itp ! serdecznie dziękuję Ci za komentarz! Przyznam, że nie planowałam publikować tutaj Jaskini z tego względu, że mam problem z publikacją tekstów na i ostatnio odkryłam, że wszystko niemal, co dałam, mimo mojego formatowania, jest totalnie rozjechane i nie widać przerw między kolejnymi fragmentami ^^ Ale przytargałam się tutaj, bo zostałam o to poproszona i w sumie.. czemu nie? Trochę walki i jakoś w miarę te rozdziały wyglądają i tutaj :) Dziękuję! Tobie wszystkiego dobrego w nowym roku, bo to już niedługo :) I za zwłokę w dodawaniu rozdziałów przepraszam i od razu daję też trzeci, a co :D Cieszę, że Ci się podoba! Ja naprawdę lubię ten tekst.
Betowała cudowna Panna Mi, której serdecznie dziękuję!
2. Co za niecodzienna noc!
― Hej, przystojniaku, mówiłeś, że jak się nazywasz?
Blondynka pokręciła nosem, po czym poruszyła się na krześle w taki sposób, by wszyscy w barze mogli zobaczyć jej idealnie długie nogi oraz czerwoną, koronkową bieliznę widoczną spod rąbka obcisłej spódniczki. Mimo to, ku jej przerażeniu, młody mężczyzna, do którego skierowała swoje słowa, wydawał się tego nie zauważyć. Pochylał się nad stołem, podpierając głowę jedną dłonią, podczas gdy drugą zasłaniał usta, ziewając. Było oczywiste, że utonął w narkotycznym działaniu alkoholu.
Dziewczyna znów się poruszyła, szturchając go w ramię.
― Hej, przystojniaku!
Zmęczone, zielone oczy, ukryte za raczej starymi już oprawkami okularów, zamrugały i otworzyły się.
― Jak masz na imię? ― nalegała.
Chłopak tylko parsknął pod nosem, zwiększając jej rozdrażnienie. Zauważając to, roześmiał się otwarcie tak głośno, że nawet barman spojrzał na niego ze zdezorientowaniem.
― Co jest tak zabawne, okularniku? Mógłbyś przynajmniej kupić mi jakiegoś drinka albo podzielić się swoją whisky, skoro nie chcesz zdradzić mi swojego imienia. ― Prychnęła pogardliwie, potrząsając głową, aż jasne włosy opadły jej na ramiona.
― Uwielbiam mugoli. ― Młodzieniec wyszczerzył zęby. ― Przynajmniej oni nie znają mojego imienia.
― Wydaje ci się, że jesteś gwiazdą popu, czy co? I czym są mugole?
Kiedy w odpowiedzi znowu się roześmiał, oblizała swoje pełne, błyszczące wargi i mrugnęła do jakiegoś przystojniaka przy sąsiednim stoliku, który ewidentnie starał się zwrócić na siebie jej uwagę.
― Jesteś do bani.
Znowu odrzuciła głowę, odwracając się do innego mężczyzny, by i mu rzucić uwodzicielskie spojrzenie.
― Nazywam się Harry Potter, laleczko ― powiedział cicho okularnik, nagle poważniejąc. ― I wkrótce mam spotkanie z pewnym diabelnym draniem, który chce zakończyć moją egzystencję, więc wyświadczysz mi ogromną przysługę, jeśli będziesz pamiętała jutro moje imię.
Blondynka spojrzała na niego poirytowana.
― Przyszedłeś tutaj spotkać się z kolegą? Myślałam, że masz zamiar cieszyć się moim towarzystwem!
Harry mimowolnie zachichotał, podnosząc się, po czym wcisnął jej w dłoń srebrną monetę i skinął głową na drugiego faceta.
― Po prostu idź i kup mu drinka albo dwa, cokolwiek… Zapewnij sobie moim kosztem przyjemny wieczór. Nie będziesz jedyna.
Szczęka jej opadła i szybko sprawdziła monetę, a następnie spojrzała na trzymaną w dłoni szklankę. Próbowała dostrzec w niej, co takiego było z nią nie tak, skoro jej towarzysz wyraźnie zamierzał ją opuścić. Tymczasem Harry założył na siebie ciepły sweter, wziął ze stołu butelkę whisky i przeszedł nieco chwiejnym krokiem w stronę drzwi, kompletnie ignorując jej zdezorientowane spojrzenie.
Kiedy Harry opuścił ten dom rozpusty, wziął kolejny łyk palącego płynu. Oto gdzie jest ― on, Wybawca czarodziejskiego świata. Samotny, pośrodku pustej ulicy pełnej cieszących się złą sławą domów. Harry nie był bezdomny, chociaż na takiego wyglądał, kiedy oparł się o kosz na śmieci. Skrzywił się, gdy uświadomił sobie, że wolałby stracić dach nad głową, niż mieszkać w ponurym Grimmauld, które pełne było duchów przeszłości. Ale, szczerze mówiąc, sytuacja nie była najgorsza. Co ciekawe, znalazłoby się jeszcze kilka osób, które nadal go podziwiały, które nigdy nie przestały myśleć o nim jak o najbliższym przyjacielu ― uśmiechnął się, wyobrażając sobie twarze Hermiony i Rona ― a kilku z nich wciąż się nim opiekowało, choć nie było to konieczne ― reszta Zakonu, oczywiście. Jednakże większość czarodziejskiego świata nim gardziła. Właściwie miał szczęście, że mógł pałętać się bez celu, a nie siedział przykuty w Azkabanie z dementorami odpowiedzialnymi za dostarczanie mu regularnej dawki ogromu straszliwych wspomnień, przed którymi nie mógłby uciec.
Chciałby, żeby Voldemort albo go zabił, albo umarł ― cokolwiek, byle nie to, co stało się pod koniec bitwy o Hogwart. Był zmuszony przechodzić przez to w kółko każdej nocy w swoich snach. Najgorszą sceną ze wszystkich była ta, kiedy Riddle ostatecznie zrozumiał, że nie może wygrać i złapał Ginny za ramię, by zrobić z niej żywą tarczę przeciwko klątwom. Harry pamiętał, jak wrzeszczał, kiedy próbował powstrzymać innych od atakowania, jak klął bez tchu, gdy go nie słuchali. Nie mógł zapomnieć widoku zielonego światła, które zakończyło jej życie i czuł, jakby i wewnątrz niego coś umierało. Widział, jak Voldemort odrzuca ją od siebie i wyskakuje przez okno, ale nic go to już nie obchodziło. Jedynym, co widział, był mężczyzna, który ją zabił. Może przypadkiem, ale to nie miało dla niego w tamtej chwili znaczenia. Po tym wszystkim, co wycierpiał, przy całym swoim wyczerpaniu po prostu nie mógł przyjąć tego do wiadomości. Pamiętał, jak skierował swoją różdżkę na tego faceta i torturował go, aż niemal sprowadził go na skraj szaleństwa. Nie było dla niego istotne, kto to przerwał i jak, był już odrętwiały i pusty. Nawet kiedy go przepytywali, oskarżając o zdradę i dołączenie do Mrocznej Strony, jego umysł był otępiały.
Wziął długi łyk whisky. Trochę mu pomagała.
Harry uważał, że mieli jednak kilka powodów, by trzymać go na wolności. Po pierwsze, Voldemort wciąż żył. To był dobry powód. Tak długo, jak nie udowodnili mu przynależenia do Mrocznej Strony, do której definitywnie nie należał, pozostawał według przepowiedni jedyną osobą, która mogła pokonać Czarnego Pana. Po drugie, miał wielu przyjaciół należących do Zakonu i oni zawsze próbowaliby go ochronić, nawet w obliczu pracowników ministerstwa. Po trzecie, Wizengamot jest zbyt zajęty dochodzeniami w sprawie śmierciożerców. Naprawdę nie chcieliby umieścić pośród nich swojego "wybawiciela".
Kolejny łyk whisky.
Harry zatrzymał się, przerywając swoją chwiejną wędrówkę, po czym spojrzał w górę. Padał śnieg. Jakże spokojnym obrazem były spadające z nieba płatki śniegu, skrzące się w świetle ulicy i pokrywające jego twarz. Gdy topniały, zamieniały się w drobne krople, które spływały mu po policzkach, jakby płakał. Pomyślał, że powinien, jednak już dawno temu wyczerpał wszystkie łzy.
Harry zastanawiał się, dlaczego wszyscy myślą teraz o nim jak o upadłym bohaterze. Istotnie, próbował uratować ludzi, których kochał, ale stracił większość z nich i był już zmęczony tą niekończącą się walką, której nawet nie chciał już kontynuować. Jeśli to robiło z niego upadłego bohatera, to właściwie nim był. Voldemort nawet mu to ułatwił, znikając Merlin raczył wiedzieć gdzie. Nie miał nic przeciwko. Sam chciał, aby zostawiono go w spokoju ze względu na to puste miejsce w sercu, w którym powinna być Ginny. Hermiona i Ron wciąż ze wszystkich sił próbowali przywrócić go do życia i uczynić go chociaż trochę szczęśliwym, ale jak miało im się do udać, kiedy on sam nie chciał współpracować? Kochał ich, oczywiście, ale nie mogli przeżyć jego życia. Tak czy inaczej, alkohol i dziwki sprawiały, że wieczory stawały się znośniejsze. Poranki były straszne. Poczuł ulgę, gdy dostał dzisiaj rano list podczas śniadania. W absolutnie pospolitej kopercie znalazł prostą notatkę zapisaną na kawałku żółtego pergaminu.
Skończmy to tej nocy, Potter. Oczekuję, że przyjdziesz sam.
Pożałujesz, jeśli mnie nie posłuchasz.
Ten pergamin jest świstoklikiem, który aktywuje się automatycznie o północy.
Pożegnaj się ze swoimi "przyjaciółmi".
Lord Voldemort.
Oczywiście nie powiedział niczego przyjaciołom. Aby jeszcze więcej ludzi z nim poszło i dla niego umarło? Nie ma mowy! Napisał im list. Wyjaśnił sytuację, ale nie powiedział im, gdzie go znajdą. To powinno być dla nich prostsze, a przynajmniej taką miał nadzieję. Nie chciał już nigdy więcej widzieć ich cierpienia.
Zachwiał się nieco i zatrzymał, biorąc głęboki oddech. Teraz był naprawdę pijany. To nawet lepiej. Zamierzał nieco pobawić się z Voldemortem. Ostatecznie najwyżej ten szybciej go zabije. Nie było czasu, by ułożyć jakiś genialny plan, genialną strategię, ale to nawet zbytnio mu nie przeszkadzało. Po prostu tam pójdzie i będzie walczył z mężczyzną, który całkowicie go zniszczył. Voldemort ma rację; to musi się teraz skończyć, w taki czy inny sposób.
Rozproszony, potarł czoło.
A propos, która była godzina?
Po kilku nieudanych próbach udało mu się wyciągnąć zegarek z kieszeni w spodniach i skupił wzrok na jego rozmytej tarczy.
Cholera! Było dwadzieścia minut po północy. Voldemort znowu musiał być na niego kompletnie wściekły.
Harry zaśmiał się ponownie i pozornie obojętnie wyciągnął mały kawałek papieru z tylnej kieszeni. W momencie, kiedy dotknął pergaminu, poczuł silne szarpnięcie w okolicy pępka. Jednak zanim zdążył zwymiotować, jego stopy oderwały się od ziemi i został porwany przez mieszaninę wiatru i kolorów.
Harry uderzył w ziemię z głośnym łomotem, tracąc równowagę. Opadł na kolana, rozdzierając spodnie. Jednak to, co najbardziej mu w tej chwili przeszkadzało, to butelka, która roztrzaskała się i z której wylała się reszta płynu.
― Cholera! ― zaklął, walcząc z nudnościami. Próbował wstać i rozejrzeć się po otoczeniu, ale nim mógłby chociaż podnieść głowę, para czarnych butów pojawiła się w zasięgu jego wzroku.
― Znacznie spóźniłeś się na swoją egzekucję, Harry Potterze ― zadrwił wysoki, zimny głos, który z trudem ukrywał złość na to, że musiał na niego tak długo czekać.
Harry otworzył usta, by mu odpowiedzieć, ale jego żołądek nagle się zbuntował, nie mogąc dłużej utrzymać swojej zawartości, więc zamiast to zrobić, zwymiotował gwałtownie na wypolerowane buty i jedwabiste, czarne szaty.
Podczas śmiertelnej ciszy, która po tym nastąpiła, udało mu się unieść głowę i spojrzeć w znajomą, wężowatą twarz z parą wściekłych, krwistoczerwonych oczu.
― Cześć, Riddle. Dawnośmy się nie widzieli, co?
