Rozdział drugi: Jammin' (I hope you like jammin' too)

Minęły dwa miesiące, a u profesora Snape'a minęło czterech asystentów. Jeden wytrzymywał tydzień lub dwa, innym wystarczyło kilka dni… Dumbledore nie sądził, by Severus specjalnie doprowadzał te dzieciaki (dyrektor uważał za „dzieci" wszystkie osoby młodsze od siebie, a miał już na karku szesnasty krzyżyk) do stanu rozstroju, zastoju, przestoju… i innych tym podobnych reakcji na tle nerwowym. Jego Mistrz Eliksirów był skomplikowanym człowiekiem, a fakt, że Snape musiał realizować dzieło życia cudzymi rękami, nie czynił go bynajmniej bardziej tolerancyjnym dla niezdarności tych rąk.

Niestety, niewielu biegłych w warzeniu eliksirów czarodziejów mogło równać się ze Snapem, i raczej żaden z nich nie zgodziłby się objąć stanowiska pomocnika przy interesujących Dumbledore'a eksperymentach. Dyrektor zjadł wiele cytrynowych dropsów, rozmyślając o tym problemie, aż wreszcie znalazł rozwiązanie. Rozwiązanie, które z pewnością nie przypadnie Snape'owi do gustu.

Tak też się stało. Ledwo Severus zerknął na pierwszą stronę nowego dossier, zaraz plasnął nim o stół.

- Dyrektorze – zaczął tonem, który każdemu (prócz Dumblegore'a naturalnie) wydałby się złowróżbny. – Być może zapomniał pan o tym, lecz kiedy omawialiśmy ten projekt…

- Pamięć mnie jeszcze nie zawodzi, Severusie. – Dyrektor łagodnie przerwał młodszemu koledze, ale coś w jego minie przypomniało Snape'owi, że nie znajduje się na krótkiej liście osób, którym wolno podnosić głos na Dumbledore'a. Mistrz Eliksirów zamknął usta i spuścił wzrok.

– Niemniej jednak, dyrektorze... Kandydatom na asystentów postawiłem zaledwie dwa warunki…

– Tak, tak… – Dumbledore westchnął, po czym rzucił siedzącemu naprzeciwko czarodziejowi spojrzenie, które każdemu (prócz Snape'a, naturalnie) wydawałoby się pełne skruchy. - I naprawdę bardzo mi przykro, że muszę cię prosić, byś zrezygnował jeszcze z części swoich tak skromnych wymagań… Ale to już przecież połowa listopada, semestr w pełni.

- Rozumiem – odparł profesor eliksirów z rezygnacją, nie odrywając wzroku od swoich dłoni, leżących bezwładnie na blacie po obu stronach filiżanki z herbatą.

– Jestem pewien, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni zdołamy znaleźć asystenta, który spełni wszystkie twoje wymagania. A na razie… Czemu nie miałbyś zapoznać się z... jej dossier?

Usłyszawszy obojętne „Tak, dyrektorze", Dumbledore skinął głową i obserwoując, jak Snape niechętnie przewraca kartki w teczce, kontynuował:

- Myślę, że sam mogę ci powiedzieć to i owo. Nazywa się Vitacha Meloot, ma dwadzieścia trzy lata. Skończyła szkołę, a potem studiowała warzelnictwo w Kingston na Jamajce. Doskonałe oceny. Przygotowuje się do obrony dysertacji, choć nie tak prędko, jak życzyłby sobie jej promotor. Trochę brak jej ambicji, ale to dla nas nawet lepiej… Rzetelna. Hmm… Resztę przeczytasz sam. Ta młoda dama ma wiele zalet. A wady… Upodobanie do tytoniu i do… no, tego co tam jeszcze palą na Jamajce… Sam wiesz najlepiej, jak sobie z tym poradzić, prawda?

- Tak, dyrektorze. – Snape podniósł w końcu głowę, obdarzając Dumbledore'a swoim firmowym, doskonale pustym spojrzeniem. – Coś jeszcze? Kokaina? Heroina? Jakieś ataki…?

- Jeszcze jedno, Severusie – stary czarodziej westchnął ciężko. – Wyświadcz przysługę całemu Hogwartowi i… zjedz coś słodkiego.