Karmelowe i sorbet brzoskwiniowy. Jej ulubiony zestaw. Nie wiedziała, skąd Jean go zna, bo rzadko chodziła na lody i zawsze sama. Wręczył jej lody i objął ją, liżąc swoje. Orzechowe i czekoladowe.
Riza zarumieniła się lekko. Jean zdawał się tego nie zauważać. Żeby tylko Roy nie zobaczył, pomyślała, ja tylko mam go trochę pocieszyć…
Zapach Havoca, który czuła, nie był tylko zapachem papierosów. Był nawet przyjemny… jeśli pominęła dym, oczywiście. O mój Nielsie Bohrze, czy ja się w nim zakochuję?
Nie, odezwał się głosik w jej głowie, przecież jestem tą zimną porucznik, która się NIE zakochuje, aczkolwiek potrafi kochać. Jest jednak niemożliwym, bym się zakochała…
Tak, odezwał się inny głosik, ten wszystkowiedzący, jestem zakochana w Havocu. W Havocu! Roy mnie zabije, jak się dowie, a dowie się szybko!
Ale teraz rozkoszowała się spacerem i smakiem lodów. Czuła się jak nastolatka, która poszła na swoją pierwszą randkę…
Tak, byli tylko na lodach, i odprowadził ją do domu. I przyjacielsko poklepał po plecach. Ale wiedziała, że będzie więcej. Jutro przecież widzą się w pracy…
…o Bohrze! W pracy! A pułkownik… on nas zobaczy…
…pozwolił mi go pocieszyć, ale bycie parą to więcej niż „pocieszenie"…
Riza sięgnęła po swój pamiętnik sprzed kilku lat. Chciała przypomnieć sobie, że Havoc podobał jej się od dawna…
…odkąd zaczęli razem pracować. Później to trochę przycichło, tak, ona też straciła zainteresowanie na rzecz pułkownika, ale… ale wróciło…
Uśmiechnęła się. Może to tak miało być? Może w końcu zostanie Rizą Havoc?
Zaśmiała się z tego. Riza Havoc! Co jej do głowy przychodzi? Było to równie prawdopodobne, jak zostanie Rizą Mustang. Czyli po prostu niemożliwe.
Ale, odezwał się wszystkowiedzący głosik w jej głowie, dlaczego niemożliwe? Havoc to dobry człowiek, tylko trochę samotny, i ja też jestem dobrym człowiekiem, tylko trochę samotnym… w czym więc problem?
Tak, nazwisko Riza Havoc nie było wcale złe…
Riza roześmiała się. I już nie bała się, co powie pułkownik. W końcu serce nie sługa, prawda? To jemu się służy. No, kto by pomyślał, że żelazna porucznik się zakocha w tym nieszczęśliwym palaczu…
Roy to widział. Oni powinni w pracy zwracać się do siebie stopniami wojskowymi, a nie po imieniu. Przy okazji dowiedział się, jak Havoc ma na imię. No i ta niepokojąca chwila, gdy podał jej długopis. Przez chwilę – jakieś dwie sekundy – patrzyli sobie w oczy. A po pracy on ją objął i wyszli razem.
-Chcesz iść na spacer? – zapytał Jean.
-Chętnie, ale najpierw chodźmy po Hayate'a. – zgodziła się Riza. Poszli. Jedna ręką Riza trzymała smycz, drugą – dłoń Jeana. Spacerowali długo, nie spiesząc się.
-A, i wszystkiego najlepszego. – przerwał ciszę Jean. Riza uśmiechnęła się.
-Pamiętałeś! – zawołała. Przytulił ją.
-No pewnie, że pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć o twoich urodzinach? – szepnął jej do ucha. I ją pocałował. Całowali się długo, póki Hayate nie szarpnął smyczą. Wtedy poszli dalej, nie rozplatając dłoni.
-A teraz niespodzianka. – powiedział Jean. – Chodźmy do mnie.
-A Hayate?
-Możesz go wziąć ze sobą.
Niespodzianka… było to bardzo eufemistyczne określenie. To, co przygotował Havoc, było najwspanialszym prezentem, jak w życiu otrzymała Riza.
-Jean… nie powinieneś… - wyszeptała.
-Podoba ci się? – zapytał pożądliwie Havoc.
-Oczywiście… ale… ale nie powinieneś…
-Jak już to przygotowałem, to się nie wahaj. Bierzmy się do dzieła…
-Ale tak od razu?
-A na co chcesz czekać?
Jeżeli ktoś spodziewał się tutaj sceny wyciętej żywcem z pornosa, to się przeliczył. Popatrz na rating kretynie!
-Jeżeli nie zaczniemy, to się zepsuje. – stwierdził Jean, patrząc na ociekający kremem tort. – Sam go zrobiłem…
-Skoro tak, to skuszę się na kawałek. – uśmiechnęła się Riza. Jean zapalił świeczki. Dyplomatycznie – dwadzieścia. O tyle nie mogła się obrazić.
Riza pomyślała życzenie i zdmuchnęła wszystkie jednym tchem. Jean nałożył jej sporą porcję. Po pierwszym kęsie Riza uznała, że podporucznik w kuchni cierpi na przerost treści nad formą. Z wyglądu tort był rozpaćkany, krem spływał z jednej strony, a ułożony z rodzynek napis głosił „WSZYSTKI NAJLEPSZ RIZIE", bo nie wszystkie litery się zmieściły…
…ale za to smak nadał nowe znaczenie określeniu „niebo w gębie".
-Pyszny. –
westchnęła Riza i, nadal trzymając talerzyk, pocałowała
Jeana.
Tymczasem Roy nadaremnie usiłował dodzwonić się do
Rizy, bo dopiero w domu przypomniał sobie o jej urodzinach.
