The Wasp (Texas Radio and the Big Beat)

Comes out of the Virginia swamps cool and slow with plenty of precision/With a back
beat narrow and hard to master/Some call it heavenly in its brilliance


Jack kupuje mu espresso macchiato w kawiarni Starbucks oddalonej o pięć minut od hotelu Genetti, w którym zostali zakwaterowani i opowiada mu o sprawie kiedy wychodzą na zimną ulicę. W Williamsport jest chłodno. W ten pochmurny, deszczowy poniedziałek Will nie chce za bardzo być na zewnątrz ani w pozycji pionowej. Wolałby być w swoim domu, z psami, i słuchać Milesa Davisa. Mógłby nawet włączyć muzykę klasyczną i udawać, że Hannibal słucha jej razem z nim. Popija gorący napój, który Jack wcisnął mu do ręki. Nie jest tak dobry jak kawa którą przyrządził dla niego Hannibal. Ale w tak zimne i ponure dni nawet nie chce mu się narzekać.

Jack mówi coś z wzniesioną na końcu intonacją. To brzmi jak pytanie, albo jedna z nowych prowadzących donikąd teorii Jacka. Will mruga.

-Hmm?

-Słuchasz mnie, Will?

Nie, nie słuchał. Jack gadał cały dzień niczym zdarta płyta. Will przestał go słuchać kiedy przeszli przez ulicę Wierzbową. Mógł zająć swoje myśli czymś innym, na przykład wymyślaniem luźnego stroju w którym Hannibal wystąpiłby w jego fantazji na temat dnia wolnego z muzyką Bacha, psami i prawdopodobnie niesamowitym egzotycznym jedzeniem w tle.

Will wzdycha pod ciężarem spojrzenia Jacka. Zdecydowanie powinien coś powiedzieć. Nie Jack. Zastanawiałem się czy Hannibal ubiera się w dżinsy i koszulki z krótkim rękawem, kiedy nikt na nikt go nie widzi. Masz coś do powiedzenia na ten temat?

-Wydaje ci się, że morderczyni uderzy tej nocy. Jest konsekwentna. Ludzie znajdują nowe ciała w mocno zaludnionych dzielnicach, tak jak w sprawie Mordercy z Chesapeake, ale to na pewno nie ten sam Morderca, ciałom brakuje pewnej dozy artyzmu. Śmieciarz znalazł nowe ciało tego ranka. Tutejsza policja narobiła bałaganu. Kolejne ciało zostawią nam. Jeśli oczywiście będzie kolejne ciało.

-Tak. Wiem co myślisz o założeniach, Jack. Niczego sobie nie zakładam, ale wbrew temu co mówią Katz i Zeller na temat tego jaka ona jest nieprzewidywalna, jest powód dla którego zostawia nam te wszystkie ślady. Ona chce żebyśmy ją złapali. - Will mruczy monotonnie przełykając kolejny łyk espresso, które zawodzi go coraz bardziej. Jack patrzy na niego przez chwilę, a potem odwraca wzrok.

-Uważaj, Will.

-To ty mnie tutaj wezwałeś, Jack. Bądźmy więc ze sobą szczerzy.

-Daj mi więc coś nowego.

-Nie ma jeszcze nic nowego. Katz zadzwoni po nas, jeśli coś znajdzie.

-Powiedziałeś coś na miejscu znalezienia zwłok.

-Często tak robię. - Sarka Will. Niemal upuszcza kawę kiedy Jack nagle zatrzymuje się w połowie drogi. Wygląda jak rozwścieczony pit bull.

-Wiem, że domagam się twojego udziału z powodu tego jak myślisz a nie twojego ogólnego podejścia...

-Chociaż ostatnio sporo ci się obrywa przez to jak myślę. - Śmieje się sucho Will.

-Ci ludzie są przerażeni. - Jack spogląda ostro na Willa. - A my mamy seryjnego mordercę, która zabija kolejną ofiarę każdego dnia, kiedy jej łapiemy. W miejscu znalezienia zwłok powiedziałeś coś. - Powtarza Jack udając cierpliwość.

Will przystaje aby się rozejrzeć. Jest cicho. Od czasu do czasu po ulicy przejeżdża samochód. Wszyscy są niezwykle ostrożni z powodu ciągle wzrastającej liczby ofiar. Jak na razie było ich sześć. Wzdycha.

-Powiedziałeś wtedy, że ona nie chce już tego robić i dlatego w końcu ją dorwiemy.

-Kiedyś tak będzie. Tak to się skończy. Prawdopodobnie nie będzie nawet uciekała, kiedy już ją znajdziecie.

-Dlaczego?

Will spogląda na niego.

-Jack, ona też jest ofiarą. Myśli, że to jest jedyna rzecz, którą robi dobrze. Ktoś, jeden z pierwszych mężczyzn, których zabiła, wmówił jej że jest jego niewolnicą i teraz kiedy zabiła swojego pana wzięła nóż aby kontynuować to co oni zaczęli. Tylko, że ona...- Will przesuwa dłonią po twarzy. Zimne popołudnie nagle gęstnieje niczym bagno, jak krew która brudzi jej skórę kiedy oni nie pozwalają się jej umyć, gęste jak krew jej wszystkich ofiar, jak ostatnie słowa i martwy wzrok...

-Hej. - Pstryka palcami Jack. Will wodzi oczami za jego palcem wskazującym, którego ruch przypomina ruch upadającego ciała, i jeszcze jednego i kolejnych. - Co z nią, Will?

-Ona stara się uchronić swoje ofiary przed mężczyznami, którzy ją skrzywdzili ale w międzyczasie stała się do nich podobna.- Will potrząsa głową. Prawda tkwi gdzieś pośrodku, ale on jeszcze jej nie znalazł. - Może ona myśli, że jej ofiary zmienią się w okrutnych sadystów jeżeli ona ich nie powstrzyma. Może ona myśli, że jej oprawcy wrócą po nią jeśli ona przestanie robić to co robi, Jack. Sam nie wiem. Jeszcze tak dobrze jej nie poznałem.

-Cóż znajdź sposób, żeby ją lepiej poznać Will. Obiecałem, że zawiozę cię w nowe miejsce zbrodni tak szybko jak to tylko możliwe, ale naprawdę nie chcę aby tak się stało.

-Wydaje ci się, że specjalnie nie próbuję się z nią połączyć? Nie chcę aby ktoś zginął tylko dlatego, że jej nie widzę, Jack. Ale co mam robić jeśli nie mam jeszcze wszystkich wskazówek? Nie mogę zmyślać w nadziei, że to co powiem w jakiś sposób się sprawdzi. - Nozdrza Jacka rozszerzają się z powodu tonu jego głosu. Wydaje mu się, że okazał bezczelność przynajmniej sześć razy odkąd wyszli z kawiarni.

-Proszę mnie posłuchać, Agencie Graham. - Tak, zdecydowanie był bezczelny. - Musisz zacząć współdziałać z grupą. Myślisz, że nie zauważyłem co się z tobą dzieje od sprawy z Buddish'em?- Will odwraca wzrok nie dlatego, że jest zażenowany ale raczej dlatego, iż uważa, że ta konfrontacja nie ma żadnego znaczenia. - Będziesz zachowywał się najlepiej jak potrafisz dopóki nie wsadzimy tej psychopatki za kratki. Kiedy nikt nie patrzy, możesz robić co chcesz.

-Za twoim pozwoleniem, Jack.

-Masz cholerną rację, że za moim pozwoleniem.

Jack znika w hotelu nie czekając na Willa. Udaje mu się złapać zamykające się drzwi, które jednak wytrącają mu z ręki kawę. Większość wylewa się na niego, co Will wziąłby za przysługę gdyby kawa nie była ciągle gorąca. Jeden z pracowników hotelu zauważa problem Willa i podbiega aby posprzątać bałagan, którego narobił. Will wciska mu w rękę piątaka i wyciska koszulę nad obsadzoną peoniami rabatką.

Jedzie windą na czwarte piętro i bierze szybki prysznic po czym dołącza do Jacka i reszty współpracowników na trzecim piętrze. Wszędzie roi się od pracowników FBI oraz oficerów lokalnej policji a Will zaczyna się zastanawiać ile to wszystko kosztuje. Hotel wydaje się Willowi aż nazbyt luksusowy. Nie wyobraża sobie, aby biuro zgodziło się to wszystko sfinansować.

Katz zauważa go pierwsza. Niesie przed sobą stos papierów, który wygląda jakby za chwilę miał się wymknąć się jej z rąk. Myśli, że powinien jej pomóc, chociaż z drugiej strony zastanawia się czy przypadkiem nie oberwie mu się za wyjście z taką propozycją. Postanawia jej jednak pomóc ponieważ ją lubi i nie widzi nic złego w próbie ułatwienia jej pracy.

Jak się okazuje ona wcale nie ma ochoty mu przyłożyć. Uśmiecha się z wdzięcznością, chociaż po chwili dodaje, że tak naprawdę panowała nad wszystkim zanim on wkroczył do akcji niczym rycerz w lśniącej zbroi.

-Zrobiłem to właśnie dlatego, żeby udowodnić, że jestem rycerzem w lśniącej zbroi... - Żartuje Will. - Chociaż w sumie teraz sam sobie zaprzeczam...

Katz wybucha śmiechem, który wydaje się szczery i sprawia, że wypełniające głowę Willa obce wspomnienia znikają a jemu samemu lepiej się oddycha.

To uczucie znika jednak kiedy tylko przekraczają próg Sali Ogrodowej, którą całkowicie objęła w posiadnie lokalna policja oraz FBI. Jack stoi przed mapą z przyczepionym do niej zdjęciem ofiary. Niekórzy agenci starali się znaleźć coś co łączyło miejsca w których ofiary były widziane po raz ostatni z tymi gdzie odnaleziono ich ciała. Morderczyni zostawiała ich tam gdzie ich zamordowała co wykluczało obecność jakiegoś schronienia.

Will leniwie wpatruje się w wiszący na ścianie zegar. W ciągu najbliższych ośmiu do dwunastu godzin zaginie kolejny mężczyzna. Tej nocy albo jutro pojadą na kolejną scenę zbrodni i Jack zostawi tam Willa aby ten wymyślił coś patrząc na samo ciało. Może następnej ofierze wypruje flaki i będę mógł po gapić się w nie tak jak niegdyś robili to druidzi. Może zobaczę przyszłość w woreczku żółciowym albo fragmencie jelita cienkiego.

Ktoś wpada na niego z impetem, wyrywając go z zamyślenia, i kiedy Will odwraca głowę widzi technika kryminalistyki. Facet jest tutejszy. Willowi wydaje się, słyszał nawet jego imię kiedy wylądowali, ale w tej chwili nie może go sobie przypomnieć. Jest blondynem, młodszym od Willa i całkiem nieźle zbudowanym. Mógłby być wojskowym. Facet nadal dziwie się na niego patrzy kiedy woła go drugi z miejscowych gliniarzy. Facet nazywa się Casson. Jake Casson czy James Casson. Tak naprawdę to nie ma to większego znaczenia. Kiedy w końcu złapią mordercę wrócą do Virginii i Will nie będzie musiał więcej patrzeć na jego wściekłą gębę. Zastanawia się czego ten facet od niego chce.

Pojawia się Katz i zabiera od niego akta, które nadal trzyma w dłoniach i przygląda się temu jak drugi policjant odchodzi. Wydaje z siebie pogardliwy dźwięk kiedy zauważa, że Will także śledzi go wzrokiem. Will odwraca wzrok.

-To tylko miejscowy wkurzony, że przyjechaliśmy i mieszamy się do ich spraw. Nie martw się o niego.

-Kto tu się martwi? - Will stara się obrócić sytuację w żart ale po minie Katz widzi, że nie za bardzo mu to wyszło. - Jeśli będę miał z jakiś problem, poradzę sobie. Naprawdę. - Katz uśmiecha się lekko, nie dlatego, że czuje się uspokojona ale raczej dlatego, że jego entuzjazm ją rozbawił. Will ma nieznośny ból głowy. Więc dobre i to.

-Will, podejdź tutaj i spójrz na to. - Oboje odwracają głowy słysząc głos Jacka, po chwili wahania Katz odwraca się i odchodzi na drugą stronę sali. Will podchodzi do Jacka, żeby zobaczyć o co mu chodzi i staje twarzą w twarz z krwawymi fotografiami pierwszej i drugiej ofiary.

-Reed Belmont i Justin Kilpatrick. - Recytuje z pamięci Will. Kiedy Belmont był już martwy morderczyni wyrwała mu język i wepchnęła go mu do gardła. Z Kilpatrick'iem obeszła się dużo gorzej. Został wykastrowany a morderczyni tak długo skakała po jego odciętym prąciu tak długo aż przypominało ono bardzie dobrze rozdeptanego pająka niż cokolwiek innego. Obaj zginęli jednak w inny sposób. Belmont miał podcięte żyły, Kilpatrick kilka krwiaków śródczaszkowych.

-Staramy się połączyć ich z kobietą, której portret psychologiczny nakreśliłeś. Do tej pory się nam to nie udawało. Do tej pory się nam to nie udało. Jedynym co ich łączy jest fakt, że w tym samym czasie wzięli wolne w pracy. Rachunki z ich kart kredytowych potwierdzają, że byli wtedy na rybach.

- I co? Myślisz, że to fałszywe alibi a oni w tym czasie gdzieś ją torturowali?

-Myślę, że może, jeśli rzeczywiście wydali tyle pięniędzy na wędkowanie, to muszą mieć na przystani łódź, w której mogła być przetrzymywana. Trudno potwierdzić żeglarską historyjkę jeśli nie ma się łodzi.

-Może masz rację. - Odpowiada Will wodząc oczami po mapie w poszukiwaniu czegoś co mógł przeoczyć.

-Chcę, żebyś pojechał ze mną na przystań. Nikt jeszcze nie sprawdził lodzi tego faceta. To zawsze było jego alibi, więc na papierze wydaje się czysta. Może uda nam się dowieść tego, czy oni rzeczywiście znęcali się nad kobietą czy nie.

-Myślisz, że tego nie zrobili?

-Myślę, że do tej pory nie byliśmy w stanie potwierdzić czy tak się stało, czy nie.

-Dlaczego nie weźmiesz kogoś z miejscowych? Nie ocieplisz naszych wzajemnych stosunków? Nie przepadają tutaj za nami zbytnio. - Mówi zmęczonym tonem, podsuwając okulary. Kątem oka widzi przypatrującego mu się Cassona.

-Nikt inny nie potrafi tego co ty. Oni nie będą wiedzieli zaraz po wejściu na pokład czy łódź nie była także przypadkiem komnatą tortur.

-Jeśli potrafili dobrze udawać, nawet ja mogę mieć z tym problem. To czy łódź jest na tyle duża aby pomieścić trzy osoby, nawet w niezbyt wygodnych warunkach, jest najlepszą oznaką. Jeśli wygląda na trudną do gruntownego wysprzątania...to trochę ryzykowne. Każda drobina krwi, czy długi włos mogłyby okazać się poszlaką. Ale to może ci powiedzieć prawie każdy z tutaj zgromadzonych ludzi. - Will odwraca głowę i skupia wzrok na błyszczącym czole Casson'a. Facet byłby całkiem przystojny gdyby tylko się uśmiechnął. Z obecnym grymasem twarzy wyglądał jak ropucha. - Zabierz Casson'a, przydałaby mu się wycieczka.

Jack spogląda to na Willa to na Casson'a a potem staje tak, że zasłania drugiego policjanta.
-Proszę ciebie.

-Jeszcze przed chwilą nie wyglądało na to, żebyś mnie o cokolwiek prosił.

-Ale teraz cię proszę. Pojedź ze mną. - Nadal masz problemy z grzecznym proszeniem, Jack.

-Dobrze, w porządku. - Will potrząsa niechętnie głową. Ale nie złość się na mnie, jeśli tam pojedziemy i okaże się, że byliśmy w błędzie i nadal nie będziemy mogli zweryfikować tego czy ci oni zrobili to co powiedziałem, że zrobili. Ja po prostu nie chcę tracić czasu.

Jack wygląda jakby chciał mu przyłożyć. Ale nie robi tego. Duszenie podwładnego w pomieszczeniu pełnym ludzi, którzy i tak ledwo ze sobą współpracują jest wysoce niestosowne. Zamiast tego wzdycha ciężko i zbiera marynarkę z oparcia krzesła.

- Uważaj Will, stąpasz po cienkim lodzie.

-Cóż, za nim ten lód pęknie...- Will wychodzi za nim na korytarz. - muszą pojawić się w nim rysy.


Łódź okazuje się być fałszywym tropem. Jedyne co może o niej powiedzieć Will to to, że być może ktoś był przetrzymywany w kabinie, która do tej pory została bardzo dokładnie posprzątana. Jackowi zbytnio się to nie podoba, ale nic nie mówi w drodze powrotnej z Albrightsville. Zostawia Willa samego w lobby nie mówiąc mu czy powinien wrócić na trzecie piętro. Obaj zgodzili się, że Will powinien trochę odpocząć. Willowi zostało kilka godzin do czasu aż Jack na pewno wezwie go na następne miejsce zbrodni i dlatego postanawia zrobić sobie małą przerwę od Williamsport.

O ósmej trzydzieści przekracza próg swojego pokoju na czwartym piętrze i wykręca numer komórki Hannibala. Morderczyni właśnie poluje na kolejną ofiarę, szuka kogoś kto by się nadawał, chociaż zaatakuje dopiero za jakiś czas. Nie wiadomo dokładnie kiedy porwała poprzednie ofiary ale ich czas zgonu przypadał gdzieś między północą a szóstą rano. Hannibal odbiera po drugim dzwonku.

-Witaj Williamie.

-Witam, Doktorze Lecter. - Will jest trochę zaskoczony szybkością jego odpowiedzi. Chociaż nie powinien być. W końcu to Hannibal. Dziwi go też jego własne oficjalne podejście skoro w jego myślach drugi mężczyzna jest zawsze Hannibalem.

-Co słychać w Williamsport? Czy wydarzyło się coś nowego w sprawie, nad którą pracujecie?

- W Williamsport jest zimno i wszyscy tutaj nas nienawidzą. - Will zrzuca z siebie kurtkę. - Szczególnie mnie. Jeśli chodzi o sprawę, to niestety nie wydarzyło się nic nowego. Wiemy teraz trochę więcej, niż wiedzieliśmy w niedzielę. Ale to nadal są tylko nasze domysły. Tej nocy prawdopodobnie znowu ktoś zginie.

Wkurza go fakt, że nie jest tym faktem bardziej przejęty ale w tej fazie śledztwa, muszą zebrać jak najwięcej informacji. Will potrzebuje więcej informacji o morderczyni, żeby móc zrozumieć kontekst jej postępowania. Może mu tego dostarczyć jedynie kolejne miejsce zbrodni.

-Zło konieczne. - Zauważa Hannibal tonem matematyka albo filozofa po szybkiej analizie obecnego problemu. - Jedynym sposobem na złapanie mordercy jest dokładne przyjrzenie się ofiarom i dlatego musi zginąć więcej ludzi.
-Mówisz o tym jakby to było takie zwyczajne.

-Morderstwo jest zwyczajne. Ludzie popełniają je od zarania dziejów. Jest powód dla którego skrybowie, którzy spisali tekst biblii umieścili w niej historię Kaina i Abla.

-Chodzi o to, że Kain za bardzo zbliżył się do Boga?

Przypomina sobie to jak Hannibal opowiadał mu o Bogu, który doprowadził do śmierci ludzi wielbiących Go. To musiało być całkiem niezłe. Will zastanawia się, czy ten przypadek można zaliczyć do woli boskiej, skoro ręka Boga spadła na ludzi w formie walącego się kościelnego dachu.

-Chodziło mi raczej o to, że nie da się ocenzurować tak ludzkiego odruchu.

-Nie wydaje mi się, by zabijanie ludzi było czymś naturalnym.

-Nie? - Will słyszy po drugiej stronie coś co przypomina stłumiony huk lub trzaśnięcie drzwiami. - Ofiary z ludzi były często używane jako sposób by przebłagać Bogów lub ukarać ludzkość za popełnione przez nią grzechy.

-Podobnie jak kanibalizm.- Will sarka, chociaż podoba mu się ta rozmowa o roli morderstwa w czasach starożytnych. Wydaje się ono być dobrym tematem do rozmowy z Hannibalem. Jak na lekarza leczącego zarówno ludzkie ciała jak i umysły, posiada on niezwykłe zrozumienie i wiedzę o tym dlaczego ludzie odbierają życie innym ludziom.

-Z tego co mi wiadomo kanibalizm nie był nigdy praktykowany na szczeblu państwowym. Morderstwo to inna sprawa.

-Tym razem chodzi o karę śmierci.

-Tak, ale także o procesy wiedźm z Salem i rzymskich gladiatorów.

-Więc, kiedy znowu zobaczę się z Jackiem mam mu powiedzieć, że mordercą jest znudzona istota ludzka o niezaspokojonym pierwotnym instynkcie.

-Możesz powiedzieć Jackowi co tylko zechcesz, Will. Wybacz mi, myślałem, że to filozoficzna rozmowa.

-Nie, to ja przepraszam. - Odpowiada Will stwierdzając, że rzeczywiście jest mu przykro. - Po prostu ciągle rozmawiamy o mojej pracy i zacząłem myśleć, że zawsze wiesz o co mi chodzi.

-Wydaje mi się, że w przeszłości radziłem sobie całkiem nieźle. - Odpowiada Hannibal tonem, który wskazuje na to, że jest gotowy podjąć wyzwanie. Will połyka haczyk z lekkim poczuciem winy. Jest pewien, że dzięki pomocy Hannibala uda mu się znaleźć jakieś nowe podejście do sprawy. Do tej pory zawsze był bardzo pomocny i rzeczywiście radził sobie świetnie z zadaniami jakie przedstawiał mu Will. Will czuje się głupio z powodu tego jak się wyraził : Zacząłem myśleć, że zawsze wiesz o co mi chodzi.

-Nie chodziło mi o to czy potrafisz za mną nadążyć. - Wyjaśnia. - Po prostu czasami wydaje mi się, że wiesz doskonale nad czym w danej chwili pracuję. Czasami zapominam, że nie należysz do tej samej sfery mojego życia do moja praca w FBI.

-Moja pomoc jest do twojej dyspozycji kiedykolwiek jej potrzebujesz, Williamie. Powinieneś już dawno o tym wiedzieć.

-Wiem o tym. - Mówi Will, kiwając głową. Przestaje kiedy przypomina sobie, że nikt go nie widzi. - Naprawdę. I dziękuję.

-Nie ma za co. - Odpowiada Hannibal. - Wróćmy jednak do twojej morderczyni.

-Ona zabija mężczyzn. - Odpowiada szybko Will, wdzięczny za zmianę tematu. - Wydaje mi się, że znała dwie pierwsze ofiary, że byli ze sobą jakoś związani ale potem coś się zmieniło.

-Związek obejmujący całą trójkę?

-Tak. Wydaje mi się, że oni notorycznie ją krzywdzili. Na początku robili to za obopólną zgodą i wszystkim się to podobało. Ale potem, któryś z nich posunął się za daleko i sprawy wymknęły się spod kontroli.

-Nie masz na to żadnych dowodów?

-Nie.- Will pociera z frustracją czoło. - Nie, Jack znalazł na przystani łódź, która wygląda na tyle dużą aby pomieścić trzy osoby ale nie mogliśmy znaleźć żadnych dowodów. Ludzie, którzy znali pierwsze dwie ofiary mówili, że nigdy nie widzieli ich z kobietą, a jedynym dowodem na to, że moja hipoteza jest słuszna, jest to, że pierwsze dwie ofiary zginęły tej samej nocy. To musi być ważne, ponieważ to moje jedyne dowody.

-Kiedy widzisz świat jej oczami pierwsze dwie ofiary różnią się od reszty.

-Są ważni, reszta w zasadzie się nie liczy. Nie mogę tego wyjaśnić. Nigdy nie widziałem pierwszej ani drugiej sceny zbrodni osobiście, znam je tylko ze zdjęć. Ta dzisiejsza była kompletnie bezużyteczna. - Will śmieje się gorzko, przełykając aspirynę. - Jack chce mnie zawieźć na następną scenę zbrodni zanim ktokolwiek ją zniszczy, ale nawet nie jestem pewien czy to pomoże. To nie wyjaśni co stało się pierwszej nocy, a to jest najważniejsze.

-Jej najważniejsze dzieło. Myślisz, że cała reszta to tylko reprodukcje.

-Myślę, że ona czuje się zagubiona odkąd zabiła po raz pierwszy. Z tego co zauważyłem, ona nie chce tego robić. Jest jak znarowiony koń biorący przykład ze swojego okrutnego właściciela.

-Ona chce, żebyście ją znaleźli, ponieważ nie chce być okrutna. - Will kiwa głową i potwierdza. - Wygląda na to, że ona nie jest w pełni sobą kiedy zabija. Może jeśli połączysz się z osobowością, którą przybiera kiedy popełnia zbrodnię, wtedy więcej się o niej dowiesz.

-To jest...Jeśli ona kogoś naśladuje, to to wszystko jest bardzo rozbudowanym sposobem na ujawnienie tego co ją spotkało. Nie może się tak po prostu przyznać, ponieważ ludzie nie poznają prawdy o tym co przez co przeszła, ale ona czuje potrzebę podzielenia się tym z ludźmi i dlatego robi to w ten sposób.

-Powinieneś powiedzieć o tym Jackowi. - Mówi pogodnie Hannibal a Will uśmiecha się, ponieważ czuje, że gdzieś w jego słowach czai się żart. - Opowiedz mi o swoim nowym przyjacielu. - Dodaje po chwili Hannibal.

-Nazywa się Casson. Jest jednym z miejscowych. Dziwnie się na mnie patrzy.

-Jesteś pewien, że nie robi tego ponieważ jest tobą zainteresowany?

Słysząc to, Will wybucha śmiechem.

-Jestem całkowicie pewien, że nie jest mną zainteresowany.

-Może powinieneś z nim porozmawiać? Gapienie się na ludzi nie jest zbyt grzeczne.

-Jestem pewien, że Jack zajmie się tym kiedy zacznie to być uciążliwe. Ma ustalone zasady na temat nie mieszania życia prywatnego z pracą. Jeśli jedno zaczyna przeszkadzać drugiemu, wtedy potrafi być niezwykle stanowczy.

-Nie spodziewałbym się po nim niczego innego. Czy mogę ci coś zaproponować Williamie?

-Jasne.

-Zapomnij na chwilę o Jacku i spróbuj się trochę przespać. Jestem pewien, że Jack prawdopodobnie wywiezie cię na następne miejsce zbrodni jeszcze zanim wzejdzie słońce. Do tej pory powinieneś odpocząć.

Will wierci się, starając się znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Nie powinien czuć się skonsternowany kiedy Hannibal próbuje się nim zaopiekować, nawet z drugiego końca kraju. Oczywiście Hannibal wyczuwa jego zmieszanie.

-Kiedy ostatni raz porządnie się wyspałeś?

Kilka...kilka dni temu, chyba.

Will słyszy pomruk Hannibala, który wydaje się być obrażony.

-Twoje ciało potrzebuje snu, Williamie. Twój umysł, też. Proszę, postaraj się przespać tę noc.

-Tak. Jasne. Spróbuję. - Mruczy z zażenowaniem Will.

Spędził wiele godzin kłócąc się z ojcem z powodu swojej bezsenności. Chociaż dziwnie jest myśleć o Hannibalu tak samo jak o jego ojcu. To nadało by jego terapii zupełnie inny wymiar.

-Masz rację. Wiem, że potrzebuję snu. Naprawdę. - Potrząsa głową Will.

-Koszmary senne przeszkadzają ci spać?

-Czasami. Zwykle jednak po prostu nie mogę zasnąć.

-A jeśli mógłbym ci w tym pomóc?