DISCLAIMER: Kiepsko. Nadal należy do mnie tylko Mary. Pozostali bohaterowie są Marvela. Ale pracuję nad tym.
A oto i kolejna przedstawicielka swojego gatunku. Mary Sue Pacyfistka. Opowiadanie o niej dedykuję dwóm osobom: Starce i Herszel, które strasznie marudziły o dalszy ciąg opowiadań o Amiko. Ponieważ sumienie, nie pozwalało mi tego zrobić, moim biednym czytelnikom, po to, aby je uspokoić, napisałam to. TO DLA WAS DZIEWCZYNY!
Rozdział II Mary Sue – Pacyfistka
Ten rodzaj MS, ma wszystkie cechy typowe dla swego gatunku: niezwykłą urodę, urok osobisty, potężne moce itp. To, co ją wyróżnia z tłumu, to patologiczna wręcz niechęć do wszelkiej przemocy. Poza tym, jest wiecznie pod wpływem narkotyków, dzięki którym wygłasza bardziej nawiedzone mowy, niż Storm i Profesor razem wzięci. Co gorsza, namawia do tego zgubnego nałogu także i innych, przez co zatrącają oni zupełnie swoją osobowość. Miłość – ktokolwiek narajany tak bardzo, że z nią wytrzyma….
1234
W piękny, wiosenny dzień majowy, Profesor Charles Xavier wezwał do siebie swoich X-men.
- Drodzy X-meni – Zaczął uduchowionym tonem, splatając swe starannie wypielęgnowane dłonie
(Więc nie tylko ja
zauważyłam, że Xavier ma bardzo kobiece rączki. Punkt dla mnie :)
) - Cerebro przechwycił właśnie sygnał nowego mutanta. Musimy
po niego lecieć. Tak, Katherine? – Zapytał, widząc podniesioną
w górę rękę Kitty 'Shadowcat' Pryde. (Dzięki, że
nam przypomniałaś )
- Czy znowu, ten, musimy jechać
wszyscy?
- Nie, Katherine. Tym razem młodzi rekruci zostaną w domu (Sami? Xavier jest odważniejszy niż myślałam. Ale nadal nie widzę powodu, aby zabierać ich wszystkich, w dodatku w pełnym umundurowaniu. Ja tam bym się pewnie przestraszyła widząc taką armię. W dodatku, Xavier nie nauczył się jeszcze, że zabieranie Kurta na takie akcje, może zakończyć się rekrutacyjną katastrofą? )
- A dokąd tym razem lecimy? – Zapytał Scott
- No cóż, ślad wyraźnie prowadzi do Polski.
Wszyscy X-meni spoglądają najpierw na siebie, potem na Psora i znów na siebie:
- Dokąd? – Zapytała Rogue.
- To chyba jest takie miasto w Rosji… - Powiedział Kurt, który najwyraźniej nie wie, z jakimi państwami graniczą jego rodzinne Niemcy.
- Nie! – Zaprotestowała Piotr (A
co on tu robi?). To takie małe, zacofane państewko, na
pograniczu Europy i Azji. Ludzie, żyją tam jak w XVIII wieku. Mają
króla, księżniczki i w ogóle podział na arystokrację
i chłopów. W życiu nie słyszeli o Internecie, czy
telewizji. Mutanta muszą uważać tam za czarodzieja… (Co? I to
mówi ktoś, kto wychowywał się na Syberii?)
-
Nie, nie, nie! – Zaprotestowała Jean (I Bogu dzięki!).
Polska to taki kraj, który w czasie II wojny światowej
współpracował z Niemcami. Polacy budowali i zarządzali dla
nich obozami koncentracyjnymi ( CO! Nie, no teraz to po prostu
zieję ogniem. To, że te obozy znajdowały się na naszym
terytorium, nie oznacza jeszcze, że mieliśmy z tym coś wspólnego!
Krzyknijmy chórem: „Yey amerykański system edukacji"! I
TAK – wszystkie te rewelacje o własnym kraju, znalazłam w
prawdziwych, opublikowanych na necie FF. Zgadnijcie, jakie komentarze
o położeniu geograficznym, ustroju i historii Polski otrzymali ode
mnie autorzy?)
- Ależ nie kłóćcie się, dzieci. To teraz nie jest ważne. Najważniejsze teraz, to rekrutacja naszego mutanta.
- Tak jest! – Krzyknęli wszyscy na raz i ruszyli biegiem do Black Birda.
1234
Po kilku godzinach wylądowali w jakiejś małej wiosce.
Zaledwie parę minut szukania wystarczyło, by Profesor wskazał na jedną z chatek (CHATEK?).
X-meni zastukali do drzwi. Otworzyła im kobieta, ok. 40-stki:
- W czym mogę państwu pomóc? – Zapytała uprzejmie. ( Kobieto, nieopodal twego domu, tuż za ogródkiem, wylądował właśnie supernowoczesny odrzutowiec, a banda dziwnie wyglądających ludzi, puka do twych drzwi! „W czym mogę państwu pomóc?" – Naćpałaś się, czy co?)
- Ach, dzień dobry. Nazywam się Profesor Charles Xavier, a ta grupka to moi uczniowie. Chciałbym z panią porozmawiać o niezwykłych zdolnościach pani córki.
(Hello! On wie, że masz niezwykłą córkę. Nadal żadnej lampki ostrzegawczej?)
- Och, ależ proszę, proszę wejść. Serdecznie zapraszam. Właśnie upiekłam ziołowe ciasteczka… (Aha! Już widzę te zioła… Czy ich uprawa jest nielegalna? )
1234
W ciągu godziny
Profesor wyjaśnił niczego nieświadomym rodzicom biednej mutantki,
na czym polega proces mutacji genetycznej, swoją ideę pokojowego
współistnienia itp. itd. (Zaraz… I ta kobieta,
mieszkająca w CHATCE, gdzieś na bliżej nieokreślonym zadupiu,
zrozumiała to wszystko po angielsku? Yey nasz system edukacji! A
może to Charlsik nauczył się naszego pięknego języka?). Na
koniec dodał oczywiście, że „nie wyobraża sobie dalszej
działalności Instytutu, jeśli ich córka nie zechce się
przyłączyć". (To chyba nie wymaga wielkiej wyobraźni. Będzie
funkcjonował tak, jak dotychczas…).
- Oczywiście,
Profesorze. Naturalnie nasza córka musi sama o tym zadecydować
(Nie jedzcie więcej tych ciastek!) A oto i ona.
- Ach…- X-meni wydobyli z siebie zbiorowy jęk zachwytu. Była piękna. Wysoka i szczupła. Miała długie blond włosy z zielonymi końcówkami. Duże niebieskie oczy przykrywała zasłona kruczoczarnych rzęs. Skóra miała kolor miodowy. Ubrana była w długą fioletową spódnicę i żółty top. We włosy zawsze nosiła wpięty czerwony kwiat. Na rękach mnóstwo kolorowych paciorków. . Była po prostu zachwycająca! (Niom! Zielony, niebieski, fioletowy, żółty, czerwony… Po mojemu to ona wyglądała jakby miała bliskie spotkanie z kilkoma kubłami farby… )
- Dzień dobry mamusiu, tatusiu. Ooo, mamy gości – Powiedziała swoim melodyjnym głosem (Spostrzegawcza jest!)
- Podejdź tu, Żanetko. Państwo są tu do ciebie.
Potem Profesor ponownie wyjaśnił wszystko, naszej zachwycającej mutantce.
- I co, zgadzasz się Żanetko? (Łi! Autorka dała popis! Żaden Amerykanin nie wymówi imienia Żaneta. Niemożliwe. Oczywiście, zamiast zastąpić to imię czymś bardziej „swojskim", założę się, że bezbłędnie będą ja nazywać Żanetą)
- Bardzo chętnie, Profesorze. Marzę o tym, aby nieść pokój między ludźmi i mutantami.
- Hurra! - Krzyczy Kitty – Żanetka pojedzie z nami do Instytutu.
- Hurra! – Krzyczą pozostali X-meni.
Potem wszyscy pakują się z powrotem do Black Birda i odlatują w kierunku zachodzącego słońca… eee, znaczy Instytutu.
1234
Po przylocie, Żanetka była już praktycznie zaprzyjaźniona ze wszystkimi.
- A jakie masz, ten, no, moce?
- Ja, cóż… Potrafię wykonywać bardzo długie skoki. Jak kangur. Dlatego nazywajcie mnie Flower Lady.
X-meni przez chwilę mrugali ze zdziwienia oczami
- Ale co to ma właściwie wspólnego ze skokami? – Zapytała Jean. (Właśnie!)
- Nic. Po prostu mi się podoba. Poza tym, jakbyś nie zauważyła, to zawsze noszę tego kwiatka we włosach i on nigdy nie więdnie, o!
- O! – Zawtórowały Kitty i Rogue. – Jesteś po prostu zazdrosna, bo ty nie potrafisz wymyślić dla siebie żadnego fajnego nicku. – Z tymi słowami, każda ujęła Żanetę pod jedno ramię i skierowały się do wyjścia. (Jezu! Dziewczyny, ile wyście zjadły tych ciastek?)
- Nie! Zaczekajcie! – Krzyczy Jean, biegnąc za nimi. – Ja też chcę się przyjaźnić z Żanetką! Proszę! Możesz mi nawet wymyślić ksywę, jeśli chcesz…
- Dobra. Co powiesz na „Phoenix"?
- Zgoda!
- Wspaniałe!
- Genialne!
(O nie. Czy tylko ja ma złe przeczucia?)
1234
Wieczorem, zupełnie zadomowiona Żanetka, wybrała się na spacer po ogrodzie. Czuła się wspaniale. Promienie zachodzącego słońca rozświetlały jej zgrabną sylwetkę, a delikatna wieczorna rosa, zachęcała, by dotknąć jej bosymi stopami. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać. Zdjęła sandałki i zaczęła tańczyć. (Pięknie. Nie dość, że ćpunka, to jeszcze lunatyczka. Kogo Xavier przyjmuje do tego swojego ośrodka?)
Jej pełen radości taniec, przerwał dopiero trzask suchej gałązki, świadczący o czyjejś obecności. Żanetka obróciła się zaskoczona. Okazało się, że „podglądaczem" jest Piotr.
- Ojej – Powiedziała, rumieniąc się uroczo. – Chyba się trochę zapomniałam…
- Nie, nie przerywaj proszę! Jesteś tak gibka i pełna wdzięku, jak leśna nimfa. Chciałbym cię malować.
- Och, dobrze. – Odparła Flower Lady i znów zaczęła tańczyć, a Piotr ją szkicował.
(Czy aby artysta, nie potrzebuje przypadkiem STATYCZNEJ modelki?).
- Ale ja myślałam, że tobie podoba się Kitty. – Powiedziała w pewnej chwili nieśmiało.
- Ta gruba krowa! Znaczy…Chciałem powiedzieć… Skądże znowu! Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Poza tym, ona chodzi z Lance'm. (Phi! Wszystkie swoje przyjaciółki nazywasz „grubymi krowami"?). To ty mi się podobasz, Żanetko. Podobasz mi się od chwili, gdy cię pierwszy raz ujrzałem (Czyli lekko licząc – od dzisiejszego popołudnia) . Jesteś dużo ładniejsza od Kitty (Akurat! No chyba, że ktoś gustuje w „żywych tęczach"). Tak bardzo przypominasz mi moją młodszą siostrę… (Colossusie, to jest karalne!)
- Och Piotrze, jesteś taki miły!
- Nie, Żanetko. To ty jesteś miła. – Tu wyciągnął świeżo zerwany bukiet kwiatów.
- Dla mnie? (Nie, na pewno dla tego kosmity, co stoi tuż za tobą )
- Piękno, dla piękna… (Skąd on bierze takie teksty? Nie podpowiadajcie mi… Wiem! Ciasteczka!). Pozwól, że odprowadzę cię do pokoju.
- Bardzo chętnie.
Następnie Piotr odprowadził ją w wyżej wskazane miejsce, gdzie nastąpił długi pocałunek na dobranoc i życząc sobie nawzajem „dobrych snów" zakochani udali się na spoczynek.
1234
Następny dzień rozpoczął się od indywidualnej sesji Żanetki i Logana. Najpierw Wolverin wysłał ją na tor przeszkód, ale dzięki swojej niesamowitej zdolności wykonywania bardzo długich skoków, bez większych problemów udało jej się ominąć wszystkie pułapki. Starszy mutant był pod wrażeniem. (Wielki Brat też).
- Teraz przyszedł czas, na trening z technik samoobrony. – Oświadczył instruktor
- Nie.
- Nie? (Nie?)
- Odmawiam – Oświadczyła stanowczo – Jestem przeciwna wszelkiej przemocy. Poza tym, jak mamy szerzyć idee miłości i pokoju, posługując się przemocą? (Nie wiem. Ale nie zapomnij zapytać Magneto, jak go tylko zobaczysz…)
- Masz rację! – Odparł Logan, patrząc głęboko w jej szczere oczy. (CO! Te ciastka są niebezpieczniejsze niż myślałam) – A ja do tej pory tego nie dostrzegałem. Teraz się zmienię! Chodź mała, postawię ci colę. – I oboje udali się do kuchni. – (…) widzisz, niektórzy uczniowie są tacy brutalni… - Do uszu jedzących śniadanie uczniów, doleciały słowa wchodzącego Logana. Wtedy wszystkie oczy skierowały się w jedną stronę.
- No co? – Zapytała Rogue – Logan, jak możesz! – I nieszczęśliwa wybiegła z kuchni.
- Pogódź się z tym, Pysiu! Teraz mam nową pupilkę! – Krzyknął za nią Wolverin.
1234
Tymczasem śniadanie zostało przerwane, przez kolejny niemiły incydent:
- Odczep się od niego, wywłoko!
- Co? Ja wywłoką? Po prostu mi zazdrościsz, bo jestem od ciebie ładniejsza!
- Ładniejsza? Ha! Jakbym miała tyle operacji plastycznych co ty, to też bym była taka „ładna"!
- Moje piersi są naturalne!
- Ta, akurat!
- A właśnie, że tak!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
To Jean i Emma jak zwykle kłócą się o Scotta. (Zaraz, zaraz – Emma? Od kiedy ona jest w Evo? W dodatku w X-men… Najpierw Piotr, a teraz ona? Czy my na pewno oglądamy ten sam serial? Bo ja nie pamiętam jej wcale. Przecież nie jadłam ciasteczek… Dziwne…)
Nie mogąc dłużej znieść tych obelg, Żanetka wskoczyła między walczące telepatki z krzykiem:
- Natychmiast przestańcie! Nie widzicie, co robicie? Kłócicie się ze sobą zupełnie niepotrzebnie, osłabiając w ten sposób drużynę. Czyż nie lepiej byłoby, abyście wykorzystały swoją energię przeciwko wrogom pokoju? Nie wstyd wam?
- Wstyd. – Odpowiedziały obie, spuszczając głowy.
- I to jeszcze, o co cała ta walka? O chłopaka! No wiecie… Czy warto dla czegoś takiego, marnować cenną przyjaźń? (Jaką przyjaźń?) No i nie pomyślałyście, żeby zapytać Cyclopsa o zdanie?
- No… Ja, właściwie to, nie… A ty, Em?
- No… Ja też nie…
- Wiesz co?
- Co?
- To może go spytajmy?
- Dobra!
- Scott, którą z nas wolisz?
- Żadną! Ja kocham tylko Pamelę Anderson – Odpowiedział chłopak, wyciągając zdjęcie ukochanej, w pomarańczowym kostiumie kąpielowym.
- O kurna!
- No… klapa… Wiesz co, Jean? Twoje włosy naprawdę wyglądają ładnie w tym świetle.
- Serio? Bo z bliska twój biust wcale nie wygląda na sztuczny.
- Usiądziesz ze mną na matematyce?
- Jasne. A po szkole musimy iść razem na zakupy.
- Superowo!
(Tia… Xavier musiał zatrudnić mamę Żanety jako kucharkę)
1234
W szkole
Gdy nasi ulubieni mutanci przybyli do szkoły, od progu jak zwykle spotkały ich obelgi i wyzwiska:
- Buuu, potwory!
- Precz z wami, wybryki natury!
- Mutanci na Madagaskar! – Dobiegały zewsząd okrzyki.
Wtem, jak z podziemi, wyrósł przed naszą szykanowaną grupką Duncan, wraz z przyjaciółmi:
- To teraz was mamy i stłuczemy was na kwaśne jabłko, a Kelly was wyrzuci ze szkoły, buhahahaha – Zakrzyknął groźnie.
Podczas gdy wystraszeni X-meni zaczęli kulić się w sobie i rozglądać za jakąś bezpieczną drogą ewakuacji, na sam przód grupy wyskoczyła Żaneta:
- Jak śmiesz? I wy wszyscy też, jak śmiecie? Cóżeśmy wam uczynili?
- Jesteście mutantami! – Odparł Duncan.
- Ale, co to znaczy?
- No… Jesteście inni…
- Wcale nie. Jesteśmy ludźmi, tak samo jak wy!
- Ale… Ty masz śmieszne włosy…
- A
Francuzi jedzą ślimaki i co to oznacza? Że wszyscy Francuzi są
mutantami? (Argument nie do odparcia)
- Ale… Ale…
Wy macie takie super moce, których możecie użyć przeciwko
nam.
- Nigdy bym tego nie zrobiła! – Zawołała oburzona.
(A ja jestem oburzona poziomem intelektualnym tej „dyskusji")
- Serio?
- Serio, serio…
- Dobra. Nie skopiemy was. Jean, nie chciałabyś być znowu moją dziewczyną?
- Och, Duncan! Marzę o tym, od chwili rozstania!
Padają sobie w ramiona i namiętnie się całują. Do Żanety zaś podbiegła Taryn:
- Och, mutantko! To było takie wzruszające. Aż mam łzy w oczach - Ociera je. – Zostaniesz moją najlepszą przyjaciółką?
- Bardzo chętnie.
Obejmują się ramionami. Na to wszystko wchodzi dyrektor Kelly:
- Moje dzieci – Zaczął – Myliłem się! Ach, jakże się myliłem!- Bije się w piersi. – Dopiero widząc was wszystkich zbratanych, zrozumiałem, że musimy żyć z mutantami w pokoju! Od dziś, żadni mutanci w tej szkole, nie będą szykanowani.
Wzruszeni do łez uczniowie, zaczęli bić brawo. I tako oto liceum w Bayville. Stało się wzorcową w skali kraju, placówką szerzącą tolerancję. (I wzorcowym przykładem na to, jak narkotyki wypaczają umysły. Mama Żanetki musi dorabiać do pensji w tutejszej stołówce.)
1234
Po lekcjach, które upłynęły w wyjątkowo miłej i przyjaznej atmosferze, X-meni udali się na parking. Tam już czekało na nich Bractwo:
- Stój, Summers!
- Alvers!
- Mamy rachunki do wyrównania, Summers.
- Co wy tu robicie? Kelly wywalił was ze szkoły…
- Tak. I to wszystko twoja wina, Summers! Przez ciebie nie zdobędę odpowiedniego wykształcenia, a co za tym idzie – dobrze płatnej pracy i nie zamieszkam z Kitty w willi na przedmieściach!
- Ha, ha! I tak by ci się to nie udało, bo jesteś na to za głupi, Alvers!
- Wcale nie!
- Wcale tak!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
- Tak!
(Jedno jest pewne – Bractwo podkrada żarcie, ze szkolnej stołówki.)
Tak ze dwie strony dalej:
- Nie!
- Tak!
- NIE!
- No, to teraz już przesadziłeś! – Krzyknął Scott – Brać ich X-meni!
Ci jednak ani myślą ruszyć się z miejsca.
- Ale po co, Scott? – Zapytała Rogue.
- Mówiłem ci już, jak seksownie wyglądasz, kiedy obijasz komuś gębę?
- Walimy! – Stwierdziła Rogue i z całej siły przyłożyła Jean w twarz – Oups! Pomyłeczka… (Go Rogue! Znaczy…eee…pomyłeczka)
W tym momencie, członkowie obu drużyn rzucają się na siebie. Tylko Flower Lady patrzy na to wszystko nieporuszona (O nie! 3...2…1…)
- Natychmiast przestańcie! (A nie mówiłam). Nie wstyd wam? Jak wy się zachowujecie? Bracia - mutanci nie powinni walczyć ze sobą nawzajem!
- Ojej! Ona ma rację! Ale z nas tępaki! – Krzyczą mutanci.
- Alvres!
- Summers!
- Zawsze cię lubiłem, Alvers!
- Ja ciebie też, Summers!
- A ja przywracam członków Bractwa do szkoły! – Krzyczy ze swego okna Kelly
- Yey dyrektor Kelly! – Krzyczą wszyscy.
- Jakże się cieszę, moi X-meni – Mówi nagle przybyły Profesor – Pokazaliście dziś światu, że umiecie rozwiązywać swoje konflikty pokojowymi metodami. Jestem z was dumny (Powiedzmy wszyscy razem: Awwwww)
- Stójcie, X-meni! – To Magneto i jego Acolytes – Przybyłem, aby was zniszczyć!
- Ja przybyłam po moje dzieci! – Oświadczyła z drzewa Mystique.
- Muter! – Krzyczy Kurt, ale nie zdążył dokończyć, bo dostał mocno po głowie:
- Zamknij się, pokrako! Ona nas nie nienawidzi. – Mówi Rogue, a następnie krzyczy w kierunku Misti – I my też cię nienawidzimy!
- Ale Rogue, to nasza matka… - Próbuje negocjować Night.
- Zamknij się, mówiłam ci!
Wtem zza krzaków wyskakuje Apocalypse:
- Ha, nędzne robaki! Przybyłem tu, aby zawładnąć światem! (Zagadką pozostaje, dlaczego chce zaczynać akurat od Bayville… No i – czy tylko ja uważam, że X-meni mają przerąbane?)
Rozgorzała największa walka stulecia. Wszyscy rzucili się na siebie. Tzn. prawie wszyscy. Żaneta, zamiast przyłączyć się do ogólnej rąbaniny, weszła na pobliski kamień i zawołała ile sił w płucach ( Ooł! Mówiłam, że X-meni mają przerąbane? Zapomnijcie! To czytelnicy powinni wiać ile sił w nogach. O ile chcecie się założyć, że jej pierwszymi słowami, będzie: „Natychmiast przestańcie! Nie wstyd wam?")
- Natychmiast przestańcie! Nie wstyd wam? (A nie mówiłam?)
Wszyscy natychmiast się zatrzymali:
- Jak możecie tak postępować?
- Ty – tu zwróciła się do Xaviera – Głosisz idee pokojowego współistnienia miedzy ludźmi i mutantami, a w swym ośrodku uczysz przemocy i rzucasz swych uczniów w każdą walkę. – Zawstydzony Xavier zwiesza głowę
– Ty! – Teraz wskazała na Magnusa – Chcesz wybuchu wojny miedzy ludźmi i mutantami. Już zapomniałeś, jak bardzo ucierpiał mój kraj i miliony niewinnych ludzi? – Magneto też ma uszy czerwone ze wstydu
– Ty z kolei – To do Smerfetki – Mówisz, że kochasz swoje dzieci. Podczas gdy tak naprawdę, chcesz z nich zrobić żołnierzy, swojej małej prywatnej armii. – Mistusia się wstyda
- Ty zaś – Zwróciła się z kolei do Apo (No, to będzie dobre!)
- Jak możesz postępować w ten sposób? Jesteś najstarszym mutantem na ziemi. Powinieneś być naszym mistrzem i mentorem. Mógłbyś nas tylu rzeczy jeszcze nauczyć. Prowadź nas! (Żeby coś takiego wymyślić, trzeba czegoś mocniejszego, niż tylko ziołowe ciasteczka.)
Apo, rzecz jasna, wzruszył się do łez. Natychmiast rzucił na ziemię Pyro, któremu miał właśnie przyłożyć (Dlaczego zawsze jemu?) i zawołał:
- Masz rację! Tak strasznie się wstydzę swojego postępowania! Ale widzisz, zachowuję się tak, bo miałem trudne dzieciństwo. Byłem jedynym mutantem w wiosce. – Tu głośno pociąga nosem – Inne dzieci nie chciały się ze mną bawić. – W tym miejscu pada na kolana, zanosząc się od płaczu. (Czy autor tego ficta nie nazywa się przypadkiem Chuck A.?)
Do zgnębionego Apocalypsa podbiega Żaneta. Zarzuca mu ręce na szyję, mocno przytula i mówi:
- Już nie musisz być sam. Teraz masz nas… Czyńmy miłość, a nie wojnę…- Wzruszony Posiek, odwzajemnia uścisk.
(Przepraszam na chwilę, drodzy czytelnicy, ale muszę wyjść… Niedobrze mi…)
Ten gest dwojga potężnych mutantów, wywołał reakcję łańcuchową. Wszyscy stracili cały zapał do walki. Nastąpiło WIELKIE POJEDNANIE:
- Charlsie, pójdź w me ramiona!
- Ach, Ericu…
Obaj panowie ściskają się serdecznie. Nieopodal, Pietro mierzwi, w geście braterskiej miłości, włosy Wandy, Lance opowiada Scottowi o swych edukacyjnych planach, Toad uczy Kurta najlepszej techniki polowania na muchy, Mystique obdarowuje swą córkę pluszowym niedźwiadkiem, Wolverin z Sabretoothem gawędzą o pogodzie, Jean i Emma malują sobie nawzajem paznokcie itp. itd. (W każdym razie, łapiecie o co chodzi)
Kiedy wszyscy się już ze wszystkimi pojednali, Posiek otarł łzy itp. Logan zawołał:
- No, to teraz do baru Harry'ego, żeby to oblać! – Wszyscy patrzą na niego dziwnie – Znaczy… Musimy wydać kulturalne i bezalkoholowe przyjęcie na cześć Żanetki – Wymamrotał
-
No, tak lepiej. – Stwierdził Xavier. Następnie zwrócił
się do bohaterki – Dokonałaś dziś niezwykłej rzeczy, moja
droga. Myślałaś kiedyś o pracy w ONZ? Mam tam wtyki… (O
Boże!)
- Ja… Ja byłabym zaszczycona… Ale muszę to
jeszcze przemyśleć i … - Nie dokończyła, ponieważ zobaczyła
biegnącego ku niej Piotra, z wielkim naręczem kwiatów.
Wybiegła mu na spotkanie i wtedy…
Szok… Ból… Tragedia…
Nagle z nieba spadł piorun, który trafił prosto w Żanetkę, zabijając ją na miejscu. Przez chwilę wszyscy stali w osłupieniu. W końcu Jean zapytała:
- I co teraz, Profesorze? Znowu do ogródka?
- Tak… To chyba będzie najlepsze rozwiązanie…
- Mutanci! – Ozwał się na to Apocalypse – Oto właśnie zginęła jedyna osoba, która trzymała mnie przy was. Dziś, ze względu na pamięć tej dzielnej dziewczyny, daruję wam. Ale następnym razem was zniszczę! – I odszedł
- Ja też! – Krzyczy Magneto – Chodźcie moi Acolytes. Nie mamy tu nic do roboty. – Odchodzą.
- Zaczekaj, panie! Idę z tobą! Nie mogę dłużej żyć w domu, w którym wszystko przypomina mi o mojej utraconej miłości! – Colossus biegnie za nim.
- I ja odchodzę! Ale jeszcze wrócę, po swoje dzieci! Pa córeczko! Pamiętaj, że mamusia cię kocha!
- A mnie? – Zapytał bliski płaczu Kurt
Mystique patrzy na niego z widoczną odrazą.:
Tak… Ciebie też… Tak troszeczkę… To pa, córciu! – I odchodzi
- Nienawidzę cię! – Krzyczy za nią Rogue, podczas gdy Kurt macha na pożegnanie
- My też spadamy, chłopaki! Jeszcze się spotkamy, Summers!
- Będę na ciebie czekał, Alvers!
Potem Bractwo też odchodzi, a pogrążeni w bólu i rozpaczy X-meni, wracają do Instytutu, by urządzić Żanetce godziwy pochówek w ogródku.
ONZ ogłasza żałobę ogólnonarodową
1234
Wieczorem, Ororo podlewa kwiatki w swoim ogródku:
- No, no, no
moje skarby… Pijcie sobie, na zdrowie. Urośniecie duże i silne…
I nie musicie się już więcej niczego obawiać. Zajęłam się tą
czarownicą, która wczoraj tak brutalnie po was deptała,
swoimi koślawymi stopami! No i ten jej zakochany głupek… On też
już nie będzie więcej ogołacał moich rabatek! Natura znowu
zwyciężyła, buhahahahahahaha! No i gdyby na świecie zapanował
pokój, to nie mogłybyśmy z Mystique, gapić się jak Logan i
Sabretooth zdzierają z siebie koszulki, za każdym razem, gdy
udajemy, że ze sobą walczymy…. (Nie ma to, jak właściwa
motywacja)
THE END
(Narkotyki są BE!)
