- Pięknie tu - szepnęłam wtulając głowę w tors Percy'ego. Był dziesiąty sierpnia, a mój chłopak zabrał mnie na piknik na plażę. Wpatrywaliśmy się w zachód słońca, a ja czułam się jak w hollywoodzkich filmach romantycznych. Z tyłu głowy miałam już opracowany cały plan na sobotę, urodziny Glonomóżdżka. Nie codziennie kończy się dziewiętnaście lat, więc razem z Piper, Jason'em, Leo, Nico i resztą przyjaciół postanowiliśmy zrobić mu najlepszą imprezę urodzinową wszech czasów. Nawet Hazel i Frank obecali, że przylecą tu z Obozu Jupiter!
- Ty jesteś piękna - usłyszałam szept obok swojego ucha. Uśmiechnęłam się szeroko i pocałowałam Percy'ego w policzek.
- Słodki jesteś - powiedziałam i wróciłam do obserwowania zachodu słońca.
- Aż tak, że moja grupa krwi to Nutella - zaśmiał się, a ja mu zawtórowałam.
Nagle niezmącony spokój przerwał donośny ryk z mojej lewej strony. Z lasu wyłoniła się sylwetka lwa, o żywym wężu zamiast ogona i kozią głową wyrastającą z grzbietu.
- Chimera - szepnął Percy odruchowo wyjmując długopis z kieszeni. Przez moment miałam nadzieję, że potwór nas nie zauważy, jednak błyskawicznie odwrócił głowę w naszą stronę i przykucnął na tylnych łapach szykując się do skoku. Po chwili Percy miał już w dłoni Orkana, natomiast ja wyciągnęłam z buta mój spiżowy sztylet. Już miałam pewność, że załatwię chimerę celnym ciosem w klatkę piersiową, jednak poczułam, że moja noga zaklinowała się w korzeniach wystających z piasku. Krzyknęłam przerażona, a lwia łapa wytrąciła mi sztylet z dłoni.
- Annabeth! - usłyszałam krzyk Percy'ego. Czułam, że ktoś przygważdża mnie do ziemi. Na moment chyba straciłam przytomność, jednak gdy się ocknęłam pierwszym co zobaczyłam był złoty pył rozwiewany na wszystkie strony przez bryzę morską. Udało mu się! Zabił to cholerstwo!
- Percy! Jak... - odwróciłam się szczęśliwa, jednak mój nastrój prysł jak mydlana bańka, gdy zobaczyłam mojego chłopaka.
- Percy... - wyszeptałam przerażona klękając obok niego. Leżał na wznak, jego koszulka była cała przesiąknięta krwią wypływającą z rozległej rany znajdującej się na jego klatce piersiowej, a na lewym ramieniu widniał głęboki ślad po ugryzieniu, z którego też lała się krew wymieszana z czarną trucizną chimery.
- An..Anab...eth... - usłyszałam słaby głos wydobywający się z ust Percy'ego. Widać było po nim, że coraz bardziej opada z sił. Byłam przerażona, po policzkach płynęły mi strumienie łez, ale przezwyciężyłam strach.
- Bądź silny, idę po pomoc - powiedziałam drżącym głosem, jednak słaby uścisk dłoni Percy'ego powtrzymał nie od odejścia.
- Zostań, nie odchodź - wyszeptał, spoglądając na moją twarz spod przymkniętych powiek.
Położyłam jego głowę na moich kolanach i zaczęłam uspokajająco głaskać jego zmierzwione, czarne włosy. Starałam się opanować drżenie głosu, jednak po wielu niudanych próbach dałam sobie z tym spokój. Z całych sił powstrzymałam się od pobiegnięcia do obozu po pomoc. Wiedziałam, że nic nie da się zrobić. Rana była głęboka, a jak chimery jest śmiertelny. Klęczałam tam na pisaku, słuchając coraz wolniejszego bicia serca syna Posejdona, który zamknął oczy, nie mając siły otworzyć ich na nowo.
- Kocham cię - szepnął niemal bezgłośnie, po czym jego głowa opadła na bok, a oddech zamarł mu w piersi.
Później cała scena się rozwiała, przed oczami zobaczyłam mroczki, a ja słyszałam tylko jeden, jedyny głos wołający w mojej głowie. On nie żyje, nie żyje, Percy Jackson nie żyje, nie żyje, nie...
