Półpiętro między pierwszą a drugą kondygnacją: Portret Mony Lisy

„Przypatrzcie się, panowie, przypatrzcie, przyjrzyjcie się dobrze, bo klnę się duszą, rzecz jest ciekawa: oto człowiek, co poddawszy się już losowi, szedł spokojnie na szafot i umarłby, co prawda tchórzliwie, ale nie protestując i nie skarżąc się. Czy wiecie, panowie, skąd czerpał siły, co było mu pociechą i dlaczego tak cierpliwie znosił kaźń?"**

Czasami Syriuszowi zdarza się zapomnieć, kim była ta kobieta. Ta, która krzyczała i miotała się pod drzwiami sali sądowej podczas ogłoszenia wyroku… ta, którą minął na korytarzu, prowadzony przez aurorów i która wrzeszczała na całe gardło, że Syriusz Black jest zdrajcą i powinien zdechnąć w Azkabanie. Czasami Syriusz nie pamięta nawet, dlaczego tak bardzo go to wtedy zabolało… ale zawsze, zawsze pamięta jak wyglądała tamtego dnia.
Widzi to dokładnie, jakby oglądał portret namalowany ręką mistrza. Na tym obrazie Elizabeth jest jak żywa, a on ogląda ją w nieskończoność, dzień po dniu, zagłębiając się coraz bardziej w szaleństwo.

Jej twarz była trupio blada, osnuta morzem czarnych loków. Spod włosów prawie nie widać było jej ciemnych oczu. Nabiegłe krwią, opuchnięte usta zdawały się mu dziwnie nienaturalne, duże i zbyt czerwone. Policzki miała zarumienione jakby od gorączki.
− Morderca! – krzyczała wraz z tłumem. – Morderca! Morderca!
W jej oczach był potworem, zdrajcą ukochanych przyjaciół, którzy mu ufali. Nie było chwili, by wątpiła, że zdradził. Skazała go tak, jak wszyscy. Bez procesu.
Aurorzy prowadzili go skutego przez korytarz. Łańcuchy pobrzękiwały. Wokół kłębili się ludzie. Zbiegli się jak na igrzyska – patrzeć, jak to skazuje się największych bydlaków.
Pracownicy ministerstwa próbowali rozganiać gapiów, którzy skandowali obelgi. Niewielu było takich, którzy próbowali bronić prowadzonych rzędem skazańców. Jeśli nawet ktoś z rodziny przyszedł pożegnać aresztowanego, to i tak nie przepchał się przez rozwścieczony tłum.
Syriusz śmiał się. „Co za obłuda… ironia losu…" – myślał.
W czasie wojny nikt nie wychodził przed szereg, a teraz nagle wszyscy protestowali, wskazywali palcem winnych i żądali sprawiedliwości. Ktoś splunął w twarz Rudolfa Lestrange'a, prowadzonego tuż przed Blackiem. Lestrange zaczął się miotać, wykrzykując brednie o zemście Voldemorta.
I wtedy Syriusz ją dostrzegł. Poczuł na sobie jej wzrok jak dotyk lodowatej ręki. Jej czarne oczy wpatrywały się w niego. To przez nią czuł się dziwnie nagi, jakby odarto go nie tylko z ubrań. Gdzie się podziała jego bezwstydność, jego swawola?
− Morderca! – krzyczała wraz z tłumem Elizabeth. Z każdym słowem coraz bardziej przypominała Syriuszowi matkę. – Morderca! Morderca!
Nie przyszła go pożegnać. Nie przyszła zobaczyć go po raz ostatni. Przyszła na igrzyska! I mógłby przysiąc, że gdy ją mijał, uśmiechnęła się dziwacznym uśmiechem nie do zinterpretowania. Może śmiała się z tego wszystkiego, a w szczególności z jego szaleństwa?

To jedno z najgorszych wspomnień, jakie wracają do Syriusza Blacka nocami. Paradoksalnie tylko dlatego mu go nie odebrano. Może należało dziękować za nie jakiejś chorej boskiej Opatrzności?
Dobrze, że Lisa była wtedy w Ministerstwie, że cierpiał przez to, co mówiła i wyrzucał sobie, że jak już go zamkną, to nie wiadomo, co się z nią stanie. Kochanka zdrajcy! Kobieta mordercy!
Jak ciężkie musiało stać się po tym wszystkim życie Elizabeth Warrington, niedoszłej pani Black? Jak dobrze, że ich ślub nie doszedł do skutku! Musiałaby teraz nosić jego nazwisko jak brudny łach i wstydzić się nawet podpisać na liście do przyjaciółki. Elizabeth Black brzmiałoby pewnie jak Elizabeth Zdrajca, Elizabeth Morderca…

Morderca… morderca… morderca…

Szuranie miski po kamiennej podłodze budzi Syriusza z amoku. Pracownik więzienny wsunął przed chwilą niedużą porcję śmierdzącej papki do jego celi. Wprawdzie zawsze dawano więźniom jakieś sztućce, ale Syriusz przestał używać ich jak normalni ludzie. Tępił je i wyginał, dłubiąc w kamiennej ścianie, rysując twarz swojej własnej Mony Lisy.
Posiłki i tak zawsze jadł z miski jak pies, po latach już nawet nie pomagając sobie rękami. Im dłużej był uwięziony, tym więcej zwierzęcych odruchów w sobie wyrabiał. Pracował nad tym, to stało się jego obsesją.

Być psem. Stać się psem. Wrócić do niej jako pies.

Nie wiedziałaby, że przybłęda żebrząca o resztki pod jej domem to Syriusz Black, dawny wyklęty narzeczony. Może przyjęłaby wychudzoną psinę? Pozwoliła jej leżeć w cieple swego kominka, a nawet głaskałaby za uchem… albo kopnęła w dupę i wygnała miotłą z ganku, oblała pomyjami i wyklęła od wszystkich diabłów!

Być psem Lisy. Stać się psem. Wrócić do niej jako pies…

**cytat z książki Hrabia Monte Christo Dumasa.