Natarczywy jazgot budzika sprawił, że Kise z jękiem wtulił głowę w poduszkę. Chwilę potem włączyło się radio.
— O bogowie, nie, ja nie chcę. – Ryota zakopał się pod kołdrą w nadziei, że cienki materiał oddzieli go od ponurej rzeczywistości. Nie oddzielił. Spod kołdry wypełzła ręka i zaczęła powoli macać po szafce nocnej aż w końcu wymacała telefon.
— Halo? Daichi—kun? Wiem, wiem, ty też nie brzmisz, jakbyś był w skowronkach. Masz może grafik gdzieś pod ręką? Bo serio nie wiem czy zwlekać się do kuchni i robić sobie kawę, czy wrócić z powrotem do całkiem miłego snu… Dali mi wolne?! Zaczynam powoli wierzyć w przeznaczenie. Dzięki, stary, ty też tam się kuruj. Na razie.
Telefon wyleciał spod kołdry tak jak i jego właściciel. Kise przeciągnął się niczym kot i z pewnym niesmakiem dostrzegł, że poszedł spać w tych samych ubraniach, w których był wczoraj z chłopakami w barze.
— Przestaję być sobą – mruknął do siebie i skierował się w stronę łazienki, odpinając po drodze guziki koszuli.
Po kąpieli zszedł do kuchni w samym ręczniku, by zaparzyć sobie słabą rozpuszczalną. Przez ogromne okna wpadało słońce, załamując się w kroplach, spływających powoli po bladym, szczupłym torsie Ryoty. Igrało też w jego jasnych włosach, sprawiając, że Kise wyglądał niemal jak anioł. Anioł pijący kawę.
Odruchowo włączył telewizor, gdzie akurat leciała pogoda. Do końca dnia miało być przyjemnie ciepło. Kise uśmiechnął się pod nosem. Idealna pogoda do joggingu.

Aomine budził się codziennie o szóstej rano. Nie musiał nastawiać budzika. Jego wewnętrzny zegar podpowiadał mu, że po prostu czas obudzić się z płytkiego snu i zacząć funkcjonować.
Kilka minut leżał w łóżku, gapiąc się w sufit i pozwalając resztkom senności odpłynąć. Potem otwierał okna, wpuszczając do pokoju chłodne powietrze i ledwo słyszalny harmider ulicy.
Jego „domem" był jeden pokój, w którym spał i nieco większa kuchnia, z której prowadziły drzwi do łazienki i do małego korytarza. Mimo to Aomine udawało się utrzymać dom w jako takim porządku. Za wypłatę dokupił nawet kilka rzeczy, sprawiając, że mieszkanie stało się bardziej przytulne, chociaż wyraźnie było widać brak damskiej ręki i męską prostotę.
Jego rytuałem było włączenie ekspresu do kawy i małego kuchennego telewizora. Podczas gdy oba urządzenia wypełniały irytującą ciszę, Aomine przygotowywał patelnię, by usmażyć swoje ulubione raczki.
Dawniej nawet by się nie dotknął do czegokolwiek, co miało związek z kuchnią. Zazwyczaj wyjadał śniadania kolegom ze szkoły, a w domu zawsze czekał na niego gotowy posiłek. Życie samemu zmusiło go jednak do tego, by pogodzić się z patelnią i sztućcami oraz innymi kuchennymi przedmiotami. Mógłby iść i zjeść w restauracji, ale gdy kiedyś przysiadł i obliczył ile by go to kosztowało, biorąc pod uwagę ilości jedzenia jakie pochłaniał, ostatecznie stwierdził, że gotowanie samemu może nie jest jednak takie złe. Stwierdził, że to nawet relaksujące i w końcu osiągnął perfekcję. Oczywiście, że ją osiągnął. Taki już był.
Pokroił cebulę, a potem przekroił mięso, tworząc znany kształt ośmiorniczek. Wolał smażyć jedzenie na maśle niż oleju, gdzieś wyczytał, że to ponoć zdrowsze. Zresztą i tak to spali. Praca policjanta była dosyć stresująca.
Gdy przysiadł już do stołu z kawą i śniadaniem, wyjrzał za okno. Poza ulicą za ogrodzeniem widział niewiele, ale zobaczył panią Yukazawę, która od samego rana polewała wejście przed domem, by odstraszyć koty, które masowo kręciły się po ich ulicy i właziły na podwórka.
Tak wyglądął każdy jego ranek i ta monotonia powoli zaczynała go irytować. Niczego nie cierpiał bardziej niż monotonii i życia ciągle w tym samym punkcie.
Po zjedzeniu wrzucił talerz do zlewu i zalał wodą. Mógłby oczywiście umyć go od razu, ale mu się nie chciało.
Potem chwytał kurtkę, wiszącą przy drzwiach i jechał na komisariat.

* * *

Kise przebrał się w białe, krótkie spodenki i długą, żółtą bluzę. Do uszu włożył słuchawki i wybrał swoją ulubioną piosenkę. Potem włączył alarm i żwawym krokiem ruszył wzdłuż ulicy.
Poza pływaniem i koszykówką, bieganie było jego ulubioną czynnością. W swojej dzielnicy nie bardzo miał gdzie biegać, dlatego truchtał na najbliższy przystanek skąd jechał do parku Kinuta.
Park ten był jego ulubionym z wielu powodów. Był zadbany, miał przyjazną atmosferę i Kise spędzał tam święto hanami niemal rokrocznie. A przede wszystkim znajdowały się tam boiska do koszykówki, gdzie Ryota mógł obserwować pełnych zapału młodzieńców, wylewających siódme poty, by osiągnąć perfekcję.
Kiedy tak patrzył na nich zza wysokiego ogrodzenia, widział samego siebie. Wtedy gdy ćwiczył z Aomine.

Kilka lat wcześniej

— Nie starasz się, Kise czy jak? Bo trochę się nudzę. – Aomine koziołkował odebraną blondynowi piłką i udawał, że ziewa. Kise fuknął rozjuszony.
— Za to ty starasz się być dupkiem i zgadnij co? Wychodzi ci perfekcyjnie. Zmęczony już jestem, trenujemy od trzech godzin i nie pozwoliłeś mi na ani jedną przerwę.
Daiki zakręcił piłką na palcu i uśmiechnął się wrednie.
— Miałeś przecież jedną.
— Potknąłem się i rozwaliłem sobie kolano. To się nie liczy jako przerwa.
— Pierdoła jesteś i tyle. I tak już się ściemnia.
Słońce faktycznie już zachodziło, zalewając boisko pomarańczowym światłem. Kise odetchnął z ulgą i sięgnął do swojej torby po wodę, ale zanim się napił, Aomine wyrwał mu butelkę i opróżnił ją niemal do połowy. Ryota nie skomentował tylko pokręcił głową i westchnął. Daiki spojrzał na niego z udawanym niezrozumieniem.
— No, co? Trochę zostało. – Potrząsnął butelką. Kise wyrwał mu ją i pacnął go mocno po głowie.
— Mam nadzieję, że tyle, by cię zabolało. Kupię sobie coś po drodze.
— Boisz się, że to będzie nasz pierwszy niebezpośredni pocałunek? – przekomarzał się Aomine. – Nasz pierwszy pocałunek w ogóle?
Kise rzucił mu kose spojrzenie.
— Rzuć te telenowele, które oglądasz, Aominecchi. Nie lubię pić po kimś napojów.
— Jakiś ty wrażliwy – zakpił Daiki. Zarzucił sobie torbę na ramię i powoli opuścili boisko. – Nie było dzisiaj tak źle. Masz potencjał.
— Wiem o tym – odparł nieskromnie Kise. – Ale wciąż nie mogę cię pokonać.
Aomine zaśmiał się cicho.
— Nikt nie może. W tym problem. Może kiedyś. – Dopił wodę i wyrzucił butelkę do kosza. – Pojutrze gramy mecz, wiesz o tym?
— Mhm, dlatego tyle ćwiczę. – Kise podszedł do automatu z napojami i wybrał gazowany napój pomarańczowy. Puszka syknęła cicho, gdy ją otwierał. Aomine odwrócił się i ujrzał jak mięśnie rytmicznie pracują pod bladą skórą, gdy Ryota przełykał oranżadę. Potem Kise otarł usta kciukiem i spojrzał na niego.
— Na co się patrzysz?
— Na nic. – Daiki wzruszył ramionami i wcisnął ręce w kieszenie.

* * *

Aomine odchylił się na krześle i spojrzał na papiery, które trzymał w ręku. Potem ziewnął szeroko.
— Nuuuuuuda. Ktoś chce sporządzić za mnie raport na temat tych wandali w Ikebukuro? Latające śmietniki i automaty, fajna sprawa! – Rozejrzał się po biurze. Odgłos stukania w klawiaturę i dzwoniących ciągle telefonów nie umilkł ani na chwilę. Nikt też nie wychylił się ze swojego boksu. – Nie pchajcie się – burknął Daiki.
Papierkowa robota była ogromnym minusem tej pracy, ale wiedział, że musi ją wykonać, inaczej szef się wścieknie. A wściekły szef równa się marne zarobki i nikłe szanse na podwyżkę.
— W takim razie zrobię sobie kawy.
Wstał i ruszył w stronę pokoju socjalnego, w którym znajdował się ekspres. Mógłby wziąć kawę z automatu, który stał w głównym holu, ale raz jej spróbował i o mało się nią nie udusił. Stwierdził, że to najgorsza lura, jaką w życiu pił.
— Aomine—san!
Daiki odwrócił się. Szła ku niemu Miyako, dziewczyna, która odbierała telefony. Była jedną z nielicznych kobiet w męskim towarzystwie, ale wszyscy ją lubili. Brązowe włosy miała równo przycięte przy szczęce, a duże brązowo—złote oczy zakrywały długie rzęsy. Nie była ideałem piękna, ale miała w sobie dużo werwy i uroku.
— Co tam, piękna? – Uśmiechnął się do niej. Odpowiedziała mu ostrzegawczym spojrzeniem.
— Mówiłam ci, że mam narzeczonego, nie rób do mnie ładnych oczu. Jedź do parku Kinuta, jakaś grupka dzieciaków dała się za bardzo ponieść adrenalinie i teraz próbują zamienić się twarzami.
— Hoo, brzmi interesująco.
— Jasne. Możesz zabrać Shirou—kuna ze sobą. I tak wydaje się mieć za dużo wolnego. – Łypnęła w stronę rudzielca, który huśtał się niefrasobliwie na krześle i próbował rozwiązać sudoku. Aomine złapał kurtkę z krzesła i zasalutował.
— Tak jest, panie kapitanie.
Pogroziła mu palcem, ale na jej wąskich wargach pojawił się lekki uśmiech. Ruszyła w stronę swojego biura. Daiki przeciągnął się.
— Czas spacyfikować młodzież. Zbieraj się, leniu! – Kopnął w krzesło Shirou, który z hukiem poleciał na podłogę, zwalając po drodze połowę rzeczy ze swojego zagraconego biurka. Rudzielec spojrzał na niego z wyrzutem i wyciągnął parę zszywaczy z włosów.
— Wciąż się zastanawiam kto dopuścił cię do pracy w policji!

Kise dobiegał właśnie do jednego z boisk koszykówki, gdy usłyszał krzyki. Wyciągnął słuchawki z uszu i zaintrygowany podszedł do ogrodzenia.
Grupa chłopaków zaciskała pięści i łypała w stronę innej grupy, która spoglądała na nich pogardliwie.
— My byliśmy tu pierwsi – warknął najwyższy chłopak, najwyraźniej przywódca grupy. Drugi wysforował się do przodu i skrzyżował ramiona na piersi.
— Ale to nie wasz rewir. Wyglądacie na takich, których stać na trenowanie gdzie indziej. Spadać stąd.
Rozległy się gniewne pomruki. Kise przeklął swoje miękkie serce i przeskoczył przez ogrodzenie.
— Panowie, nie możecie po prostu zagrać sparingu?
Wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę. Na widok jego postury niektórzy spotulnieli, ale dwójka przywódców dalej miała zawzięte miny.
— Nie wtrącaj się, blondasie – warknął ten z drugiej grupy. On i jego koledzy wyglądali raczej na chłopaków z biedniejszych dzielnic. Niedobrze, tacy byli najniebezpieczniejsi, jeśli dochodziło do konfrontacji. Z kolei ci z pierwszej drużyny wyglądali raczej na nowobogackich dupków.
Ryota uniósł ręce w pojednawczym geście.
— Nie szukam zaczepki. Obie drużyny wyglądają na takie, które mają potencjał. Czemu nie rozwiązać konfliktu poprzez sparing?
— Czemu po prostu nie zamkniesz mordy? – Przywódca drugiej grupy powolnym krokiem ruszył w jego kierunku. Kise stał spokojnie i nie spuszczał z niego oczu. Wiele razy zaczepiali go w szkole. Głównie chłopaki zazdrośni o jego popularność wśród dziewczyn. Ale Kise nie był tylko chłopakiem o ładnej twarzy. Lata treningów wyćwiczyły u niego doskonały refleks i siłę. Dodatkowo jako dzieciak chodził na zajęcia karate, ale potem jego matka uznała, że ma za ładną twarz, by mogły się pojawić na niej jakieś siniaki i zadrapania.
Kise uchylił się przed ciosem i wykręcił chłopakowi rękę, ale zaraz z odsieczą przybyli jego kumple. Jeden chciał chwycić Ryotę od tyłu, ale ten machnął głową i usłyszał chrupnięcie złamanego nosa.
— Skurwiel! – krzyknął któryś z nich zduszonym głosem. Zapewne próbował zatamować krwawienie.
Niestety, Kise nie mógł walczyć z przewagą liczebną, a ci z pierwszej drużyny rozpierzchli się w popłochu. Odciągnęli go od przywódcy, a ten odwrócił się powoli i wymierzył mu potężny cios w szczękę. Głowa Kise odskoczyła do tyłu i poczuł w ustach metaliczny smak krwi.
— Masz jeszcze coś do powiedzenia, blondasie? – warczał chłopak. Chwycił Ryotę pod brodę i zmusił by ten spojrzał mu w oczy. – Masz taką śliczną twarzyczkę. Byłoby szkoda gdyby ktoś… trochę ją przerobił.
Reszta grupy zarechotała. Kise zdobył się na najbardziej nienawistne spojrzenie i plunął mu w twarz. Chłopak przestał się śmiać i powoli starł plwocinę. W jego oczach pojawiła się żądza mordu.
— Za takie zachowanie zostaniesz potraktowany specjalnie – powiedział, a jego głos aż drżał od tłumionej wściekłości. Coś błysnęło w jego ręku. Kise ujrzał nóż sprężynowy.
— HEJ, gównażeria!
Wszyscy unieśli głowy, a gdy ujrzeli policyjny wóz rozpierzchli się w różnych kierunkach. Zapewne mieli już doświadczenie w ucieczkach. Chłopak, który trzymał Kise, rzucił mu mordercze spojrzenie, szarpnął nim, a potem wspiął się na ogrodzenie i zniknął w krzakach.
— Złapię ich, Aomine—san! – Jakiś rudzielec przemknął obok Kise. Ryota zamrugał oczami i rzeczywiście ujrzał swego przyjaciela, który wysiadał z radiowozu. Daiki tylko rzucił na niego okiem i Kise zauważył na jego twarzy najpierw rozbawienie, a potem nagle bezgraniczną wściekłość.
Aomine przemierzył boisko i złapał go za ramiona. Kise przeraził się, że zaraz od niego oberwie. W ich potyczkach na żarty Daiki też był lepszy. Ale nigdy nie przekroczył granicy, chociaż Kise wiedział, że byłby do tego zdolny. Ich przepychanki przypominały raczej zabawy między dzikimi kotami. Z pozoru wyglądały groźnie. Tak naprawdę były nieszkodliwe.
— Jak to jest, że w centrum każdego chaosu jesteś ty? – warknął Aomine. Jego niebieskie oczy pociemniały, a zmarszczka między brwiami pogłębiła się. Potem skierował wzrok na strużkę krwi, spływającą po brodzie Kise. – Jesteś ranny.
— To nic takiego. – Blondyn szybko wytarł krew, zostawiając czerwoną smugę na żółtej bluzie.
— O, jasne, kiedyś wpadłbyś w histerię, widząc choćby małą rankę na twarzy – zakpił Aomine, chociaż dalej widać było, że jest zły. – To te obdartusy z dzielnicy pewnie. Mają już osobną teczkę, następnym razem postaram się ich udupić na dobre.
Kise zachichotał.
— Też kiedyś tacy byliśmy, Aominecchi. Dasz się wyciągnąć na kawę? Ja stawiam.
Daiki rzucił mu złe spojrzenie pod tytułem „Ty tu nie odwracaj kota ogonem", ale najwyraźniej wizja darmowej kawy kusiła za bardzo. Pokręcił głową.
— Irytujący dupek, jak taka pszczoła. Chodźże, zanim zmienię zdanie.
Kise odwrócił się.
— A twój partner?
Aomine, który już szedł w stronę radiowozu, machnął ręką.
— Jak chce się bawić w Batmana to niech cierpi i wraca taksówką.

* * *

Kawiarnia, jeszcze przed popołudniowym szczytem, była niemal pusta. Aomine i Kise usiedli w kącie, gdzie Ryota przytknął lód do lekko spuchniętej wargi.
— Mógłbyś chociaż podać rysopis – nalegał Daiki.
— Daj spokój, Aominecchi, to tylko dzieciaki. Też kiedyś tacy byliśmy. Cóż, ty na pewno byłeś.
Aomine prychnął z satysfakcją i rozwalił się na siedzeniu.
— I popatrz, że nikt jakoś nie pyskował.
Kise wrzucił pozostałe kostki do swojego mrożonego drinka, a potem nagle ożywił się.
— Daj mi swój numer telefonu! Wiesz, Tokio to dosyć spore miasto, a my już wpadliśmy na siebie dwa razy. Trzeba się kiedyś umówić po godzinach. Masz może kontakt z resztą chłopaków z Pokolenia?
Daiki spojrzał na niego tak, że Kise dopiero po chwili zdał sobie sprawę, iż jego pytanie było trochę głupie.
— Nie miałem od nich żadnych wieści. Ty też nie? – Aomine łyknął swojej kawy.
— Niee. Te szkolenia pochłonęły lwią część mojego czasu. Potraciłem kontakty niemal ze wszystkimi starymi znajomymi. Ale nie narzekam. Większość z nich to dupki.
Brwi Aomine uniosły się. Kise zachichotał.
— Nie mówię o ludziach z drużyny. Chociaż nie, ty się kwalifikujesz pod dupka.
Daiki szturchnął go w ramię. Kise lekko się skrzywił. Dopiero po chwili mężczyzna zrozumiał swój błąd.
— Wybacz, to ta rana?
I nim Kise zdążył cokolwiek powiedzieć, Aomine uniósł jego bluzę. Ślad po postrzale zagoił się dawno temu, ale pozostawił po sobie ledwo widoczną bliznę o perłowym kolorze. Co z kolei było lepiej widoczne to pojawiające się siniaki w kształcie ludzkich palców. Oczy Aomine znowu niebezpiecznie pociemniały.
— To się zagoi – powiedział Kise łagodnym głosem i powoli zakrył ramię. – Dopij swoją kawę, bo wystygnie.
— Przysięgam, jak ich dopadnę…
Twarz Ryoty spoważniała.
— Aominecchi, pamiętaj, że jesteś policjantem. Bycie wyrzuconym przez grupę smarkaczy nie przysporzy ci satysfakcji, a jedynie namiesza w papierach.
Aomine chciał się odgryźć, ale miodowo—złote oczy Kise wpatrywały się w niego z uporem. Tylko Kise i wszyscy z Pokolenia Cudów potrafili wytrzymać jego groźny wzrok. Teraz to Daiki pierwszy odwrócił głowę.
— Dobra, dobra, nie indycz się tak. Skopię im dupy po godzinach.
Kise odprężył się i łyknął swojego drinka.
— Po godzinach jesteśmy już umówieni. Postaram się złapać resztę chłopaków. I nie krzyw się tak – dodał, widząc, że Aomine niezbyt entuzjastycznie przyjął ten pomysł. – Kurokocchi i cała reszta to mi przyjaciele, jak ty. Jestem ciekaw jak się miewają.
— Midorima pracuje bodajże jako lekarz – przypomniał sobie Daiki. – Kiedyś pilnowałem postrzelonego kryminalisty na oddziale i się natknąłem na niego. Jest neurochirurgiem.
Ryota gwizdnął z podziwem.
— Zawsze był dobry z chemii. Powiedz, że nie przynosi na salę operacyjną swoich maskotek.
Aomine zarechotał.
— „Przepraszam, ordynatorze, dziś nie mogę operować, mój horoskop mówi, że mógłbym zostawić wacik w głowie pacjenta". – Tu Daiki udał, że poprawia okulary. Kise zakrztusił się pitym drinkiem.
— Jesteś okropny – wykrztusił w końcu. Zerknął na zegarek i jęknął. – Muszę się już zbierać. Mam twój numer, jak coś. Mogę dzwonić o trzeciej w nocy w razie czego?
Aomine łypnął na niego.
— Tylko jeśli mam cię postrzelić przez telefon.
Kise roześmiał się i opuścili kawiarnię. Zanim Aomine odjechał, Ryota oparł się o drzwi radiowozu.
— Naprawdę chciałbym, żeby było jak dawniej, Aominecchi.
Daiki uśmiechnął się, ale nie ironicznie ani złośliwie. Raczej był w tym uśmiechu lekki smutek i politowanie.
— Obaj wiemy, że nie będzie. Teraz jesteśmy dorośli. Przynajmniej niektórzy z nas.
Kise z udawanym dramatyzmem trzasnął drzwiami. Aomine uchylił okno i wyszczerzył się.
— Dzwoń o tej trzeciej jak coś.
Kise przestał udawać obrażonego i uśmiechnął się.
— Zadzwonię.