwykle efektowne, ale utrzymanie ich w porządku wymagało od skrzatów domowych mnóstwa pracy.
Syriusz skierował się w stronę drewnianych, elegancko wyrzeźbionych schodów. Ciągnęły się przez wszystkie cztery piętra, aż do poddasza. Boleśnie przypominały mu o czasach, gdy razem z Regulusem byli dziećmi i zjeżdżali po najdłuższej poręczy, gdy tylko matka nie zwracała na nich uwagi, co zdarzało się dość często. Zupełnie inne więzi łączyły go z bratem wtedy, zupełnie inne niż teraz.
Cały dom był na stałe zamieszkany przez pięć osób, włączając w to Syriusza i Regulusa, którzy większą część roku spędzali w szkole, oraz dwa skrzaty domowe. Wydawało się więc, że na jedną osobę przypada dużo przestrzeni. O dziwo Syriuszowi wydawało się, że w pewnych momentach nie da się znaleźć w domu miejsca, w którym panowałby względny spokój. Od zawsze trzecie piętro należało do Syriusza i Regulusa. Obaj mieli wydzielone własne przestrzenie, każdy dysponował osobną sypialnią, pokojem dziennym i prywatną łazienką. Do tego znajdował się tam wspólny salon z gigantycznym oknem wychodzącym na mugolski Londyn, wyposażony w stół do gry w czarodziejskie szachy, bilard i kilka innych, co w zamyśle miało sprzyjać ich wspólnej zabawie. W rzeczywistości odkąd Syriusz dostał się do Hogwartu można było na palcach policzyć ile razy obaj się tu spotkali.
Syriusz przez chwilę zastanawiał się czy w jakiś sposób oznajmić swoje przybycie, czy po prostu umknąć do sypialni, zabarykadować się w środku i wychodzić jedynie na posiłki. Albo lepiej - przekupić skrzata, żeby przynosił mu je do pokoju. Ostatecznie pozostawał Sowi Katering - firma, która rozwijała się z niesamowitą szybkością i okazała się wybawieniem dla czarodziejów, którzy nie mieli czasu na przygotowanie zdrowych posiłków, a mimo to przywiązywali wagę do porządnego odżywiania się. Ostatecznie Syriusz uznał, że umknięcie prosto do siebie będzie traktowane jako dezercja, a rodzinna rozmowa i tak prędzej czy później go dopadnie. Skierował się do salonu na pierwszym piętrze, z którego uchylonych drzwi wydobywały się odgłosy i paliło się światło.
Minął pochrapującego skrzata - Stworek oparty o najwyższy stopień opierał długonosą główkę o ścianę, a strumyk śliny zwisał z jego otwartego pyszczka. Zostawił kufer na półpiętrze i otworzył drzwi salonu.
Przestronne pomieszczenie oświetlone kilkoma unoszącymi się w powietrzu kulami pełne było pamiątek rodzinnych, które jak podejrzewał Syriusz miały robić wrażenie na gościach. Kobieta siedząca w fotelu przy kominku wstała i powoli podeszła do niego. Długa, bogato zdobiona suknia szeleściła przy każdym jej kroku. Gdyby nie niezdrowa bladość skóry i zniechęcony, odpychający wyraz twarzy można byłoby powiedzieć, że jest ładną kobietą z dużymi ciemnoszarymi oczami, regularnymi choć trochę zbyt ostrymi rysami, teraz już trochę poznaczonymi siateczką zmarszczek i czarnymi włosami. Syriusz niechętnie przyznawał, że jest do niej bardzo podobny. Mężczyzna siedzący obok niej miał ogorzałą twarz i krótko przyciętą brodę przyprószoną siwizną.
- Witaj synu - odezwał się głębokim, niskim głosem - cieszymy się, że nic ci się nie stało.
- Witaj ojcze - mruknął Syriusz.
- Syriuszu, martwiliśmy się o ciebie - dodała kobieta - szukaliśmy cię na peronie, ale najwidoczniej zniknąłeś wcześniej, dlaczego na nas nie poczekałeś?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Jak widać poradziłem sobie sam - Syriusz podszedł do matki i ucałował ją w zimny policzek - pięknie wyglądasz mamo. Coś ciekawego się wydarzyło, gdy mnie nie było?
Pani Black z powrotem usiadła obok męża krzyżując nogi i podnosząc bogato zdobiony kieliszek z rubinowym płynem w środku, spojrzała ponaglająco na pana Blacka. Mężczyzna westchnął i zwrócił się do starszego syna.
- Syriuszu, mamy kilka spraw do omówienia. Jeśli nie masz nic przeciwko to chciałbym je poruszyć już dziś wieczorem.
- Jeżeli jesteś głodny to każę Stworkowi podać obiad dla ciebie - wtrąciła matka.
- Nie dziękuję - Syriusz szczerze wątpił czy w towarzystwie rodziców byłby w stanie cieszyć się jakimkolwiek posiłkiem - zjem później.
- Jak wolisz. Stworek! - krzyknęła pani Black - przyprowadź tu Regulusa!
Dało się słyszeć niewyraźne chrapnięcie i stukot, po czym kroki drobnych stópek wchodzących na wyższe piętra.
- Za kilka dni odwiedzi nas kilku czarodziejów i czarownic - kontynuował pan Black - chcieliśmy cię na to przygotować, to dla nas bardzo ważne spotkanie.
Syriusz skrzywił się nieznacznie. Z tego co wiedział rodzice spotykali się z samymi równie nadętymi przedstawicielami rodów „czystej krwi", a czasami nawet z niejawnymi poplecznikami Voldemorta. Nikt nie mówił o tym głośno, ale polityka jego rodziców w znaczącym stopniu popierała działanie Czarnego Pana. Syriusz mógł sobie wyobrazić jaki rodzaj towarzystwa zostanie tu zaproszony.
- Chcielibyśmy, żebyście razem z Regulusem dobrze reprezentowali naszą rodzinę - ciągnęła pani Black.
- Czy to... spotkanie ma jakiś konkretny cel, inny niż towarzyski?
Pan Black wyprostował się w fotelu.
- Widzisz synu, utrzymanie stosunków towarzyskich z odpowiednimi osobami na podobnym poziomie jest bardzo ważne dla takich rodów jak nasz. Jak będziesz w moim wieku zrozumiesz to lepiej. Musimy podtrzymywać tradycję przekazaną przez naszych przodków. Wiesz - nie każdy może pochwalić się tak szerokim i znamienitym rodowodem jak Blackowie. To jest coś co nas wyróżnia stawia... jakby to powiedzieć - w pierwszym rzędzie, a nie chcemy stracić tej uprzywilejowanej pozycji. Poza tym chcemy porozmawiać o strategii polityki, żeby lepiej zarządzać naszym miejscem w całej tej historii.
- Czyli rozumiem, że zapraszacie polityków,czyżby sam Minister Magii pofatygował się na to spotkanie? A może Kanclerz lub członkowie Wizengamotu?
-Nie bądź śmieszny - żachnęła się jego matka - nie chodzi nam o tych mugololubnych, słabych durniów.
- Właściwie to Kasjusz i Grigorij są członkami Wizengamotu - wtrącił młody głos dobiegający z okolicy drzwi do salonu. Syriusz nadal się zastanawiał jak jego brat jest w stanie tak cicho się poruszać, zawsze świetnie mu wychodziło szpiegowanie i podsłuchiwanie. Regulus był rok młodszy od Syriusza i całkiem podobny do brata, chociaż po ojcu odziedziczył ciemniejszą cerę i oczy.
- Zgadza się - odpowiedział ojciec - i to jest jedna z tych dobrych zmian, których mam nadzieję, że w przyszłości będzie coraz więcej. W skrócie - będzie to dla was świetna okazja, żeby zapoznać się z prowadzoną przez nas polityką, naszymi celami i planami działań, które mają nas do tego przybliżyć.
- A poza tym świetna okazja do poderwania kilku czystej krwi młodych czarownic - zakpił Regulus opadając na fotel obok Syriusza.
- Och Reg, chyba rozumiesz, ze to jest równie ważne - powiedziała pani Black - wiem, że jesteście jeszcze za młodzi na poważne związki, może nawet macie jakieś swoje przelotne miłostki, ale musimy myśleć perspektywistycznie! Chcemy, żebyście ostatecznie związali się z kimś na swoim poziomie, z kobietą wywodzącą się z dobrej rodziny z rodowodem i tradycjami. Nie chcę, żebyście skończyli jak... jak wasza ciotka! Wyszła za Mugola! To skandal i cios dla całej rodziny, nie możemy sobie pozwolić na kolejne takie przypadki!
- Będziecie mieli możliwość nawiązania kilku znajomości. Oczywiście to nic zobowiązującego, po prostu chcemy poszerzyć wasze kontakty. O ile Regulus ma na co dzień styczność z dziećmi z szanowanych rodów w Syltherinie, o tyle ty Syriuszu... no cóż, wiem, że każdy dom ma jakieś swoje zalety, ale Gryffindor ma przykrą tendencję do przygarniania znajd, szlam, co najwyżej czarodziejów niższych rodów, którzy nawet nie są w stanie wyrysować swojego drzewa genealogicznego bądź wywodzą się od handlarzy czy wieśniaków. To naprawdę nie jest towarzystwo dla ciebie.
- I obawiam się, ze mają na ciebie zły wpływ - westchnęła pani Black - słyszałam, że zadajesz się z dzieciakiem Potterów, zdajesz sobie sprawę czym oni się zajmują?
Syriusz wzruszył ramionami.
- Jest mi to obojętne.
- Mają warsztat! Naprawiają zepsute miotły i latające kociołki! Coś okropnego.
- Z tego co wiem, pani Potter ma wysoką pozycję w Bibliotece Narodowej Ministerstwa Magii - rzucił od niechcenia Syriusz - a nawet jeśli, to co?! Nie obchodzi mnie rodowód Jamesa, nie tak to działa, on jest moim przyjacielem.
Pan Black zacmokał z rezygnacją.
- Nieodmiennie zadziwia mnie ta nowa moda na szlachetne dawanie szans ludziom, którzy, jak dobrze wiadomo, tych szans nie mają. To takie... szlachetne. Co nie zmienia faktu, że bardzo mało praktyczne. Zobaczysz synu, że daleko cię to nie zaprowadzi.
- Ostatecznie możesz próbować utrzymać tą relację z tymi twoimi... „przyjaciółmi" - powiedziała łagodnie pani Black - ale sam z czasem dojrzejesz do tego, że takie relacje się nie sprawdzają. Skończycie Hogwart i oni zajmą się zarabianiem marnych galeonów na jakiś niższych stanowiskach, a ty, dzięki nam będziesz mógł wystartować z wyższego pułapu. Żadne szkolne więzi nie wytrzymają takich różnic.
Syriusz zacisnął zęby ze złości. Nie było sensu wdawać się w kłótnię z matką, która zawsze znajdzie pasujące do jej teorii argumenty. Obawiał się, że ona po prostu zupełnie inaczej myśli. To, czego bał się najbardziej to to, że sam może kiedyś zacząć myśleć tym tokiem.
Regulus pokiwał głową.
- Zgadzam się z tobą mamo, co prawda przed nami jeszcze kilka lat zanim nawiążemy poważne kontakty, ale warto zacząć szukać ich już teraz.
- Dokładnie! - pochwaliła pani Black - cieszę się, że już to rozumiesz synu - co do spotkania, które planujemy... Poznacie kilku czarodziejów i ich rodziny, najważniejsze, żebyście byli otwarci na ich poglądy. Niektórzy wyznają dość specyficzne poglądy, nie zrażajcie się tym. Chcę, żebyście się też dobrze bawili, najgorsze, co możecie sobą prezentować to kompletny brak zainteresowania i naburmuszona mina, rozumiemy się? - zwróciła się w stronę starszego syna.
-Oczywiście mamo - odparł zjadliwie Syriusz - będę bawił się świetnie. Jakież to młode damy zamierzasz nam przedstawić?
Pani Black uśmiechnęła się uprzejmie jakby już wygrała jedną batalię z synami.
- Na początek dobrze, żebyś odnosił się uprzejmie do Leny Devlyn, to jedna z koleżanek waszej kuzynki Narcyzy... och, gdyby tylko Narcyza nie była z wami spokrewniona, to idealna partia, inteligentna, świetnie wychowana i taka śliczna, tylko pozazdrościć jej przyszłemu mężowi. Co do Leny - Regulus z pewnością ją zna, prawda kochanie?
Regulus nieznacznie uniósł brwi.
- Jest w tej samej klasie..
- Cudownie! - zachwyciła się matka - z pewnością ją polubisz Syriuszu. Alia Penhallow również jest przyjaciółką Narcyzy. Poza nimi warto, żebyście poznali Flay Schafer to siostrzenica lorda Egona Wintera. Flay od przyszłego roku również dołączy do Hogwartu, wcześniej uczęszczała do szkoły Magii i Czarodziejstwa w Austrii, bardzo zdolna dziewczyna, jest w Twoim wieku Syriuszu..
- Czy Egon Winter również się tu pojawi? - spytał od niechcenia Regulus.
- Tak, oczywiście - odparł pan Black - Egon planuje sprowadzić się do Londynu, już nawet zakupił apartament w okolicach Pokątnej, wspaniałe miejsce. Jest na naszej scenie politycznej dość... świeży, ale jako czarodziej z nadzwyczajnymi zdolnościami i charyzmą z pewnością już niedługo będzie zajmował bardzo wysokie stanowisko.
- Słyszałem, że jest mistrzem legimencji - dopytywał Regulus.
- Nie tylko, należy do bardzo znikomego procentu czarodziejów, którzy nie potrzebują różdżki do rzucania zaklęć. To coś w rodzaju genetycznej skłonności, przez którą energia czarodzieja krystalizuje się poprzez jego własne ciało bez pomocy żadnych artefaktów zewnętrznych.
- To ciekawe, nie znam nikogo takiego...
- Nawet sam Dumbledore czegoś takiego nie potrafi - dodał Syriusz.
Blackowie skrzywili się jakby powiedział coś niesmacznego.
- Mam nadzieję, że nie należysz, synu, do fanów tego zdziecinniałego starca? - odparł pan Black - rzeczywiście kiedyś Dumbledore wyróżniał się jako całkiem niezły czarodziej, ale te czasy już dawno minęły. To tylko kwestia czasu aż zastąpią go w Hogwarcie kimś młodszym i hmm.. z mniej liberalnymi poglądami w kwestii czystości krwi.
Syriusz przewrócił oczami. Dobrze znał poglądy rodziców na temat dyrektora Hogwartu.
Pani Black pociągnęła kolejny łyk rubinowego płynu z ozdobnego kieliszka.
- Jutro zaczniemy przygotowania, jeśli chcielibyście się w to zaangażować dajcie znać skrzatce, choć wątpię, żeby to było dla was interesujące... W szafach znajdziecie kilka nowych ubrań, nie chcę, żebyście wyglądali jak biedni, obdarci Mugole - zmierzyła wzrokiem dżinsy Regulusa i skórzaną kurtkę Syriusza niedbale porzuconą na kanapie - nie wiem, co zrobiłeś z włosami, ale mam nadzieję, ze Eliksir Przyspieszający Regenerację Włosów Madame Malkin da sobie z tym radę.
Syriusz uśmiechnął się na myśl o swoich bardzo krótkich włosach, które, przynajmniej według niego nadawały mu buntowniczego wyrazu i dobrze kontrastowały z elegancko przystrzyżonymi włosami brata.
- Macie jakieś pytania? - pan Black dał do zrozumienia, ze to już koniec ich rozmowy.
Syriusz poruszył się niespokojnie.
- Chciałbym z wami porozmawiać chwilę na osobności - zwrócił się do rodziców.
Regulus przewrócił oczami.
-Na mnie już pora - wstał i ucałował matkę w policzek - Dobranoc mamo, ojcze - i wyszedł niespiesznie.
- Słuchamy cię synu.
Syriusz poczuł się niepewnie, wiedział, ze uczucie strachu przed własnymi rodzicami jest głupie, ale nie mógł się od tego powstrzymać.
- Mam dwie sprawy... Pewnie pamiętacie ten motocykl od Alfarda, który stoi w naszych podziemiach?
Oczy pani Black się rozszerzyły.
- Nie ma mowy - warknęła - nie będziesz rozbijał się tym.. tym czymś! Po pierwsze to niebezpieczne, a po drugie... tylko wyobraź sobie jak by to wyglądało!
Syriusz nie mógł powstrzymać się od wizji, w której wyglądałoby to genialnie.
- Spokojnie Vero - o dziwo ojciec przyszedł z pomocą - to normalne, ze chłopak chce się wyszaleć. Ostatecznie lepsze to niż... No, są gorsze rzeczy.
- Czyli mogę się nim zająć? - zapytał z nadzieją.
Rodzice wymienili pomiędzy sobą długie spojrzenie.
- Jeżeli przez pierwszą połowę wakacji nie przyniesiesz nam wstydu i będziesz się zachowywał jak na Blacka przystało, to powrócimy do tej rozmowy.
Syriusz zacisnął szczęki. Nie było to to na co liczył, choć i tak doceniał, że wystosowali jakiś kompromis zamiast z miejsca odrzucić jego prośbę.
- A druga sprawa? - ponagliła pani Black, uważając jedną kwestię za zamkniętą i upijając z kieliszka.
-Chcę na kilka tygodni wyjechać do przyjaciół - wypalił.
Oboje rodzice zachowali pokerowe twarze.
- Oczywiście - odparła Vera z nienaturalnym spokojem - to zrozumiałe. Chętnie zorganizujemy dla ciebie jakiś wyjazd. Możesz również zabrać się z Regulusem i jego znajomymi, z tego co wiem planują wyjazd w Alpy Szwajcarskie, to zdecydowanie dobrze ci zrobi.
- Nie mamo, nie chcę jechać ze znajomymi Regulusa, to nie są MOI znajomi..
- Daj spokój, na pewno się polubicie jeśli spędzisz z nimi trochę czasu, daj im szansę - nalegała pani Black.
- Planuję spędzić kilka tygodni u Potterów.
- To zdecydowanie odpada - wtrącił ojciec - czy ty w ogóle słuchałeś, o czym do ciebie mówimy przez cały wieczór?
Vera Black westchnęła.
- Kochanie zrozum, chcemy dla ciebie jak najlepiej, jesteś jeszcze młody i to normalne, że jeszcze nie wiesz, co będzie dla ciebie najkorzystniejsze, w tym wieku rządzą tobą emocje i chęć buntu, ale zaufaj nam!
Syriusz bez słowa wstał i skierował się do wyjścia.
- To nie tak - odwrócił się, oboje rodzice wpatrywali się w niego z napięciem - Dobranoc.
- Syriusz, proszę! - matka posłała mu błagalne spojrzenie - Wrócimy do tej rozmowy później, dobrze? Ostatecznie możemy się zgodzić na kilka dni, ale najpierw zajmij się tym, o co cię prosimy. Jestem pewna, że to ci przypadnie do gustu i ten niedorzeczny plan zniknie!
Syriusz już wchodził po schodach do swojej sypialni. Kufer, który pozostawił przed salonem zniknął i pewnie już czekał na niego w jego pokojach. Właściwie nawet nie liczył na to, że jego plan spędzenia kilku tygodniu u Jamesa zyska aprobatę. Atmosfera tego domu była dla niego przytłaczająca. Ta udawana grzeczność, hamowanie emocji, owijanie w bawełnę... wszystko wydawało się takie.. śliskie i nieszczere pomimo jak najgorętszych zapewnień, że wszystko to dla jego dobra.
Drzwi do pokoju były uchylone. Obok łóżka stał jego kufer. Syriusz zaklęciem zapalił światło i przyjrzał mu się podejrzliwie. Wyglądało na to, że ktoś nie do końca udolnie próbował przeszukiwać jego rzeczy. Z miejsca wykreślił Regulusa, jego brat był w tym naprawdę dobry i nie pozostawiłby po sobie śladów. Więc Stworek? Plany Syriusza już wiele razy spaliły na panewce, bo rodzice w jakiś magiczny sposób zawsze dowiadywali się na czas o tym co planuje. Zazwyczaj obwiniał o to młodszego brata, który z pewnością na niego kablował, ale co jeżeli... Jeżeli posuwali się do tego, żeby używać skrzata do przeszukiwania jego rzeczy?
Opadł na łóżko z uczuciem przegranej. Przez chwilę wpatrywał się w baldachim upstrzony magicznymi gwiazdkami, które dostał na dziesiąte urodziny, dzisiaj układały się w konstelację Oriona, a obok Oriona świeciła jasno psia gwiazda Syriusz, jego imiennik.
Popychany jakimś nieokreślonym uczuciem podszedł do biurka i wyciągnął kawałek pergaminu i pióro.
James,
mam nadzieję, że bez problemów dotarłeś z rodzicami do domu i zająłeś się kreatywnym spędzaniem czasu z ojcem majstrując nad ulepszeniem najnowszego modelu miotły.
Ja już mam za sobą pogadankę ze starymi, mogło być gorzej. Wymyślili coś w stylu wieczorku Toujours Pur zlotu elity najbardziej nadętych czarodziejów i (o zgrozo) chcą mnie w to zaangażować. To będzie kompletna porażka. Poznam takich typów jak Grigorij i Kasjusz z Wizengamotu czy Egon Winter, jakiś szaleńczo uzdolniony typek, o którym w życiu nie słyszałem. Do tego matka powoli wpada w szał wyswatania swoich synów, chociaż to jest nawet trochę śmieszne.
Skrzat przeszukał moje bagaże, chyba już nie mam przed nimi tajemnic...
Daj znać, co u Ciebie.
Łapa
Zwinął i zalakował pergamin. Jego sowa Puszek siedziała spokojnie uśpiona w klatce. Czuł lekkie wyrzuty sumienia, ze ją budzi. Uszczypnęła go przyjaźnie w palec i pozwoliła sobie przywiązać list do nóżki. Wypuścił ją przez okno wychodzące na mugolski Londyn.
Obudził się bardzo wcześnie. Słońce dopiero wstawało zza horyzontu. Przez okno wychodzące na mugolski Londyn widoczny był zasnuty mgłą ponury plac. Rozległ się cichy trzask gdzieś w głębi domu. Mimo najszczerszych chęci Syriusz nie mógł ponownie zasnąć. Sowa od Jamesa powinna najwcześniej wrócić w porze śniadania a Syriusz kompletnie nie wiedział co ma ze sobą zrobić przez ten czas. Cały dom wydawał mu się zimny i nudny, nie wspominając już o mieszkańcach, z których - dałby sobie rękę uciąć - nikt nie pałał do niego ciepłymi uczuciami.
Jako dziecko uwielbiał włóczyć się po zamkniętych pokojach i oglądać dziwne, stare, czasami straszne pamiątki i trofea Blacków. Jedno z nich stanowiła wielka, ozdobna tapeta ukazująca całe drzewo genealogiczne. Niektórzy przodkowie, jednakże byli pominięci lub wypaleni, tak że zamiast ich wizerunków widniały czarne, wypalone plamy. W jednym z pokojów, gdzie mieszkała kiedyś jego babcia, dziwna staruszka mająca bzika na punkcie eksterminacji Mugoli, odkrył w poluzowanej desce na parkiecie starą skrzyneczkę zapełnioną maleńkimi woreczkami z ziołami podpisane między innymi: eliksir snu, veritaserum, czarna śmierć czy nawet eliksir miłości. Poza tym odnalazł kilka pierścieni, naszyjników i innej biżuterii, której matka bezskutecznie szukała po śmierci szalonej babki. Nigdy nie powiedział o tym rodzicom. Jednak ulubionym miejscem stały się dla niego podziemia. Znajdował się w nich trochę zaniedbany, wąski basen wypełniony lodowatą wodą. Podczas lata wystarczyło napełnić go świeżą wodą.
Bardzo rzadko ktokolwiek z rodziny zaglądał do lochów, tym bardziej o takiej porze. Syriusz wziął niezbędne rzeczy i w samych kąpielówkach zszedł na sam dół.
Podłoga i ściany wyłożone były granatowymi płytkami, trochę światła wpadało przez dwa wąskie, podłużne okienka. Syriusz właśnie miał zamiar zapalić zaklęciem rząd świec ustawionych pod przeciwna ścianą gdy usłyszał ciche westchnienie dochodzące z rogu basenu.
- Serio, nie masz nic innego do roboty o tej porze? – dobiegł go głos z drugiego końca. Rozbłysło zaklęcie i całe pomieszczenie pojaśniało ukazując postać Regulusa. Miał cienie pod oczami i zachrypnięty głos. Wpatrywał się z irytacją w brata.
Syriusz przez chwilę wahał się pomiędzy niechęcią, którą zawsze napawał go brat przydzielony do Syltherinu a ciekawością, zwłaszcza, ze zauważył w ciemniejszym kącie mugolskie, męskie ubrania, które zapewne przed chwilą zdjął Regulus.
- Gdzie byłeś w nocy? – spytał w końcu.
Regulus wzruszył ramionami i uśmiechnął się z nonszalancją bardzo podobnie do Syriusza, mimo tego, że oczy pozostały zimne i nieufnie przymrużone.
- Jest jakiś rozsądny powód, dla którego powinienem ci to wyjawić?
- No nie wiem - Syriusz podrapał się w podbródek i zaczął powoli okrążać basen – ale rodzice z pewnością będą ciekawi co ich nieskazitelny syneczek robi włócząc się po nocach przez mugolski Londyn…
- Tak cię boli, że mnie faworyzują? – spytał Regulus od niechcenia – naprawdę nic na to nie poradzę. To twój buntowniczy charakter działa na nich jak płachta na byka.
Syriusz poczuł jak zbiera się w nim złość.
- Nie o to chodzi głupku – wywarczał – boli mnie, że uwielbiają ciebie bo uważasz ich za idoli i ślepo robisz cokolwiek ci powiedzą. Nie masz własnego zdania?! Czy po prostu masz spaczone poglądy tak jak oni?
Regulus podciągnął się na krawędź basenu i powoli wytarł z siebie wodę. Na kościach policzkowych pojawił mu się lekki rumieniec.
- Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek rozmawiali o poglądach. Co innego, że uważasz mnie za maskotkę rodziców. Czasami żeby osiągnąć swoje cele trzeba poświęcić coś innego. Niewątpliwie wiesz o co chodzi… Znasz takie powiedzonka, w końcu ty i twoi znajomi obnosicie się ze swoją szlachetnością wszem i wobec. Jesteście tacy wspaniali i uwielbiani – wyrzucił ostatnie zdanie z sarkazmem świdrując Syriusza spojrzeniem.
Syriusz skrzywił się. Nie znosił krytyki w jakiejkolwiek postaci a tym bardziej ze strony brata, którego uważał za wpatrzonego w rodziców przyszłego poplecznika Voldemorta. Regulus wyglądał jakby czekał na odpowiedź brata ale widząc, że ten nie ma zamiaru nic powiedzieć zebrał swoje rzeczy i wyszedł bez słowa.
Syriusza zżerała ciekawość, nie tylko zachowaniem brata ale też tym, co mógł robić w nocy. Czy po prostu miał ochotę powałęsać się po Londynie, z różdżką mógł czuć się bezpiecznie i to raczej on stanowił zagrożenie. Dochodząc do wniosku, że to najbardziej prawdopodobna możliwość, zanurzył się w chłodnej wodzie i odbił od brzegu.
Zniekształcone odbicie zegara w tafli basenu wskazywało na 5:30. Przynajmniej przez godzinę nikt nie powinien mu zawracać głowy. Położył się na wodzie i pozwolił minutom płynąć powoli. Jego umysł powoli się oczyszczał i odprężał.
Zupełnie niespodziewanie przypomniało mu się, co Frank mówił w pociągu do Londynu. Czy Voldemort naprawdę chciał northfandzkiej nieśmiertelności? Postanowił spędzić dziś trochę czasu w rodowej bibliotece na parterze i poszukać jakiś dodatkowych informacji. Trochę nieprzypadkowe wydawało się zorganizowanie spotkania czarodziejów właśnie w takich okolicznościach. Coś w tym morderstwie Northfangów musiało wywołać jakieś reperkusje w świecie czarodziejów, tylko jak rodzina Blacków została z tym sprzężona?
Mózg zaczął pracować mu coraz szybciej i leżenie w wodzie przestało być dla niego wystarczająco satysfakcjonujące. Ubrał się szybko i ruszył w stronę biblioteki. Duże wysokie pomieszczenie miało trzy okna wychodzące na niewielki taras od przeciwnej strony niż Grimmauld Place, rosło tam nawet kilka wątłych drzewek i krzewów wokół niedziałającej fontanny.
Biblioteka Blacków kolekcjonowała przede wszystkim traktaty i dzieła poświęcone celebracji czystości krwi i książki historyczne, w których został wspomniany któryś z członków rodziny. Oprócz tego księgozbiór wzbogacony został o dzieła poświęcone botanice, biologii, trochę książek o magicznych zwierzętach Newta Scamandera , dział historii ogólnej oraz książki podróżnicze i geograficzne.
Historia ogólna nigdy nie była pasją Syriusza, zwłaszcza, że w Hogwarcie wykładana była przez profesora Binnsa - najnudniejszego z nauczycieli, i nie chodziło o to, że był duchem, nie - jego monotonny styl prowadzenia zajęć zamieniał nawet najjaskrawsze rebelie goblinów w opis instrukcji dziergania nowego haftu dla Kółka Gospodyń Magicznych. Statystyczny czas, po którym zasypiał na tych lekcjach to około 8 minut.
Z nadzieją zaczął od najbardziej uniwersalnego źródła wiedzy jaką jest Wielka Encyklopedia Magiczna w 16-tu tomach, każdy ważący po kilkanaście funtów. Z Encyklopedii uzyskał skromną informację, że Northfangowie wywodzi się z Azji, pojawili się w okolicach XIV wieku i należą do rasy ludzkiej ale z domieszką krwi gatunku wróżkowatego, oraz, że są związani z Wielką Bramą, która po zaginięciu w wieki XIX spowodowała ucieczkę Northfangów do północnej Anglii. Cała informacja była dość enigmatyczna i najwyraźniej autor zakładał, że czytelnik zna od razu pojęcia takie jak Wielka Brama czy gatunek wróżkowaty. Ze względu na spory księgozbiór dotyczący biologii zabrał się najpierw za to drugie. Sięgnięcie po kolejny wielki tom Encyklopedii, żeby odszukać termin Wielka Brama zostawił sobie na później.
Gatunek wróżkowaty opisany został w księdze „Rasy Nieludzkie" pióra profesora Andruta. Według informacji, które zgromadził profesor podczas badań w górach Tien-Szan w wiosce, do której jeszcze nie dotarła ani cywilizacja ani czarodzieje, wróżkowaci mogli wywodzić się od starożytnych elfów, co potwierdzał kształt ich struktury kostnej oraz dłuższy czas życia. Przejawiali też skłonności czarodziejskie, chociaż ich magia miała ścisły związek z siłami natury - tutaj profesor Andrut wysuwa śmiałą hipotezę, że legendarni druidzi też mogli należeć do gatunku wróżkowatych. Kolebką ich życia była środkowa i wschodnia Azja, ale często też podróżowali i wynikowo mieszali się z Mugolami, jak również czarodziejami. Niestety profesor Andrut nie był w stanie odnaleźć przypadków takich połączeń, choć zapewniał, że jest to możliwe, choć istniała spora szansa, że dziecko z takiego połączenia będzie charłakiem.
Z lektury wyrwało go pukanie do okna. Zobaczył swoją rudą sowę Puszka obijającego się o okno i starającego się rozpaczliwie zwrócić na siebie jego uwagę. Z uśmiechem wpuścił go do środka i otworzył list od Jamesa.
Łapo!
Ty to masz szczęście, starzy sami Ci podtykają pod nos dziewczyny, a Ty masz tylko wybierać, tak? Farciarz. Pamiętaj tylko, żeby najpierw przekonać się jak naprawdę wyglądają bez makijażu, to bardzo ważne, uwierz mi, nie chcemy powtórki z Teodorą Gilis, prawda?
Wiem, że kiepsko się czujesz na Grimmauld i współczuję. Jedynym rozwiązaniem jest to, żebyś jak najszybciej przyjechał do nas, to niedaleko.
Co do szykującej się u Ciebie imprezy zastanawia mnie obecność Egona Wintera. Z tego co słyszałem to samotnik, który nie chciał do tej pory mieć nic do czynienia ze światem czarodziejów. Żył zaszyty w tych swoich górach w Austrii i nikt o nim nie słyszał od kilku dobrych lat. Nie mam pojęcia co wpłynęło na taką nagła zmianę. Moja matka mówiła, że słyszała, ze nabył horrendalnie drogi apartament wraz ze swoją siostrą i rzeczywiście mają zamiar się tam wprowadzić.
Umieram z ciekawości jak ta impreza będzie wyglądała, pamiętaj, żeby mi to opisać.
Trzymaj się!
Rogacz
Złożył papier na dwoje, wsunął go do tylnej kieszeni dżinsów i wrócił do lektury „Ras Nieludzkich". Zaczął czuć lekkie zaciekawienie. Według tego, co uczyli ich w szkole używanie różdżki było niezbędne do wszelkich złożonych zaklęć. Oczywiście z wiekiem, tym najbardziej utalentowanym udawało się opanować najprostsze rzeczy bez pomocy katalizatora ale często były to jedynie zaklęcia przywołujące i lewitujące. Spotkanie z kimś kto jest w stanie dokonać o wiele więcej mogłoby się okazać interesującym doświadczeniem. Może to nie będzie ostatecznie stracony czas?
Greg Cormac nigdy nie sprawiał wrażenia, żeby bał się podejmowania jakiejkolwiek pracy. Już drugie wakacje spędzał pracując dla banku Grngotta. Wierzył, że po skończeniu Hogwartu dostanie bardziej perspektywiczne propozycje zarobkowe niż jego niedoświadczeni i nieskażeni pracą zarobkową rówieśnicy. Do tego czasu kolejne wakacje spędzał jako kurier Gringotta.
Greg poprawił zaklęcie odstręczające, które zaczęło lekko opadać z prawej strony i odsłaniało skrawek skórzanej torby z logo banku wypchanej depozytami ze skrytek. A przynajmniej jednym depozytem, na szczęście już ostatnim na dzisiaj.
Zaklęcie powinno maskować kuriera przed oczami postronnych obserwatorów. Po poprawce Greg wyglądał jak niegroźny, lekko ciamajdowaty 30-letni księgowy, który poprawiając okulary ruszył niespiesznie w stronę wąskiej uliczki.
Adres dostawy przesyłki nie należał do tych jasno sformułowanych w stylu Baker Street 80, lokal 14, komoda na lewo od wschodniego okna. Nie ten. Adres dostawy przesyłki głosił: Ofelia Street, gablota Garrowaya.
Praca Grega polegała na dostarczaniu często bardzo wartościowych depozytów do odbiorców, którzy z rożnych powodów nie mogli sobie pozwolić na osobistą wizytę w banku. Zazwyczaj byli to starsi czarodzieje, nie tolerujący już podróży proszkiem Fiuu bądź zaufani i tajemniczy klienci banku Gringotta.
Kurierzy byli osobami o nieposzlakowanej opinii, z krystalicznie czystym kontem, poddawani przed wybraniem testom i egzaminom a następnie wyposażeni w silne zaklęcia zabezpieczające przed ewentualnymi napadami rabunkowymi.
Ofelia Street była całkowicie opuszczonym, wąskim przesmykiem pomiędzy dwiema starymi kamienicami odwróconymi do siebie bokiem jakby były na siebie obrażone. O ile bogate fasady kamienic skierowane były w stronę głównej ulicy , o tyle wzdłuż przesmyku nie zdobiło ich nic oprócz jednolitej, szarej ściany. Jedynie niskie niepozorne drzwi schowane za wąskimi schodami w dół przy jednej ze ścian stanowiły nieciągłość w szarej masie.
Greg ociągając się zszedł kilka stopni w dół i zastukał potężna, toporną kołatką. Dźwięk był głuchy jakby uderzył w ścianę grubego kartonu pustego pudła. Uliczka wydawała się nienaturalnie długa , Greg podejrzewał magiczne zagięcie przestrzeni. Mimo to, obskurne drzwi wydawały się jedynym miejscem, gdzie można zostawić przesyłkę.
Mosiężna tabliczka obok drzwi głosiła, że jest to miejsce hodowli gadów domowych.
Zaskrzypiało i w środku pojawiła się pomarszczona twarz kobiety.
-Czego szuka ? - warknęła niezbyt uprzejmie.
-Dzień dobry - Greg zauważył, ze kobiecie brakuje kilku przednich zębów i zdecydowanie nie przykłada wagi do higieny jamy ustnej - szukam... gabloty Garrowaya..?
Kobieta zmierzyła go dlugim spojrzeniem, wymruczała coś pod nosem i cofnęła się do środka zostawiając uchylone drzwi.
- Niech wejdzie! - ze środka dobiegł jej głos zniekształcony odbiciem od ścian.
Greg zmarszczył nos i niepewnie przekroczył próg, pamiętając o przypadkach napadów na kurierów opisywanych na szkoleniach teoretycznych.
- Za pół godziny zamykamy - zaskrzeczała kobieta materializując się tuż obok i powodując, że Greg nie zdołał powstrzymać dreszczu wstrętu.
- Rozumiem, gdzie znajdę ga...
-Ciii! - wysyczała - tam idzie!
Wskazała ręką w głąb korytarza, na końcu widniało wejście do większego pomieszczenia. Greg minął kilka wypchanych eksponatów jaszczurek i wszedł do sali wypełnionej klatkami i terrarium z różnymi gadami. Na ścianie po lewej stronie widniała skromna, szklana gablotka poświęcona pamięci słynnego animaloga Alana Garrowaya. Znajdowało się tam kilka wycinków z „Proroka Codziennego" opisujących badania naukowca oraz zdjęcie smukłego czarodzieja w kapeluszu, spod którego wystawały odstające uszy. Zdjęcie mrugnęło do niego.
- Co tam synku, masz coś dla mnie?
Greg niepewnie sięgnął w kierunku torby. Z prawej dłoni nie wypuszczał różdżki. Tak na wszelki wypadek. Zdarzało mu się już dostarczać przesyłki istotom, które nie należały do gatunku ludzkiego, skrzatom, trytonom, nawet myślącym drzewom, ale nigdy nie powierzał przesyłki zdjęciu dawno nieżyjącego czarodzieja. Nie mógł jednak sobie przypomnieć żadnego przepisu w kodeksie, który zabraniałby takiego postępowania.
-Przesyłka o numerze 1328, poproszę o hasło.
Garroway wyprostował się na zdjęciu i wyrecytował.
- Nie pozwól złu i ciemności panować nawet nad najmniejszą cząstką jestestwa twego, albowiem nawet najmniejsza część i wola jej...
-Ok, ok, już wystarczy - Greg machnął różdżką i otworzył klapę torby - nie wiem dlaczego cytaty z „Profilaktyki opętania" są tak popularne jako hasła odbioru.
Zważył paczkę w dłoni - była ciężka i z pewnością zawierała spora sumę złotych galeonów.
- Gdzie mam to zostawić?
Zdjęcie Garrowaya wzruszyło ramionami.
- Połóż obok legwana - mruknął bez cienia zainteresowania - i podejdź tu chłopcze, chcę nadać przesyłkę.
- Ty?.. - to już zaczynało być coraz bardziej dziwne - ja... nie wiem czy mogę...
- Oczywiście, że możesz - fuknęło zdjęcie - artykuł 714, paragraf 6: „Kurier zobowiązany jest do podjęcia przesyłki zwrotnej w przypadku, gdy nadawca nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, a jest klientem Banku Gringotta, bla, bla, bla..." a tak się składa, ze JA należę do bardzo wpływowych klientów Gringotta i jak widać na załączonym obrazku - nie samodzielne funkcjonowanie trochę mam ograniczone - zachichotał z własnego żartu.
Greg mruknął coś ze zrezygnowaniem i podszedł do gabloty.
Coś kliknęło od środka i gablota uchyliła sie na kilka centymetrów. Greg dopiero teraz, pod kątem mógł przyjrzeć się jak misternie była opleciona zaklęciami ochronnymi. W środku, w samym rogu leżało maleńkie pudełko. Greg podniósł je i sięgnął po pióro.
- Numer przesyłki 1416, jaki adres dostarczenia?
-Gabinet Algera Gringotta, punktualnie o 11:30 w piątek dwudziestego drugiego lipca
-Hasło?
-„Znalazłem szafir w morzu szafirowym".
Greg zanotował adres i hasło na formularzu banku. Do jego obowiązków nie należało komentowanie ani osobliwości adresu dostarczenia, ani pretensjonalności hasła, które było wersem ze łzawej ballady niższych lotów. Litery zabłysły na formularzu i zniknęły. Będą mogły zostać odczytane tylko przez upoważnionego do tego pracownika.
- Coś jeszcz...?
-Idź już!- warknął obraz czarodzieja- i popraw ten czar po prawej stronie, odpada od ciebie dzieciaku!.
Greg wymruczał jakieś pożegnanie i odprowadzany sykiem jaszczurek ruszył w drogę powrotną na Pokątną.
