TEN FF NIE JEST MOJEGO AUTORSTWA. JEGO AUTORKĄ JEST troublefollows1017.

Link do oryginału: fanfiction(kropka)net/s/6453369/1/Fridays_at_Noon

Link do profilu troublefollows1017: fanfiction(kropka)net/u/2118282/troublefollows1017

ZGODA na tłumaczenie: JEST.


piątek, 25 czerwca, południe

- Rosalie cię szuka – ostrzegł mnie Emmett, gdy wyszłam z toalety.

Westchnęłam mimowolnie.

- Nie rób tego przy niej – powiedział z uśmiechem ukazującym dołeczki w jego policzkach.

Nie wiedziałam, dlaczego Rosalie mnie potrzebowała. Wybiło już prawie południe, a ja byłam zajęta obsługą dwóch stolików i czekaniem na zamówione przystawki. Nie miałam zamiaru ich zaniedbać. Zanim udałam się do łazienki, przyniosłam im z baru nowe napoje. Wszystko szło jak po maśle.

Zerknęłam do sali konsumpcyjnej. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Nikt nie sprawiał wrażenia nieszczęśliwego czy zniecierpliwionego. Poszłam w stronę kuchni, aby znaleźć Rosalie i sprawdzić, czy jedzenie jest już gotowe. Kiedy ją minęłam, schodziła ze schodów prowadzących do prywatnej jadalni.

- Tu jesteś – jęknęła.

- Emmett mówił, że mnie szukasz? – niewzruszona jej wieczną frustracją spytałam najradośniej, jak potrafiłam.

- Dzisiaj znowu obsługujesz prywatna salę.

- Co? – wrzasnęłam. – Nie, nie, nie. Nie powinnam tam pracować w tym tygodniu.

- Pan Masen poprosił o ciebie. Nie wiem, czemu to zrobił. Ostatnio był bardzo niezadowolony z twoich usług. Sugerowałam mu kogoś innego, ale praktycznie żądał twojej obecności.

Dlaczego Edward Masen chciał, żebym go ponownie obsługiwała? Żeby ukarać mnie za mój wybryk? Kąciki moich ust uniosły się na wspomnienie wyrazu jego twarzy i wszystkich pięciocentówek, które rozsypały się po biurku. Skoro chciał, abym go obsługiwała, pewnie zamierzał uprzykrzyć mi następną godzinę mojego życia. Mina szybko mi zrzedła.

- Mam już dwa stoliki. Proszę, nie każ mi tego robić. On mnie nienawidzi. Naprawdę mnie nienawidzi. Chyba nie chcemy stracić takiego klienta. Ktoś inny powinien go obsłużyć, proszę – błagałam bezskutecznie.

- Spróbuj tym razem zasłużyć sobie na napiwek – odpowiedziała, machając ręką. Odeszła, nawet nie rozpatrując mojej prośby.

Tupnęłam nogą niczym dziecko i poszłam do kuchni, aby odebrać jedzenie dla innych stolików. Unikanie pana Masena nie zanadto by mi pomogło, jedynie stworzyłoby mu okazję, żeby kolejny raz mnie potwornie potraktować.

Kiedy uporałam się ze stolikami, niechętnie skierowałam się na piętro. Po zaczerpnięciu głębokiego oddechu otworzyłam drzwi. Dzisiaj panu Masenowi towarzyszyła większa grupa współpracowników. Znajdowały się przy nim cztery kobiety i dwóch mężczyzn, wśród nich asystent Alec. Jedna z kobiet mówiła o czymś, przykuwając tym samym uwagę reszty.

Gdy tylko przekroczyłam próg, pan Masen na mnie spojrzał. Dziś jego zielone oczy sprawiały wrażenie łagodniejszych. Jego usta ułożyły się w ten sam rozbawiony uśmiech, który widziałam tydzień temu w jego gabinecie. Przełknęłam ciężko, żałując, że przed przyjściem tu nie napiłam się wody. Momentalnie zaschło mi w gardle, a moje emocje sięgnęły zenitu.

Odwrócił wzrok, kierując go na kobietę, która kończyła mówić.

- Denali powinny być gotowe w połowie sierpnia.

- W połowie sierpnia? – spytał sceptycznie pan Masen.

Kobieta o włosach koloru truskawkowego blondu, które spięła w kok, przytaknęła. – Tak, jeśli prognozy Kate okażą się prawidłowe.

- Och, moje prognozy z całą pewnością są prawidłowe – zapewniła brunetka.

- W tym tygodniu mam umówione spotkanie z kimś ważnym. Nie chcę składać obietnic, których nie będę mógł dotrzymać, Tanyo – rzekł, ciągle zwracając się do blondynki, choć co chwilę zerkał na mnie.

- Denali będą gotowe w połowie sierpnia. Obiecuję.

- Obiecujesz? – krzyknął, ponownie zwracając na siebie jej uwagę. Nie potrafiłam rozgryźć jego nastroju. W jednej minucie wyglądał na zadowolonego, a w następnej już nie tak bardzo. Nie potrafiłabym dla niego pracować. Rosalie przynajmniej zawsze zachowywała się jak suka. Edward Masen miał za to poważne wahania nastrojów.

- Obiecuję.

- Gdybym tylko dostawał pięciocentówkę za każdym razem, kiedy ktoś składa mi obietnicę, której nie może spełnić, miałbym cholernie dużo tych pieprzonych pięciocentówek. A mam już wystarczająco.

Nie chciałam tego robić, lecz zerknęłam w jego stronę. Oczywiście patrzył prosto na mnie, a na jego twarzy znów gościł łobuzerski uśmiech. Mimowolnie odwzajemniłam ten gest. Rzeczywiście miał sporo pięciocentówek.

- Zamówmy coś do picia – powiedział, przytakując w moim kierunku.

Ten lunch przebiegł o wiele lepiej niż poprzedni. Długo dyskutowano o sprawach zawodowych, a to na szczęście nie podnosiło ciśnienia panu Masenowi. Udało mi się podać jedzenie i napoje, nie wylewając ich. Kilkakrotnie przyłapałam pana Masena na zerkaniu w moją stronę, a jego oczy śledziły mnie dookoła pomieszczenia. Nie chciałam, by to na mnie wpływało, jednak moje serce zaczynało bić szybciej za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały.

Gdy wracałam z rachunkiem, pan Masen rozmawiał przed salą przez telefon. Jedną ręką trzymał komórkę, drugą nieustannie przeczesywał włosy.

- Naprawdę mnie, kurwa, nie obchodzi, co on powiedział! Właśnie tym się zajmuje. Gra w te swoje gierki. Boże, gdybym tylko był w stanie zatuszować morderstwo – wyszeptał mrocznie. Potem się obrócił i zobaczył, że idę po schodach. Wkurzony Edward znowu w akcji wraz ze swoim chłodnym spojrzeniem. Odwrócił się do mnie plecami. – Załatw to. Odkryj, kto to był, i nie waż się do mnie dzwonić, jeśli ci się to nie uda. Chyba właśnie za to płacę ci te pieprzone pieniądze, nie mam racji?

Dotarłam na górę, licząc, że uda mi się wejść do pomieszczenia przed nim. Sięgnęłam do klamki, w tym samym czasie co on. Dotykając go, poczułam przebiegającą przez nas iskrę, która spowodowała, że odsunęłam rękę. Spuściłam wzrok. Bałam się spojrzeć mu w oczy, bo już i tak chciał, aby ktoś zginął, a co więcej, to on chciał zabić tę osobę.

Otworzył drzwi i czekał na mnie.

- Dalej, Isabello! Nie będę tu stał przez cały dzień! – warknął, ponieważ się nie ruszałam. Popatrzyłam na niego i ujrzałam w jego oczach gniew i frustrację, które i ja odczuwałam.

Szybko przekroczyłam próg, a on ruszył za mną. Położyłam rachunek naprzeciw jego krzesła i zaczęłam zbierać talerze po deserze. Oddał mi folder ze swoją kartą kredytową, a ja wzięłam go bez podnoszenia na niego wzroku.

Czy naprawdę oczekiwałam, że będzie miły? Nie był. Miał problemu z pohamowaniem gniewu. Choć dzisiaj zachowywał się inaczej, zdawałam sobie z tego sprawę. Edward Masen był zepsutym do szpiku kości tyranem. Nie mogłam o tym zapominać.

Zwróciłam mu rachunek i posprzątałam resztę talerzy, pytając, czy ktoś czegoś jeszcze potrzebuje. Kiedy wszyscy oznajmili, że niczego nie chcą, czekałam na dole, aż opuszczą lokal. Na górze spędzili jeszcze około dziesięciu, piętnastu minut, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie zmienili zdania. Nim odważyłam się, by to sprawdzić i ponownie stawić czoła panu Masenowi, jego towarzysze zaczęli schodzić ze schodów.

- Życzę udanego weekendu – mówiłam, kiedy mnie mijali. Wiele osób życzyło mi tego samego lub w zamian przytakiwało i uśmiechało się.

Asystent Alec i pan Masen nie znajdowali się w gronie ludzi, którzy wychodzili. Poszłam obsłużyć stolik w głównej sali, a gdy wróciłam, ta dwójka znajdowała się u dołu schodów.

- Lunch był wyśmienity, Isabello. Proszę, przekaż nasze gratulacje szefowi kuchni – powiedział Alec, posyłając mi swój klasyczny, pełen współczucia uśmiech.

- Tak zrobię. Życzę miłego weekendu – odparłam, kolejny raz unikając kontaktu wzrokowego z panem Wściekłym.

On jednak tego nie robił. Pochylił głowę w moją stronę.

- Proszę, powiedz pannie Hale, żeby nie była dla ciebie zbyt nieuprzejma – wyszeptał, wręczając mi folder z rachunkiem.

Ośmieliłam się na niego spojrzeć. Uśmiechał się z przebiegłym błyskiem w oku. Jęknęłam wewnętrzni, myśląc, co to mogło oznaczać. Rosalie nie miała powodów, aby być się na mnie złościć. Niczego nie zrobiłam, zwłaszcza jemu. Jedynie niechcący przerwałam jego prywatną rozmowę.

Wróciłam do kasy, aby nabić jego zapłatę i ku własnemu zaskoczeniu zobaczyłam, że przegródka na napiwek była pusta. Czułam, jak ogarniała mnie gorączka wściekłości. Jak śmiał? Jak śmiał nie dać mi napiwku dwa razy pod rząd? Miałam ochotę za nim pobiec i zobaczyć, czy jeszcze tam jest, czy czeka na swoją głupią limuzynę, która zabierze go do jego głupiego biura. To była jego zemsta za pięciocentówki. Poprosił Rosalie, abym to ja go obsługiwała, bo chciał mnie ukarać.

- Hej, co się dzieje? – spytał Emmett. Nie zauważyłam, kiedy podszedł, bo po mojej twarzy spływały gorące, mokre łzy.

- Nic. Powinnam się cieszyć. Właśnie to powinno się dziać.

Spojrzał na mnie z zaciekawieniem. – Cieszyć się z jakiego powodu?

- Że pan Masen ponownie nie dał mi napiwku. Ale to nic takiego – stwierdziłam, wycierając z policzków bezcelowe łzy. – Cieszę się, bo nie ma mowy, żebym znowu obsługiwała prywatną salę. Nie po tym, jak dwukrotnie mnie wykiwał. Rosalie nie może mnie do tego zmusić.

- Nikogo teraz nie oblałaś? – zapytał. Kiedy posłałam mu mordercze spojrzenie, skulił się.

- Nie, nikogo nie oblałam! Dałam sobie radę. Nie miał powodów, by mnie nie nagrodzić. Nie za moją obsługę. – Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie chodziło o dzisiejszy dzień.

Emmett objął mnie jednym ze swoich wielkich ramion. – Przykro mi, Bells. To gówniana sprawa. Powinnaś porozmawiać o tym z Rose. Zrozumie. Zależy jej na dobrej obsłudze klientów, ale nie pozwoli, żeby ktoś pogrywał sobie z jej personelem, a potem uchodziło mu to płazem.

Przytaknęłam i zgodziłam się z nią porozmawiać. Akurat schodziła ze schodów, podczas gdy ja kierowałam się w stronę głównej sali.

- Co żeś zrobiła? – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Gdyby wzrok zabijał, już byłabym martwa.

- Nic, o co chodzi? – Przypomniałam sobie ostatnie słowa Masena. Proszę, powiedz pannie Hale, żeby nie była dla ciebie zbyt nieuprzejma. Czy on jej coś powiedział? Co mógł jej powiedzieć?

- Byłaś tam? – spytała, wskazując na piętro.

- Nie po tym, jak klienci opuścili budynek – odparłam, próbując dojść do tego, co było nie tak.

- To pomieszczenie jest zarezerwowane na dzisiejszy wieczór. Radzę ci je posprzątać przed moim powrotem. Rozumiesz?

- Tak, oczywiście – rzekłam skołowana.

Rosalie szybko ode mnie odeszła, a ja udałam się na górę, żeby zobaczyć, o czym gadała, do cholery. Zabrałam ze stołu prawie wszystko, nim gościu od sprzątania zdążył wejść po schodach. Co takiego mógł zrobić Masen, żeby ją tak wkurzyć?

Otworzyłam drzwi I od razu zrozumiałam, co ją tak rozwścieczyło. Pięciometrowy stół był pokryty wzdłuż i wszerz centówkami. Było ich tak wiele, że znajdowały się jeszcze na krzesłach i podłodze. Były wszędzie. Uniosłam rękę i przyłożyłam ją do ust, po czym zaczęłam się histerycznie śmiać.

Sprytnie, panie Masen, sprytnie.


- Chcesz mi powiedzieć, że dał ci sto tysięcy centów napiwku? – Jasperowi ciężko było uwierzyć w coś takiego, kiedy popijał swoje piwo.

- Zostawił mi jeszcze ogromne pojemniki, w których je pewnie przyniósł, i wózek, abym mogła je zwieźć na dół. Musiałam poprosić Emmetta, żeby poszedł ze mną do banku, bo sama nie dałabym sobie z tym rady. Mówił, że każdy z pojemników ważył około dziewięćdziesięciu kilo. Kasjer w banku strasznie się wkurzył.

- Tysiąc dolarów napiwku w centówkach. To komiczne – zaśmiał się Jasper, odchylając głowę do tyłu. – O wiele lepsze niż numer z pięciocentówkami.

Masen bez wątpienia mnie przebił. A niech go szlag.

Jasper i ja dobrze się bawiliśmy, spędzając wieczór na mieście. Maria, dzięki znajomościom z bramkarzem, zabrała nas do ekskluzywnego klubu. Tańczyła z przyjaciółkami, a Jasper i ja rozmawialiśmy o tym, co nam się przydarzyło w tym tygodniu. Nie przepadałam za chodzeniem po klubach, ale Jasper namówił mnie, abym z nimi poszła, obiecując, że będzie przy mnie.

- Powinieneś zobaczyć, jak rozwścieczona była twoja siostra.

- To akurat potrafię sobie wyobrazić – zachichotał. – Uwierz, że zacznie podwyższać mu ceny, jeśli dalej będzie odwalał takie numery.

- Nie obchodzi mnie to. Oby tylko mnie za to nie winiła – odparłam, ścierając wilgoć z własnej butelki piwa. – Jestem pewna, że już nie będzie kazała mi obsługiwać pana Masena w piątkowe południa. Przynajmniej taka z tego korzyść.

- Za żadnych więcej piątkowych południ! – Jasper uniósł swoje piwo i pochylił je w moją stronę.

Stuknęliśmy się butelkami. – Alleluja! – krzyknęłam.

- Jaz, chodź ze mną zatańczyć. – Maria wślizgnęła się na miejsce obok niego. Wysunęła dolną wargę i władczo objęła go rękoma.

- Nie mogę zostawić Belli samej – zaprotestował.

Maria przewróciła oczyma. Nie byłam jej ulubioną znajomą. W zasadzie nawet podsłuchałam, jak próbowała przekonać Jaspera, że nie uda jej się załatwić wejściówek do klubu, jeśli z nimi pójdę. Wtedy Jasper zagroził, że zostanie ze mną w domu, a Maria po chwili dąsania się zmieniła ton głosu.

- Nie przejmuj się mną, nic mi nie będzie – zapewniłam go. Wiedziałam, że nie lubił tańczyć, ale nie chciałam jeszcze bardziej denerwować Marii.

- Da sobie radę. Może nawet się jej poszczęści i jakiś facet zacznie ją podrywać, co jest mało prawdopodobne, kiedy będziesz przesiadywał z nią przez cały wieczór. To miejsce przyciąga elitę Seattle. Może znajdzie sobie jakiegoś podstarzałego gościa i stanie się jego utrzymanką.

Prawda wyszła na jaw. Marii nie podobało się, że mieszkałam z Jasperem. Chociaż sprawiedliwie płaciłam za czynsz, sądziła, że wykorzystuję Jaspera finansowo.

- Mario, nie mów tak – rzucił rozdrażniony Jasper.

- Jak? – spytała, udając niewinną.

Pokręciłam głową i posłałam Jasperowi uśmiech. – Zatańcz ze swoją dziewczyną, Jaz. Mam kieszeń pełną centów. Może jeden z nich przyniesie mi szczęście i pomoże w znalezieniu faceta.

Jasper wiedział, że nie miałam ochoty nikogo sobie szukać. Ostatnie randki, na których byłam, okazały się klapą, a nie spotykałam się z nikim na poważnie od czasu Mike'a Newtona. Zerwaliśmy tuż po zakończeniu szkoły. On przeprowadził się do Kalifornii, gdzie zaczął pracę, a ja zostałam w Seattle. Nie łączyło nas wystarczająco silne uczucie, żebyśmy kontynuowali nasz związek na odległość. Początkowo smuciłam się, że Mike nie był „tym jedynym". Jestem pewna, że gdybym go poznała, zorientowałabym się, że to właśnie on.

Jasper niechętnie udał się z Marią nie parkiet, a ja siedziałam przy stoliku, sącząc Bud Lighta – moje piwo. Bez niego wieczór nie zapowiadał się taki fajny. Kilka przyjaciółek Marii wróciło do stolika, a ja przeprosiłam je i udałam się do baru po kolejny napój.

Stałam tam, czekając, aż barman mnie zauważy. Oczywiście fakt, że mój dekolt nie kończył się przy pępku, a spódnica równo z pośladkami, oznaczał, że nie zostanę zbyt szybko obsłużona. Z drugiej strony nie byłam też ubrana jak zwolenniczka stylu hobo. Miałam na sobie dżinsy, które naprawdę dobrze podkreślały mój tyłek, i top bez rękawów z przyzwoitym dekoltem. Sądziłam, że z rozpuszczonymi włosami wyglądałam seksownie, ale najwidoczniej barman-neardeltańczyk, który flirtował z półnagą dziewczyną na drugim końcu baru, miał odmienne zdanie.

- Niech ktoś wezwie niebo, chyba znalazłem zaginionego anioła – powiedział niewyraźnie do mojego ucha nieprzyjemny, pijany typek. Oczywiście kretyni tacy jak on uważali, że jestem niezła.

- Przykro mi, chyba znalazłeś złą dziewczynę – powiedziałam, licząc na to, że szybko się odczepi, albo że barman się wkrótce pojawi i poda mi piwo, dzięki czemu będę mogła stąd zwiać.

- Jeśli jesteś zła, to nie chcę mieć racji. – Pogłaskał mnie po ramieniu i nie przestawał na mnie napierać.

- Naprawdę nie jestem zainteresowana. Przyszłam tu z chłopakiem, więc odwal się ode mnie – oznajmiłam mu stanowczo, osuwając go od siebie.

- Nie widzę tu żadnego chłopaka. Za to widzę, jak się zabawiamy i robimy wiele niegrzecznych rzeczy – stwierdził, ocierając się swoim kroczem o moje biodro.

Byłam gotowa, żeby go spoliczkować, ale wtedy ktoś położył rękę na jego ramieniu i go ode mnie odciągnął.

- Dotknij ją jeszcze raz, a porachuję ci kości – ryknął Edward Masen, wchodząc między mnie a mojego pijanego adoratora.

Facet wielkości Masena wstał i zdecydował, że nie będzie na to czekał. Uniósł ręce w górę w przepraszającym geście, po czym odszedł, wtapiając się w tłum. Zamarłam i nie ruszyłam się z miejsca, bo nie potrafiłam uwierzyć w to, co się stało.

- Co podać? – spytał barman w najgorszym z możliwych momentów.

- Ach – odpowiedziałam jak kretynka, ale mój umysł się oficjalnie wyłączył.

- Poproszę Grey Goose i tonik, a dla pani… - Edward spojrzał na mnie wyczekująco.

Stałam tam niezdolna, by coś powiedzieć. Co Edward Masen robił w tym samym lokalu co ja, do cholery?

- Piłaś piwo, tak?

Skąd wiedział, co piłam? Wpatrywałam się w niego jak idiotka. Uśmiechnął się i pochylił nad barem.

- Dla pani może jasny Heineken – przekazał barmanowi.

Miliarderzy oczywiście nie zamawiali zwykłych, nudnych rzeczy. Wyszłam z osłupienia i postanowiłam nie kryć rozdrażnienia jego arogancją.

- Nie musisz mi niczego kupować. Jestem w stanie sama zamówić i kupić sobie alkohol.

- Nie wątpię – uśmiechnął się. – Ten pijany bydlak pewnie cię tylko speszył.

- Jestem także w stanie sama radzić sobie z idiotami, którzy uważają mnie za łatwą zdobycz.

- Tego już nie jestem taki pewien – odparł, marszcząc czoło.

Był nieprawdopodobny. Nie cierpiałam, kiedy ludzie uważali, że nie potrafię się o siebie zatroszczyć. Troszczyłam się o siebie wystarczająco długo. Edward Masen nie miał powodów, żeby się o mnie martwić. Gdyby w ogóle się martwił. Nie przejmował się mną. Bo i czemu miałby to robić?

Barman wrócił z naszymi trunkami, a Edward wręczył mu pięćdziesiąt dolarów, mówiąc, żeby resztę zachował dla siebie. Najwyraźniej nie każdy otrzymywał napiwek w postaci centówek.

- Dzięki za to – powiedziałam, unosząc swoje piwo. – I za pomoc z tamtym typkiem.

Odejście od niego było moim jedynym celem. Przepychałam się przez tłum, poszukując Jaspera. Chciałam, żeby mnie uspokoił. Stanęłam koło wielkiego filaru znajdującego się przy parkiecie, szukając swojego przyjaciela pośrodku tłumu wirujących i wijących się ciał. Wzięłam łyk piwa i przeklęłam w duchu, bo smakowało o wiele lepiej niż to, które piłam wcześniej.

- Cent za twoje myśli? – Delikatny, jedwabisty głos rozbrzmiał za moim ramieniem.

Łagodnie sapnęłam. – Dziękuję, mam ich wystarczająco dużo.

Zaśmiał się i o kolumnę oparł obok mnie.

- Zawsze mógłbym ci zaoferować pięciocentówkę. Całkiem sporo ich mam.

- Zabawne, bo właśnie myślałam, jakby to było, gdybym dostawała pięciocentówkę za każdego dupka, który nie rozumie aluzji…

Zaśmiał się jeszcze raz, jakbym go naprawdę rozbawiła. Był piękny, kiedy się śmiał. Jego uśmiech rozjaśniał całą twarz. Odwróciłam wzrok w stronę parkietu. Musiałam spojrzeć gdziekolwiek, byle nie na niego i jego piękny uśmiech. Moje serce biło dwa razy szybciej, niż powinno, a jego bliskość mnie oszałamiała. To było śmieszne. Przecież nienawidziłam Edwarda Masena.

- Twój chłopak chyba świetnie się tam bawi – powiedział, przybliżając się do mnie, przez co natychmiast zapomniałam, jak się oddycha.

- To nie mój chłopak – sprostowałam, nie wiedząc, dlaczego czułam potrzebę, by to zrobić. – To współlokator.

- Współlokator? – Brzmiał na zdziwionego i odrobinę usatysfakcjonowanego.

- Współlokator. Ktoś, z kim się mieszka i dzieli koszty czynszu i utrzymania, bo nie wszystkich stać na samodzielne życie w tym mieście. Rozumiem, że to może wydawać się dziwne dla kogoś takiego jak ty.

- Ach, tak, współlokator. Wydaje mi się, że słyszałem o takich ludziach. Na szczęście nigdy nikogo takiego nie potrzebowałem. Słyszałem, że potrafią być denerwujący, głośni, bałaganią i pożyczają twoje rzeczy bez pozwolenia – powiedział z chytrym uśmieszkiem na ustach i błyszczącymi oczami. Och, można było się w nich zatracić.

Nienawidzę Edwarda Masena. Nienawidzę Edwarda Masena. Nienawidzę Edwarda Masena.

- Jasper jest świetny. I cudowny z niego współlokator. Nie mam powodów do narzekań – stwierdziłam, kręcąc głową i spoglądając z powrotem w stronę parkietu.

- To nie miejsce, w którym spodziewałbym cię zastać. Nie pasuje do ciebie – oświadczył, gdy dookoła grała muzyka.

Nie pasuje do mnie, czyli jest poza moją ligą. Biedna kelnerka pewnie nie zjawia się tu zbyt często.

- A co dokładnie do mnie pasuje? – zapytałam, obracając się, by na niego spojrzeć. Intensywnie się we mnie wpatrywał, sprawiając, że kręciło mi się w głowie.

- Nie wiem, panno Swan. Zaskakujesz mnie na każdym kroku, więc nawet nie śmiem zgadywać. Po prostu nie bawisz się tak, jak powinnaś.

Wzięłam kolejny łyk picia, żeby się odprężyć. Czy przejmował się tym, że się dobrze nie bawiłam? Czemu Edward Masen miałby się tym przejmować? Czemu w ogóle ze mną rozmawiał?

- Chodź ze mną do loży dla VIPów – powiedział tak autorytatywnie, że nie brzmiało to jak prośba, lecz rozkaz. Zaoferował mi swoją dłoń.

Nie ruszyłam się, a mój wzrok wędrował od jego ręki do twarzy. Ta twarz. Te oczy. Te usta. Był taki miły, ale z doświadczenia wiedziałam, że lada chwila jego nastrój mógł się zmienić. Na szczęście Jasper uratował mnie przed dokonaniem wyboru.

- Bella – zwrócił się do mnie, od tyłu obejmując mnie w talii. Pan Masen szybko zabrał rękę i spojrzał na mojego wybawcę.

- Jaz.

- Czy ten koleś ci przeszkadza, kochanie? – spytał, opierając brodę na moim ramieniu.

Jasper był dobrym przyjacielem, uratował mnie już w ten sposób wiele razy, choć wcale nie potrzebowałam tego rodzaju pomocy zbyt często. Jasper po prostu starał się mną opiekować.

- To Edward Masen. Pan Masen jest częstym gościem w Eclipse. A Jasper to brat Rosalie – oznajmiłam, przestawiając ich sobie. Liczyłam na to, ze Jasper nie będzie mówił niczego o słynnym panie Masenie.

- Rosalie Hale to twoja siostra? – Spojrzenie pana Masena stało się mniej intensywne, kiedy przetrawił tę informację.

- Od urodzenia – odparł Jasper, figlarnie się uśmiechając i wyciągając przed siebie rękę. – Miło cię poznać, Edwardzie. Ty jesteś tym gościem od komputerów? Stworzyłeś Masen Security, tak?

- To ja. – Pan Masen potrząsnął jego dłonią, ale nie potrafił oderwać wzroku od jego drugiej ręki, która spoczywała na moim biodrze.

Odwróciłam się w stronę Jaspera. – Chyba złapię taksówkę i pojadę do domu. Jestem zmęczona.

- Naprawdę? – przebiegły pan Masen kontynuował moją gierkę. Jego oczy poszerzały.

- Tak. Biedactwo, musiała sama nieść do banku oddalonego kilka przecznic od Eclipse prawie trzysta kilo centów, bo moja siostra nie miała zamiaru przykładać do tego ręki. Mam wyrzuty sumienia, bo to ja pomogłem jej w dostaniu tej pracy. Z wykształcenia Bella jest wspaniałą nauczycielką angielskiego.

Pan Masen wyglądał na szczerze zaskoczonego. Spojrzał na mnie, jakby po spojrzeniu mógł poznać wykształcenie ludzi. – Naprawdę?

- Rok temu ukończyła naukę na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Była najlepsza na wydziale, bo jest tak cholernie zdolna. Od razu dostała pracę w mieście, ale z powodu cięć była pierwszą osobą do wylotu, bo nie miała doświadczenia. Pomogłem jej w zdobyciu pracy u mojej siostry, żeby mogła związać koniec z końcem. A potem okazało się, że dała sobą gardzić dwa razy z rzędu jakiemuś bogatemu kutasowi. To mnie wkurzyło, wiesz? – Jasper stąpał po kruchym lodzie, ale miałam ochotę go ucałować za wstawiennictwo za mną.

- Potrafię to sobie wyobrazić – wymamrotał pan Masen. – Zakładam, że upewnisz się, że wróci bezpiecznie do domu? – spytał, robiąc krok do tyłu.

Ponownie o czymś myślał. Ten sukinsyn mieszał mi w głowie.

- Tak, zajmę się tym – odparł Jasper. – Miło było cię poznać, Edwardzie.

Przytaknął. – Dobranoc, Isabello – pożegnał się przed udaniem się do loży dla VIPów, z której przybył.

- Widziałaś jego minę? – zaśmiał się Jasper, klaskając. – Naprawdę nigdzie nie idziesz, co nie? Powiedziałaś tak tylko, żeby się go pozbyć?

Czy chciałam się go pozbyć? Część mnie twierdziła, że nie, ale moja bardziej inteligenta strona mówiła, że chciałam albo przynajmniej powinnam.

- Chyba jednak idę. Nie żartowałam, mówiąc, że jestem zmęczona.

- Chcesz, żebym poszedł z tobą?

- I zostawił Marię? Raczej nie chcę jej się narażać. Do zobaczenia jutro. – Uściskałam go i ruszyłam do wyjścia.

Stałam przed klubem, czekając na jakąś taksówkę, którą mogłabym złapać, kiedy pijany idiota, który wcześniej mi się naprzykrzał, ukazał się przed moimi oczyma. Jakby miał radar wykrywający Bellę czy coś w tym stylu.

- Tu jesteś. Widzę, że rzuciłaś tego dupka. Może powinnaś dać szansę prawdziwemu mężczyźnie – wybąkał, zataczając się w moją stronę.

Zignorowałam go. Może udawanie, że nie istnieje, mogłoby mi pomóc.

- Och, nie bądź taka, piękna – powiedział zza moich pleców. Czułam we włosach jego gorący oddech. Śmierdział alkoholem i papierosami. – Obiecuję, że będę delikatny.

W chwilach takich jak ta żałowałam, że nie nosiłam przy sobie gazu pieprzowego, który dostałam od taty, kiedy się tu przeprowadziłam. Ten facet zasługiwał na psiknięcie prosto w oczy. Chwycił mnie wielkimi rękoma w talii, przez co odruchowo uderzyłam go łokciem między żebra. Puścił mnie i zaczął się śmiać.

- Jesteś zadziorna, co? Będziemy się świetnie bawić. – Jego zapadnięte i rozweselone oczy stały się ciemne i niebezpieczne. Chciał zrobić mi krzywdę. – Stefan – zawołał kogoś. – Weź samochód.

- Nigdzie z tobą nie jadę – odparłam najzacieklej, jak potrafiłam.

Zaśmiał się złośliwie i złapał mnie za rękę, ale w ostateczności to jego ręce zostały wykręcone, a ona rzucony na ziemię. Jego twarz zderzyła się boleśnie z cementem. Podniosłam wzrok i ujrzałam stojących za nim dwóch mężczyzn. Jeden był wysoki i czarnoskóry, ubrany w czarny garnitur, a drugi był nikim innym jak panem Masenem.

- Chyba mówiłem, co ci zrobię, jeśli znów ją dotkniesz? – Pochylił się i poprzez pociągnięcie za włosy podniósł głowę mężczyzny. – Myślę, że masz złamany nos. Niech lepiej ktoś się tym zajmie. Isabello, wsiadaj do samochodu.

Znów byłam w szoku i nie potrafiłam się ruszyć. Pan Masen wstał jednym, płynnym ruchem i złapał mnie za ramię. Potrząsnął mną. Jego dotyk na mojej skórze był elektryzujący. Przeleciała między nami ta sama iskra, co wcześniej.

- Wsiadaj do samochodu, Isabello – warknął, popychając mnie w stronę ulicy.

Przy krawężniku stał czarny Mercedes z przyciemnianymi szybami. Obok niego znajdował się kolejny mężczyzna, młody, o piaskowych włosach, który trzymał otwarte drzwi. Miał na sobie taki sam garnitur, co mężczyzna, który uderzył wstawionego faceta w twarz.

Nie będąc w stanie, by myśleć, zrobiłam, co mi kazał, czyli wślizgnęłam się na tylne siedzenie samochodu. Pan Masen ruszył za mną. Blondyn zajął miejsce kierowcy, a wielki, ciemnoskóry mężczyzna usiadł obok.

- Gdzie mieszkasz, Isabello? – spytał przepełnionym złością głosem pan Masen.

Spojrzałam na niego, był wściekły. Ciemność samochodu nie ukrywała jego uczuć. Czy to na mnie był zły?

- Raczysz mi odpowiedzieć? Gdzie mieszkasz? – zapytał sfrustrowany.

Wyrecytowałam z pamięci swój adres. Blondyn przytaknął i zawrócił na światłach, bo zmierzaliśmy w złym kierunku.

- Kiedy ktoś mówi, że coś zrobi, naprawdę powinien dotrzymać obietnicy. Nic nie wkurza mnie bardziej niż ludzie, którzy nie robią tego, o czym mówią! – wysyczał jadowicie Masen, łapiąc się za grzbiet nosa.

Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Powiedziałam, że wychodzę i wyszłam. Czekałam na taksówkę. Skąd mogłam wiedzieć, że ten pijany facet znowu mnie znajdzie?

- Musisz sobie znaleźć lepszych przyjaciół, Isabello. Takich, którzy dotrzymują obietnic.

Więc chodziło o Jaspera? Edward Masen był zły, bo Jasper nie upewnił się, że wsiadłam do taksówki. Ten dzień nie mógł stać się ani ociupinę dziwniejszy.

- Zaproponował, że wróci ze mną do domu, ale kazałam mu zostać. Nie wściekaj się na niego.

- No, to chyba powinienem wrócić do wściekania się na ciebie! – krzyknął, sprawiając, że trochę się od niego odsunęłam. Serce zaczęło mi niekontrolowanie walić, a ja zastanawiałam się, czemu pozwalałam mu wywierać na mnie taki wpływ.

- Nie masz prawa być na mnie zły. Nie odpowiem ci. Nawet cię nie znam!

Resztę drogi do mojego mieszkania przejechaliśmy w bolesnej ciszy. Kiedy samochód zatrzymał się przy drodze, blondyn wyskoczył z niego, aby otworzyć mi drzwi.

Zanim wysiadłam, zatrzymałam się. – Dziękuję – powiedziałam krótko.

- Dobranoc, Isabello – odparł cicho ze swojego miejsca po drugiej stronie samochodu.

Cieszyłam się, że mogłam wrócić do domu i pójść do łóżka. To był męczący dzień, przepełniony niespodziewanymi zwrotami akcji. Miałam nadzieję, że szybko zasnę, ale nieustannie myślałam o panie Masenie i jego mylącym zachowaniu. Jak to możliwe, by w jednej chwili być takim rozbawionym i rycerskim, a następnie nieprzyjacielskim i uszczypliwym?

Oczami wyobraźni widziałam jego oczy. Te żywe, zielone kule, które od razu zdradzały, z którym Edwardem Masenem będzie się miało do czynienia. Potrafiły się przeistoczyć z tego łagodnego, trawiastego koloru do kryształowo szmaragdowego. Kiedy przybierały przyjacielski ton, były najpiękniejszymi męskimi oczami, jakie widziałam. Niemalże wołały mnie, prosiły, żebym się w nich zatraciła. Ale gdy były rozdrażnione, przerażały mnie bardziej, niż cokolwiek, z czym miałam do czynienia.

Pomijając centówkową zemstę, dwukrotnie mnie uratował i odwiózł do domu. Nie rozumiałam, czemu ktoś taki jak on spędzał tak wiele energii na kogoś takiego jak ja. Im więcej o tym myślałam, tym mniej realne mi się to wydawało. Czemu w ogóle się tym kłopotał? Jak zostało powiedziane w samochodzie, my się nawet nie znaliśmy. Wierciłam się i przewracałam z boku na bok do momentu, aż wreszcie zasnęłam. Tej nocy po raz pierwszy śniłam o Edwardzie Masenie.