Rozdział 2: Obwiniać przesunięcie w czasie i przestrzeni

Zmiana była tak nagła, że Stiles niemal się potknął. W jednej chwili szedł zatłoczonymi korytarzami liceum Beacon Hill, zmierzając razem ze Scottem i Allison w stronę klasy, w której miał mieć następne zajęcia, a w następnej przechadzał się po ulicy w Nowym Jorku. Stiles zatrzymał się i rozłożył ręce, jakby coś go wytrąciło z równowagi. Jak, do diabła, się tutaj znalazł?

Ludzie pojawiali się i znikali przed nim. Wydawało się, że kolejni mają na sobie ubrania z innych dekad… Pewna myśl przyszła mu do głowy. Sprawiła, że zamarł. To było niemożliwe. Ale… Rozejrzał się powoli. Zabytkowe samochody. Stare znaki drogowe wyglądały, jakby były nowe. Brak sygnalizacji świetlnej. Co więcej, większość istniejących wieżowców nie istniała. Wszystko wyglądało, jak ze starych filmów. Potem wszystko stało się dla niego jasne.

— O Boże, podróżuję w czasie! Tata mnie zabije.

Stiles natychmiast pobiegł do zaułka i ukrył się przed światem. Ilu ludzi go widziało? Czy relatywnie rzecz biorąc zmienił teraźniejszość lub przyszłość? A co ważniejsze, jak do cholery ma wrócić? Do licha z jego życiem. To musiał być wtorek. Takie rzeczy zawsze działy mu się we wtorek. Potem usłyszał jakieś głosy, trzech mężczyzn znęcało się nad dzieciakiem. Biorąc pod uwagę dochodzące do niego dźwięki, dzieciak zdecydowanie umrze.

A Stiles, wtykając wszędzie swój nos, nie mógł do tego dopuścić. To już nigdy się nie zdarzy. Nie po wszystkim, przez co przeszedł. Dlatego pomógł mu, ale dzieciak był naprawdę zaciekły.

— Stiles — przedstawił się, podajać mu dłoń.

Niski i chudy mężczyzna (nawet chudszy niż on sam) uścisnął mu z wahaniem dłoń.

— Steve. I prawie go miałem.

— Kto? Ty, dzieciaku?

— Po prostu potrzebowałem, by się odsłonił.

Steve skrzywił się na Stilesa, a później jego oddech stał się świszczący.

— Coś nie tak? — zapytał Stiles, który był chory z niepokoju z powodu Steve'a, który wyglądał na tak podatnego na zranienie.

— To nic — odpowiedział, odwracając się od niego.

— Astma… Masz astmę. — Stiles wyciągnął inhalator z kieszeni. Scott mógł go już nie potrzebować, ale ciężko było przełamać nawyk ciągłego go noszenia. — Wdychaj to. Kontynuuj, dopóki nie usłyszysz psyknięcia i wstrzymaj oddech, tak długo jak możesz.

— Co to jest?

— Pomoże ci. Zaufaj mi.

Steve skinął głową i zrobił to, co mu powiedziano. Po trzech próbach zaczął prawidłowo oddychać.

— Przeszło. Co to jest?

— O Boże. To się nie dzieje.

Stiles wpadł w panikę. Inhalatory nie powinny zostać stworzone przez następne trzy lub cztery dekady.

— Słucham, czy coś jest nie tak?

Potem Stiles wpadł na pomysł.

— To cudowny lek, który próbujemy wprowadzić do powszechnego użytku. Nie powinienem nikomu go pokazywać. Czy możesz obiecać, że nikomu o tym nie powiesz, dopóki nie stwierdzę, że ci wolno?

— Dobrze. Nie chcę cię wpędzić w kłopoty.

— Dzięki. Wyglądasz okropnie. Chcesz żebym zabrał cię do szpitala?

— Nie. To nic takiego.

— Nic? Posłuchaj mnie, koleś. Właśnie cię uratowałem przed tymi mężczyznami. Nie zamierzam zaprzepaścić uratowania ciebie przez jakąś infekcję.

Steve przewrócił oczami.

— Mam pewne opatrunki w domu.

Kiedy znaleźli się przy wyjściu z zaułka, Stiles zobaczył zbliżającego się mężczyznę. Nagle pojawił się na jakimś festiwalu. Cholera! Znowu podróżował w czasie. Kiedy i gdzie znajdował się tym razem?

Następnie, kątem oka zobaczył znajomą postać. To był Steve, rozmawiający z mężczyzną dwukrotnie większym od niego. Wyglądało na to, że są na podwójnej randce.

To trochę za dużo jak na zwykły zbieg okoliczności — pomyślał Stiles. Czytał dużo na temat podróży w czasie i jeśli się czegoś nauczył, to tego, że nie można było zobaczyć kogoś dwukrotnie bez ważnej rzeczy, która miała się wydarzyć. Co to było? Stiles nie miał pojęcia. Ale niezależnie od siły, która go przeciągnęła przez rzekę czasu, chciała, aby skupił się na tym młodym człowieku. Czuł to głęboko w kościach. Miał spotkać tego człowieka.

Gdy tylko zdał sobie z tego sprawę, Steve odszedł od swojej grupy. Stiles podążył za nim. Młody mężczyzna zatrzymał się przed plakatem. Była to propaganda rekrutacyjna na wojnę.

— Serio, chcesz dołączyć do armii? — zapytał Stiles.

Steve odwrócił się z bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem.

— Stiles? — Steve był zaskoczony jego widokiem.

— Wiesz, po ostatniej walce w której uczestniczyliśmy, myślałem, że nauczyłeś się trzymać z dala od kłopotów, a teraz jesteś tutaj i chcesz się wpakować w największe bagno jakie istnieje.

— To zaszczyt walczyć o swój kraj — powiedział Steve. — Wcześniej nagle zniknąłeś.

To jest ten sam dzień — pomyślał Stiles. Przeniósł się zaledwie o kilka godzin do przodu.

— Przepraszam za to. Byłem… spóźniony. Musiałem iść.

Stiles spojrzał na plakat. Był w 1941 roku. Właśnie rozpoczęła się II Wojna Światowa. Jaką rolę miał odegrać Steve, ten chorowity młody mężczyzna, w tej wojnie? To wprawiało Stilesa w zdumienie, bardziej niż jakakolwiek inna tajemnica, z którą się mierzył.

— Dlaczego chcesz dołączyć do armii?

— Tam są mężczyźni, którzy kładą na szali swoje życie dla wolności. Nie powinienem robić nic mniej wartościowszego niż oni.

Stiles przyglądał mu się przez chwilę, a ten mały buntownik nawet nie drgnął. Właściwie, był śmiertelnie poważny. Stiles chciał uderzyć jego głową w coś twardego, by zaczął myśleć.

— Nie wiem, czy jesteś zwyczajny głupi, czy szalony. Nie, zdecydowanie jest to jedno i drugie. Dla małego i chudego faceta, to masz na tyle odważne serce, by walczyć z całym światem.

— Czyli sądzisz, że powinienem to zrobić?

— Koleś, zdecydowanie powiedziałbym „nie". Ale to moje zdanie. Po prostu nie chcę, żebyś tam umarł.

— Jestem powalony twoim przytłaczającym zaufaniem. To oszałamiające — powiedział stanowczo Steve.

Stiles uśmiechnął się z dużą ilością sarkazmu.

— Jedynie dbam o twoją chudą dupę, mały buntowniku. — Spojrzał na Steve'a, który wciąż miał niepokorną postawę i wpatrywał się intensywnie w plakat. Nie mógł uwierzyć, że to powie, ale zdarzały się dziwniejsze rzeczy. — Podążaj za głosem serca. To nigdy nie doprowadzi cię na manowce. — Steve wpatrywał się w niego. — Tak mówiła mi mama. Powinieneś robić to, co uważasz za słuszne.

Steve spojrzał z powrotem na plakat. Pokiwał głową i zwrócił się z powrotem do Stilesa.

— Spróbuję jeszcze raz.

— Czekaj, co? Już próbowałeś? Wcześniej?

— Zostałem odrzucony siedem razy. — Steve wzruszył ramionami. Stiles w niedowierzaniu uderzył się dłonią w twarz.

— Nie pomyślałeś, że nadszedł moment, by zrezygnować?

Steve wzruszył ramionami. Stiles westchnął ciężko. Boże, ten facet… Nie miał słów.

— O Boże, jesteś taki uparty. Nie wiem, co z tobą zrobić.. O Boże, nie ważne. Po prostu to zrób.

— Dziękuję. Już miałem się poddać. Ale dałeś mi siłę, żeby spróbować jeszcze raz.

Steve miał już wejść do środka, ale zatrzymał się w połowie drogi i odwrócił się z powrotem do Stilesa.

— Niezależnie jak pójdzie, to napijesz się ze mną? Jeśli nie masz nic przeciwko. — Steve zapytał go rumieniąc się i spoglądając na niego pełen nadziei.

Stiles zupełnie zapomniał o swojej frustracji i pozwolił sobie na smutny uśmiech.

— Jasne, jeśli nadal będę miał czas — powiedział z odrobiną nadziei i smutku, ale wciąż z nadzieją. W końcu, nie miał kontroli nad czasem.

Gdy Steve zniknął w jednostce rekrutacyjnej, Stiles znowu został wyrzucony z danego czasu.

Stiles był w obozie. Nie wiedział, gdzie był i jaka była data. Potem, ujrzał siedzącego samotnie mężczyznę, szkicującego gwałtownie. Musiał przyjrzeć mu się dwukrotnie, ponieważ te oczy należał do Steve'a. Blond włosy również były takie same. Ale ciało, wzrost i wszystko inne było o wiele większe. To oszołomiło Stilesa. Nie mógł się jednak mylić. Nie było nikogo innego tutaj. To musiał być Steve.

Dlatego Stiles, z lekkim wahaniem podszedł do mężczyzny.

— Czym ci zawiniła ta kartka papieru? — zapytał.

Zaskoczony Steve podniósł wzrok.

— Stiles! — Steve pochwycił go w uścisku. Stiles został zaskoczony, ale po prostu to zaakceptował i również go przytulił. Mężczyzna odskoczył, stając się nieśmiały z powodu swojego nagłego wybuchu. — Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. Dlaczego tutaj jesteś?

— Byłem przejazdem. Przybyłem we właściwym momencie, aby cię spotkać. — Stiles spojrzał na niego. Ta transformacja była bardzo odstręczająca. — Łał, co ci, do cholery, zrobiła armia?

— Zostałem poddany eksperymentowi. Zadziałał bardzo dobrze.

— Nie trudno nie zauważyć — stwierdził Stiles. — Co sprawiło, że jesteś w tak paskudnym nastroju?

— Mój najlepszy przyjaciel. Słyszałem, że został złapany. Chcę pomóc go uratować, ale mi nie pozwalają.

— Od kiedy zacząłeś słuchać głosu rozsądku? Ten mały buntownik, którego pamiętam, nawet nie zastanawiałby się, zanim rzuciłby się w wir walki.

— Mówisz mi, że mam złamać rozkaz mojego zwierzchnika?

— Co ci podpowiada serce? — zapytał Stiles. — Jeśli zamkniesz oczy, jeśli wciąż byłbyś chudym buntownikiem, którego poznałem w zaułku, to co być zrobił?

— Nie jestem już chudy — odparł z oburzeniem Steve.

— Fizycznie, ale założę się, że ten buntownik, który uratował kobietę od facetów dwukrotnie od niego większych, wciąż tam jest, czekając niecierpliwie, aby uratować inne życie.

Steve wpatrywał się w niego, szukając czegoś. Stiles nie wiedział, co chce odnaleźć. Ale nie oderwał spojrzenia od tych przenikliwych niebieskich oczu.

Steve zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Kiedy znów je otworzył, płonęły one piekielną determinacją.

— Uratuję go. Nieważne, co będę musiał zrobić, sprowadzę go z powrotem.

Stiles uśmiechnął się.

— Raz będąc buntownikiem, zawsze buntownikiem. Bądź ostrożny.

Steve kiwnął głową i odszedł.

Coś przyszło na myśl Stilesowi.

— Poczekaj!

Steve zatrzymał się i spojrzał na niego. Stiles wyciągnął portfel i wyjął z niego czerwoną wstążkę. Rozwinął ją, wyczuwając jej teksturę między palcami. Chwycił ją mocniej i ostatecznie westchnął.

Ujął lewą dłoń Steve'a i umieścił na niej wstążkę.

— Chcę, żebyś ją miał. Jako amulet na szczęście.

Steve zmarszczył brwi.

— Czy to coś ważnego?

— Kiedyś należała do mojej mamy. To jedna z niewielu rzeczy, które mi po niej pozostały.

— O Boże. Nie mogę tego wziąć — powiedział Steve, chcąc oddać wstążkę. Stiles pokręcił głową i odepchnął jego rękę.

— Jeśli chcesz mi ją oddać, to musisz wrócić żywy razem ze swoim najlepszym przyjacielem. Tylko pod tym warunkiem wezmę ją z powrotem.

— Dobrze.

Steve pokiwał głową.

Stiles chwycił go za ramiona i przytulił go mocno.

— Wierze w ciebie, Steve. — Odsunął się i poklepał go po plecach. — Wróć żywy, okej?

— Tak — odpowiedział i zrobił krok w tył, patrząc na Stilesa, jakby to miał być ostatni raz, kiedy go ujrzy. — Wciąż jesteś mi winny piwo. Napijemy się, kiedy wrócę.

Stiles prychnął, ale uśmiechnął się.

— Jasne, jeśli będę miał czas.

Steve przytaknął i odwrócił się do niego plecami. Stiles patrzył, jak maszeruje do namiotu. Miał nadzieję, że wróci cały. Kiedy Steve znalazł się w środku, Stiles znów zaczął podróżować w czasie.

Stiles był w tawernie. Steve stał przy barze i pił. Podszedł do niego. Żołnierz był zgarbiony i wyglądał bardzo smutno. Wydawało się, że jest również… starszy. Coś ciężkiego spoczywało na jego barkach.

Stiles usiadł koło niego. Barman podszedł do niego i zapytał, czego chciałby się napić.

— Macie kawę?

— Stiles? — Steve z niedowierzaniem wymówił jego imię.

Stiles spojrzał na niego i uśmiechnął się.

— Myślałem, że już nigdy mnie nie zauważysz.

— Przepraszam. Minęło dużo czasu odkąd ostatni raz cię widziałem.

Och, tak. Stiles zapomniał o tym. Podróżował w czasie. Dla niego mogło minąć parę sekund, ale dla Steve'a musiało minąć kilka tygodni lub miesięcy. Stiles był ciekawy jak daleko przeskoczył w czasie.

— Tak… Ile to już minęło?

— Rok i pięć miesięcy — odpowiedział automatycznie Steve.

— Tęskniłeś za mną — powiedział mimochodem Stiles.

Steve uśmiechnął się ponuro.

— Sam Bóg wie, dlaczego. Zawsze znikasz mi z oczu.

— Wiem. Przepraszam. Po prostu nie mam kontroli nad swoim czasem — powiedział zgodnie z prawdą. — Widzę, że bardzo cierpisz. — Wyciągnął rękę i dotknął jego dłoni. Steve spojrzał na ich połączone dłonie. — Nie musisz dźwigać całego brzmienia na swoich barkach. Pozwól, że wezmę go trochę od ciebie.

Steve wziął głęboki oddech i westchnął ciężko.

— Mój najlepszy przyjaciel zmarł dzisiaj. Umarł przeze mnie.

— Co masz na myśli? Opowiedz mi wszystko od samego początku.

Steve opisał wszystko w krótkich, surowych zdaniach, co stało się po uratowaniu Bucky'ego. Steve szukał Stilesa, kiedy wrócił, ale go tam nie było. Potem opowiedział mu o grupie, którą utworzył i że ścigali po Europie jedną z nazistowskich sekt. Powiedział mu, jak zmarł jego najlepszy przyjaciel.

— Podążał za tobą, ponieważ był twoim przyjacielem. Wiem, że wierzył w to, co ty. Dlatego nie pozwól mu umrzeć na próżno. Zakończ to, co już zacząłeś. Walcz o świat w jego imieniu. Walcz, aby inni nigdy nie doświadczyli tej tragedii.

— Dobrze. — Steve przyciągnął go do mocnego i zrozpaczonego uściski. — Czuję się tak, jakbym cię miał zobaczyć po raz ostatni. — Przyciągnął go jeszcze bliżej, tuląc twarz do jego szyi.

Stiles czuł, że coraz trudniej było mu oddychać. Bolało go serce. Stiles objął go i zamknął oczy, chowając twarz na jego ramieniu. Czuł, że to było ich pożegnanie i bolało go to.

— Chcę cię znowu zobaczyć — wyszeptał Steve.

— Ja także, Steve. Ja także.

Steve odsunął się i uśmiechnął się smutno.

— Kiedy skończy się ta wojna, to napijesz się ze mną? — spytał z nadzieją.

Stiles zaśmiał się ponuro.

— Z przyjemnością. Zarezerwuję dla ciebie czas.

Steve kiwnął głową, a słodko-gorzki uśmiech pojawił się na jego ustach.

— Trzymam cię za słowo.

Steve odwrócił się do niego plecami i odszedł. Kiedy był przy drzwiach, spojrzał na Stilesa, który uśmiechnął się do niego i pomachał mu ręką. Żołnierz odmachał mu i wyszedł.

Kiedy Steve zniknął mu z oczu, Stiles zamrugał, a znajome ściany szkolnego korytarza nagle pojawiły się przed nim. Wrócił tam, gdzie zaczął, stojąc pośrodku zatłoczonego holu. Wrócił do własnego czasu.

— Stiles? — zapytał zmartwiony Scott.

— Co? — odpowiedział lekko oszołomiony.

— Coś nie tak? Po prostu zatrzymałeś się w miejscu i czuć od ciebie intensywny smutek.

Stiles rozejrzał się, szukając czegoś, ale sam nie wiedział czego. Westchnął.

— To nic.

Wydawało się, że to wszystko nigdy się tak naprawdę nie wydarzyło. Czy rzeczywiście mógł jedynie o tym marzyć na jawie?

Scott wciąż wpatrywał się na niego ze zmartwieniem.

— W porządku, koleś. Nie przejmuj się tym.

Stiles zarzucił mu ramię na szyję i nakierował swojego przyjaciela na inny temat. Cóż za dziwna rzecz do wymyślenia. To było takie prawdziwe.

Później, wieczorem, kiedy Stiles wyciągnął portfel, by zapłacić za pizzę, nie znalazł w nim swojej szczęśliwej czerwonej wstążki. Zniknęła. Zszokowany, przestał oddychać. Zatem musiała to być prawda. Naprawdę podróżował w czasie.