Rozdział II

- Elisabeth, proszę zaczekaj! To nie tak jak myślisz – wydyszał James. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego położenia. Stracił różdżkę, a co gorsza peleryna-niewidka leżała tuż pod stopami Lizzy. A co do dziewczyny to wyglądała na wściekłą. James nigdy nie widział jej w takim stanie. Jej twarz była biała jak papier.

- A skąd wiesz o czym myślę? - zapytała, wciąż celując w niego różdżką.

- Sądząc po Twojej minie o niczym dobry - odparł.

- W rzeczy samej, a teraz idziemy porozmawiać na osobności. W sowiarni kręci się sporo osób, nie chcemy na nikogo wpaść, prawda? - Podeszła do niego szybkim i pełnym zdecydowania krokiem. - Ostrzegam Cię nie próbuj żadnych sztuczek, nie zawaham się użyć na Tobie najpaskudniejszych zaklęć jakie znam.

James przytaknął tylko i dalej uważnie patrzył na Lizzy. Przestała być tak blada jak jeszcze przed chwilą. Widać było, że powoli odzyskuje równowagę. Zręcznie złapała pelerynę-niewidkę pod pachę, wsadziła jego różdżkę do wewnętrznej kieszeni szat i wciąż trzymając go na muszce skierowała się stronę drzwi.

- Gdzie mam iść? - zapytał zrezygnowany

- 4 piętro, południowe skrzydło. Tylko bez sztuczek Potter.

James nie znosił gdy ktoś zwracał się do niego po nazwisku, ale nie zamierzał w tej chwili z nią polemizować. Może i nie była już taka blada, ale dalej wyglądała na potwornie wkurzoną. Poza tym nie musiała go tak straszyć, nie miał przecież zamiaru uciekać. Nie wiedział gdzie Lizzy zamierza go zaprowadzić, ale uznał, że ten czas wykorzysta na wymyślenie sprytnej wymówki na temat, dlaczego znalazł się obok nich pod peleryną-niewidką. Pomyślał, że mógłby wykręcić się śledzącymi go wielbicielkami, ale przypomniawszy sobie poważną minę Lizzy od razu zrezygnował z rodzącego się w jego głowie planu. - Wolałbym nie drażnić jej jeszcze bardziej, a taką reakcję z pewnością wywołałaby moja kiepska wymówka - pomyślał i zabrał się do obmyślania nowego planu.

Szli około 10 minut, a James nie do końca wiedział gdzie dokładnie się kierują, wykorzystując każdą minutę na wymyślenie wiarygodnej wymówki. Co jakiś czas Lizzy rzucała tylko pojedyncze słowa prowadząc go do celu. W końcu dziewczyna rozkazała mu zatrzymać się i stanęli przed małymi drzwiami na zacienionym korytarzu.

- Alohomora! - szepnęła i drzwi ustąpiły z trzaskiem. - Na co czekasz? Wchodź do środka. - powiedziała Elisabeth stojąc na progu.

James był przerażony. Nie zdołał wymyślić nic, co mogłoby przekonać Elisabeth Giles, że znalazł się w sowiarni przypadkowo. Nie mógł nic wymyślić głównie dlatego, że sam do końca nie wiedział dlaczego właściwie wtedy za nią poszedł. Początkowo myślał, że to żart Jerrego skłonił go wymyślenia podstępu. Jednakże po chwili zdał sobie sprawę, że tak naprawdę od bardzo dawna chciał posłuchać tego co Lizzy ma do powiedzenia. Chciał wiedzieć o czym mówi kiedy jest wśród znajomych, a nie tylko jak rzuca pod jego adresem pogardliwe spojrzenia.

Tego jednak nie mógł jej powiedzieć, zresztą kto by mu uwierzył w myśl dopiero kiełkującą w jego głowie skoro on sam ledwo się tym wszystkim łapał. Wszedł zatem do pomieszczenia, mając nadzieję, że to ona odezwie się pierwsza.

- To nieużywana sala, nikt nie będzie nam tu zatem przeszkadzał. - powiedziała i usiadła na parapecie przy oknie. - A zatem słucham. Co skłoniło Cię do podsłuchiwania mojej rozmowy z bratem? - powiedziała zjadliwie.

- Po pierwsze to nawet nie wiedziałem, że masz brata. A po drugie to nie tak, że podsłuchiwałem. Znalazłem się tam całkiem przypadkiem, naprawdę.

- Łżesz. Nawet nie myśl, że uwierzę Ci w tak wierutne kłamstwo. A teraz powiedz mi prawdę. O co Ci chodzi? Mówisz, że nie wiedziałeś, że mam brata. Dodatkowo okazało się, że jest w Gryffindorze. Rozumiem, że teraz będziesz zatruwał mu życie, tak? Czy nie po to właśnie poszedłeś nasszpiegować?

- Co? O czym Ty mówisz?

- Dobrze wiesz o czym mówię. Wiem, że tacy jak Ty śmieją się ze Ślizgonów – parsknęła. - Posiadanie rodzeństwa w domu węża, podczas gdy samemu jest się dumnym lwem nie jest powodem do domu. Myślisz, że inaczej specjalnie odsunęłam bym się na trymestr od ukochanego brata?

- Specjalnie odsunęłaś się od brata? Nic nie rozumiem. - odpowiedział coraz bardziej zdezorientowany James.

- Zatem zamierzasz udawać, że nie wiesz o czym mówię. To bardzo wygodne, żeby udawać kretyna. Nie musisz w sumie za dużo udawać.

- Przez sympatię do Ciebie udam, że nie usłyszałem ostatniego zdania - odparł urażony. - Nie zmienia to jednak faktu, ze naprawdę nie wiem o czym mówisz.

- A ja z kolei nie zamierzam udawać sympatii do Ciebie. Dobrze wiem, że poszedłeś za mną tylko dlatego, że zauważyłeś, że pierwszoroczny Gryfon gdzieś poszedł ze Ślizgonką. Znajomości lwów z wężami nie są u Was pożądane, dlatego poszedłeś zasięgnąć języka. Po drodze okazało się, że pierwszoroczniak jest moim bratem, więc nie zrezygnowałeś ze śledzenia nas. Oboje doskonale wiemy co stało się potem. - Elisabeth przerwała, żeby zaczerpnąć tchu. - Nie wiem jak udało Ci się nas podsłuchiwać, pozostając niezauważonym. Każda peleryna, która powoduje niewidzialność ma swoje ograniczenie. Powinnam była Cię zauważyć! Mniejsza z tym - machnęła ręką - W każdym razie popełniłeś błąd kiedy otworzyły się drzwi do sowiarni. Podmuch wiatru odsłonił Ci na ułamek sekundy kostki, a wtedy już wiedziałam, że nie jesteśmy z Aaronem sami.

- Lizzy, to naprawdę nie tak jak myślisz. Ja nigdy nie poszedłbym Cię śledzić z takiego powodu. - powiedział i zrobił krok w jej stronę.

- Nie mów tak do mnie. To zdrobnienie zarezerwowane dla moich przyjaciół - wycelowała mu różdżką prosto w twarz. - A Ty się do ich grona nie zaliczasz.

- Przepraszam, ja nie chciałem.

- Nie obchodzą mnie Twoje przeprosiny. Powiedz mi dlaczego nas śledziłeś? - nie ustępowała.

- Na pewno nie dlatego, że mam coś przeciwko Ślizgonom. Mówisz jakbyś zapomniała, że mój brat też nim jest.

- Czasami zapominam. I tak, masz rację. Uważam, że to jest właśnie powód, dla którego mnie śledziłeś. Ty i Twoi koledzy nienawidzicie osób ze Slytherinu.

- O czym Ty mówisz! Przecież Albus to mój brat tam jest. Może ja i Al nie dogaduje się za bardzo odkąd... - James urwał w pół zdania.

- Odkąd co? Odkąd trafił do domu węża. Czy to chciałeś powiedzieć? - powiedziała Elisabeth, uśmiechając się drwiąco.

- Tak to chciałem powiedzieć. To fakt, że między nami nie układa się najlepiej odkąd trafiliśmy do różnych domów. Rok temu byłem naprawdę zawiedziony, że po raz kolejny okazaliśmy zupełnie inny. Ale nigdy, przenigdy nie żywiłem do niego nienawiści czy złości. Martwiłem się kiedy inni uczniowie zaczęli mu dokuczać i przyznaję, że powinienem być bardziej rozważny w udzielaniu mu pomocy. Z perspektywy czasu widzę, że były to niedźwiedzie przysługi. Tylko mu tym zaszkodziłem. Uwierz mi proszę, że nigdy nie chciałem, żeby tak się to potoczyło. - James uśmiechnął się słabo.

Napięcie powoli odchodziło z twarzy Elisabeth. Przestała celować w twarz Jamesa różdżka.

- Mów dalej - powiedziała i usadowiła się głębiej na parapecie.

- Nigdy z Alem nie byliśmy do siebie podobni. Zawsze wiedziałem, że się od siebie różnimy. Gdy przyszła jego kolej na przyjazd do Hogwartu miałeś nadzieję, że odnajdziemy wspólny język w Gryffindorze z dala od rodziców i krewnych, którzy chcąc nie chcąc nas do siebie porównują. Al trafił jednak do Slytherinu i wszystko jeszcze bardziej się skomplikowało kiedy inni uczniowie zaczęli z niego drwić. Uwierz mi, że chciałem mu pomóc. Ale wszystko wychodziło mi tak niezdarnie, że tylko pogarszałem sytuację w szkole. W domu wcale nie było łatwiej, cała rodzina od pokoleń w Gryffindorze i nagle syn samego Harrego Pottera trafia do domu, w którym był Voldemort. Nie wzdrygaj się. Taka jest prawda, a tata zawsze powtarza nam, że nie wolno bać się tego imienia. - James zaczerpnął powietrza i nabrał odwagi do dalszego kontynuowania wypowiedzi. - Wracając do tematu chciałem Ci tylko powiedzieć, że coraz lepiej się dogadujemy, a te wakacje mocno nas do siebie zbliżyły. Ale mniejsza o nas. Naprawdę nie mam nic przeciwko Ślizgonom.

- Dlaczego mnie śledziłeś i podsłuchiwałeś? - nie dawała za wygraną Elisabeth. Nie miała już tak zaciętej miny, co nie przeszło niezauważone przez jej czujnego obserwatora.

- Nie wiem - odpowiedział zmieszany.

- Słucham? - zapytała wyraźnie zaskoczona dziewczyna.

- Naprawdę nie wiem, ja chciałem się czegoś o Tobie dowiedzieć i zobaczyć dlaczego zapraszasz gdzieś pierwszoroczniaka. - odpowiedział cicho James, który uznał, że Lizzy wyczuje nutę fałszu w jego głosie i tylko pogorszy tym całą sprawę. Miał zamiar powiedzieć to co myślał i żywił nadzieję, że dziewczyna nie będzie drążyła tematu. Sam nie był pewny co wtedy tak naprawdę by jej powiedział.

- Nie rozumiem Twojej motywacji, nie mam zielonego pojęcia o czym mówisz i dlaczego skradałeś się za nami. - zamilkła, ale podjęła po chwili przerwany wątek - Czuję jednak, że nie miałeś złych intencji.

- Dziękuję. Przepraszam, że podsłuchiwałem Twoją rozmowę z bratem. Nie wiem dlaczego zdecydowałem się pobiec za Wami. Ale jeszcze raz bardzo Cię przepraszam. - James spuścił oczy w podłogę, zawstydzony swoim postępowaniem.

- Dobra. Chociaż dalej jestem na Ciebie zła za podsłuchiwanie to powiedzmy, że połowicznie Twoje wyjaśnienia są dla mnie wystarczające.

- Połowicznie?

- Tak. Jak udało Ci się podkraść tak blisko nas pozostając niezauważonym? Jakiego zaklęcia użyłeś?

- Mój sposób leży koło Ciebie na parapecie.

- Przecież wiem co to jest, takie peleryny niewidzialności są do kupienia w większości sklepów z dowcipami w tym w jednym prowadzonym przez Twojego wuja. - odpowiedziała z pewnością w głosie, nie mniej jednak sięgnęła z zaciekawieniem na leżące obok niej zawiniątko. Rozłożyła materiał i zarzuciła na ramiona. - Ta peleryna jest jakaś inna, wygląda na bardzo starą. Te kupione w sklepie szybko się zużywają i nie kamuflują ukrywającej się pod nią osoby tak idealnie. A tutaj nie widać nawet cienia, a stoję w pełnym słońcu przy oknie. W kupnych pelerynach rzuca się wtedy lekki cień. Skąd ją masz? - zapytała, dalej bawiąc się peleryną. Zakładała ją na poszczególne części ciała i oglądała ruchy promieni słonecznych.

- To rodzinna pamiątka. Dostałem od taty. - odpowiedział, wzruszając ramionami. James czuł się niezręcznie patrząc na Lizzy, nie mniej jednak ukradkiem obserwował jej ruchy.

- Czy ktokolwiek wie, że masz coś takiego? - zapytała poważnych głosem.

- Tylko Tim, nie chciałem o niej mówić reszcie, a szczególnie Jerremu, który z pewnością by się komuś o niej wygadał. Nie musisz tak przewracać oczami. Jerry to super gość. Jest po prostu dość hałaśliwy - dodał widząc jej minę. - Poza tym tata prosił, żebym o tym nie rozpowiadał w szkole.

- I miał rację. - powiedziała cicho Elisabeth - nie powinieneś tego w ogóle przywozić do Hogwartu. To niezbyt rozważne posunięcie ze strony tak potężnego czarodzieja jakim jest Twój tato.

- O czym Ty mówisz? Nie rozumiem.

- Mówię o tym, że o tej pelerynie krąży wiele opowieści i z pewnością ktoś chciałby Ci ją wykraść, gdyby tylko wiedział, że jest w Twoim posiadaniu.

- Dlatego, ze należała do mojego taty?

- Powiedzmy. Gdzie ją trzymasz?

- Pod łóżkiem w naszym dormitorium.

- Po prostu ją tam wcisnąłeś? - pokręciła głową z niedowierzaniem.

- No tak, a co niby miałbym zrobić. Zbudować dla niej ołtarz? - zadrwił James, ale widząc minę Lizzy szybko dodał - Przepraszam, tak mi się tylko powiedziało.

Elisabeth złożyła starannie pelerynę, odłożyła ją na okno i zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. James wodził za nią wzorkiem domyślając się, że czegoś szuka. Miała przy tym tak samo skupioną miną jak na Zaklęciach.

- Czego szukasz? - zapytał rozbawiony.

- Czegoś takiego jak to! - zawołała uradowana z drugiego końca sali. James nie widział to co trzyma w rękach, dopóki do niego nie podeszła.

- Szukałaś drewnianego pudełka - stwierdził siląc się na powagę.

- Tak, a teraz daj mi się skupić - powiedziała i usiadła na podłodze po turecku. Rozejrzała się po pomieszaniu jeszcze raz napotykając utkwiony w nią wzrok Jamesa. - Mam coś co należy do Ciebie - westchnęła i sięgnęła za pazuchę.

- Oddajesz mi moją różdżkę? - powiedział z niedowierzaniem James.

- Tak. Dalej nie rozumiem dlaczego mnie śledziłeś. Cicho, nie przerywaj mi - powiedziała widząc, że James już otwiera usta, żeby się wtrącić - Ale nie chcę tego wiedzieć, może miałeś jakieś znane tylko Ci powody, żeby to zrobić. Na szczęście nie usłyszałeś nic istotnego. Widzę także, że w przeciwieństwie to Twoich kolegów przynajmniej Ty nie żywisz urazy do Ślizgonów. Nie przerywaj mi. Jeszcze nie skończyłam mówić - dodała chłodno - Twoi koledzy szydzili z Albusa, a inni poszli za ich przykładem. Gryfoni uważają się za lepszych tylko z tego powodu, że trafili do Gryfingoru. Uważają, że posiadają odwagę równą samemu Godrykowi, podczas gdy są tylko tchórzami ukrywającymi się pod złotem i czerwienią. Daruj sobie wyjaśnianie mi, że tak nie jest. Tylko zastanów się nad tym pożądnie. Ale wracając do sedna oddaje Ci Twoją różdżkę tylko pod warunkiem, że nie pozwolisz, żeby ktokolwiek naśmiewał się z Aarona. To silny chłopak da sobie ze wszystkim sam radę, ale nie chciałabym, żeby był zmuszony wybierać pomiędzy kontaktami z siostrą, a przyjaźnią z nowymi kolegami. Tak nie powinno być. Uważam, że może mieć to wszystko i z niczego nie rezygnować. Obiecasz mi to?

- Dobrze, obiecuję - odpowiedział James, który nie chciał wdawać się z Lizzy w dalszą dyskusję na temat przynależności do domów. To prawda, że jego kumple często robili psikusy Ślizgonom, ale oni odpowiadali tym samym. Nie wiedział w tym nic tchórzowskiego, nie mógł sobie jednak przypomnieć kto rozpoczął tą całą "dziecinadę" jak określa to Tim, ale z pewnością dom węża nie był niewiniątkiem. Po chwili zastanowienia dodał - Elisabeth, mogłabym Cię o coś zapytać? - zapytał dziewczyny, która wpatrywała się w pudełko trzymane na kolanach.

- Zawsze możesz - odpowiedziała podnosząc wzrok, ale na widok uśmiechu na twarzy Jamesa dodała - Zawsze możesz mnie o coś zapytać, sprawą drugorzędną jest to czy będę chciała Ci udzielić odpowiedzi.

- Nie ułatwiasz mi życia. Nie zamierzam się jednak zrażać - dodał z pewnością w głosie. - Czy to dlatego odsunęłaś się na prawie semestr z życia Aarona? Żeby nikt nie wiedział, że ma siostrę w Slyhterinie i żeby mógł zdobyć przyjaciół?

- Tak - odpowiedziała ściszonym głosem.

- Ale dlaczego? Przecież to niedorzeczne! – wykrzyknął. - Nawet jeżeli ktoś zacząłby z niego drwić zawsze znajdzie się ktoś kto stanie w jego obronie. Jak Scorpius czy w późniejszym czasie Ty i Twoi znajomi w obronie Ala?

Lizzy nie omieszkała zauważyć komplementu w wypowiedzi Jamesa. Zdenerwowało ją jednak ocenianie jej decyzji. Może nie była to najłatwiejszy dla niej okres, wiele razy w ciągu tego semestru żałowała podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Nie mniej jednak podjęła ją z pełną świadomością i nie zawierzała jej zmieniać. Widząc dziś Aarona uśmiechniętego i pełnego życia utwierdziła się w słuszności. W te trzy miesiące Aaron zyskał przyjaciół. Nawet jeżeli ktoś z nich się od niego odwróci tylko dlatego, że ma siostrę w domu węża to nie był wart tej znajomości, ale to Aaron będzie w stanie zrozumieć.

- I co? Myślisz, że Albus był tym wszystkim zachwycony? - dodała wzburzona. - Nie staraj się dociekać moich powodów, to ja nie będę doszukiwać się powodów, dla których mnie dziś śledziłeś - dodała i z powrotem zajęła się wpatrywaniem w drewniane pudełko.

James już nic nie odpowiedział i siedzieli tak w ciszy przez kilka chwil.

- Już mam, przypomniałam sobie! - wykrzyknęła uradowana, wyciągnęła różdżkę po czym stuknęła w wieczko pudełka trzy razy. - Occulo vocabulum! Jestem tchórzem.

Zadowolona z siebie dziewczyna wstała i podeszła po okna, biorąc do ręki pozostawioną wcześniej pelerynę. Wsadziła ją do trzymanego pudełka, zamknęła wieczko i trzykrotnie stukając różdżką w pudełko powiedziała - Jestem tchórzem.

- To dla Ciebie. Trzymaj tą pelerynę w ukryciu. To zaklęcie nadaje hasło, jeżeli otworzysz pudełko bez użycia hasła to na jego dnie nic nie znajdziesz. Trzeba trzykrotnie stuknąć wieczko, a hasło już znasz. - powiedziała Lizzy i wcisnęła mu trzymane pudełko w ręce. - Ja będę już się zbierać, umówiłam się z koleżankami na kolację.

James nie zdążył podziękować za to, że Lizzy poświęciła tyle czasu na stworzenie dla niego skrytki na pelerynę-niewidkę, a także wyrazić swojego głośnego sprzeciwu na wymyślone przez nią hasło, ponieważ drzwi pomieszczenia otworzyły się z hukiem.

Do sali wpadł Jerry wraz z Mattem, obaj omietli wzrokiem salę i zobaczywszy Elisabeth z wyciągniętą różdżką, krzyknęli równocześnie celując w nią.

- Drętwota!

- Petrificus totalus!