Rozdział 2
Praktycznie pusty autobus zatrzymał się na przystanku gdzieś na przedmieściach. Czarnowłosa, szczupła dziewczyna podniosła się z miejsca i przeszła szybkim krokiem do syczących hydraulicznymi siłownikami drzwi. Mówiąc zdawkowe "do widzenia" kierowcy, wyskoczyła na ułożony z czerwonego bruku chodnik. Poprawiała torbę wiszącą na jej ramieniu. Miała niezwykle bladą skórę i była ubrana w czerwoną bluzkę, czarną skórzaną kurteczkę i jeansy. Dookoła szyi miała owinięty karmazynowy szal.
Ruszyła chodnikiem przez osiedle jednorodzinnych domków. Czerwone dachy, białe ściany. Przed każdym stał drogi samochód. Przed każdym rósł równy trawnik. Dziewczyna starała się nie patrzeć w ich stronę.
Wpatrując się w czubki swych wysokich, czerwonych butów dotarła do piętrowego, otynkowanego na jasno różowo domku z ciemnym dachem. Wspięła się na niewysokie schodki i zaczęła grzebać w torbie. Po dobrych pięciu minutach wydobyła z niej pęczek kluczy. Przesunęła kilka, aż dotarła do właściwego, który umieściła w zamku. Drzwi otworzyły się, a czarnowłosa weszła do środka.
Szal i kurteczkę porzuciła na wieszaku w wytapetowanym na kremowo przedpokoju. Torbę cisnęła na czerwoną kanapę stojącą przed starym, kineskopowym telewizorem i zajrzała do kuchni. Na stole, przyciśnięta obgryzionym jabłkiem, leżała zapisana odręcznym pismem kartka.
"Pojechałem na uczelnię. Wrócę wieczorem. Obiad masz w lodówce."
Czytając ostatnie zdanie, dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że jest głodna. Tego samego zdania był zresztą jej żołądek, który zaznaczył to donośnym burczeniem. Czarnowłosa odwróciła się w stronę lodówki i otworzyła jej gęsto pokryte najróżniejszymi magnesami drzwiczki. Bez wahania, nawet nie patrząc na garnek z kotletami w sosie, sięgnęła po koszyczek z truskawkami.
Skierowała się ku schodom na piętro, ale zanim weszła na ozdobione dywanikami stopnie, zrzuciła buty. Nie stukając już obcasami, ale za to przeskakując po kilka stopni, podążyła do swojego pokoju. Pokoju, który przypominał raczej sklep muzyczny. O ściany oparte było kilkanaście gitar różnego typu. W kącie stała perkusja i keyboard. Każda pionowa powierzchnia, która nie była oknem czy szafą, obklejona była plakatami zespołów muzycznych.
Dziewczyna minęła biurko i usadowiła się na łóżku, biorąc jednocześnie na kolana bas w kształcie ciemno-czerwonego topora. Kochała ten instrument. Podłączyła wzmacniacz i zaczęła brzdąkać spokojną melodię, przerywając co jakiś czas, by wrzucić do ust kolejny owoc.
Stary, lekko zdezelowany i nieco podrdzewiały Ford pędził przez miasto, wydając swym silnikiem niepokojące dźwięki. Za jego kierownicą siedział mężczyzna z białą brodą i włosami. Miał na sobie szarą marynarkę z odstającymi kolorystycznie łatami na łokciach. Był wściekły i w całej swej wściekłości ignorował coraz to inne przepisy drogowe.
Kilka minut wcześniej wyszedł z uniwersytetu. Wyszedł… Właściwie to wybiegł trzaskając za sobą drzwiami... Jego największa ambicja właśnie rozsypała się w drobny mak. Ewentualnie oddaliła się o kilkanaście dobrych lat, co dla kogoś zbliżającego się nieubłaganie do jesieni swego życia nie było zbyt na rękę. Jego marzenia zostały pogrzebane przez bandę starych, skąpych i ograniczonych zazdrośników, władz uczelni. Jedynej, która byłaby w stanie sfinansować taką wyprawę.
Nawet nie zauważył kiedy przejechał czerwone światło. Odprowadziły go klaksony.
Kilka chwil później opuścił centrum i wjechał na drogę prowadzącą na przedmieścia. Starając się nie zezłomować żadnego auta, ani nie złapać żadnego mandatu wjechał na osiedle niewielkich domków. Po kilku minutach zatrzymał się na podjeździe własnego. Jego samochód wystrzelił z rury wydechowej, po czym zgasł. Brodacz wyszedł z pojazdu trzaskając za sobą drzwiami i przeszedł po marnym trawniku do drzwi.
Przebrał buty w kapcie i odwiesił marynarkę na wieszak, tuż obok skórzanej kurteczki.
- "Marcelino! Wróciłem!" - zawołał. Wyraźne brzdąkanie dobiegające z góry ucichło. Po chwili dało się słyszeć tupanie bosych stóp. Na schodach pojawiła się czarnowłosa dziewczyna.
- "Cześć Simon" - przywitała się z uśmiechem - "Wcześnie wróciłeś… Jak poszło?"
- "Beznadziejnie…" - westchnął i podreptał do kuchni. Podniósł jabłko ze stołu i wgryzł się w nie - "Nici z ekspedycji…"
- "Nic się nie da zrobić?" - Marcelina położyła mu dłoń na ramieniu.
- "Powiedzieli, że badanie anomalii to niepotrzebny nikomu idiotyzm…" - pokręcił głową.
- "Mamy trochę oszczędności… Może…"
- "Właściwie…" - przerwał jej Simon - "Gdybyśmy sprzedali dom i samochód…" - uśmiechnął się.
- "Mogłabym sprzedać moje instrumenty…" - powiedziała powoli, po chwili namysłu czarnowłosa.
Mężczyzna przestał się uśmiechać. Spojrzał na dziewczynę poważnie.
- "Jesteś pewna?" - zapytał - "Chcesz sprzedać swoją ukochaną kolekcję instrumentów? Tylko po to, żeby spełnić marzenie jednego, szalonego staruszka?"
- "W Zonie i tak nie będzie mi potrzeba kilkunastu gitar" - uśmiechnęła się, choć każda myśl o stracie jej kolekcji prawie wywoływała łzy - "Ale jedną gitarę biorę ze sobą!" - zaznaczyła.
- "Tylko pamiętaj, że w Zonie nie ma prądu i na basie sobie nie pograsz..." - zaśmiał się brodacz.
Niecały miesiąc później dwie postacie w wojskowych strojach i z wielkimi plecakami na plecach (i jedną gitarą) wmaszerowały do budynku terminalu lotniska. Brodaty mężczyzna w średnim wieku i młoda, niezwykle blada dziewczyna przyciągali podejrzliwe spojrzenia ochrony. Przecisnęli się przez gęsty tłum i zdali bagaże w odpowiednim miejscu, po czym zajęli miejsca na niebieskich, plastikowych fotelach. Przez całe pozostałe do odprawy półtorej godziny modlili się w myślach, by nikt nie uznał menażek, gitary, czy metalowych sprzączek od plecaków za zagrożenie. Towarzyszące całemu temu czekaniu dźwięki wcale nie pomagały. Narzekania na obsługę lotniska, głośne chrapanie, dziecięcy płacz i krzyki…
W końcu usłyszeli numer swojego lotu i mogli ruszyć do punktu, w którym mieli poddać się ostatniej kontroli przed wylotem. Każdy, pokryty zielonymi łatami fragment ich ubioru oraz ciężkie, skórzane buciory został zmierzony krzywym spojrzeniem otyłego, łysego ochroniarza z wąsem.
O nieprzyjemnych przeżyciach z lotniska zapomnieli niedługo później, siedząc w wygodnych siedzeniach samolotu i chrupiąc darmowe, słone orzeszki. Byli jednymi z niewielu pasażerów lotu na Ukrainę i jako jedni z niewielu nie spędzili podróży na chrapaniu z szyją unieruchomioną przez poduszkę w kształcie rogala. Za malutkim, okrągłym okienkiem przesuwały się chmury, a korytarzykiem co jakiś czas przechodziła stewardessa. Ta sama, która kilka godzin później oznajmiła, że zbliżają się do celu.
Na lotnisku w Ukrainie udało im się bez większego problemu przejść przez wszystkie kontrole i odebrać bagaże. Widocznie tutaj ludzie w wojskowych wdziankach byli na tyle częstym widokiem, ze nie zwracali najmniejszej uwagi ochrony. Przeciskając się przez tłum wydostali się na parking przed terminalem. Szybko odnaleźli taksówkę i zapakowali się do niej razem z bagażami. Obskurne wnętrze pojazdu było zdecydowanie nieprzyjemną odmianą po komfortowych siedzeniach samolotu. Tapicerka zalatywała papierosami, a tylna kanapa wyglądała w kilku miejscach niczym pocięta nożem. Całe szczęście podróż na targowisko nie trwała dłużej niż dziesięć minut.
Na miejscu uderzyła ich fala niezbyt przyjemnych doznań. Zgiełk setek ludzi krzyczących i żywo dyskutujących po rosyjsku i ukraińsku zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Do nozdrzy z kolei wpychały się zapachy. Świerzy smar, guma, jakiś niezbyt dobrej jakości fast food oraz nasilający się przy co drugim przechodniu, silny smród przetrawionego alkoholu. Stojący nad uginającym się od towarów blatami, handlarze zachwalali sprzedawane przedmioty, które na żadną pochwałę nie zasłużyły. Jednak pod którymś z setek kolorowych dachów z plandek udało się w końcu zrobić porządne zakupy. Dwa noże, dwa liczniki Geigera, dwie maski z zapasem filtrów i skrócone kałachy z zapasowymi magazynkami. Odnaleźli nawet kogoś, kto za "niewielką" opłatą zgodził się podwieźć ich do pogranicza i wskazać najkrótszą drogę do Zony. Przewodnik, jak sam siebie zwał, obiecywał bezpieczeństwo i żadnych patroli wojska.
Obijanie tyłków na twardych siedzeniach, podskakującego na wybojach UAZ-a było jeszcze gorsze niż rozklekotana taksówka, ale ku radości Simona i Marceliny nie trwało wiele dłużej. Już po jakiś dwudziestu minutach pojazd zatrzymał się na niewielkiej, otoczonej krzywymi drzewami polanie. Gdzieś pomiędzy omszonymi pniami prześwitywała metalowa siatka.
- "Jak pójdziecie tam..." - mężczyzna wskazał płot. Mówił płynnym rosyjskim - "...i przejdziecie przez dziurę w płocie, wyjdziecie na pogranicze. Paręset metrów dalej będzie pole minowe, a dalej macie waszą Zonę… Jakieś pytania?"
- "Pole minowe?" - brodacz wyraźnie pobladł.
- "Tak, a co? Spodziewaliście się, że chronią wejście tylko jakimś marnym płotkiem? Cieszcie się, że siatka nie jest pod napięciem…"
- "A jak przejdziemy przez to pole?" - zapytała powoli dziewczyna.
- "To zależy już od was…" - mruknął przewodnik z krzywym uśmieszkiem.
- "A może tak jakieś rady?" - drążyła czarnowłosa.
- "Miny są oznaczone. Nie da się ich nie zauważyć. Tylko idiota wdepnie" - zmierzył ich wzrokiem - "Jeszcze coś?"
- "N...Nie…" - Marcelina pokręciła powoli głową
- "W takim razie płaćcie" - wyszczerzył się. Kilka zębów błyszczało złotem.
Pole minowe okazało się niespodziewanie łatwą przeprawą. Zwłaszcza dla Simona, który zdawał się przejmować tylko i wyłącznie stratą prawie całych oszczędności. Był tak zajęty marudzeniem pod wąsem, że nawet nie spostrzegł resztek pechowego stalkera spoczywających w płytkim dole. Marcelina pozyskała z trupa nieco amunicji i pojemnik na artefakty.
- "Co za zdzierstwo!" - warknął po raz kolejny mężczyzna - "A co jeśli będziemy musieli coś kupić od miejscowych?"
- "Coś się wymyśli" - mruknęła czarnowłosa studiując wyciągniętą ze strzępów należącego do pechowca plecaka mapę. Żółtawy papier był cały pokreślony i pamiętał najprawdopodobniej czasy komunizmu - "Powinniśmy kierować się… tam!" - wskazała bliżej nieokreślony kierunek. Udało jej się znaleźć na mapie miejsca, które było wyraźnie wskazane na stronie pewnego "schroniska dla stalkerów". Kto zakłada stronę internetową dla takiego miejsca? Dziewczyna nie wiedziała i jakoś średnio ją to obchodziło - "Tam jest najbliższa baza stalkerów… Chyba… Bo nie jest oznaczona na tej mapie…"
Zamilkła zderzając się z plecakiem towarzysza, który stanął jak wryty i wpatrywał się w coś przed sobą.
- "Co jest?" - zapytała Marcelina zwinąwszy i schowawszy mapę do kieszeni. Zajrzała przez ramię białowłosego - "Anomalia…"
Kilkanaście metrów przed nimi, pomiędzy dwoma pozbawionymi liści i kawałków kory, wykrzywionymi drzewami unosiła się sfera falującego powietrza. Wiatr zewsząd zdawał się ciągnąć do anomalii. W jej kierunku pochylały się gałęzie i źdźbła trawy. Słychać było cichy świst.
Pod nią, na gołej ziemi, leżał szary kamień wielkości dłoni.
- "Jest piękna…" - wyszeptał badacz.
- "Tam pod spodem leży chyba artefakt… Ukraińcy sprzedawali podobne na tamtym bazarze" - wskazała bezkształtny przedmiot - "Spróbuję go wyciągnąć..."
Oparła plecak i gitarę o nogę wciąż znieruchomiałego z zachwytu Simona i zaczęła się rozglądać. W trawie znalazła dwie gałązki, z których krótszą cisnęła w kierunku falującej sfery. Po przeleceniu mniej więcej połowy dystansu piękną parabolą, patyk został wciągnięty ze sporą siłą do wnętrza anomalii i zmiażdżony do wielkości ziarnka piasku. Marcelina przełknęła głośno ślinę i ruszyła powoli w tamtą stronę. Po drodze pozapinała wszystkie kieszenie.
Kilka metrów przed sferą jej włosy zaczęły szaleć i próbować wyrwać się w tamtą stronę. Dziewczyna ukryła je szybko pod wystającym spod wojskowej kurtki kapturem i pociągnęła za ściągacze. Położyła się wśród chwastów i zaczęła się powoli czołgać. Gdy znalazła się tuż pod anomalią ledwo mogła oddychać. Jej ubranie łopotało, a wyciągnięta, trzymająca gałąź ręka była ciągnięta w górę. Przyciągany artefakt za to nawet nie drgnął.
Po kilkudziesięciu ciągnących się w nieskończoność sekundach, Marcelina w końcu wycofała się. W dłoniach ściskała szary obiekt. W dotyku przypominał nieco gumę, a jednocześnie kamień. Wylądował w ołowiano-aluminiowym kontenerku.
Dziewczyna była bledsza niż zwykle, ale jednocześnie uśmiechała się z trumfem.
- "Wszystko w porządku?" - zapytał nieco zaniepokojony brodacz, który dopiero chwilę wcześniej zaczął zwracać uwagę na coś innego niż pożerającą materię anomalię - "Po co to w ogóle robiłaś?"
- "Teraz będziemy mieli pieniądze" - zaśmiała się lekko zakładając plecak na ramiona.
Mężczyzna zmusił się do uśmiechu. Wychowywał tą dziewczynę odkąd miała siedem lat i zaczynał coraz bardziej żałować, że ją ze sobą zabrał. Nie był w stanie nawet dopuścić do siebie myśli, że mogłoby się coś jej stać. Nieważne, że siedmiolatką nie była już od kilkunastu wiosen.
Jakąś godzinę później, po wydeptaniu w suchej ziemi Zony sporego półkola, powrócili na pustkowia pogranicza. Znajdowali się dość daleko od bezpośredniej granicy, ale wyraźnie widać było, że ktoś zadbał o zły stan tego miejsca. Dla ułatwienia kontrolowania obszaru z powietrza, wycięto wszystkie drzewa. Pierwsze kępki lasu widać było dopiero kilkaset metrów dalej. Pod pokrytym szarymi chmurami niebem, po lewej i prawej stronie początkujących stalkerów, od horyzontu po horyzont, ciągnął się bezkresny ocean traw. Źdźbła w kolorze niezbyt zdrowej zieleni sięgały człowiekowi aż po pas, skrywając przed jego wzrokiem plamy grząskiego błocka.
W powietrzu panował idealny spokój i cisza. Żadnych owadów, ptaków, czy nawet wiatru. Jedynie ostre krawędzie traw skrobały po kurtkach i plecakach jeszcze bardziej utrudniając marsz.
Nagle dało się jednak słyszeć nowy, wywołujący ciarki na spoconych plecach, dźwięk. Dźwięk stukających o siebie w rytm marszu, elementów wojskowego ekwipunku. Zanim dwójka świeżo upieczonych stalkerów zdążyła cokolwiek zrobić, dobiegł ich mocny głos.
- "Wy tam! Stać!" - wojstalker z szyja owiniętą jakąś dziwną, szarawą chustą i ściskający nowego kałacha w schowanych w rękawicach dłoniach wrzasnął po rosyjsku.
Za nim, powolnym krokiem szło pięciu kolejnych. Każdy w hełmie i masce p-gaz. Każdy z wycelowanym w dziewczynę i brodacza AK-74.
- "Wojsko…" - wyszeptała Marcelina. Przy okazji zrobiła się nieco bledsza niż zwykle - "Padnij!" - krzyknęła ciągnąc Simona za plecak w kierunku niezbyt zachęcająco wyglądającego błotka. Nad ich głowami zaświszczały kule. Ściana gorącego ołowiu skosiła trochę chwastów. Po chwili kanonada ucichła.
- "Szybko! Musimy stąd spadać" - powiedziała czarnowłosa prosto do ucha towarzysza. Pomogła podnieść się Simonowi i obydwoje pochyleni jak garbate staruszki ruszyli w stronę lasu. A przynajmniej tam gdzie las ostatni raz widzieli, bo teraz wszystko zasłaniały drapiące twarze źdźbła. Nie zdążyli odejść daleko, gdy spadły na nich kolejne pociski. Wojacy kierowali się najwyraźniej ruchem roślin, bo strzały stały się niebezpiecznie celne. Marcelina poczuła nagle silne uderzenie, które rzuciło nią o ziemię. Lekko oszołomiona spostrzegła przed sobą białą brodę.
- "Marcy! Nic ci nie jest?" - zapytał mężczyzna. Był tak skupiony na bezpieczeństwie przybranej córki, że słysząc kolejną serię nawet nie pochylił głowy. Któryś z wojskowych zaśmiał się szyderczo.
- "Chyba nie..." - obmacała się szybko. Nie znalazłszy krwi, zerknęła na swój plecak - "Nie…" - jęknęła. Jej gitara była rozbita w drzazgi.
Kolejny strumień ołowiu wzbił w powietrze ziemię i strzępy trawy zaledwie metr od nich. Simon przeklął pod białym wąsem i zaczął gwałtownie przeszukiwać plecak. Gdzieś z samego dna wydobył zawinięty w szmatę, pomalowany czarną, matową farbą przedmiot w kształcie niewielkiego ananasa.
- "Skąd masz granat" - oczy czarnowłosej osiągnęły rozmiar spodków. Przestała na chwilę ściągać zrujnowany instrument z pleców.
- "Od Ukraińców oczywiście…" - mruknął brodacz wyrywając zawleczkę. Granat poleciał po pięknej paraboli nad wysoką trawą i chwastami.
Nie trzeba było długo czekać na efekty. Już moment później dało się słyszeć przerażone, nieco niewyraźne wrzaski, a następnie silną eksplozję. Simon chwycił Marcelinę za ramię i pociągnął ją za sobą. Nie zważając na to, ze są doskonale widoczni, popędzili prosto do odległego o jakieś dwieście metrów lasu.
Wkrótce skryli się między drzewami i upadli na wilgotny mech. Siedzieli tak przez chwilę w prawie całkowitym bezruchu, oddychając ciężko i wpatrując się w praktycznie nieruchome korony drzew. Mozaika zielonych liści i szarego nieba skutecznie uspokoiła ich po strzelaninie. Dopiero teraz, kiedy adrenalina ulotniła się z żył, czarnowłosa poczuła ból mięśni nóg i kilku drobnych stłuczeń na ramieniu i plecach.
- "Właściwie to nawet dobrze…" - mruknęła cicho. Jej głos był wyprany z emocji.
- "Gitara?" - jej opiekun położył dłoń na jej ramieniu.
- "Takie coś w Zonie tylko spowalnia…" - westchnęła, po czym podniosła się na nogi i poprawiła plecak. Umieszczone w nim przedmioty znów się poprzemieszczały. Teraz coś boleśnie kuło ją pod łopatkę - "Idźmy już… Już niedaleko..."
Wniesienie sporej skrzynki wódki po drabinie nie było łatwym zadaniem. Bonnibel prawie spadła i tylko cudem ocaliła dwie butelki przed roztrzaskaniem się o betonową podłogę piwnicy. Z widocznym wysiłkiem odstawiła drewniany pojemnik na półkę na zapleczu i ocierając pot z czoła wróciła za bar. Z szerokim uśmiechem rozejrzała się po pomieszczeniu. Równo ustawione stoły i krzesła nie nosiły na sobie nawet śladu kurzu, czy zaschniętych resztek sprzed bliżej nieokreślonego okresu czasu. Na podłodze z drewnianych klepek nie leżały już liście, ani martwe szczury. Blat, o który opierały się właśnie łokcie różowowłosej aż lśnił, a szyby w oknach były tak czyste, że wydawały się nie istnieć. Było przez nie doskonale widać nadchodzące od strony lasu postacie ubrane w moro i ciągnące ze sobą wielkie plecaki. Do ich bagaży przywiązane były karabiny…
Kobieta nachyliła się pod bar i odbezpieczyła leżącego na jednej z półeczek kałacha. W tym samym praktycznie momencie drzwi uchyliły się powoli. Biała broda, która pojawiła się w powstałej szczelinie drgnęła na dźwięk zawieszonego nad nimi dzwonka. Mina rozglądającego się po pomieszczeniu właściciela gęstego zarostu wyrażała mocną niepewność.
Całkowicie przeciwne nastawienie miała dziewczyna z długimi, czarnymi włosami, która przesunęła mężczyznę razem z drzwiami i wmaszerowała do środka. Z przyjaznym uśmiechem na ustach ruszyła w stronę barmanki. Zachęcony tym brodacz podążył za nią.
- "Witajcie stalkerzy" - powiedziała pogodnie Bonnibel - "Przyszliście tylko… hmm… na jedną noc, czy zostajecie na dłużej?"
- "Czołem" - przywitała się blada dziewczyna ściągając plecak i siadając na wysokim siedzisku przed barem - "Nie wiem na jak długo starczy nam pieniędzy…"
- "Nie szkodzi" - właścicielka machnęła ręką - "Możecie sobie zrobić tutaj bazę wypadową i płacić artefaktami, bronią, czy czym tam wolicie…"
- "O właśnie!" - czarnowłosa wydobyła z torby metalowy pojemnik, o tworzyła go i postawiła na blacie przed Bonnibel - "Ile za to dostaniemy?"
- "Może być miesiąc wygodnego łóżka, jedzenia i picia" - powiedziała kobieta wyjąwszy artefakt z kontenerka i przyjrzawszy mu się dokładnie - "To krewkamień… Czasem może być bezcenny…" - widząc jak jej rozmówczyni unosi brew pospieszyła z wyjaśnieniami - "Tamuje krwawienie i przyspiesza leczenie ran."
Do baru doczłapał brodacz. Plecak i kurtkę porzucił przy jednym ze stolików.
- "Mógłbym prosić o coś do jedzenia?" - zapytał uprzejmie.
- "Może być mielonka na ciepło?" - zaproponowała po chwili namysłu różowowłosa.
- "Zjem cokolwiek" - zaśmiał się, po czym spoważniał - "Jest tu gdzieś łazienka?"
- "Po schodach na górę, pierwsze drzwi… Zresztą są oznaczone" - odpowiedziała. Mężczyzna pośpieszył w tamtą stronę.
- "To ja poproszę coś do picia" - odezwała się czarnowłosa.
- "Mamy trochę mały wybór…" - mruknęła Bonnibel znikając na zapleczu - "Wódka, czy woda?"
- "Em… woda…"
- "Momencik…" - zza uchylonych drzwi dobiegł dźwięk uderzających o siebie metalowych naczyń i rozpalanego gazu. Po kilku minutach wróciła, niosąc ze sobą aluminiowy kubek z wodą i menażkę z parującą porcja mięsa. Postawiła obydwa przedmioty na barze - Proszę - powiedziała przesuwając napój stalkerce.
- "Dzięki…" - dziewczyna wysiorbała łyk zimnego płynu - "Właściwie to się jeszcze nie przedstawiłam…" - wyciągnęła rękę - "Jestem Marcelina."
- "A ja Bonnibel" - uścisnęła dłoń czarnowłosej - "Masz ciekawe imię."
- "Ty też" - zaśmiała się. Różowołosa poczuła dziwne ciepło rozchodzące się po jej brzuchu, ale postanowiła zastanowić się nad tym później. Głównie dlatego, że właśnie wrócił brodacz. Popijająca wodę dziewczyna spojrzała na nadchodzącego - "Ach… A to jest Simon" - powiedziała do Bonnibel - "Jest dla mnie jak ojciec… Opiekuje się mną odkąd miałam siedem lat…"
Mężczyzna usiadł na wysokim siedzisku, chwycił łyżkę i z uśmiechem zaczął wcinać ciepłe mięso.
- "Jak wam poszło dostawanie się do Zony? Mieliście jakieś większe kłopoty?" - zapytała z ciekawością kobieta wpatrując się z uwagą w swych pierwszych klientów. Zwłaszcza w blade dziewczę siedzące naprzeciw niej.
- "Nie było źle…" - odpowiedziała czarnowłosa bawiąc się resztką wody z dna kubka - "Małe pole minowe… Pojedyncza anomalia… Wojstalkerzy…" - wyliczyła.
- "Wojstalkerzy? Wojsko? Udało się wam tak po prostu przed nimi uciec?" - spytała z podziwem różowa.
- "Jak widać" - zaśmiała się Marcelina. Nagle jednak posmutniała - "Szkoda tylko, że rozwalili mi gitarę…"
Zapadła nieco niezręczna cisza, zakłócana tylko rytmicznym stukaniem łyżki o menażkę. Bonnibel poczuła się mocno niekomfortowo i jakoś tak… dziwnie. Postanowiła coś z tym zrobić, ale najpierw trzeba było załatwić jeszcze jedną sprawę…
- "Zbliża się wieczór… Chcecie zobaczyć pokoje?" - spytała z całkiem nieźle skrywaną, błagalną nutą w głosie.
- "Bardzo chętnie" - w głosie czarnowłosej pojawiła się równie dobrze ukryta ulga. Wstała i ciągnąc za sobą Simona, ruszyła za właścicielką po schodach na górę.
- "Tu mamy łazienkę" - różowowłosa wskazywała kolejne drzwi - "Tam śpię ja, a tamte trzy pomieszczenia są wolne. Wybierzcie sobie."
Brodacz wrócił na dół, by po chwili wrócić z plecakami. Jeden zostawił obok Marceliny, a drugi zarzucił na plecy i poszedł do ostatniego pokoju po prawej. Dziewczyna wzruszyła ramionami, chwyciła bagaż i zajęła pokój obok swego opiekuna. Pokój naprzeciw tego należącego do Bonnibel.
- "Dobranoc…" - mruknęła czarnowłosa uśmiechając się do różowej, a następnie zniknęła w swoim pokoju.
- "Jeśli będziecie czegoś potrzebować, będę u siebie!" - powiedziała głośniej właścicielka - "Dobranoc…" - szepnęła, po czym zniknęła za drzwiami sąsiadującego z łazienką pomieszczenia.
Czerwieniąc się potężnie usiadła na skrzypiącym lekko materacu. Oparła głowę na rękach, dotykając dłońmi gorących, płonących czerwienią policzków. Przez dłuższą chwilę siedziała tak, uśmiechając się głupawo i rozmyślając, po czym nachyliła się pod łóżko. Wyciągnęła stamtąd niewielką, żółtą walizeczkę, a z niej wydobyła telefon. Wybrała numer.
- "David? Mógłbyś coś dla mnie załatwić?"
A/N: Recenzje bardzo mile widziane :D
