II. Negocjator
Nie ma niczego takiego w wygrywaniu, naprawdę. Jeśli tylko jest się obdarzonym bystrym okiem, sprawnym umysłem i całkowitym brakiem skrupułów. – Alfred Hitchcock
Jedną z miłych rzeczy w wyciąganiu wspomnień z Toma było to, że mogę siedzieć. I czytać książki, które on już przeczytał. Oczywiście wchłonąłem wiedzę, ale w jakiś sposób jest to o wiele bardziej rzeczywiste, niż gdybym sam miał czytać.
Czytam mój ulubiony tekst dotyczący zakląć ochronnych. Opisuje starożytne systemy obronne Celtów. Nie są one tak słynne jak egipskie czy nordyckie, ale diablo przebiegłe. Dodatkowo bardzo niewielu łamaczy klątw je studiowało, nawet w samej Wielkiej Brytanii. Palcem narysowałem skomplikowane znaki w powietrzu. Nie używa się ich w ten sposób, ale to najlepsze, co mogę zrobić, by móc praktykować.
Już miałem zakończyć tworzenie niezwykle subtelnego systemu obronnego, który osłabiałby rdzenie magiczne ewentualnych intruzów (bardzo paskudnego), gdy usłyszałem strażników otwierających drzwi na końcu korytarza więziennego. Nie przegapiając szansy, by im dopiec, zacząłem śpiewać, jednocześnie zmazując wszystko, co narysowałem.
Niedoli miej nie poznał z was nikt,
Żal tylko udziałem jest mym,
Niczym jestem, Ty jeden wiesz.*
Spojrzałem do góry i spróbowałem wyglądać na zaskoczonego widokiem dwóch strażników.
– Misja ratunkowa? Ale nie wyglądacie na Kosmiczne Jaja! – Kocham ten film. Obejrzałem go z pięćdziesiąt razy w czasie wakacji po piątym roku. Był jedynym powodem do śmiechu przez całe tamto lato. Syriuszowi też by się spodobał.
– Wstawaj, Potter – warknął jeden z nich. – Masz gościa.
Myślałem o stawieniu oporu, ale nie miałem nic innego do roboty – wstałem, pozwoliłem założyć sobie kajdany i wyprowadzić się na korytarz. Stał tam Albus "Błysk w oku Zagłady" Dumbledore, osłaniany przez dwóch swoich kumpli: Moody'ego i Shacklebolta.
– Dobrze jest słyszeć, że podtrzymujesz się na duchu dzięki muzyce, Harry. Muzyka jest na swój sposób magią, której nigdy nie stosujemy.
– No cóż, jakoś się trzymam profesorze Dumb–bully–door.** To jeszcze nic – każdej nocy mamy specjalne widowisko muzyczne w tej "części Azkabanu o niższym rygorze".
Dumbledore zignorował pierwszą część, posyłając mi ten swój cholerny przepełniony cierpieniem wyraz twarzy.
– Przykro mi z tego powodu, Harry. Dopiero dzisiejszego ranka zauważono, że w dokumentacji twojej sprawy znajduje się rażący błąd.
Na jego wąskich, starczych ustach pojawił się uśmiech. Cholera, to będzie niezłe.
– Jednakże zostałeś powierzony mojej opiece, Harry. Dostaniesz drugą szansę. Szansę, którą będziesz mógł otrzymać tylko raz. Zachęcam cię do jej przyjęcia.
Oparłem się pokusie, by powiedzieć mu, co może sobie zrobić z tą swoją szansą.
– O jakiej szansie pan mówi?
– Jesteś w stanie oddać wielką przysługę czarodziejskiemu światu, Harry. Wiesz, co mam na myśli.
– Ma pan na myśli przepowiednią mówiącą, że jestem jedynym, który może powstrzymać Gadziego Pyska?
Szok, jaki zobaczyłem na twarzach Moody'ego, Shacklebolta i więziennych strażników, sugerował, że ta informacja wciąż była tajemnicą. O radości!
Wnioskując z wyrazu jego twarzy, udało mi się zdenerwować Dumbla. Punkt dla mnie!
– Tak, Harry. Wierzę, że nauczyłeś się tutaj wszystkiego, co było możliwe, że czas już, byś powrócił i wypełnił swoje przeznaczenie.
– A co ja z tego będę miał?
Stary kozioł wyglądał na szczerze zaskoczonego.
– Będziesz mógł pokazać, że spłaciłeś swój dług i wrócić do Światła.
Coś z tego, co właśnie powiedział, nagle otworzyło mi oczy.
– Zaczekaj! Wiedziałeś, co to miejsce zrobi z moim połączeniem z Tommym! Chciałeś, bym znalazł się w jego głowie! Nie przez przypadek w pobliżu nie było dementorów! To ty zorganizowałeś ten cały cholerny cyrk!
Dumbledore uciszył mnie ruchem ręki.
– Obawiam się, że to miejsce wpędziło cię w urojenia, Harry. Jak już ci mówiłem, zostałeś umieszczony w tym skrzydle w wyniku pomyłki.
Wyciągnął pergamin.
– Minister Scrimgeour oferuje ci ten magicznie wiążący kontrakt. W zamian za pokonanie Voldemorta otrzymasz ułaskawienie za wszelkie zbrodnie popełnione w przeszłości.
Pozwoliłem mu zmienić temat, ale nie zapomnę o tym. Zabezpieczenia oparte na magii krwi mówiły mi, że Dumbel doskonale wiedział, gdzie znajdowała się moja cela.
– Więc w końcu pozbyli się tego durnia Knota? – parsknąłem. – Przykro mi, ale moje naiwne, pełne ufności dni dawno już minęły. Mimo wszystko to już drugi raz, kiedy zostawiacie mnie jak gówno na końcu patyka i nie sprawdzacie, co się ze mną dzieje. Jestem pewny, że moje dobro nie leży ci na sercu. Niech spojrzę na ten kontrakt.
Dumbledore wyglądał na obrażonego i smutnego, trzymając przede mną pergamin. Nie mam na sobie swoich okularów, ale odrobina magii bezróżdżkowej przed moimi oczami działa jak soczewki. Nikt tego nie zauważył.
Jeśli przed przeczytaniem tego "kontraktu" byłem zły, to teraz czułem, że zaraz wybuchnę.
– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem... Zabiję Voldemorta i otrzymam ułaskawienie?
– Tak, Harry – zgodził się Dumbledore.
Ignoruję go i mówię dalej.
– Ale mogę być sądzony za wszystko, co zrobię, by osiągnąć ten cel, a dodatkowo gdy otrzymam ułaskawienie, mogę zostać wygnany, a pieniądze z gringockich skrytek Blacków i Potterów przejęte przez Ministerstwo. Nie wierzę wam.
– Oferujemy ci szansę, Potter! – ryknął Moody. – Zabiłeś tamtych uczniów z zimną krwią. Gdyby nie to proroctwo, pozwoliłbym ci tu zgnić.
– Powinienem zostawić cię w tamtym kufrze. Szkoda... – odpowiedziałem z szyderczym uśmiechem.
– Muszę nalegać, byś to zrobił, Harry – stwierdził Dumbledore. – Twoja zgoda na to, co ci proponujemy, jest w najlepszym interesie wszystkich magicznych istot.
– Pod jednym warunkiem. – Zamilkłem na chwilę. – Chcę mojej różdżki. Wiem, że nie została złamana. Dla najlepszego interesu wszystkich magicznych istot była zbyt cenna jako bliźniacza siostra różdżki Voldemorta. Tak samo jak ja.
– Mam twoją różdżkę, Harry. Zostanie ci zwrócona w odpowiedniej chwili.
– Nie. Włóż mi różdżkę do kieszeni. Nie będzie różdżki, nie będzie podpisu. I zatrzymam ją.
Patrzą na mnie niepewnie.
– Mam związane ręce. Spędziłem tylko pięć lat w tej twojej cholernej szkole. Co niby nią zrobię? Wysadzę sobie pośladek!?
Shacklebolt uśmiechnął się lekko.
– Podpisz kontrakt, Harry, a włożę ją do twojej kieszeni.
Naskrobałem coś ledwo przypominającego moje imię, po czym poczułem otaczającą mnie magię. Dumbledore uśmiechnął się z aprobatą i włożył różdżkę do kieszeni moich spodni. Nieźle.
Dwaj kolejni strażnicy dołączyli do nas, kiedy przekroczyłem bramy więzienia. Tak naprawdę teraz po raz pierwszy zobaczyłem wyspę. Cóż za jałowa skała.
– Świstoklik? – zapytałem.
– Tutejsze zabezpieczenia pozwalają tylko na przesyłanie skazanych i gości – wyjaśnił Shacklebolt. – Musimy dotrzeć do stałego lądu i dopiero tam postarać się o transport.
Wzruszam ramionami i po raz pierwszy od niemal dwóch lat rozkoszuję się świeżym powietrzem. Prowadzą mnie do małej, pozbawionej silnika łódki. Przypominam sobie przybywającego po mnie Hagrida i jestem pewien, że jest magicznie zasilana. Spokojnie zajmuję miejsce w środku łodzi. Dookoła mnie znajdują się aurorzy. Czy oni naprawdę spodziewają się, że wskoczę do Morza Północnego?
Podróż do brzegu trwa ponad godzinę. Tuż przed dotarciem do celu czuję opuszczające nasze ciała zabezpieczenia. Wpływamy do małego doku, po czym wstaję i strażnicy wynoszą mnie z łodzi.
– Dlaczego robisz to dopiero teraz? – pytam nagle. – Wiedziałeś o tej przepowiedni, nim się urodziłem. Dlaczego uwalniasz mnie dopiero teraz? Powiedziałeś, że przepowiednia rozwiąże się sama.
– To nie jest już ważne, Harry – zapewnił mnie Dumbledore z tym swoim proszącym o zaufanie uśmiechem.
– Tak więc to nie ma nic wspólnego z desantem Riddle'a, przez który straciliśmy Remusa, Tonks, pana i panią Weasley oraz Billa wraz tuzinem innych członków Zakonu? – pytam mimochodem.
Grupa zatrzymuje się tak szybko, że niemal wpada na nią eskortująca mnie straż.
– Skąd ty o tym wiesz? – gruchnął Shacklebolt. – Tamtego dnia straciłem trzech moich najlepszych ludzi!
Wzruszam ramionami.
– Tommy przyglądał się wam z bliskiej odległości. – Spojrzałem wprost na Dumbledore'a. – Lestrange'owie byli odpowiedzialni za śmierć większości członków Zakonu, ale Snape zabił Remusa i Tonks.
– Byłeś połączony z Tomem. – Dumbledore praktycznie szeptał.
– No, i zobaczyłem twojego "zaufanego" Mistrza Eliksirów zabijającego człowieka, który był moją ostatnią więzią z rodzicami, i jego żonę.
Dumbledore błyskawiczne odwraca się i oszałamia czterech strażników towarzyszących nam od Azkabanu. Szybkie Oblivate usunęło wszelką pamięć o rzeczach, których nie powinni byli wiedzieć.
Wciąż odwrócony do mnie plecami, mówi:
– Jestem pewien, że Severus po prostu skorzystał z tej niefortunnej sytuacji, by móc rozbudowywać swoją przykrywkę. A co możesz mi powiedzieć o planach Voldemorta?
– Śmieciożercy wyszli z tego ataku bez szwanku – podkreśliłem, ignorując jego pytanie. – Dlaczego więc prawdziwy morderca nie wziął odpowiedzialności za swoje czyny?
Sam Kingsley wyglądał teraz na gotowego do zabójstwa.
– Omówię to z profesorem Snape'em – powiedział swym "dziadkowym" tonem Dumbel. – Opowiedz mi teraz o swoim połączeniu z Tomem. – Wiem, że nasza rozmowa nie przyniesie żadnych rezultatów. Zastanawiam się, co Snape ma na tego starego drania.
– Wiem o nim praktycznie wszystko. Zakładam, że zebrałeś już wszystkie świecidełka Riddle'a? – Dumbel jest zaszokowany na samo wspomnienie horkruksów. Postanawiam wybić go jeszcze bardziej z równowagi.
– Przy okazji, chcesz wiedzieć, jak zdjąć klątwę z posady nauczyciela OPCM-u? – Teraz Dumbledore nie jest w stanie usunąć wyrazu pragnienia z twarzy.
– Oj, która to już godzina... – mruczę z lubością. – Czas na herbatę!
W tej samej chwili teleportujemy się. Szkoda, że nie mogę zobaczyć teraz ich twarzy.
* Fragment amerykańskiej religijnej pieśni mającej korzenie w folklorze tamtejszych afrykańskich niewolników.
** Nie dające się przełożyć na język polski nawiązanie do nazwiska Dumbledora – Dumb–bully–door (dumb – głupi, niemy, durny, bully – tyran, despota; w domyśle ktoś, kto znęca się nad słabszymi)
