Do pierwszego września, a tym samym do rozpoczęcia roku szkolnego, zostały już tylko dwie doby. Harry, Ron i Hermiona wrócili właśnie do Kwatery Głównej z zakupów szkolnych i zorientowali się, że są sami w domu.
- Nie uważacie, że to trochę dziwne, że nikogo nie ma? - zapytała Hermiona, gdy zanieśli zakupione rzeczy i książki do pokojów, po czym zeszli do salonu. - Zwykle nie można tutaj znaleźć sobie miejsca, by ktoś czegoś od ciebie nie chciał.
- Wszyscy mają pełno obowiązków – rzekł gniewnie Harry. - Hermiona, oni nie mają takich zmartwień jak to, czy zastaną jeszcze w sklepie wybrane podręczniki do szkoły.
- W sumie masz rację – przyznał Ron, gdy zasiedli w fotelach.
- No tak... - Hermiona wlepiła spojrzenie w podłogę. - To dosyć... głupie, że jesteśmy osobami, które najmniej wiedzą i najmniej robią.
- A prawda jest taka, że już od początku to my działaliśmy zawsze najwięcej, nie? A teraz po prostu nas do niczego nie chcą dopuścić. Wieczorem będzie to spotkanie Zakonu, na którym będziemy mogli uczestniczyć. Powiem wam, że to wielki zaszczyt – stwierdził ironicznie Harry.
- Zgadzam się poniekąd z Syriuszem jednak – powiedziała nagle Hermiona, patrząc na Harry'ego. - Bo jesteś bardzo cenny w tym wszystkim, wiesz? I myślę, że gdyby miało ci się coś stać podczas działań, a później okazałoby się, że bez ciebie Sam-Wiesz-Kto byłby nie do pokonania, to nie uważasz, że byłoby źle?
- Ale Hermiona, chodzi też o to, że mogliby po prostu udzielać mi informacji. A tymczasem nie wiem zbyt wiele. Można powiedzieć, że to ja widziałem Voldemorta i z nim walczyłem, byłem przy jego odrodzeniu, moja krew przyczyniła się do tego, że odzyskał swoją postać, a mimo wszystko wiem najmniej o wszelkich poczynaniach Zakonu.
- I tak zostanie – usłyszeli głos dochodzący z korytarza.
Odruchowo wszyscy gwałtownie wstali i wyciągnęli różdżki. Do salonu wszedł Snape, również z wyciągniętą różdżką. Nim Harry zdążył coś powiedzieć, odezwał się Snape:
- I co możecie mi zrobić, skoro nie wolno wam używać magii poza Hogwartem? - uśmiechnął się złośliwie. - Potter, zapomniałeś już o swoim przesłuchaniu, które miało miejsce ponad dwa tygodnie temu? Gdyby nie to, że Dumbledore zjawił się, by jak zwykle cię uratować, nie musiałbyś dzisiaj wybierać się na Pokątną i robić szkolne zakupy. W ogóle nie byłoby ci to potrzebne, ponieważ do Hogwatu byś nie wrócił już więcej. A twoja różdżka, którą teraz mierzysz we mnie, co uwierz mi, jest wielkim błędem, byłaby już złamana na dwie części. Brzmi przerażająco, prawda?
- Śledził nas pan?! - zapytał Harry, nie spuszczając różdżki. Hermiona i Ron natomiast już to zrobili. Wiedzieli, że mimo wszystko Snape jest po ich stronie. Harry również to wiedział, jednak nienawiść wzięła górę.
- Widziałem cię na Pokątnej. Pajaca w okularach i roztrzepanych włosach nie można z nikim pomylić. No, chyba że z twoim ojcem, tyle że on raczej nie mógł dziś być na Pokątnej... Wczoraj chyba też nie...
- CZEGO TU CHCESZ? - ryknął.
- Nie takim tonem, Potter. Poza tym masz do mnie zwracać się trochę grzeczniej.
- Kto pozwolił ci tu wejść?
- A kto pozwolił tobie mówić do mnie na ty, co?! - wrzasnął Snape, którego opanowanie poszło w tym momencie na spacer. - Ja w przeciwieństwie do ciebie jestem członkiem Zakonu Feniksa. Możesz z tego wywnioskować, że zaledwie niewielkiej garstce ludzi można ufać. Tacy właśnie należą do tej organizacji.
- Że niby PROFESOROWI można ufać? - zapytał z drwiną w głosie.
Nagle jego bliznę przeszył ból, zupełnie niespodziewanie zobaczył przed sobą obraz umierającego Cedrika. Zobaczył Voldemorta. Glizdogona. Poczuł znów tą wściekłość. PANUJ NAD SOBĄ, PANUJ!, krzyczał do siebie w myślach.
- Harry! HARRY! - słyszał gdzieś w oddali głos Hermiony i Rona, jednak nie potrafił wrócić do świadomości.
Widział przed sobą tylko Voldemorta. Wściekłego. Równie wściekłego, jak on, Harry. To niemożliwe. Przecież on nie może być taki jak Voldemort! Nie. Proszę, niech mnie coś uratuje, błagał Harry. Nie chciał czuć tego bólu. Zarówno fizycznego – blizna, oraz psychicznego, który nieustannie ostatnimi czasu mu towarzyszył. Nie mógł pozbyć się tych negatywnych uczuć... Czuł, że dzieje się coś bardzo niedobrego... I wiedział, że ma to coś wspólnego z Voldemortem.
- Potter? - otworzył oczy i zobaczył czarne oczy wpatrujące się w niego.
Snape. Harry usiadł gwałtownie, gdy zobaczył go nad sobą. Nie zrobił jednak nic więcej. Nie miał na to siły. Wciąż znajdował się w salonie w domu przy Grimmauld Place 12. Różnica była jednak taka, że za oknem było już ciemno, a on nie stał z różdżką w dłoni, tylko siedział na ziemi. Hermiona i Ron stali obok kominka i gdy ich przyjaciel tylko się ocknął, uklękli przy nim. Zamienili się rolami z Severusem, który dotąd klęczał nad nieprzytomnym Harrym, a sam teraz wstał i podszedł do kominka.
- Gdy zjawi się Dumbledore a mnie nie będzie, przekażcie mu, że na pewno pojawię się o umówionej godzinie – rozkazał, po czym wszedł w płomienie i zniknął, rzucając wcześniej proszkiem Fiuu.
- Co się stało?! - zapytali wszyscy w trójkę jednocześnie.
- Harry, co się z tobą działo? - zapytała po chwili ciszy Hermiona.
- Stary, całkowicie odpłynąłeś i to na dwie godziny. Wcześniej chyba tak nie było, co? A przynajmniej nie tak... bez powodu – zauważył Ronald.
- Nie wiem co się stało – przyznał całkiem szczerze, dotykając bliznę, która jeszcze niedawno tak bardzo go bolała. - Zobaczyłem przed sobą nagle JEGO i... nie wiem, po prostu... straciłem świadomość, chociaż mocno walczyłem, żeby się tak nie stało.
Harry pominął opowieść o swoich stanach wściekłości, które nie dawały mu spokoju nawet chwilę przed utratą świadomości. Wiedział, że i tak Ron i Hermiona widzą, przebywając w jego towarzystwie, jak łatwo się denerwuje, ale stwierdził, że na pewno brali to jako to, że niedawno walczył z Voldemortem i do tej pory jeszcze w pełni się z tego nie otrząsnął. A tymczasem to nie chodziło wcale o to. On po prostu czuł wewnątrz tą rodzącą się w jego sercu złość, która czasem rosła, a czasem malała...
- A tu co się działo?
- Wrzeszczałeś na Snape'a a potem nagle twoje palce powędrowały do blizny i już wiedzieliśmy, co się dzieje – powiedziała Hermiona. - Ale nie sądziliśmy, że po chwili zaczniesz wrzeszczeć, wić się na podłodze, i wkońcu zemdlejesz. Na początku myśleliśmy, że to Snape rzucił na ciebie jakieś zaklęcie, jednak on był bardziej wystraszony niż my. Słowo daję – rzuciła szybko, gdy zobaczyła w oczach przyjaciela wyraźne powątpiewanie. - Próbował coś czarować nad tobą, gdy się tak wiłeś, ale nic nie pomagało. Potem nagle zemdlałeś, to ukląkł przy tobie i też coś mruczał, nawet wlał ci do ust jakiś eliksir. I na pewno robił to, by cię ratować, bo kilka zaklęć które wymawiał znam, i na pewno nie były złowrogie. Klęczał przy tobie, potem wstawał i siadał na sofie, potem przechadzał się tam i z powrotem, i znowu przyklękiwał...
Nagle usłyszeli skrzypienie, odgłos otwieranych drzwi, przekręcania klucza. Spojrzeli na zegar. Była już dwudziesta. Czas na zebranie członków Zakonu Feniksa, w którym wyjątkowo pozwolono im uczestniczyć. Nim Harry zdążył wstać z ziemi, do pomieszczenia wszedł Dumbledore, patrząc na niego z góry. Harry spodziewał się, że zaraz znów poczuje wściekłość, wkońcu to przez rozkaz Dumbledore'a był odcięty od informacji, jednak jego widok dodała mu swego rodzaju otuchy.
Siwobrody czarodziej podszedł do niego i wyciągnął ku niemu dłoń.
- Nigdy nie patrz na nikogo z góry, chyba, że pomagasz mu wstać – uśmiechnął się do niego lekko, a Harry chwycił jego dłoń i wstał, patrząc mu w oczy. - Miło cię widzieć, Harry.
