1. Czwartek. A w czwartki –

Sever ma koszmarki.

(Po butelce wina się rymowało, przysięgam!)


Severus nie był pewien, czego powinien spodziewać się po ostatniej rozmowie z Minerwą. Na wszelki wypadek wstał wcześniej niż zwykle, trzy razy sprawdził, czy na jego szatach nie ma żadnych plamek albo dziur, usunął zaklęciem cienie pod oczami, a nawet umył włosy. Czuł się nieco idiotycznie, ale nie chciał dać Gryfonom żadnego punktu zaczepienia. Wczorajsza obecność Pottera i Weasleya pod pokojem nauczycielskim sugerowała, że będzie mu to potrzebne.

Czym ja się martwię? – zbeształ się w myślach. W końcu udowodnię Minerwie, że nie mają ze mną szans nawet bez szlabanów i punktów! W końcu to kwestia sprytu i inteligencji, którą żadne z nich nie grzeszy!

Wbrew swoim wewnętrznym zapewnieniom, zaczynając podwójne eliksiry z siódmym rokiem, Severus czuł się niezbyt pewnie. Mimo to starał się niczego nie okazywać. Jeszcze tylko brakowało, żeby bachory zaczęły myśleć, że się ich obawia! Niedoczekanie! Snape machnął różdżką ze złością i na tablicy natychmiast pojawiły się instrukcje warzenia jednego z trudniejszych eliksirów przeznaczonych na ten semestr. Co prawda wcześniej planował przerobić go dopiero w drugiej połowie grudnia, jednak uznał, że im więcej pracy będą musieli włożyć w przygotowanie mikstury, tym mniejszą będą mieli ochotę na wykorzystywanie sytuacji.

Ku uldze Severusa sposób wydawał się działać. Gryfoni skupili się na zadaniu i nie wydawali się… Cóż, nie wydawali się żadni. Wyglądali całkiem normalnie, co jednak nie uspokoiło nauczyciela. Siedział jak na szpilkach i bacznie obserwował uczniów. Stała czujność! – huknął mu głosik w głowie, który dziwnie przypominał głos pewnego aurora. Zaczynam mieć paranoję jak Szalonooki, jęknął w duchu Snape i spróbował się odprężyć.

Kiedy Severus zmusił się do przymknięcia oczu, jego wysiłki w osiągnięciu nirwany zostały nagle przerwane. Coś eksplodowało. Mężczyzna zerwał się na równe nogi i z przyzwyczajenia spojrzał na Longbottoma. Kociołek chłopaka był jednak cały, natomiast spod ławki obok wyczołgiwał się właśnie nie kto inny jak Ronald Weasley. Snape z mściwą satysfakcją obrzucił pobojowisko spowodowane przez ten ryży efekt beztroskiego podejścia do planowania rodziny.

– Weasley – wymruczał nauczyciel z prawdziwą przyjemnością. Nie mógł wlepić szlabanu ani odjąć punktów, ale z pewnością powinien jakoś zareagować… – Zostaniesz po zajęciach, znajdziesz jakąś starą szmatę i wysprzątasz dokładnie rezultat swojej rażącej ignorancji.

Gryfon zarumienił się lekko, wrócił na miejsce i spojrzał z niewinną miną na profesora.

– A nie szkoda panu szaty?

Severus miał ochotę odgryźć sobie język.


Na wszelki wypadek Severus spędził przerwę obiadową w swoich kwaterach. Wolał nie narażać się na durne docinki kolegów, a miał nieodparte wrażenie, że historia o zdarzeniu na eliksirach obiegła już całą szkołę. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i poprosił skrzata o posiłek. Nie cieszył się jednak zbyt długo samotnością. Gdy tylko zaczął jeść, w kominku pojawiła się głowa Lucjusza. Snape skrzywił się mimowolnie, ale zaprosił gościa do środka.

– I jak ci idzie nasz mały sabotaż, Severusie? – spytał Malfoy bez wstępów.

Nauczyciel skrzywił się ponownie. Pomysł z popiersiem Salazara atakującym Pottera wydawał mu się całkiem dobry, jednak mistrz eliksirów nie przewidział, że bachor – zamiast rzucić Dracona i uciec w popłochu – pozwoli mu się przytulać, pocieszać i głaskać, głaskać, na litość Slytherina!, po podpuchniętym policzku.

– Umiarkowanie – odparł dyplomatycznie. – Co prawda Potter prezentuje się teraz nieco gorzej niż wcześniej, ale Twój syn… Cóż, okazuje się, że nie jest specjalnie wybredny.

Lucjusz uniósł brwi.

– To bardzo niedobrze, Severusie. Bardzo, bardzo niedobrze. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakie konsekwencje musiałbyś ponieść, gdyby twoje szpiegowanie Dumbledore'a wyszło na jaw, prawda?

Snape całą siłą woli powstrzymał się od przewrócenia oczami. Właściwie to nawet chciałby zobaczyć, jak Malfoy próbuje przekonać dyrektora o jego nielojalności, nie wspominając już o reakcji Czarnego Pana na zdemaskowanie jego wtyczki, ale… Brak wiedzy Lucjusza niczego nie zmieniał. Musiał grać.

– Oczywiście zdaję – odparł kwaśno. – Problem w tym, że w ciągu najbliższego tygodnia prawdopodobnie…

– Prawdopodobnie poinformujesz mnie osobiście, że sprawa załatwiona. Czyż nie, Severusie?

Tym razem Snape nie musiał nawet udawać strachu. Jak ma rozdzielić Pottera i Dracona, kiedy Gryfoni mogą… Kiedy on nie może… Mistrz eliksirów pokręcił bezradnie głową.

– Jak sobie życzysz, Lucjuszu – powiedział w końcu, z cierpiętniczą miną odprowadził spojrzeniem wychodzącego mężczyznę i usiadł za biurkiem.

Musiał ułożyć plan. Plan nieco bardziej finezyjny niż fizyczne ataki skierowane w Pottera. Jak teraz o tym myślał, rozumiał, że nie była to najlepsza droga. W końcu dzieciak był przyzwyczajony do bólu, o, już Czarny Pan o to zadbał, więc podbite oko raczej nie mogło zrobić na nim wrażenia. Snape podrapał się końcówką pióra po haczykowatym nosie. Tak, Potter był przyzwyczajony do wielu rzeczy, zapewne, ale Draco… Draco miał zawsze to, czego chciał. Oczywiście Severus nie mógł skrzywdzić syna Lucjusza, nie fizycznie, ale… Gdyby tak go ośmieszyć? Malfoyowie zawsze byli wrażliwi na opinię publiczną, więc gdyby tak ten związek powoli… bardzo powoli… stawał się dla młodego Ślizgona coraz bardziej uciążliwy, coraz bardziej narażał go na nieprzyjemności, to może zerwanie z Potterem jawiłoby się jako jedyne rozsądne wyjście? Severus uśmiechnął się pod nosem. Zadowoli Lucjusza, a jednocześnie zemści się na tym Półgłówku-Który-Miał-Czelność-Przeżyć za wszystkie nieodebrane punkty i nierozdane szlabany. Idealnie. A skoro idealnie, to nie ma na co czekać, uznał mistrz eliksirów i pogalopował na poszukiwania zakochanej pary.


Harry i Draco postanowili skorzystać z ciepłego dnia, prawdopodobnie jednego z ostatnich tej jesieni, i po pospiesznie zjedzonym obiedzie poszli nad jezioro. Sądząc po tłumach rozłożonych na błoniach, nie byli jedynymi, którzy wpadli na podobny pomysł, ale nikt nie zwracał na nich większej uwagi. Harry uśmiechnął się leniwie, zwracając twarz ku słońcu, i machinalnie bawił się włosami leżącego mu na kolanach Draco. Czuł się taki… zadowolony, po prostu. Po burzy w konserwatywnych mediach czarodziejskiego świata wywołanej wiadomością, że ich cenny Wybraniec gustuje w istotach pozbawionych biustu, za to wyposażonych w… ekhem… poranny zarost na twarzy, nie pozostał już nawet ślad. Wspaniałomyślnie wybaczono mu te „godne pożałowania ekscesy", a nawet to, że obiektem tychże był syn znanego śmierciożercy. Potter wolał myśleć, że magiczne społeczeństwo nieco dojrzało, ale nie mógł nie doceniać potęgi konferencji prasowej zwołanej przez Hermionę, na której przyjaciółka delikatnie zasugerowała, że Zbawiciel może nie chcieć zbawiać świata lubującego się w artykułach o tym, co tak naprawdę stało się z jego Nimbusem 2000 i do czego aktualnie służy mu Błyskawica.

– Ej, a może byś tak uważał? Moje włosy same się nie ułożyły – zaprotestował nadąsany Draco, wyrywając Harry'ego z zamyślenia.

– To się przestań wiercić.

– Nieważne, i tak musimy wracać. Chodź, zaraz transmutacja.

Harry westchnął i zaczął się niechętnie podnosić, co wywołało kolejną falę protestów wciąż leżącego na nim Dracona.

– Cicho, patrz, kto tu idzie – rzucił Gryfon i ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w zbliżającą się ciemną postać. Nie lubił Snape'a, ale czas, kiedy marzył, by mu dokuczyć, minął. Teraz wszystko układało się po jego myśli – miał kochającego chłopaka, przyjaciół, którzy od razu (prawie wszyscy) lub po jakimś czasie (Ginny) zaakceptowali jego związek, przybraną rodzinę (Weasleyowie) i jeśli już naprawdę musiałby szukać jakichś wyzwań, to miał też Voldemorta. Naprawdę, nie potrzebował Severusa Snape'a, wszystkie role w jego życiu były obsadzone. Chciał tylko świętego spokoju, ale akurat tego – jak Harry mógł zauważyć podczas ostatniej wizyty u Dracona w lochach – nauczyciel nie potrafił mu dać.

– Proszę, proszę – zaczął Snape i rozejrzał się szybko dookoła. Co prawda nad samym jeziorem nie było nikogo poza Potterem i Malfoyem, ale uczniowie na błoniach przyglądali się z ciekawością zaistniałej sytuacji. Mistrz eliksirów uśmiechnął się z zadowoleniem. O to chodziło, potrzebował publiczności. Przez ułamek sekundy zastanowił się nawet, czy nie przesadzi, ale w końcu poważne sytuacje wymagały radykalnych środków. – Kogo my tu mamy… Dwóch homosiów na plaży…

Tu i ówdzie rozległy się chichoty. Snape, ukontentowany reakcją widowni, spojrzał na stojącą przed nim parę, ale chociaż Draco wydawał się zaskoczony, Potter przyglądał mu się ze znudzeniem i jakby… znużeniem? A gdzie święty gniew i oburzenie? – zapytał sam siebie Severus. Gdzie histeria? Gdzie rozpacz?

Na nieszczęście dla mistrza eliksirów nie zanosiło się na żadną z tych rzeczy. Potter objął nawet Dracona i już-już zamierzał odejść bez słowa, gdy nagle zmienił zdanie i odwrócił się do nauczyciela.

– Dwóch? Teraz raczej trzech, proszę pana – powiedział spokojnie.

Severus nie wiedział, co zszokowało go bardziej. Bezczelność chłopaka czy to, że jego ton był absolutnie pozbawiony jakiejkolwiek złośliwości. A może to, że – jaki by ten głos Pottera nie był – bachor mówił całkiem głośno. Głośno na tyle, że wszyscy zgromadzeni przed zamkiem pokładali się teraz ze śmiechu. Snape potrząsnął głową. Nie mógł puścić tego płazem. A więc…

– Pięćdziesiąt pun… Szlaban z… A idź do diabła, Potter!

– Klucze od pańskich komnat, proszę.


Severus dla własnego bezpieczeństwa na resztę przerwy obiadowej zaszył się w pokoju nauczycielskim. Zwinął się na fotelu w bardzo nie przystojący mrocznemu sukin… ee… tego, nietoperzowi z lochów kłębuszek i usilnie starał się uspokoić, przywołując z pamięci twarz Lily. Niestety, jego wyobraźnia najwyraźniej została przydzielona do Gryffindoru, bo ewidentnie działała w zmowie z Potterem i spółką – przed oczami mistrza eliksirów wciąż pojawiała się Minerwa z narzędziem zbrodni vel. dziennikiem w ręce. Sfrustrowany Severus już miał się poddać i postawić pod znakiem zapytania swoją nauczycielską karierę (oczywiście o ile istniało cokolwiek, co sprawiłoby, że dyrektor by go zwolnił, no, cokolwiek poza zamordowaniem Pottera), nalewając sobie szklaneczkę Ognistej Whisky, kiedy do pokoju nauczycielskiego wpadł Dumbledore. Snape wlepił pełne rozpaczy spojrzenie w przełożonego, zastanawiając się, jakie połączenie marudzenia i szantażu najszybciej skłoni Albusa do wyrzucenia Minerwy i/lub wszystkich Gryfonów z Hogwartu, ale dyrektor nie dał mu dojść do słowa.

– O, Severusie, tu jesteś – powiedział uradowany. – Doszły mnie słuchy o twojej umowie z Minerwą. Chwalebne, bardzo chwalebne.

– Wspaniale – syknął mistrz eliksirów, z miną sugerującą, że właśnie zjadł cytryny. Dużo cytryn. Naprawdę dużo. Nie ośmielił się jednak zaprotestować wprost – zazwyczaj ci, którzy ściągali Dumbledore'a z jego puchatych idealistycznych obłoczków na ziemię, kończyli nie najlepiej. Na przykład w Nurmengardzie. A Severus nie chciał trafić do Nurmengardu, nawet jeśli nie byłoby w nim żadnych Gryfonów. – Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o zastępczych środkach wychowawczych – powiedział więc tylko, myśląc tęsknie o zawartości biura Filcha.

– Och, Severusie, na pewno nie jest tak źle…

– Oczywiście. Tylko do tej pory dowiedziałem się, że jestem homoseksualnym diabłem w starej szmacie. Nic wielkiego, naprawdę.

– Bez wątpienia oni… hm… muszą tylko przyzwyczaić się do nowej sytuacji, mój drogi – oznajmił Dumbledore jak gdyby nieco mniej pewnie, ale nie uszczęśliwiło to specjalnie mistrza eliksirów.

– Przyzwyczaić się? Przyzwyczaić?! Zdajesz sobie sprawę, co będzie, jak oni przyzwyczają się do tego, że nie można ich ukarać?!

– Em… tego… Dajmy im szansę… A może cytrynowego dropsa? – zapytał Albus, ale na widok miny Severusa natychmiast zmienił zdanie. – O, wiem, dowcip. Na pewno poprawi ci humor, Aberforth mi ostatnio opowiedział…

Snape spojrzał z przerażeniem na dyrektora i przełknął ślinę. Naprawdę, co go opętało, że przeszedł na stronę Zakonu? Jego reputacja została zrujnowana, a ten go pociesza cukierkami? Chce opowiadać dowcipy? Nadzieja jasnej strony, nie licząc Pottera (nie żeby to jakkolwiek poprawiało sytuację), najpotężniejszy czarodziej i… O Wielki Salazarze… Ciekawe, czy wystarczy mi na jakąś małą chatkę w Amazonii, zastanowił się Severus z rezygnacją.

– Więc, chłopcze, wiesz, co słyszy po seksie mężczyzna dobry w łóżku?

– Nie – warknął Snape, modląc się o cierpliwość. Szałas. Choćby szałas.

– A ja wiem – odparł Albus, puszczając mu oko, i wymaszerował zadowolony z pokoju nauczycielskiego.

Severus zaczął pisać list do Gringotta.

A później szukał papierowych torebek – kiedy tylko uświadomił sobie (i wyobraził) implikacje słów dyrektora.


Na lekcję z szóstoklasistami Severus wszedł z mocnym postanowieniem zapobiegnięcia wszystkim wybrykom – w formie odpytywania uczniów przez całą godzinę. Ostatecznie nie mógł odbierać punktów i wlepiać szlabanów, ale groźba uroczego T powinna ich trzymać w ryzach.

– Weasley – warknął, kiedy kolejny z rudych bęcwałów – dla odmiany płci żeńskiej – nie miała zielonego pojęcia, co się w ogóle działo. – Ile razy można powtarzać?! Tujon, tujon, co ci mówi tujon?!

– Nie wiem – odparła spokojnie Ginny. – Do mnie jeszcze nie ważył się odezwać.

Nic więc dziwnego, że czwartoklasiści mieli okazję zobaczyć mistrza eliksirów wściekłego bardziej niż kiedykolwiek. Nauczyciel zaczął od zmieszania ich wszystkich z błotem, zażądał oddania prac domowych, a na nieśmiały protest, z którego wynikało, że nic nie było zadane, oznajmił, że wszyscy uczniowie kłamią, kłamią codziennie, kłamią, gdy tylko otwierają usta, kłamią i już.

– Szczególnie kiedy życzą „dzień dobry" nauczycielom – dodał uprzejmie Dennis Creevey, a Severus opadł na krzesło, ukrył twarz w dłoniach i nie poruszył się aż do następnej lekcji. Dopiero wtedy odetchnął. Na ostatniej godzinie miał, co prawda, znowu Gryfonów, ale pierwszorocznych. Do pierwszorocznych na pewno nie dotarło, co się działo w szkole, a jeśli nawet, to – szlaban czy nie – i tak byli za bardzo przerażeni, by to jakkolwiek wykorzystać. Bo przecież musieli pamiętać jeszcze przemowę z początku roku. Sława, chwała, śmierć, bałwany… Tak, to dobrze działało na uczniów.

Snape rozluźnił się nawet na tyle, by obdarzyć tę bandę potworków namiastką krzywego uśmiechu – poczuł do nich dziwną, niespodziewaną sympatię. Coś jakby braterstwo dusz. W końcu tacy byli mali, niepozorni, wystraszeni… Severus westchnął i przejrzał notatki.

– Hm… Eliksir Słodkiego Snu czy Zapomnienia? Co mam brać? – mruczał, zastanawiając się.

A kiedy jakiś sepleniący jeszcze jedenastolatek podniósł się i poufałym tonem doradził mu, że „nogi za pas", Snape uznał, że to całkiem sensowna propozycja i szybko z niej skorzystał.